Droga do ciebie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Podróżniczkom

poszukującym odpowiedzi

w cieniach najmroczniejszych nocy.

Niech obietnica

słońca na horyzoncie

zawsze prowadzi was do domu.


Jeden

Mobile, Alabama

Co cię uszczęśliwia?

Te właśnie słowa wymówił w dniu, w którym go poznałam. Zadał mi proste pytanie, takie, na które powinnam była z łatwością odpowiedzieć. W końcu odpowiedzi istniało mnóstwo.

Uszczęśliwiały mnie moje książki i moja sunia o imieniu Kalo. Uszczęśliwiała mnie joga. Uszczęśliwiało mnie to, że słońcu zawsze udaje się wrócić na niebo, nieważne, jak ciemna była burza. Byłam najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Tamten piątek zaczął się tak, jak każdy inny dzień mojego życia. Obudziłam się wraz ze wschodem słońca i ziewając, wyciągnęłam z garderoby matę do jogi, żeby rozpocząć dzień. Nakarmiłam Kalo i zabrałam ją na spacer, zjadłam śniadanie w samotności, po czym sprawdziłam, czy rodzice jeszcze żyją. Nazywanie ich rodzicami jest jednak trochę naciągane, bo to by sugerowało, że sprawują nade mną jakąś opiekę rodzicielską. A prawda była taka, że sama o siebie dbałam, odkąd nauczyłam się wsypywać sobie płatki do miski. Nadal zaskakiwało mnie, że udało mi się dożyć dwudziestych urodzin.

Daryl, mój ojciec, jakimś cudem wstał tego piątkowego ranka do pracy, więc nie było go już w domu, gdy pakowałam plecak do swojej. Cindy, moja matka, była naćpana, ale oddychała, co w tym wypadku stanowiło sukces. Leżała rozwalona na starej, obskurnej zapadającej się kanapie w pokoju dziennym w naszej przyczepie, a ja nie odezwałam się ani słowem, żeby ją obudzić, zanim popchnęłam skrzypiące metalowe drzwi i wyszłam na świeże powietrze Alabamy.

W zasadzie byłoby świeże, gdybyśmy nie mieszkali na kempingu dla przyczep turystycznych Longleaf Pine.

Mimo wszystko uśmiechałam się, gdy na mojej skórze osiadła poranna rosa. Pomachałam Kalo, która spoglądała na mnie przez dziurę w żaluzjach w mojej sypialni, wskoczyłam na rower i rozpoczęłam dziesięciominutową trasę do Papa Wyatt’s Diner, restauracji, którą nazywałam domem, odkąd tylko sięgałam pamięcią, a w której pracowałam od szesnastego roku życia.

– Nienawidzę Alabamy – stwierdziła Tammy, gdy tylko wprowadziłam rower przez drzwi frontowe i nad głową zabrzęczał mi dzwonek. Z framugi zwisały czarne i pomarańczowe wstążki, które kleiły mi się do czoła, kiedy przechodziłam. Pot spływał mi z wilgotnych włosów za obowiązkową koszulę z kołnierzykiem i w dół pleców, żeby zebrać się w tym mało komfortowym miejscu, gdzie słońce nie dochodzi. Ale nie miało to znaczenia.

W Alabamie było gorąco, ale w Papa Wyatt’s Diner było dokładnie tak samo jak każdego innego dnia. Pocieszało mnie to, jak również sam fakt, że mogłam tu pracować, wychodzić z domu i robić, co w mojej mocy, żeby związać koniec z końcem. Planowałam wyrwać się z Mobile i byłam już tak bliska celu, że to czułam.

– Niemożliwe! – zażartowałam, udając zszokowanie, gdy Tammy pomagała mi schować rower na zapleczu. – Jakoś nie wyobrażam sobie, że ty mogłabyś czegokolwiek nienawidzić, Tammy.

Spiorunowała mnie spojrzeniem i złapała się pod boki.

– Już Halloween, a na zewnątrz nadal jest jak w przepoconych męskich gaciach. W tym mieście nie istnieje nic takiego jak jesień – stwierdziła.

– Nie da się z tym nie zgodzić – westchnęłam z utęsknieniem. – Zabiłabym za pogodę zmuszającą do włożenia swetra. – Zaplotłam szybko warkocz, przerzuciłam blond włosy na lewe ramię i wyciągnęłam z kieszeni pomarańczową gumkę będącą świątecznym akcentem. Podepchnęłam też palcem okulary w grubej czarnej oprawce, bo w tym upale za bardzo mi zjechały.

Ja też pragnęłam jesieni z prawdziwego zdarzenia i wiedziałam, że znajdę taką w Seattle. Kiedyś dodawałam: „jeśli mi się uda”, ale teraz to już była kwestia „kiedy”. Od lat odkładałam na to pieniądze, mimo że musiałam dokładać się rodzicom do rachunków. Już teraz mogłoby mnie tu nie być, gdybym spławiała rodziców, gdy prosili o pieniądze na czynsz albo zakupy, ale prawda była taka, że musiałam gdzieś mieszkać – i coś jeść.

Kiedyś mogłam całymi dniami tkwić u Lily, mojej najlepszej przyjaciółki. Jej mama nawet nie mrugnęła również wtedy, gdy siedziałam tam pod nieobecność Lily, bo znała moją sytuację rodzinną. Ale Lily od razu po skończeniu szkoły średniej wyjechała na studia, tak jak cała reszta klasy, a ja zostałam tutaj, poszłam do miejscowego koledżu i odkładałam pieniądze na wymarzone studia.

To dzięki Tammy, która pozwalała mi spać u siebie na kanapie, gdy rodzice za bardzo się kłócili, zachowałam zdrowie psychiczne na tyle, żeby żartować z nią co rano.

– Taa, no, ty przynajmniej możesz na nią wkrótce liczyć. Na Bastyrze. – Uśmiechnęła się i zalogowała do swojej kasy, a ja uruchomiłam ekspresy do kawy. – Ale na razie masz lato w październiku. – Zerknęła ponad moim ramieniem na frontowe drzwi. – I dziwaków, którzy mimo wszystko chcą gorącą kawę.

Nawet nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że po drugiej stronie szyby stoi pan Korbe z rękami w kieszeniach znoszonych brązowych spodni i nielicznymi włosami na piegowatej głowie. Puściłam do niego oczko i pomachałam mu, po czym uśmiechnęłam się do Tammy.

– Jeszcze tylko kilka miesięcy. – Słowa popłynęły lekko, unoszone fantazją, którą snułam od dwunastego roku życia. Moja wymarzona szkoła znajdowała się niemal pięć tysięcy kilometrów stąd, na północno-zachodnim wybrzeżu, a po latach oszczędzania niemal mogłam się tam przeprowadzić.

Niemal.

– Dostałaś już list z informacją o przyjęciu na studia?

Przełknęłam ślinę, wytrzepałam przód fartucha i ruszyłam do drzwi.

– Jeszcze nie. Ale dostanę. – Zatrzymałam się tuż przed nimi i obrzuciłam uważnym spojrzeniem Tammy, która teraz lekko podskakiwała i z trudem powstrzymywała uśmiech. – Co? Czemu tak mi się przyglądasz?

– Wydarzy się dziś coś ważnego. Czuję to. – Była ode mnie starsza o trzydzieści dwa lata i jej ciemny koczek związany tuż nad szyją był przyprószony siwizną. Kiedy uśmiechnęła się szerzej, w kącikach oczu pojawiły się jej zmarszczki mimiczne.

– Oj, znowu stawiałaś rano tarota?

– Nie, ale wiesz, jak to jest z moimi przeczuciami. Mam nieomylną intuicję.

Roześmiałam się, bo chociaż chciałam się z nią spierać, przyznawałam jej rację: zawsze miała przeczucie, gdy coś się miało wydarzyć, złego czy dobrego. Wierzyłam w jej parapsychiczne zdolności, odkąd jako niedomyta trzynastolatka siadałam na stołku przed kasą i majtałam zwisającymi z niego nogami. Z własnych pieniędzy kupowała mi grillowany ser i kawałek ciasta, a kiedy skończyłam szesnaście lat, załatwiła mi pracę, żebym już nigdy nie musiała głodować.

– No to może list przyjdzie właśnie dzisiaj – powiedziałam.

– Moja optymistka. – Gwizdnęła i wrzasnęła do kuchni: – Otwieramy drzwi!

– Striptizerki zamknięte! – odkrzyknął Ray, nasz kucharz.

Tammy przewróciła oczami, a ja przekręciłam zamek i wpuściłam pana Korbe’a.

I tak mijał poranek. Dolewałam kawę i podawałam jajecznicę oraz naleśniki tym samym ludziom, których widywałam tu codziennie od lat. Zrobiłam sobie zdjęcie z małym Sammym Jonesem, który przebrał się za „wojskowego GI Joe”, jak to sam określił, i wysłuchałam opowieści państwa Boone’ów o nowych warzywach w ich ogrodzie. Kiedy zmalał ruch po śniadaniu, pomogłam Tammy uzupełnić ketchup i musztardę przed lanczem i starałam się nie wzdrygnąć, gdy mijałam staruszka znanego jako Scooter, który obczajał mój tyłek – było to trudne, bo do dziesiątego roku życia siadywałam mu na kolanach, gdy co roku odgrywał świętego mikołaja.

Tak, to był zupełnie zwyczajny dzień.

Aż nagle przestał taki być.

Przyjmując zapłatę od państwa Boone’ów, usłyszałam ciche brzdęknięcie dzwonka nad drzwiami.

– Witamy w Papa Wyatt’s, proszę usiąść przy wolnym stoliku i zaraz przyjdę – zawołałam bez podnoszenia wzroku znad kasy. Poprawiłam palcem okulary, zamknęłam kasę i pospieszyłam z resztą do Boone’ów. Uśmiechnęłam się do nich na pożegnanie i powiedziałam, że zobaczymy się w niedzielę. Bo tak miało być.

Zawsze tak było.

Patrzyłam na ręce, gdy wyciągałam notes z kieszeni fartucha i ołówek zza ucha, a nogi automatycznie niosły mnie do zajętego przed chwilą stolika. Ale kiedy w końcu podniosłam oczy na siedzącą przy nim osobę, wszystko zamarło.

Wszystko.

Czas, moje serce, powitanie, które miało właśnie opuścić moje usta.

Zaglądało do nas po drodze mnóstwo podróżnych. Trudno było tego uniknąć, skoro znajdowaliśmy się niecałe dwie minuty od międzystanowej I-10, ale oni zwykle należeli do charakterystycznej grupy. Byli to studenci udający się na plażę podczas wiosennej przerwy, samotni kierowcy ciężarówek o smutnych zmęczonych oczach albo błagający mnie o kawę rodzice z dwójką dzieci podskakujących na krzesełkach i rzucających musem jabłkowym. Nikt, dosłownie nikt nie wyglądał jak on.

Jedną ręką przeczesywał z roztargnieniem potargane blond włosy, czytając menu. Miałam widok na profil jego twarzy. Zauważyłam głębokie wcięcie policzków, gładką kwadratową żuchwę, długą linię nosa z niewielką krzywizną u góry, jakby był kiedyś złamany. Klient był ubrany jak mężczyźni w czasopismach leżących przy kasie w sklepie spożywczym – miał na sobie lazurowy sweter, pod nim koszulę w kratę, a rękawy obu podwinięte do łokci. Podążyłam wzrokiem do miejsca, w którym materiał zbierał się nad jasnobrązowym paskiem na jego biodrach. Kiedy odłożył menu na stolik, natychmiast przekierowałam uwagę z powrotem na jego twarz.

 

Była teraz zwrócona prosto na mnie.

Jasne skupione oczy barwy miodu znajdowały się pod gęstymi ciemnymi brwiami, między którymi znajdowały się dwie idealnie symetryczne zmarszczki, gdy na mnie patrzył. Jakby zadał mi pytanie, którego nie usłyszałam, jakby przez całe życie tylko zadawał pytania i nie otrzymał ani jednej odpowiedzi.

Gwałtownie powróciłam do restauracyjnej rzeczywistości i zamrugałam szybko, odchrząknęłam i przerzuciłam kartkę w notatniku.

– Może na początek przyniosę panu coś do picia? Kawę? Herbatę?

Czekając na jego odpowiedź, próbowałam nie podnosić wzroku znad notatnika, ale mężczyzna nadal się we mnie wpatrywał. Napotkałam w końcu jego spojrzenie i przyjrzałam się dwóm zmarszczkom nad nosem. W zasadzie się nie krzywił, ale z pewnością też nie uśmiechał.

– Proszę pana?

Mrugnął, ale nie odwrócił wzroku.

– Kawę. Czarną.

Głos miał niski i modulowany, jak gładki strumień napoju, który właśnie zamówił.

Pokiwałam głową, zaciskając usta.

– Dam panu minutkę na przejrzenie menu.

Po powrocie do lady dolałam kawy dwóm siedzącym przy niej klientom, zanim napełniłam filiżankę parującym napojem dla Pana Eleganta, masując sobie jednocześnie udo. Bardziej wynikało to z przyzwyczajenia niż z bólu, ale Tammy spojrzała na mnie z troską, ustawiając sobie na ramieniu wydane z kuchni talerze.

– W porządku, Coop?

Nadal nie myślałam jasno i w ostatniej chwili przestałam nalewać kawę, zanim przedostała się przez brzeg białej porcelany.

– Hę?

Kiwnęła głową w kierunku mojej nogi, więc spojrzałam na rękę, którą nadal masowałam mięsień. W sztruksowych spodniach kończyna wydawała się normalna, ale pod materiałem kryła się blizna po mojej stracie, mięsień był słabszy i mniejszy niż w drugiej nodze. Od czasu do czasu miewałam bóle fantomowe przypominające mi o tym, co było tam kiedyś, przed wypadkiem, zanim życie w takim wydaniu, jakie znałam i rozumiałam, zmieniło się nie do poznania.

– Och. – Przerwałam masaż, wygładziłam tą samą ręką fartuch, chwyciłam spodeczek z pełną filiżanką i ruszyłam do stolika. – Wszystko w porządku. Bóle fantomowe, już ich prawie nie zauważam.

Posłała mi wymuszony uśmiech.

– No dobrze. Przy okazji: cóż to za ciasteczko przy dziewiątce?

Wzruszyłam ramionami, udając, że nie zauważyłam, jak atrakcyjny jest ten klient, ale zdradził mnie rumień na szyi.

– Nie wiem. Dowiedziałam się tylko, że lubi czarną kawę – powiedziałam lekko.

– Powinnaś go zapytać, skąd pochodzi.

– A ty powinnaś zanieść te naleśniki.

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i stwierdziła:

– Uważasz, że jest słodki.

– Uważam, że jest głodny.

– Aha.

– Zamknij się.

Zaśmiała się, kiedy ją wyminęłam; ręce drżały mi lekko, gdy sprawdzałam inne stoliki, zanim postawiłam kawę nowemu klientowi. Nie czytał już menu. Wyglądał tylko nieobecnym wzrokiem przez ogromne okno restauracji i nadal lekko marszczył brwi.

– Chce pan już zamawiać? – zapytałam, ponownie wyciągając notes. Nie potrzebowałam go. Nie zapisałam w nim ani jednego zamówienia od ponad dwóch lat. Ale musiałam na coś patrzeć, na coś innego niż on.

– Co panią uszczęśliwia?

Nadal wyglądał przez okno, ale gdy milczałam przez kilka sekund, odwrócił się do mnie.

A ja nie mogłam wykrztusić ani słowa.

Moje książki, moja sunia, joga, to, że słońcu zawsze udaje się wrócić na niebo, nieważne, jak ciemna była burza.

Nie uniósł brwi ani nie powtórzył pytania, nie zaczął niecierpliwie stukać stopą ani machać mi ręką przed oczami. Po prostu na mnie patrzył, niemal ze zrozumieniem, jakby wiedział, że na to pytanie trudno jest odpowiedzieć. Może w ogóle nie wierzył, że istnieje na nie jakakolwiek odpowiedź.

Ale istniała. Miałam odpowiedzi, i to mnóstwo. Byłam Panną Optymistką. Codziennie liczyłam swoje błogosławieństwa. Zawsze patrzyłam na jasną stronę życia, ignorowałam jego cienie, wolałam skupiać energię na tych pozytywach, które udawało mi się dostrzec.

A jednak to nie miało znaczenia.

Zapytał, co mnie uszczęśliwia, ale tak naprawdę pytał o co innego.

Tak naprawdę zapytał, czy jestem szczęśliwa.

A ja nie mogłam się odezwać.

– Poproszę stek i jajka – powiedział po chwili, odwrócił się do okna i sięgnął po kawę. Oderwałam od niego wzrok, dopiero gdy się napił, i udałam, że zapisuję zamówienie w notatniku.

– Zaraz przyniosę.

Pognałam do kuchni, ignorując uniesioną rękę pana Hollenbecka, który też był już gotowy, żeby zamówić. Nie mogłam jeszcze przyjąć od niego zamówienia. Musiałam najpierw złapać oddech.

Ray uniósł brew, gdy wparowałam przez drzwi wahadłowe, oparłam się dłońmi o srebrny metalowy stół obok zlewu, opuściłam głowę i z zamkniętymi oczami zmusiłam się do zrobienia wydechu.

– W porządku, młoda?

– Poproszę stek i jajka.

Otworzyłam oczy, wyprostowałam się, a Ray zasalutował mi łopatką.

– Robi się.

To głupie, skarciłam się w myślach. Zachowywałam się, jakbym nigdy wcześniej nie rozmawiała z chłopakiem albo w ogóle nawet żadnego nie widziała. To nie tajemnica, że w szkole niezbyt często udzielałam się towarzysko, zwłaszcza po utracie nogi, ale miałam kilkoro przyjaciół. Rozmawiałam z chłopcami: podczas pracy w grupie, w klubach książki, w pracy. Więc dlaczego ten konkretny odbierał mi mowę?

Wypuściłam z rozdrażnieniem powietrze, ponownie zaplotłam włosy w warkocz i wyszłam z kuchni. Od razu podeszłam do pana Hollenbecka, uśmiechając się i kiwając głową, gdy przyjmowałam jego zamówienie, ale cały czas byłam aż nazbyt świadoma dziewiątki.

– To skąd pochodzi? – zapytała Tammy, gdy tylko dołączyłam do niej za ladą.

– Nie pytałam.

– Powinnaś.

Wypisałam rachunek dla kierowcy ciężarówki siedzącego na końcu lady i z uśmiechem powiedziałam mu, że nie musi się spieszyć. Odwróciłam się do Tammy i oparłam biodrem o bar.

– Zapytał, co mnie uszczęśliwia.

Zmarszczyła brwi.

– Co? To dziwne.

– Wiem.

– Co odpowiedziałaś?

– To właśnie jeszcze dziwniejsze – przyznałam. – Nie miałam dla niego odpowiedzi. Tylko się na niego gapiłam.

– Uszczęśliwia cię mnóstwo rzeczy. – Mój brak odpowiedzi najwyraźniej zmartwił Tammy równie mocno jak mnie. – Dosłownie jesteś najszczęśliwszą dziewczyną, jaką znam.

– Wiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć. On jest… jego obecność jest paraliżująca.

Tammy obrzuciła go spojrzeniem ponad moim ramieniem akurat w chwili, gdy Ray stuknął w dzwonek.

– Zamówienie gotowe!

Złapałam talerz ze stekiem i jajkami, zanim Tammy zdołała się odezwać, i podeszłam do jego stolika.

– Proszę – powiedziałam, stawiając przed nim talerz. – Życzy pan sobie teraz coś jeszcze?

Spojrzał na mnie i w kącikach ust pojawił mu się cień uśmiechu.

– Nie, jest super. Dziękuję.

Pokiwałam głową. Ale się nie ruszyłam.

Wracaj za ladę, Cooper.

– A skąd pan jedzie?

Odkroił kawałek steku i spojrzał na mnie.

– Z Florydy.

Wziął odkrojone mięso do ust.

– Ach – powiedziałam, jakby to miało dla mnie jakiś sens. A w tym mężczyźnie nic nie miało sensu. – W interesach czy dla przyjemności?

Prychnął, jakby przypomniał sobie jakiś żart.

– Ani to, ani to.

Patrzyłam, jak wbija widelec w jajka i rozlewa żółtko po talerzu. Chciał zjeść w spokoju, byłam tego pewna, ale nie mogłam się ruszyć.

– A dokąd pan zmierza?

– Do stanu Waszyngton – rzucił swobodnie.

Poczułam ucisk w żołądku i drżenie tej części serca, w której przez całe życie pielęgnowałam marzenia. Waszyngton. To właśnie tam chciałam się znaleźć, tam miało się zacząć moje prawdziwe życie.

Do tej pory klient jedynie wprawiał mnie w zakłopotanie – w sposób zastanawiający i fascynujący.

Teraz poczułam zazdrość.

– To ma pan przed sobą długą podróż. Lepiej, żeby pan wszystko zjadł i nabrał energii. – Zmusiłam się do uśmiechu. – Proszę dać znać, gdyby potrzebował pan jeszcze czegoś.

W głowie myśli gnały mi jak szalone, ale ciało wpadło w znany rytm: zagadywałam klientów, przynosiłam zamówienia, brałam pieniądze i wydawałam resztę, wykrzykiwałam powitania i pożegnania, gdy ludzie wchodzili i wychodzili. Po raz pierwszy w życiu zaniepokoiło mnie, że oni przychodzą i wychodzą, a ja zostaję.

Zawsze zostaję.

Nie zauważyłam, że unikam jego stolika, dopóki nie zobaczyłam leżącej przy krawędzi dwudziestodolarówki, która sygnalizowała gotowość klienta do wyjścia. On miał wyjść, wyjechać, a ja miałam zostać.

Kolejny normalny dzień.

– Zaraz przyniosę resztę – powiedziałam, sięgając po banknot.

Pokręcił głową.

– Nie trzeba.

– Dziękuję – odpowiedziałam cicho. – I miłej zabawy w Waszyngtonie. Ja… sama chcę tam pojechać. Teraz odkładam pieniądze. Jest tam moja wymarzona szkoła. – Wzruszyłam ramionami niepewna, dlaczego mówię mu to wszystko. Byłam przekonana, że go to nie interesuje. – Nie mogę doczekać się października, w którym nie będę się pocić – dodałam ze śmiechem.

Uniosłam na niego wzrok, gotowa odejść za ladę i dać mu spokój, ale mnie zatrzymał.

– Chce się pani ze mną zabrać?

Stanęłam jak wryta.

– Słucham?

– Czy chce się pani zabrać ze mną do Waszyngtonu?

Przez chwilę tylko się na niego gapiłam w sposób, w jaki zapewne gapiłabym się na biegnącego ulicą golasa albo na kogoś, kto poprosiłby mnie o pożyczenie mu miliona dolarów.

A później się roześmiałam.

– Odbiło panu? Nie mogę tak po prostu z panem pojechać – powiedziałam, kręcąc głową na niedorzeczność tego pomysłu. – Nie znam pana. Nawet nie wiem, jak się pan nazywa. Mógłby pan być seryjnym mordercą.

Obserwował mnie i między brwiami pojawiły mu się te dwie przeklęte zmarszczki, a potem wzruszył ramionami.

– Okej.

Wytarł usta serwetką i wstając, rzucił ją na talerz. Serce znowu podeszło mi do gardła, bo nieznajomy górował nade mną, kiedy nie siedział przy stoliku. Miał ze dwa metry wzrostu, składał się wyłącznie z wyrzeźbionych mięśni i ostrych krawędzi. Podciągnął rękawy jeszcze wyżej, gdy wkroczył w moją przestrzeń osobistą.

– Nie odpowiedziała pani na moje pytanie.

Przełknęłam z trudem, niezdolna się poruszyć, bo z jednej strony pragnęłam się do niego przytulić, a z drugiej – czmychnąć gdzie pieprz rośnie.

– Co panią uszczęśliwia?

Moje książki, moja sunia, joga, to, że słońcu zawsze udaje się wrócić na niebo, nieważne, jak ciemna była burza.

Otworzyłam usta, tym razem gotowa odpowiedzieć, skoro z tysiąc razy powtórzyłam już w myślach całą listę, ale on zdążył się odwrócić i zostawił mnie z listą uszczęśliwiających mnie rzeczy i sercem, które szeptało, że każdy z jej punktów to kłamstwo.

Nie ruszyłam się od stolika, dopóki za nieznajomym nie zamknęły się drzwi wejściowe; echo dzwonka brzmiało mi w uszach, gdy otworzyłam kasę, włożyłam jego dwudziestkę, odliczyłam resztę i wrzuciłam ją do słoika na napiwki, którymi dzieliłyśmy się z Tammy pod koniec zmiany.

– O co chodziło? – zapytała, wkładając stertę brudnych talerzy do wiadra, które zanosiłyśmy na zaplecze na zmianę. – Widziałam, że stoi blisko ciebie, a potem sobie poszedł, a ty zamarłaś, jakbyś zobaczyła ducha.

– Zapytał, czy chcę z nim jechać.

– Co?!

Pokiwałam głową, złapałam ścierkę i przetarłam ladę, ale miałam jakieś nierzeczywiste poczucie ciała.

– Jedzie do Waszyngtonu. Powiedziałam mu, że tam znajduje się moja wymarzona szkoła. A on zapytał, czy chcę z nim jechać.

– O mój Boże!

– No.

Tammy stała z rękami opartymi na biodrach i energicznie kręciła głową. Nagle wyrzuciła dłonie w powietrze.

– Musisz z nim jechać! Co ty tu jeszcze robisz?!

Prychnęłam i przewróciłam oczami.

 

– No jasne, Tammy. Od razu wskoczę do samochodu przypadkowego kolesia i pozwolę, żeby przewiózł mnie przez pół kraju.

– A tak. Zrób tak. Idź. Natychmiast. – Wyrwała mi z rąk ścierkę i popchnęła mnie w kierunku drzwi.

– Tammy! – Wywinęłam się z jej uścisku. – To byłoby szalone. I niebezpieczne. Mógłby mnie zabić!

– No jasne, bo wygląda na mordercę.

– Mordercy nie wpisują się w żaden schemat – powiedziałam śmiertelnie poważnie.

Westchnęła i złapała mnie pomarszczonymi dłońmi za ramiona.

– Posłuchaj, Cooper. Pracujesz tutaj od dnia szesnastych urodzin i od tamtej pory oszczędzasz, żeby przenieść się do Waszyngtonu. Teraz masz dwadzieścia lat, nadal umierasz z pragnienia, żeby wyrwać się z Mobile, i nadal jesteś zbyt bystra, żeby zmarnować życie na „oszczędzaniu” i nicnierobieniu. – Przerwała, patrząc mi głęboko w oczy. – Utknęłaś, malutka. I nie ma w tym nic złego, każdy raz czy dwa w życiu gdzieś utyka. Ale to jest to, twoja szansa na wyrwanie się z tego gównianego miasta i okropnego miejsca, które już za długo nazywasz domem.

Zmarszczyłam brwi i posmutniałam na te słowa. To prawda, utknęłam, ale nie miałam tego w planach. Jego nie miałam w planach.

– Ja… ja jeszcze za mało odłożyłam.

– Wcale nie – rzuciła i wyciągnęła ze słoika na napiwki całą gotówkę. Zwinęła banknoty i włożyła je do kieszeni mojego fartucha. – To powinno ci pomóc. A dziś rano na konta wpłynęła nam wypłata z zeszłego tygodnia. Jeżeli po drodze zabraknie ci gotówki albo będziesz potrzebowała pomocy po dotarciu do Seattle, po prostu do mnie zadzwoń. Mówię poważnie. – Potrząsnęła głową z uśmiechem szaleńca. – Bądźmy szczere: na co wydaję pieniądze oprócz zdrapek?

Załamywałam wilgotne dłonie i nadal kręciłam głową.

– Nawet nie wiem, czy mnie przyjęli.

– Przyjmą. Jeżeli nie na ten semestr, to na następny. I dobrze o tym wiesz.

– A jak on mnie porwie?! – krzyknęłam szeptem.

Na te słowa Tammy zamarła, jakby dopiero teraz do niej dotarło, że wpycha mnie do samochodu całkiem obcego człowieka. Zerknęła na drzwi i znowu na mnie.

– Posłuchaj, wiem, że to szalone. I trochę straszne. Chyba zresztą dlatego nie mam dzieci, bo zachęcanie cię do tego nie jest zbyt matczyne, czy jak to nazwać. Ale Cooper, pamiętasz, co mówiłam rano? – Znowu pojaśniały jej oczy. – Czułam to. Wiedziałam, że wydarzy się coś poważnego, i to właśnie to.

– Miałaś dobre przeczucie, że porwie mnie jakiś nieznajomy chłopiec?

– Nikt cię nie porywa, tylko oferuje ci darmową podróż do nowego życia. Daj mi komórkę.

Nie byłam w stanie zrobić w tamtej chwili nic oprócz gapienia się na nią.

– Komórka. – Pstryknęła palcami. Wyrwała mi ją, gdy tylko udało mi się wyciągnąć ją otępiale z kieszeni, i od razu zaczęła stukać w ekran. – Już. Teraz ja i Lily będziemy znać twoje położenie. Przez cały czas będę cię mieć na oku. I dzwoń do mnie rano i wieczorem, żeby się zameldować, okej?

– A co z Wyattem? Nie mogę zostawić go bez jednej kelnerki.

– Nie martw się o restaurację. – Machnęła ręką. – Poradzimy sobie.

– A moi rodzice…

– To okropni ludzie, którzy zawsze żałowali twojego poczęcia i uważali cię za błąd zamiast za człowieka.

Gardło zaciskało mi się na powietrzu, którym nie mogłam w pełni odetchnąć, a serce tłukło o żebra jak zwariowane.

– Nie mogę… nie mogę tego zrobić. Ja…

– Owszem, możesz. On ma samochód. I jest boski, gdybyś jeszcze nie zauważyła. W dodatku to bezpłatny bilet do miejsca, do którego zawsze chciałaś się udać. Cooper – wymówiła moje imię, żeby zwrócić moją uwagę, i znowu położyła mi dłonie na ramionach, spuszczając twarz na wysokość mojej. – Ty w tym mieście umierasz. Nie cieleśnie, ale duchowo. – Jej oczy wyrażały błaganie, jakby mówiła z autopsji. – Życie nie powinno być bezpieczne – dodała ze śmiechem. – Gdyby było inaczej, nie nazywaliby go życiem, tylko wegetacją. A ty wegetujesz już wystarczająco długo, malutka. Pora zacząć żyć.

Przeskakiwałam gorączkowo wzrokiem pomiędzy jej oczami, a mój mózg toczył walkę z sercem.

Bądź bezpieczna.

Zaryzykuj. To szaleństwo.

Mogłoby być fajnie.

Mogłabyś umrzeć.

Mogłabyś w końcu zacząć żyć.

Nawet go nie znasz.

Ale chcesz poznać.

Boję się stąd wyjechać.

Zawsze właśnie tego pragnęłaś.

Tammy przysunęła się bardziej i zniżyła głos do szeptu.

– Twoi bezwartościowi rodzice wyssą z ciebie całą energię, jeżeli zostaniesz. Nie pozwól im na to. To twoja szansa, Cooper. Wzywa cię samo życie. – Wzruszyła ramionami. – Odpowiesz mu czy puścisz jego wezwanie mimo uszu?

Na następne kilka chwil chyba tymczasowo oślepłam, bo ledwo pamiętam podejście do krawędzi lady. Ledwo pamiętam serce podchodzące mi do gardła i słońce grzejące twarz, gdy wyszłam na zewnątrz akurat w chwili, gdy nieznajomy wyjeżdżał z parkingu swoim kabrioletem.

– Czekaj! – zawołałam i dźwięk mojego głosu wyrwał mnie z otumanienia.

Zatrzymał samochód; gdy z trudem łapałam oddech, w szkłach jego okularów przeciwsłonecznych odbijały się drzwi restauracji, której – jak mi się wydawało – miałam nigdy nie opuścić.

– Muszę się tylko spakować.

Inne książki tego autora