Na krawędziTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © by Kamila Malec 2019

Wydawnictwo WasPos

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania

oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.


Redakcja i korekta

Janusz Muzyczyszyn

Adriana Rak


Zdjęcie na okładce

Irina Kharchenko – pl.123rf.com


Projekt, skład i łamanie

Wydawnictwo WasPos


Wydanie I


ISBN 978-83-66070-64-6


Wydawnictwo WasPos

Warszawa

kontakt@waspos.pl

www.waspos.pl

Mojemu Mężowi.

Bo jesteś Tym, dla którego otworzę wszystkie wrota.



Kamila Malec stworzyła historię, która pokazuje, że dla prawdziwego uczucia jest się w stanie zrobić wszystko. Nawet przekroczyć wszelkie granice. „Na krawędzi” to magiczna opowieść o sile miłości, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Wyrusz wraz z Joanną w podróż po palecie ludzkich uczuć i daj się porwać tej fascynującej powieści! Serdecznie polecam.

Agnieszka Nikczyńska – facebook @ksiazki_takie_jak_my

Autorka odkrywa przed nami fantastyczny świat, jakiego jeszcze nie było. Mroczna i owiana tajemnicą kraina, budzi w czytelniku wszelkie emocje. Sposób w jaki Joanna walczy o swojego ukochanego budzi podziw. Poświęcenie i miłość bohaterki do mężczyzny jest zdecydowanie warta naśladowania i godna uznania.

Kinga Purgał – instagram @recenzentkadoskonala

Weles, Liczyrzepa, Azazel, Ewa… upadłe anioły, demony, duża dawka humoru i fantastyczne przeniesienia między światami. Chociaż jestem znad morza, książka „Na krawędzi. Pocałunek ciemności” zachęciła mnie, aby kolejne wakacje spędzić w Karkonoszach w poszukiwaniu miejsc opisanych przez autorkę.”

Zuzanna Mickiewicz – instagram @zuza_princessme

Po przeczytaniu tej książki zapragniesz Drogi Czytelniku wyjechać w Karkonosze i przejść szlakiem bohaterów! Wciągająca i poruszająca historia o potędze i sile miłości. Tutaj legendy i wierzenia nabierają realnych kształtów. Wraz z Joanną i Ewą przenosimy się do świata, który dzięki opisom autorki, staje się rzeczywisty. Świat demonów i książąt ciemności, tajemniczy i wbrew pozorom „nie taki straszny jak go malują”. Ewa – typowa kobieta, która żyje tak, jak chce i mówi to, co chce, nie zważając na to jak zostanie odebrana, wszak już nic więcej nie ma do stracenia. Joanna zaś urzekła mnie niewyobrażalną siłą i dążeniem do celu pomimo przeciwności losu. Z niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu tej historii!

Anna Dyrek – instagram @book_ania

– Rozdział 1 –

Stoję na skraju lasu pełna obaw ale i determinacji i czekam, aż się pojawią. Słońce chyli się ku zachodowi. Najpierw zmieniło swoją barwę na ostry pomarańcz, a teraz znika za koronami drzew. Widok ten przypomina mi niejedną scenę z romantycznego filmu. W dzień podziwiałam tu piękne, górskie widoki zapierające dech w piersiach. Nie na darmo nazwano to miejsce „Złotym Widokiem”. Przyprawia ono o szybsze bicie serca, gdyż zbocze opada tu gwałtownie ku dolinie Kamiennej, tworząc malowniczy punkt widokowy. Ale nie tym razem. Dziś czuję się, jakbym szła na skazanie. Moje życie zależy od ich decyzji. W ich rękach leży moje szczęście.

Pojawią się, gdy tylko ściemni się do tego stopnia, aby w razie nieprzewidzianych gości mogli szybko schować się za jakimkolwiek drzewem lub głazem, ewentualnie wrócić do swojego świata. Wielka Trójca władców ziemi i naszych nauczycieli. Naszych, czyli wybranych przez los Dobrych Duchów Ziemi. Tak właśnie siebie nazywamy. Zawsze gotowi do pomocy, każdy z innym darem. Nie praktykujemy czarnej magii, nie nazywamy się czarownikami, czarownicami czy wiedźmami, chociaż tak naprawdę po części nimi jesteśmy, gdyż potrafimy stworzyć mikstury do ratowania życia lub poskramiania „tych złych”. A jest ich wielu, i gdyby ludzie o tym wiedzieli, nie wiem czy żyli by beztrosko i spokojnie. Prawda jest zupełnie prosta. My pomagamy, leczymy i wspieramy na duchu. Wszystko inne to pomówienia.

Zaraz powinni tu być. Zaczęłam rozglądać się wokoło, czy przypadkiem czegoś nie przegapiłam. To na pewno to miejsce – miejsce spotkań.

Nagle drzewa po prawej stronie zaczęły szeleścić. Pogoda była bezwietrzna, więc zwiastowało to tylko jedno. Wysłuchali mnie i przybyli. Teraz tylko muszę stanowczo przedstawić im swoje argumenty i po sprawie. Eh, żeby to było takie łatwe jak się wydaje.

– Podejrzewamy po co Nas wezwałaś drogie dziecko – rozpoczął Liczyrzepa bez zbędnych ceregieli.

Tak, Liczyrzepa, czy jak kto woli Karkonosz, król gór, a raczej ich Dobry Duch, pilnujący flory i fauny w granicach swojego królestwa. Jest władcą Karkonoszy, strzeże tu swoich podziemnych skarbów.

Wielu myśli, że to tylko legenda, ludzie uważali go początkowo za złego ducha.

Nic bardziej mylnego.

– Dawno cię nie widzieliśmy kochana, rzadko kiedy ktoś wzywa Nas wszystkich, a poza corocznymi obchodami świąt równonocy nie ukazujemy się bez potrzeby czy wezwania – dodał Świętowit i zaczął mi się bacznie przyglądać.

Za nimi stał Filip ze swoją nieprzeniknioną miną. Czułam, że wie o co mi chodzi. Wystarczyło jedno moje spojrzenie na niego, a jego wzrok przenikał wszystkie myśli. Był najstarszym i najmądrzejszym naszym opiekunem, zajmował się nami i analizował wszystkie możliwe dary jakie posiadaliśmy.

Gdyby ktoś z normalnych, prostych ludzi usłyszał, że spotkałam się z dwoma władcami, którzy dla większości ludzi istnieli tylko w legendach, uznałby mnie za wariatkę, którą należy zamknąć w zakładzie dla obłąkanych i nafaszerować lekami na wyprostowanie mózgu. Ale prawda była taka, że oto właśnie stali przede mną, wraz z największym i najmądrzejszym specem od białej magii.

– Cieszę się, że Was widzę i chcę żebyście pomogli mi pozbyć się moich zdolności – powiedziałam, czym wywołałam ich poruszenie. Zaczęli mnie okrążać i energicznie kręcić głowami.

– To niemożliwe i dobrze o tym wiesz. Z tym trzeba się urodzić, nie da się tego nauczyć. Nie wyrzekniesz się swojego przeznaczenia. – Wzrok Liczyrzepy przeszył mnie na wylot.

– Nic nie rozumiecie! – krzyknęłam. – Dlaczego nikt wcześniej nie powiedział mi o konsekwencjach? Dlaczego nikt nie pytał mnie o to czy chcę być tą pieprzoną czarownicą?!

Trzy pary oczu spojrzały na mnie jeszcze szerzej niż w chwili, gdy oznajmiłam im po co ich wezwałam. Nie lubili krzyków ani ludzi, którzy się im przeciwstawiali, ale na mnie patrzeli przychylniej. Dlaczego, nie wiem. Kiedyś się nad tym zastanawiałam, nigdzie jednak nie znalazłam odpowiedzi na to nurtujące mnie pytanie. Wiem tylko, że potrafię więcej niż inni tacy jak ja. Każdy z nas miał po jednym darze – w większości była to umiejętność mieszania leczniczych mikstur z ziół. Tych nazwano znachorami. Ja natomiast potrafię więcej, o wiele więcej. Odczytuję aurę człowieka i potrafię stwierdzić czy na coś choruje, czy też dolega mu coś innego. Z dużym wyprzedzeniem wyczuwam zarówno niebezpieczeństwo, jak i istoty nadprzyrodzone. O tak, w tym jestem najlepsza z nich wszystkich. Nie potrafiłam czytać w myślach, jednakże instynktownie znajdowałam odpowiedź na nurtujące pytania, gdzieś między jawą a snem. No i te moje prorocze sny! Czasem męczące, jednak w większości przypadków z dobrym przekazem.

– Mówiłaś, że nie nazywasz się czarownicą. – Z rozbawieniem patrzyli na mnie jak na wariatkę. Nie obchodziło mnie to.

– Jak zwał tak zwał, nikt nie powiedział mi, że nie mam prawa się zakochać, bo wtedy ta osoba zginie. Kto wymyślił to popieprzone prawo?!

– My – odpowiedzieli.

No tak – krótko, zwięźle i na temat. Tak wyglądała większa część rozmów, kiedy ktoś chciał zrobić coś nie po ich myśli.

– Jesteś nie tylko osobą o wyjątkowych zdolnościach, ale także strzegącą tajemnicy Liczyrzepy, nie my Cię wybraliśmy i nie wiemy kiedy i czy w ogóle pojawi się kiedykolwiek twój następca – stwierdził Świętowit.

W tym momencie uświadomiłam sobie, że rzeczywiście bogowie są leniwi i tylko patrzą, kiedy mogą wysłużyć się kimś innym, aby tylko samemu nie robić nic. Tylko narzekać. O tak, to potrafili doskonale.

Ujrzałam lekki uśmiech Filipa i już wiedziałam, że użył swojego daru i przeczytał moje myśli. Tak, ten najpotężniejszy z nas to potrafił, ale musiał stać blisko swojej domniemanej ofiary, żeby cokolwiek wyczytać.

– To kogoś znajdźcie, przeszkolcie czy jak tam chcecie, ale ja chcę być normalną kobietą, a nie kimś kto w społeczeństwie niedługo będzie uznawany za starą pannę i jakiegoś dziwoląga. Nie chcę mieć nic wspólnego z magią, demonami i innymi stworzeniami.

– Zakochałaś się… eh… i wiesz, że grozi mu niebezpieczeństwo. – Liczyrzepa stwierdził bez zbędnych ceregieli to, co chciałam im od samego początku przekazać, ale o czym doskonale wiedzieli.

Spojrzałam w gwieździste niebo pełna zadumy. Zrobię wszystko żeby mieć go przy sobie i uratować.

– Ogary zaczynają się koło nas kręcić. – stwierdziłam ze smutkiem, gdyż nawet ja tych diabelskich stworzeń nie potrafiłam powstrzymać. Służą Welesowi, piekielnemu Bogowi, który pilnuje bram Czyśćca, i tylko On ma nad nimi władzę. – Mi nie zrobią krzywdy, ale nie będę patrzeć i czekać aż stanie się tragedia. Dlatego tu jestem i dlatego was wezwałam.

 

– Kimże jest ten człowiek, że chcesz wyrzec się swojego dziedzictwa? Czy jest tego wart? – zapytał Filip.

On mnie rozumiał. Mówiono, że sam się kiedyś zakochał, lecz jako najpotężniejszy nie mógł nic z tym zrobić, więc uciekł i zamieszkał głęboko w górach, żeby zapomnieć. Owa panna była przez jakiś czas pilnowana, ale gdy tylko Ogary zrozumiały, że nic ich już nie łączy i że nie mogą już jej zrobić krzywdy, słuch o niej zaginął. Chodziły pogłoski, że zakochała się w kimś innym a później zniknęła. Najprawdopodobniej wyjechali z kraju, choć nikt nie mógł tego potwierdzić. Nikt też nie mógł jej szukać. Tak nakazywało nasze prawo. Od tamtej pory Filip z dwójką Bogów tworzą najpotężniejsze trio, jakie kiedykolwiek widziałam i poznałam.

– Jest moim światłem – z rozmarzeniem przymknęłam oczy – słońcem rozpoczynającym dzień i iskrą pokazującą drogę w nocy. Moim bijącym sercem i rytmem nadającym mu życie. Moim sensem istnienia.

– To jest tylko głupie ludzkie gadanie. Dziś go kochasz, jutro możesz nienawidzić i co wtedy?! – przerwał mi Karkonosz ze złowrogim błyskiem w oczach, po czym zaczął nerwowo chodzić wkoło swojego głazu. – Poza tym nawet My nie mamy takich mocy, żeby ci w tej kwestii pomóc.

– Wy nie macie mocy? To niby kto ją ma? Tylko Wy znacie każdą magię jaka istnieje, umiecie sporządzić każdy napar z ziółek, nawet ten ratujący życie. Musi być jakiś sposób, żebym była zupełnie normalna i nie wmówicie mi, że tak nie jest.

Odwrócili się ode mnie i zapatrzyli w ciemność spowijającą góry – w cudowne widoki, za dnia tak chętnie przez wszystkich podziwiane. Wiem, że liczą się z tym, iż nie odpuszczę. Poza tym to Oni wszystkiego mnie nauczyli i wpoili mi nasze prawo, którego tak kurczowo się trzymali.

Pierwszy odwrócił się Świętowit.

Mimo mroku, pod czarną peleryną chował kolejne trzy swoje twarze ustawione na wszystkie strony świata i ukazywał tylko jedną. Nigdy nie pokazał mi równocześnie więcej niż jedną naraz.

– Jest jeden sposób. Jeden jedyny. Ale nie daje stuprocentowej gwarancji na to, że nigdy sobie nie przypomnisz o magii – stwierdził niechętnie po dłuższej chwili namysłu.

– Jak to nie przypomnę sobie o magii? – zdumiona i zszokowana stałam w ciemności naprzeciw nich.

– Nie ma magii na to, żeby wyzbyć się tego co zostało nam dane raz na zawsze. Ale jest sposób, żeby to wyciszyć, uśpić i zapomnieć, lecz nie jest to nieodwracalne.

– Nigdy o czymś takim nie słyszałam. Co więcej nigdy nie wspominaliście mi na Waszych lekcjach, że coś takiego jest.

– Myśleliśmy, że nigdy nie będzie to potrzebne. Nikt nigdy nie przyszedł do nas z taką prośbą. Wszystkim odpowiada to, że są „inni”, że potrafią więcej niż zwykły człowiek. Nikt nie chciał się tego wyrzec wprost. Owszem, może czasem kombinowali jakieś napary z ziół na zmianę świadomości – ale tylko dlatego, że rywalizowali między sobą o to, kto jest lepszy i mądrzejszy.

– Nie powiedziałabym, że nikt nie chciał i dobrze o tym wiecie.

– To nie jest tak – odezwał się Filip. – Na pewno słyszałaś różne pogłoski i opowieści o mnie – skinęłam głową – ale ja nie prosiłem o to co ty. Ja wiedziałem, że nie ma takiej możliwości. Nie ma odwrotu. Ale to jest zupełnie inna sprawa. Wiesz kim jestem i jakie mam stanowisko. Wiesz, że jestem ponad Wami i nie mogę tego zmienić. Ja straciłem swoje człowieczeństwo, swoją miłość. Naszego prawa nie można zmienić, niestety. Ale mam nadzieję, że tobie Bogowie będą przychylni i poznasz chociaż przez chwilę zapach prawdziwej miłości, a nie tylko zabawy.

W tym momencie dwie postacie zmroziły go wzrokiem. Nie takich słów spodziewali się po Filipie. Jednak tkwiła w nim cząstka człowieczeństwa, której go nie pozbawili mimo swoich nauk.

– A więc jest pewien sposób – kontynuował. – Trudny dla nas, bo musimy przysposobić ci opiekuna. Musi cię chronić, gdyż nigdy więcej nie będziesz mogła pojawić się w tym miejscu, bo czar pryśnie.

– Nie bardzo rozumiem. – Stałam już kompletnie zdezorientowana.

– Możemy wytworzyć w twojej głowie mur oddzielający życie z magią od normalnego człowieczeństwa. Będziesz żyła jak do tej pory, tylko wszystkie twoje zdolności zostaną schowane za ścianą. Nie będziesz pamiętać o nich, o nas, o demonach, z którymi walczyłaś by chronić ludzi, ani o naszej tajemnicy.

– A w którym miejscu jest haczyk? – Musiał być i byłam tego pewna, że nie wszystko jest takie piękne jak się wydaje.

– Otóż nigdy więcej nie możesz pojawić się przy grobie Karkonosza, gdyż magia tego miejsca sprawi, że mur w twojej głowie pęknie, a my nie wiemy jakie będą tego konsekwencje oprócz tego, że wszystko sobie przypomnisz.

Wyczułam bijący od niego smutek. – Jako twój opiekun nie mogę i nie chcę pozwolić na to, żeby coś ci się stało.

Stałam oniemiała i nie rozumiałam już nic. Niby nie ma takiej magii, żebym mogła żyć jak normalny człowiek i raz na zawsze zapomnieć o swoich zdolnościach, a z drugiej strony pojawia się coś, dzięki czemu jest jakiś cień nadziei, tyle że niesie ze sobą pewne zagrożenie. Miłość, ta prawdziwa, potrafi przenosić góry, dlatego wiedziałam, że cokolwiek miało by się stać i tak złapię się każdego sposobu, aby być w końcu szczęśliwą.

Stojąc tyłem do lasu spojrzałam odruchowo w lewo, gdzie mieścił się dobrze wszystkim znany grób Karkonosza. Niby grób, choć tak naprawdę w niczym go nie przypominał. Cóż, to tylko wielka granitowa płyta z niemieckim napisem RÜBEZAHLS GRAB. Wielki napis i wielka legenda, że to właśnie pod nią znajdują się wrota do podziemnego królestwa Ducha Gór. Gdyby tylko ludzie wiedzieli ile jest w tym prawdy, nie wiem czy wtedy to miejsce byłoby tak chętnie i tłumnie odwiedzane. Powinno być raczej oznaczone tabliczką: „Miejsce, w którym legendy stają się rzeczywistością”.

O tak, to byłby idealny napis.

– Spodziewam się, że nie możecie mi zrobić tego Waszego domniemanego muru w głowie od razu? – stwierdziłam bardziej, niż zapytałam. Wiem, że u Nich nic nie jest łatwe i natychmiastowe. Pewnie myśleli, że zagrają na czas i zmienię decyzję. Nic bardziej mylnego.

– Powiedzieliśmy, że jest sposób, ale nikt z Nas nie powiedział, że tego chcemy i że to zrobimy. To zbyt ryzykowne. Nie wiemy co się stanie z tobą gdy mur pęknie i twoje wspomnienia zaleją ci głowę. Musimy w jakimś stopniu podzielić twoją duszę na dwie części. A ludzka dusza to nie gumowa piłka. Jest wrażliwa i nietrwała, ale silniejsza niż możesz sobie wyobrazić.

– Na dodatek powrócą wtedy Ogary, a wiesz jakie to niebezpieczne stworzenia. Będziesz zbyt słaba, żeby go ochronić. A kiedy twój wybranek przywita się z nimi, przepadnie w Czyśćcu raz na zawsze.

– Chyba sobie żartujecie. Nie dam się nabrać na te Wasze gierki. Skoro jest jakiś sposób, pomóżcie mi. A ja przysięgam Wam, że jeżeli ten mur pęknie z mojej winy, pogodzę się z moim przeznaczeniem, jakiekolwiek będą tego konsekwencje. Poddam się wtedy i je poniosę. Ale nie zastraszycie mnie, wmawiając takie niestworzone historie – powiedziałam i zaczęłam przyglądać się mimice ich twarzy. Porozumiewali się bez słów, a gdy moje oczy przyzwyczaiły się wystarczająco do ciemności, mogłam i ja zrozumieć lepiej o czym rozmawiają. Wiedziałam, że już podjęli decyzję.

– Za dwa dni będzie pełnia księżyca, przyjdź tu przed świtem, tylko wtedy możemy odprawić ten rytuał. Tylko wtedy czar zadziała. Ale pamiętaj, to kruche naczynie, a każda decyzja niesie za sobą jakieś konsekwencje. Jeśli to pęknie, nie będziemy w stanie Ci pomóc i was uratować. Uprzedzając twoje pytanie – tak, was, gdyż wtedy nie tylko ty będziesz w niebezpieczeństwie, ale również on. Od chwili przemiany będziecie jednością i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. My rezydujemy tutaj, na Ziemi i nie mieszamy się w sprawy ciemności. A kiedy mur pęknie, już nie nas będziesz potrzebować, tylko władców piekieł. To nie nasza działka i nigdy nie wchodzimy sobie w drogę. Takie mamy zasady – bez wahania stwierdził Świętowit.

Spodziewałam się, że to On podejmie ostateczną decyzję. W końcu mówiono o nim, że jest najwyższym z Bogów. To inni go słuchali. Nikt nie odważył się nigdy mu przeciwstawić. Wiadomo, po cichu każdy gadał i był najmądrzejszy, ale powiedzieć mu prosto w oczy nikt się nie odważył. Według mnie normalni ludzie mieli z Bogami więcej wspólnego niż się spodziewali. Ile to miałam do czynienia z tymi rzekomo „normalnymi”, gadali za moimi plecami, a gdy tylko mnie zobaczyli to rozmawiali ze mną tak, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Zresztą każdy takie sytuacje miał w swoim życiu chociaż raz.

– Decydujesz w tym momencie o życiu was obojga, nie tylko o twoim. Przemyśl to dokładnie jeszcze raz – odpowiedział Karkonosz – jakąkolwiek byś podjęła decyzję, będziemy w tym miejscu za dwa dni dokładnie o północy. Poczekamy na ciebie tylko do świtu, kiedy będziemy mogli spełnić twoje życzenie. Masz mało czasu, ale wierzę, że podejmiesz właściwą decyzję. Pamiętaj, że jeśli zrezygnujesz teraz, już nigdy nie proś nas o to, o co dziś poprosiłaś.

Nagle mgła spowiła miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stali. Uciekli do swoich podziemi. No tak – tego można się po nich spodziewać. Za każdym razem to oni decydują, kiedy skończyć spotkanie. Cieszyłam się jednak, że to mnie pozostawili wybór. Cholera, nie wiedziałam jednak, jak poważne mogą być tego konsekwencje. Mam dwa dni na podjęcie decyzji. Czas pokaże jaką podejmę. Nie chcę narażać ukochanego na niebezpieczeństwo, ale w obecnej sytuacji już jest narażony i pilnuję go na każdym kroku. Gdyby się dowiedział, że wszędzie noszę ze sobą sól na duchy a tym bardziej, że wsypuję mu ją po ziarenku do kieszeni, uznałby mnie za stuprocentową wariatkę. Tak samo gdyby się dowiedział, że breloczek do kluczyków, który ode mnie ostatnio dostał to Klucz Salomona, a nie po prostu zwykła ozdoba. Dopiero by było.

Odwróciłam się i pobiegłam w swoją stronę.

Czas na sen.

Martwić się będę od jutra.

– Rozdział 2 –
5 lat później

– Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! A może bardziej niech żyje mi. Wszystkiego najlepszego kochanie. – Usłyszałam z ust mojego męża.

Mój wewnętrzny zegar jeszcze się nie obudził i nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem i co robię.

Dłuższą chwilę zajęło mi dojście do siebie po tym, jak wyrwał mnie ze snu śpiew tego najważniejszego. Jakub pod tym względem był best of the best. Takich niespodzianek jak on, nie robił nikt. Pamiętał o każdej ważnej dla nas dacie. Urodziny, imieniny, rocznice nie były mu obce.

Tak właśnie dziś obudził mnie śpiewem w dniu moich trzydziestych urodzin – zadowolony, z bananem na twarzy, co najmniej jakby wygrał w totka.

Czułam, że śpiew to dopiero początek. Nie budziłby mnie skoro świt bez powodu, w dodatku wiedząc, że mamy kilka dni zasłużonego wolnego, normalni ludzie nazywają to urlopem.

– Dziękuję kochanie – odpowiedziałam, po czym dostałam powolnego, namiętnego całusa. Patrzyłam wielkimi oczami, gdy wyciągnął zza pleców bezowy torcik w kształcie serca.

– Wiesz, że mam słabość do słodyczy. Kocham cię najmocniej na świecie. A zaraz po tobie są takie właśnie słodkości – odpowiedziałam z uśmiechem.

– To jeszcze nie wszystkie niespodzianki – odpowiedział – przyniosłem ci kawkę ty mój kawoszu. Mam nadzieję, że godzinka ci wystarczy na ogarnięcie się i spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy.

– Jak to pakowanie? – zapytałam.

– A no pakowanie. Zabieram cię kochanie w podróż i chciałbym, żebyśmy wyjechali najpóźniej około siódmej, aby obiad zjeść już w górach.

Zerwałam się z piskiem i rzuciłam mu się na szyję. Kochamy góry prawie tak samo jak siebie. Zauroczyły nas jakieś pięć lat temu i nawet wcześniejszy mój niefortunny wypadek tego nie zmienił. Zasłabłam na szlaku. Pech chciał, że wyszłam wtedy sama na krótki spacer. Kuba przygotowywał auto, gdyż rano mieliśmy wyruszać do domu. Niestety pobyt wydłużył się o kilka dni, które spędziłam w szpitalu w Jeleniej Górze. Upadając, uderzyłam głową o konary drzew. Znaleźli mnie na tym szlaku przypadkowi przechodnie. Miałam szczęście bo było już ciemno, a im wydłużyła się droga. Gdyby nie oni, nie wiem jak by się ta moja eskapada skończyła. Ocknęłam się i podprowadzili mnie do stojącej nieopodal willi, w której wynajmowaliśmy apartament. Kuba twierdził, że nie było mnie jakieś pół godziny, ale nie byłam pewna ile tam leżałam. Pamiętam tylko, że dotarłam do tzw. Złotego Widoku, by ostatni raz podziwiać widoczne stamtąd góry i malowniczy zachód słońca. Cóż, całe szczęście, że skończyło się na kilku porządnych siniakach. Czasem miałam wrażenie jak gdyby przez ten wypadek moja pamięć szwankowała, nie pamiętałam pewnych sytuacji, albo miałam jakąś małą lukę we wspomnieniach. W końcu uznałam, że po prostu to tylko pamięć płata mi figle.

– Jedziemy w to samo miejsce do Szklarskiej Poręby, w którym byliśmy wcześniej. Nawet udało mi się wynająć ten sam apartament co wtedy. Wyobraź sobie, że właściciel – pan Rafał, doskonale nas pamięta i twój wypadek również. Kazał mi cię pilnować – powiedział Kuba ze śmiechem, po czym zaczął kroić mój tort. Zauważyłam, że nawet zrobił sobie kawę – taką samą jak dla mnie, mimo że nie jest kawoszem a kawę pije naprawdę rzadko.

 

– Wiesz, te kilka dni odpoczynku dobrze nam zrobi. A spacery po znajomych Karkonoszach nas odprężą. Szkoda, że tak rzadko tam jeździmy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Chciałem ci tylko zapowiedzieć, że po ostatnim twoim wypadku nigdzie cię samej nie puszczę, więc nawet o tym nie myśl, żebyś się sama gdzieś wybierała. A gdy wrócimy, zrobimy małą imprezkę. Już mówiłem Oli, jak zwykle jest tym zachwycona. Tak więc, teraz wczasy, a później główna impreza – dodał z uśmiechem.

I jak tu go nie kochać.

Mój szalony mąż i przyjaciel w jednym. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że znamy się od czwartej klasy podstawówki. Gdzieś te nasze losy mijały się obok siebie, aż w końcu wybuchło wielkie uczucie i jesteśmy nierozłączni pod każdym względem.

Nie jesteśmy idealni, o nie.

Są czasem kłótnie i wymiana zdań. Ale to trwa tylko chwilę, a już po kilku minutach jedno tuli się do drugiego. Tego nam zawsze wszyscy zazdroszczą. Nikt nas nigdy nie poróżnił. Nikomu się to nigdy nie udało. O tak, mamy swoich wrogów, czy może tych jak to się mówi „życzliwych”. Ludzie w tych czasach zazdroszczą wszystkiego. Pozycji, pieniędzy, wszystkich dóbr materialnych, na dodatek ci najbardziej urażający innych, najmniej robią, żeby cokolwiek w swoim życiu zmienić. Trzeba się na nich uodpornić i zbywać śmiechem. Niestety na niektórych ludzi nie ma sposobu, a przynajmniej jeszcze go nie wymyślono.

– Niestety, nasza praca, a bardziej moja nie pozwala nam na częste wypady i dobrze o tym wiesz – kontynuował. – Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni – dodał.

– Wiem kochanie – powiedziałam – ale dziś nie jest dzień na smutki. Jedziemy w góry, tratata!! – Zaczęłam śpiewać i skakać po łóżku jak małe dziecko. Ale co mi tam, dziś jest mój dzień.

Każda wolna chwila w naszych grafikach jest przez nas wykorzystywana w stu procentach. Mieszkamy w Szczecinie, Kuba jest tu dyrektorem w firmie budowlanej. Nawał prac i obowiązków, związanych z budową nowego centrum handlowego, nie pozwala mu niestety na dłuższy okres wolnego od pracy. Ja, jako trener personalny, wykonuję wolny zawód, ale również mam swoje obowiązki. Kocham tę pracę i ludzi, którym pomagam odzyskać nie tylko figurę, ale – co najważniejsze – wiarę w siebie. Pomagam im odnaleźć poczucie własnej wartości, bo tego, szczególnie kobietom, najbardziej brakuje. Nasze spotkania to nie tylko ćwiczenia, ale przede wszystkim rozmowy, przy których bardzo często pojawiają się łzy. Problemów jest masa, jednak prawie każda kobieta, która zgłasza się do mnie o pomoc, za cel stawia sobie bardziej to, żeby stać się silną jaką była kiedyś, a te zbędne kilogramy są zawsze na drugim miejscu. Cóż, trzeba oderwać się od otaczającej rzeczywistości i poddać się błogiemu lenistwu na szlakach. Czas na pakowanie, pomyślałam i zaczęłam przegrzebywać szafę w poszukiwaniu butów trekkingowych i ciuchów odpowiednich na górskie wyprawy.

Pół godziny zajęło mi ogarnięcie siebie i spakowanie nam walizek. Akurat gdy kończyłam do sypialni wskoczył mój małżonek.

– Spakowałaś już wszystko? Zaniósłbym już walizki do auta. Muszę jeszcze sprawdzić olej i powietrze w kołach, a ty w tym czasie zjedz coś. Po drodze zatrzymamy się na jakieś śniadanie, bo nie chcę żebyś jechała o pustym żołądku – zakomunikował Kuba.

– Już nas spakowałam. Walizki możesz zanieść – powiedziałam. – Zrobię sobie jakąś szybką kanapkę i możemy jechać.

– No dobrze, to ja idę na podwórko. Gaz już zakręciłem. Jak będziesz wychodzić, wyłącz tylko korek od prądu ten pierwszy po lewej.

– Daj mi dziesięć minut i wyjdę. Zabierz tylko wszystko żebyśmy nie musieli zawracać bo wiesz, że to przynosi pecha – odpowiedziałam ze śmiechem. Wiedziałam, że nie wierzy w żadne tam zabobony. To facet twardo stąpający po ziemi, a przesądy go irytują. Ja natomiast wolałam dmuchać na zimne. Nigdy nic nie wiadomo, wolę nie kusić losu. Zawsze mu tak mówiłam. Choć teraz już nie zwraca mi uwagi, tak jak wcześniej, że przesadzam, to i tak widziałam w jego oczach bardziej rozbawienie takimi sytuacjami niż wcześniejsze rozdrażnienie i poirytowanie.

Wyszedł z domu kręcąc głową, jednak nie umknął mi jego mały uśmiech.

Ja wymaszerowałam chwilę później z jakimś dziwnym przeczuciem nie do opisania. Coś we mnie drgnęło. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Czułam, że coś odnajdę. Coś co ciągle umyka mojej podświadomości. Lekarze twierdzili, że to tylko stres pourazowy spowodował, że moja pamięć chwilami płata figle. Ale ja czułam, że to nie w tym rzecz. Pamiętałam wszystkich i wszystko, a zaniki były chwilowe w pojedynczych sytuacjach. Jakby ktoś wyciął mi niedogodne fragmenty zdarzeń. Jakby klatka z filmu zniknęła. Od chwili wypadku stałam się też bardzo wrażliwa. Jak to mówił mój luby, chyba tylko ja potrafię rozpłakać się oglądając w kinie smerfy, bo Smerfetka umiera a reszta jej towarzystwa swoją magią przywraca ją do życia. Cóż w tamtej sytuacji największy ubaw miała ze mnie córka Oli, bo ciocia płacze na bajce. No ale zawsze twierdziłam, że lepiej mieć więcej uczuć niż nie mieć ich wcale. Tak że trudno, co ma być to będzie.

Wzięłam jeszcze parasolkę pod pachę i wymaszerowałam pewnym krokiem na nasze podwórko gotowa do podróży.

– Uprzedzając twoje pytanie: tak, wszystko wyłączyłam i zamknęłam. Możemy jechać.

– Zuch dziewczyna. Wskakuj i ruszamy. Musimy tylko odwiedzić stację paliw, ale to nawet gdzieś po drodze. Zostawiłem wczoraj zapasowe klucze u rodziców, obiecali wpadać codziennie i sprawdzać czy nic się nie dzieje.

– Super, dziękuję kochanie za wszystko – odpowiedziałam z uśmiechem i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek.

Chwilę później jechaliśmy już drogą S3 w kierunku Szklarskiej Poręby.