Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tam, gdzie mieszka Pani Kebab

W dziwnym miejscu mieszkam.

Wracam sobie z pracy, jesień wkoło idzie bez park, słońce wyjątkowo przyświeca, serce roście. Przechodzę obok ogródków działkowych, główną drogą, patrzę, ktoś na chodniku leży! Nie rusza się, leży jak kupa szmat, w gardle mnie dławi, umarł ktoś i jak ja go teraz uratuję? Podbiegam...

Na chodniku leży laska. W poprzek. W sukience.

Sukienkę podciągnęła pod pachy.

Nogi rozłożyła na za piętnaście trzecia. W stronę przejeżdżających samochodów.

I wcale nie umarła.

Ręce sobie założyła pod głową i zachęcająco się do mnie uśmiecha.

Młoda laska, normalnie wygląda, ładnie się ubrała, i se leży.

Ciekawe, czy rano wstała i pomyślała: „Taki ładny dziś dzień, chyba na chodniku się położę i będę pokazywać bożenę”?

Zbieram szczenę, idę dalej. Zdobywam właśnie kolejny szczyt – Leeds to same góry i doliny – gdy z góry zjeżdża pojazd. Wielki, gruby facet w ogromnym swetrze, z brodą, z marsem na czole, sunie statecznie, acz w szalonym tempie.

Na plastikowym, trójkołowym rowerku dla dwulatka.

Parskam śmiechem w uznaniu dla żartu, życie takie szare, praca taka ciężka, zima taka bliska, fajnie, że humor w narodzie.

Na to facet rzuca mi oburzone spojrzenie i jeszcze się ogląda. Jak śmiesz się śmiać, jak na serio sobie na rowerku dziecięcym jadę? Bezczelna.

Tak skarcona, lezę dalej. Jako że jest piątek, wszędzie roi się od grup studentów na tzw. Otley Run – zabawa ta polega na tym, że trzeba się przebrać i w każdym barze wzdłuż Otley Road po kolei wypić po piwie. Otley Road jest długa, barów na niej wiele, więc nielicznym udaje się dotrwać do końca. Niewątpliwie wzbogaca to lokalny koloryt, zwłaszcza że i stroje bywają nietuzinkowe. Zeszłej zimy, w grudniu, widziałam grupę plażową. Dziewczyny w bikini, chłopaki w maleńkich kąpielówkach. I nie, nie mieli kurtek ani swetrów. Z domu wyszli w majtkach i w majtkach twardo pozostali.

Dlatego nie dziwi mnie gumowy penis, który mnie właśnie mija. Jest ogromny, różowy i wesoło pręży główkę.

Dwie godziny później wracam ze sklepu, a penis leży pod płotem. Złamany wpół, różowe ciałko ma przybrudzone ziemią. Główka smętnie zwisa, a po trzonie, aż po jądra, spływają brązowe rzygi.

To je Leeds, tego nie ogarniesz.


Pani Kebab ma nową

Zapisuję nową uczennicę.

Przyszło to takie chude jak nieszczęście, oczyska wielkie, rzadkie włoski uczesane w fikuśny warkoczyk.

Całe aż żółte na twarzy. Jakieś takie zakurzone, przydymione. Rosalinda, cygańska księżniczka.

– Skąd jesteś?

– Ze Slovenska.

– A z którego miasta?

– Z Koszyc.

Patrzę na nią uważniej.

– Z Lunika?

Aż się rozpromieniła w uśmiechu, jakby usłyszała o niebie.

– I tęsknisz za domem?

Kiwa głową. Dziwi mnie to i kto widział osiedle Lunik, rozumie. Pytam ją o rodzinę, rodzeństwo. Zamyśla się na chwilę, potem odpowiada: siedmiu braci i pięć sióstr. Wypełniam formularze i wysyłam ją do domu. Powinna jeszcze przejść testy z angielskiego, ale sobie darowuję. Rosalinda ani słowa nie rozumie po angielsku i z góry wiadomo, że trafi do nas. Zakłada cienką kurcinę, ale nie wychodzi. Z wahaniem podaje mi jakiś świstek. Czytam. Po słowacku, niewprawnym, koślawym pismem, ktoś napisał: „Niech pani nam pomoże. Nie mam mleka dla dzieci. Są głodne”.

Sadzam ją na krześle, idę do szefowej. Co prawda nieraz już to słyszałam, ale tym razem jest inaczej. Rosalinda nie ma na sobie różowych najków ani brylantowego paska z motylkiem, ani najnowszej komórki, ani blond pasemka z przodu. Szefowa – porządna kobita – organizuje jakieś pieniądze z funduszu na drobne wydatki i zabieramy Rosalindę do domu.

Otwiera nam szkielet bez górnych zębów, obleczony w luźny podkoszulek, z którego wyzierają obwisłe jak worki piersi. Szkielet jest w wyraźnej ciąży. Przedstawia się jako Maria i serdecznie zaprasza do środka. Wchodzę i przez chwilę nie mogę się zorientować, co widzę.

Mały, ciemny pokoik, kanapa i stolik z wielką dziurą pośrodku, ewidentnie znaleziony na śmietniku, i poza tym nic. W kuchni puste szafki, puste blaty, pusty pojemnik na chleb.

I wszędzie dzieci.

Od szesnastoletniej Sandry po dwumiesięczną Julię, wypełniają całe pomieszczenie. Chude, brudne. Płaczą, śmieją się, biją, łypią na nas ciekawie, chowają się jedno za drugie, co śmielsze podchodzą. Jest też ojciec. Szefowa patrzy na niego.

Powinien pan sobie znaleźć nowe hobby.

Pytamy, czego najbardziej potrzeba, kupujemy pieluchy, mleko, trochę jedzenia. Zawiadamiamy opiekę społeczną, obiecują, że jeszcze dzisiaj przyjadą. Po powrocie organizujemy jeszcze zbiórkę jedzenia na zbliżające się święta. Nic więcej nie możemy tu zrobić.

Nazajutrz wracamy z koszami jedzenia ze zbiórki. Przy okazji wychodzi na jaw, że poza Rosalindą jeszcze czwórka jej rodzeństwa powinna chodzić do naszej szkoły. Zyskujemy więc Sandrę, piętnastoletnią Andreę, trzynastoletniego Romana i dwunastolatka Leona.

Dwa tygodnie później okazuje się, że Sandra jest w ciąży. Ucieka z domu, po kilku dniach przywozi ją policja. Rosalinda płacze w szkole.

– Co się stało?

– Dziecko Sandry umarło.

Łapię ją za rękę.

– Jak to?

– Rano poszłam ją obudzić. I ono już tam leżało, takie malutkie. Jak laleczka. Bo ono w nocy z niej wyszło i nie wiedziała, co zrobić, więc czekała do rana. Krwi było tyle...

Zabieram ten widok ze sobą do domu, wiozę go zatłoczonym autobusem, niosę po schodach, cały wieczór zamiast telewizji go oglądam.

Sandra trafiła do szpitala, a zaraz potem skończyła szesnaście lat. I już nie wróciła do szkoły.


Pani Kebab wizytuje

Pora na wizyty domowe.

Jedziemy rozklekotanym szkolnym vanem z Anką, jak co dzień, przez ceglany labirynt Beestonu. Od trzech lat tak jeżdżę, a ciągle nie umiem niczego znaleźć. Coś jak katowicki Nikisz, ale o wiele brzydszy. Wyprany z magii, goły i rozbabrany, o tej porze dnia zwykle skąpany w upiornym, sinym świetle. Mży.

Jadę na spotkanie ze swą Nemezis, ale się nie boję, bo mam ze sobą Ankę, która zaraz każdemu powie dokładnie, co myśli. A nie myśli ona najlepiej o odwiedzanych rodzinach w ogólności, a o mej Nemezis w szczególności.

Śmiejemy się, zatrzymujemy w parku na fajkę. Anka opowiada mi wielopiętrowe historie. Ze swym szerokim akcentem Yorkshire, blond grzywką, metrowymi tipsami i bezkompleksowym „Co mi on tu będzie pierdolił” podejściem do życia, ratuje nieraz moje zdrowie psychiczne. Bardzo lubię te nasze przedpołudnia.

Anka dopala, ani na chwilę nie przestaje gadać, i patrzy podejrzliwie w bok.

– Od nas – rzuca i ucieszona wsiadam. Anka uwielbia ścigać swoim vanem przydybanych przypadkiem wagarowiczów, potrollować ich trochę. Ale tym razem się spóźniłyśmy. Wszyscy zarzucają sobie marynarki na głowę, by uniknąć ewentualnego rozpoznania, i znikają gdzieś ogródkach działkowych.

– Pieeeerdoloooneeeee kuuuuuurwyyyyyyy!!! – dobiega nas jeszcze pozdrowienie i jedziemy dalej.

Wysiadamy przed jednym z domków w szeregu. W dwa na dwa metry ogródku stara kanapa, na murze narysowane serce i podpis „Mam te rada, Vanesko”. Ja te, niestety, Vanesko, ne mam rada wcale.

Z hukiem otwierają się drzwi i chlust! Leci po schodach woda z miednicy. Cokolwiek by o niej mówić, jest bardzo czysta. W ogóle romskie domy są czyste, że z codziennie mytej podłogi można by jeść, w przeciwieństwie do domów niektórych rodowitych mieszkańców tej dzielnicy.

Raz wchodzę do takich, Anka już wcześniej ostrzegała, żeby se zatkać nos, i już w korytarzu bigos z komunii w gardle czuję. Wszędzie nasrane psami, wdeptane to w dywan, rozmazane na linoleum, w kuchni – w charakterze kociej kuwety – rozerwane tekturowe pudełko, zawartość po całej kuchni dawno rozniesiona. Pośrodku tego wszystkiego leży gospodyni w zasyfionym barłogu i wcina chińszczyznę z pudełka.

– Dzień dobry, dlaczego Shantelle nie ma w szkole?

– A, bo coś ciągle na żołądek narzeka, wymiotuje...

Ciekawe dlaczego. Ale oto już Nemezis we własnej osobie. Staje przed nami. Wkurwiona.

Jest to babsko postawne i złe, istna czarownica, kurwiszon jakich mało. Włosy czarne, ogromne cycki wywalone, spojrzenie zarazem tępe i chytre. Bo chytra jest jak lis, wszystkie kruczki prawne ma od dawna opanowane, a jak umie wszystko odraczać, przedłużać, wszystkimi manipulować! Już drugi rok udaje jej się unikać kary sądowej za zaniedbanie obowiązku szkolnego. Vaneska od dwóch lat siedzi w domu, focie sobie robi na fejsa.

– Astmę ma, astmę, miesiączkę! – drze się od progu, pod boki się bierze. – Nigdzie nie pójdzie, przestańcie mi tu ciągle jeździć! Holka je nemocna, nemocna je! Vaneska, chodź tu, zaś ze szkoły przyszli!

– Niech mi wyliżą pizdę! – krzyczy z góry nadobna Vaneska.

Tłumaczę Ance, ta patrzy na nią wzrokiem pod tytułem: Taaak, a żaba się goli, bocian w trepach chodzi, taaak, po czym bardzo poważnie mówi:

– Pani jej powie, żeby tak nie biegała za chłopakami z fajką w zębach jak wczoraj po parku, bo to faktycznie jej szkodzi na astmę.

 

Trzaska nam drzwiami przed nosem i tyle wskórałyśmy na dzisiaj.


Pani Kebab i ciąża

Uczennica w ciąży!

Wieść oczywiście obiegła szkołę lotem błyskawicy. Po tygodniu wszyscy już wiedzą co i jak, która to i który miesiąc, gdzie i jak poczęła, nikt tylko nie wie, kto jest ojcem.

Sama Kate chyba też tego nie wie.

Pogadali, poburczeli i przestali, a Kate została szkolną maskotką. Na przerwach eskortuje ją horda koleżanek, osłaniając z każdej strony, żeby jej któryś przypadkiem nie zepchnął ze schodów albo nie zajechał bykiem w brzuch. Na stołówkę wchodzą osobnym wejściem, ogłaszając wcześniej jej przybycie jak gromada spalonych na solarze kamerdynerów. Nauczyciele traktują ją ulgowo, uczniowie podpytują z sympatią, a Kate obnosi swój nowy nabytek po szkole z widoczną przyjemnością, choć może trochę z trudem.

Rodzice też ją wspierają, w końcu bądźmy szczerzy, ciąża w wieku piętnastu lat to nie jest tutaj nic aż takiego dziwnego. Urodzi, dostanie mieszkanie i zasiłek, pójdzie do koledżu i wszystko się jakoś ułoży. Jeśli ojciec się nie znajdzie, dla niej to nawet lepiej – samotnym matkom przysługuje większa pomoc.

Kate chodzi do szkoły do samego końca. Każdego dnia cała klasa w napięciu oczekuje odejścia wód – nie dość, że taka atrakcja, to i lekcje zapewne przepadną. Niestety, ku ich rozczarowaniu Kate urodziła w nocy i obiecała następnego dnia wrzucić zdjęcia na fejsika.

Nazajutrz od rana wszyscy męczą nauczycieli, pani puści na kompa, pani puści na kompa, nie być pani taka nieużyta, daj pani dziecko Katie zobaczyć! Pod koniec fizyki w końcu jedna się dała namówić. Akurat pomagam Meli, która się podekscytowana loguje. Jest!

– Holka! – krzyczy Mela. – Jaka hezka holka!

Na zdjęciu blada Katie trzyma w ramionach noworodka. Całego opatulonego różowym kocykiem. Drugie zdjęcie, trzecie... Na twarzy Katie nie widać cienia uśmiechu.

Czwarte zdjęcie. Maleńkie ciałko, ubrane w pajacyk z Kubusiem Puchatkiem. Wokół balony, kartki, misie, kokardki.

Zbliżenie.

To dziecko jest martwe.

I naraz serce mam twarde jak kamień.


Dyżur Pani Kebab

Dyżur na przerwie, witamy w piekle.

Postawili mnie przy głównych drzwiach, cerbera metr pięćdziesiąt, i pilnuj se. Rzuć się jak Rejtan w przejściu albo już nie wiem co zrób, kostium se pozoranta na psy ubierz, i stój. Zatrzymaj tę rzekę, co wrzeszcząc, wali na ciebie. Oprzesz się o drzwi, to z drugiej strony kopy ci sadzą po nerach. Z boku staniesz, to na bezczela się przepchną, bo wiedzą, że ich gonić nie będę, jak tu posterunku muszę pilnować.

Na dworze jeszcze gorzej, bo w dodatku trzeba niby karać palących. Wyjdziesz, a oni już dawno po okolicznym lasku, po krzaczorach siedzą, i co, i drzyj po błocie pod górę, a oni pięć razy zdążą uciec, zanim dolezę. A większość to się nawet nie czai i w dupie ma, czy ich nazwiska – co ich nie znam oczywiście, bo uczniów 1200 – w moim supernotesiku zapiszę. Jak oni palą od ósmego roku życia, to się nagle pod mym magicznym wpływem nie zrehabilitują. Efekt jest taki, że nauczyciele palą daleko poza terenem szkoły, i jeszcze się muszą po choinkach kryć, a uczniowie – centralnie pod oknem dyrektorki.

Łazisz więc po tym wietrze, po tej mżawie i udajesz, że masz władzę. Zgaś to, bo cię zapiszę. Nie bij koleżanki pięścią w twarz, bo pójdę po pana, a on cię zapisze. Brzydki pan przyjdzie i cię weźmie do wora. Nie kop pana, co przyszedł, bo się spocisz.

– Karę mama zapłaci, jak cię trzy razy złapiemy, pięćdziesiąt funtów.

Patrzy spod czapki z daszkiem, spluwa.

– Ciekawe, kurwa, z czego.

– No właśnie, to po co jej dodawać zmartwień.

– I tak nie zapłaci, idź se stąd.

Coś tam pod nosem fanfronię, ale idę, no bo co? Zanim kogo z nauczycieli znajdę, to się przerwa skończy. Nazwiska nie znam, klasy nie znam, mogłabym szukać po zdjęciu w rejestrze, co jest od roku nieaktualny. Mam czas tysiąc dwieście zdjęć przeglądać? Nie mam czasu. Matka karę zapłaci? Nie zapłaci. Piętnastoletni byk po wyroku palić przestanie? Nie przestanie. To po chuj tu stoję, i leje na mnie, i od gówniarzy wysłuchuję? Jak to po chuj, w scenopisie jest napisane, że masz stać!

Na błogosławiony dźwięk dzwonka momentalnie robię w tył zwrot z posterunku i chyłkiem uciekam przez bramę w choinki. Przylatuję zdyszana, bo to jednak kawał. Stoją tam już tacy jak ja, co też mieli dyżur. Pod krzakiem stoją, woda z nich kapie, fajki gasną, ręce im drżą z zimna. I zapewne też z wrażeń, jak przypuszczam. Nikt nie ma siły wiele mówić do siebie.

– Spóźnisz się?

– No.

– Ale ja nie wytrzymam tak tyle godzin bez fajki. Przecieżbym zabił kogoś.

– No ja też.

A piętnastoletni byk po wyroku wytrzyma?

Nie wytrzyma.


Pani Kebab pociesza

– Dzień dobry, Liam, co jesteś taki smutny?

– Weź, spierdalaj.

No to spierdalam, wchodzę do klasy, asystentka pot z czoła ociera. Luke jest, drugi Luke jest, Patrick jest, Ali z kąta pokazuje faki. Gdzie Matt? Nie ma znów Matta. Johny jest, Johny, masz makaron na twarzy.

– To ze śniadania.

– Na śniadanie chow mein wsuwasz?

Wzrusza ramionami.

– No.

– Płatki ci się skończyły?

Patrzy na mnie jak na przybysza z Matplanety, jakie płatki, my nie mamy w domu płatków.

– Ani chleba?

Tu już zdziwko sięga zenitu, ocipiałaś, babo, kto chleb w domu trzyma?

– My nie mamy w domu jedzenia.

– To co jecie? – Wiem, że nie wypada pytać, ale mnie wziął z zaskoczenia.

– No jak to, kupuje stary co dzień tejkełeja. I jemy na obiad, a co zostanie, to na śniadanie – tłumaczy powoli jak krowie na miedzy.

Aha.

Wchodzi Liam. Krzesło kopie, siada. Chudy, wszystko w nim jest trójkątne. Dziwny to jest dzieciak, tu coś gada i śmieje się, a naraz cały ci się zrobi jakiś taki wężowy. Skuli się, nieruchomą twarz tak bokiem wysunie, półgębkiem zacznie obelgi syczeć. Jak z Egzorcysty przemiana. Aż mi się zawsze zimno robi, aż się odsuwam od niego.

Mieszka z babcią. Jeszcze zanim zaczęłam go uczyć, byłam u nich nieraz na wizycie. Czasem jeździłyśmy po niego rano i choćby skały srały, musiałyśmy czekać, aż skończy precyzyjną toaletę. Przylizywał starannie ciemne włosy, bez końca poprawiał kołnierzyk. Patrzył w lustro, wiążąc krawat, i rozmawiał z babcią:

– Daj pięć funtów.

– Nie mam, dam ci tylko trzy dzisiaj.

– Chcę pięć.

– Nie mam, mam trzy tylko.

Odwrócił się powoli od lustra, łypnął wężowym okiem.

– Pięć powiedziałem, głupia cipo.

I przygładzał śnieżnobiałą koszulę, a mnie w podłogę wmurowało, przeszły ciary. Nie ma to jak w Balladzie o Januszku się znaleźć z rana.

– Wszystko okej, Liam?

– Weź, spierdalaj.

No to dobra.


Pani Kebab objaśnia świat

Denis.

Jest gruby, ociężały i powolny. Ma matkę, obleśną kobietę w za małych sandałkach ukazujących z przodu zżarte grzybicą paznokcie, a z tyłu piętę jak korzeń drzewa. Ma siostrę, którą onegdaj wyrzucono z naszej szkoły za przyniesienie strzelby wiatrówki i strzelanie z niej na boisku podczas dużej przerwy. Ma wielu wujków i złośliwe, małpie oczka.

Podczas nudnej lekcji gramatyki wygrzebałam z szafy stary globus. Hej, patrzcie, może zrobimy przerwę i każdy spróbuje odnaleźć na globusie swój kraj? Od razu z radością rzucają kserówki i oblegają biurko. Kręcą globusem jak wariaty, oczy im błyszczą. Mohammed odnajduje Gambię, Tino wciska gruby paluch w Portugalię i rechocze zachwycony, Natalia bez chwili namysłu pokazuje Polskę. Podaję globus Denisowi.

Kręci, podoba mu się, pycho mu sczerwieniało z emocji. Suwa palcem tam i sam, od Australii do Azji, a potem pyta:

– Prosz paniom, a co to jest to niebieskie?

Cała klasa patrzy na niego.

– To są morza i oceany.

– A co to jest morze?

– Takie jak jezioro, tylko dużo, dużo większe, i jest plaża, i piasek – wykrzykują wszyscy.

– Nie byłeś nigdy nad morzem, Denis?

– Nie.

– Nie wiedziałeś, że na świecie są morza?

– Nie.

– To musisz zobaczyć.

Zasiadamy do kompa, każdy chce pokazać morze w swoim kraju. Opowiadają Denisowi o rozkoszach plażowania, o gorącym piasku, o falach. Już nie wracamy do gramatyki i Denis do końca lekcji przegląda zdjęcia i słucha szumu fal.

Sapie. Podoba mu się.

Na lekcji przyrody z kolei poznajemy tajniki rozmnażania się zwierząt.

– Do rozmnażania potrzebne są osobniki o przeciwnej płci – mozoli się Kevin, łysiejący blondyn o nieskończonej cierpliwości i wielkim poczuciu humoru. Obie te cechy przydają się świetnie przy nauczaniu tejże klasy, złożonej w głównej mierze z Denisów. Sam Denis też tu jest, siedzi, sapie i nie rozumie.

– Co to znaczy? – pytają.

– To znaczy, że potrzebna jest kobieta i mężczyzna z danego gatunku.

– Z jakiego gatunku?

– No z danego, na przykład kogut i kura są przeciwnymi płciami tego samego gatunku. Albo owca i baran.

– Przecież to jest co innego.

– No co innego, ale z tego samego gatunku. Ty jesteś inny od Annie, ale oboje jesteście ludźmi. Różnicie się płcią.

Przytakują, rozumieją.

– To teraz połączcie w pary te zwierzęta.

Denis pracowicie koloruje obrazki owiec i kogutów, przykleja obok siebie. Przy krowie nagle się zamyśla.

– Prosz paniom, a jak to jest z krową? Jest przecież tylko krowa.

– Jak to jest tylko krowa? – parskam w rękaw na widok bezradnej miny Kevina.

– Jest krowa, ale nie ma mężczyzny ani kobiety krowy. Jest tylko krowa.

– Eee... Krowa to jest właśnie kobieta, Denis. A mężczyzna krowy to byk – tłumaczy Kevin.

– Kto?

– Byk. Krowa ma wymiona, a byk... – Kevin zerka na mnie – a byk... To już ci najlepiej pokażę.

Pokazujemy byka.

– Nie wiedziałeś, że jest byk, Denis?

– Nie.

Sapie. Byk też mu się podoba.

Taki Denis.


Pani Kebab i spondżbob

Dziś wizyta u Spondżboba.

Spondżbob ma lat trzynaście, szopę kręconych włosów, niespotykane u Romów zielone oczy, ręce całe pociachane żyletką i dzienniczek uwag gruby jak książka telefoniczna.

Aha, i jest dziewczyną.

Spondżbob, bo wygląda jak Spondżbob, kiedy tak siedzi bez ruchu na każdym zebraniu. Wszyscy wkoło aż plują, tacy na nią wkurwieni, matka grozi domem dziecka, wychowawca – poprawczakiem, a dyrektorka – stałym wydaleniem ze szkoły. Policjant przemawia ostrym tonem, psycholożka ochuje nad nią i achuje.

A ta siedzi. Ani drgnie.

Na twarzy ma nieruchomy, niesamowity uśmiech, oczy zimne i martwe, przednie zęby sterczą spośród wąskich warg jak nagrobki.

Boję się tej laski.

A ona się nie boi.

Co się ma bać, jak to sto razy już wszystko słyszała. Od dwóch lat w kółko jedno i to samo, nie rób be, bo ci zrobimy ała. Nie robimy jej ała, więc ona znów robi be. No chuja idzie dostać do głowy, dwa razy w miesiącu zebranie, już nie muszę słuchać nawet, co mówią, tylko z pamięci tłumaczę. Że przyszłość, że dom dziecka w Czechach, że nie bij młodszej siostry krzesłem, że nie uciekaj z domu, chuj wie gdzie i na ile. Że taka fajna se byłaś, a teraz se nie jesteś, że to wszystko tej Lucki Divakovej wina, ona cię tak zepsuła, czemu innej koleżanki nie znajdziesz, czemu matki, ojca nie szanujesz, czemu do szkoły chodzić nie chcesz, starsza siostra na uniwersytecie, a ty płytki w klozecie.

 

– Ci Divakovie – odwraca się do mnie matka Spondżboba, miła, bardzo inteligentna kobieta – to prosto Neandertalce. Degesze.

Degesze to najniższa kasta cygańska, niedotykalni. Wszyscy Romowie się od degeszów wyzywają regularnie. W Czechach to oni byli degesze – mówią jedni na drugich. Albo jak się ktoś wybrudzi, nie chodź jak degeszka, umyj się. Nie baw się z degeszami. Nie rób z siebie degesza.

– To twoja ostatnia szansa, Spo... eee, Michalo – o mało nie walnął się wychowawca. – Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli usunąć cię ze szkoły.

Akurat. Z tej szkoły się nie wyrzuca i Spondżbob wie o tym równie dobrze jak ja. Bo statystyki spadają, kaska nie leci. Już nie wiem, co by musiała zrobić, żeby zasłużyć na wydalenie, babkę dyrektorce harmonią zabić. Kiedy rok temu wydalono dwóch takich za handel twardymi narkotykami na przerwach, bo już nie dało się sprawy zamieść pod dywan, to dyra o mało nie pękła, tak opowiadała, jak to my se nie damy, jakie to mamy wysokie standardy, jakie wszystko.

Masz teraz swoje standardy, kurwa. Ty nie musisz oglądać zapłakanej matki, tracić czasu na zebrania wypełnione pustymi groźbami i patrzeć, jak Spondżbob po każdym z nich robi się jeszcze twardszy i chytrzejszy.

Zazwyczaj szkoda mi jej. Kiedyś bezproblemowa i cicha, odkąd poznała Luckę, to jakby diabeł w nią wstąpił.

Ale że dziś spędziłam razem z całą szkołą dwie i pół godziny na deszczu, na wypiździe, bo Spondżbob z Lucką rozbiły pięścią alarm przeciwpożarowy, to jakoś mniej jestem wyrozumiała.

– Ta Lucka – mówi ojciec Spondżboba – to neni holka, to je prosto demon.

To prawda, że Lucka charyzmę ma, bo ma, i w dupie absolutnie cały świat. Raz jej w szkole policjant wykręcił ręce, przyparł ją do ściany, bo już nie dało się jej opanować. Chłop jak dąb, z pałą, w mundurze, że mnie się momentalnie respekt włącza i yes sir, a ta spojrzała tylko na niego przez ramię.

– Spierdalaj, chuju, ja się ciebie nie boję.

Dwanaście lat ma.

Po cichu myślę, że się Spondżbob po prostu w Lucce zakochała i nie może sobie z tym dać rady. Miota się jak mucha po butelce, już wszystko jej obojętne, matka, bo i tak chce ją do domu dziecka oddać, rodzeństwo, szkoła, gdzie wysłuchuje tylko, jaka to jest okropna. W samotności tnie sobie ręce albo śpi po szesnaście godzin na dobę. Nikogo już nie słucha, nikomu nie pozwoli sobie pomóc.

– To do widzenia, Spondżbob, i nie rób już więcej be.

Nie rób be!