Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Część I. Pani Kebab w szkole

Pani Kebab idzie do szkoły

Pani Kebab o poranku

Pani Kebab robi angielski

Tam, gdzie mieszka Pani Kebab

Pani Kebab ma nową

Pani Kebab wizytuje

Pani Kebab i ciąża

Dyżur Pani Kebab

Pani Kebab pociesza

Pani Kebab objaśnia świat

Pani Kebab i spondżbob

Pani Kebab i Polacy

Gotuj z Panią Kebab

Wiosna Pani Kebab

Pani Kebab świętuje

Pani Kebab i znaki czasu

Pani Kebab robi nalot

Pani Kebab w dziesiątej

Pani Kebab się boi

Wizytacja Pani Kebab

Pani Kebab w jaskini

Pani Kebab się nosi

Pani Kebab na wojnie

Pani Kebab wychowuje

Święta Pani Kebab

Pani Kebab odbiera telefon

Pani Kebab jest za wesoło

Pani Kebab ma pecha

Pani Kebab pośrodku

Nauczanie domowe Pani Kebab

Pani Kebab w EAL

Panią Kebab kształcą

Pani Kebab notuje

Panią Kebab słabi

Pani Kebab ma ferie

Pani Kebab jest wstyd

Pani Kebab przed lekcją

Pani Kebab zależy

Pani Kebab wysłuchuje

Pani Kebab próbuje

Pani Kebab na ratunek

Pani Kebab lubi

Pani Kebab bez ręki

Pani Kebab i kura

Pani Kebab jes matko

Pani Kebab w dole

Pani Kebab gra w grę

Pani Kebab typografem

Pani Kebab w izolatce

Pani Kebab odchodzi

Pani Kebab postscriptum

Część II. Pani Kebab wśród dorosłych

Marta

Lulu

Marcin

Krzysztof

Magda

Lato

Michał

Tad

Piekło

Jola

Ryszard

Marek

Zosia

Piotruś

Kontakty

Pamela

Ania

Pucia

Aleksandra

Brexit Special

Okładka


Copyright © Kamila Czul, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce

PYMCA/UIG/Getty Images

Korekta

Agnieszka Gzylewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

www.olesiejuk.pl


ISBN 978-83-7700-289-6

Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wszystkie wydarzenia i postaci są fikcyjne, a wszelkie podobieństwa do rzeczywistości niezamierzone.

Wstęp


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Chodźcie z Panią Kebab na spacer szkolnym korytarzem, może w łeb nie dostaniecie. Zajrzymy do kibli, obczaimy po klasach, na stołówie sobie breję zjemy bez soli. Chodźcie, chodźcie, pokażę wam Kurę, przedstawię wam Spondżboba i Nemezis z Vaneską. No idziesz czy nie, połóż to jeden z drugim, skup się i słuchaj pani!

Chodźcie na kebaba, akurat budka ma otwarta, narobiłam tego tyle, że w życiu sama nie zjem. Chodźcie, szczyty smaku to to może nie są, ale tłuste jest, słone i z mięskiem. A z czego to mięsko? A z resztek, jak to w kebabie, różne takie kąski, co na podłogę spadły, ktoś je butem rozdeptał, pod ścianę zamiótł i zapomniał. Różne okrawki ludzkie, których nikt nie słucha, różne odrzuty fabryczne, co nie spełniły wymogów, żeby pięknym być, zdrowym, pieniądze mieć, duże cycki i sukces. Ten tu kawałek Sebie spadł, jak po siedmiu piwach przyszedł z kolegami, to go zaraz wyłowiłam i do mej bułki bach. Ten drugi jedna pani zgubiła, kiedy przed złodziejem uciekała, a ja zamiast jej pomóc, to go zaraz do torebki i w nogi, żeby go w domu wyprostować, pooglądać. Tamten dziecko wypluło, trochę tylko ośliniony, już nie bądźcie tacy delikatni, że dziecko troszkę do zupki nasrało i już nie będziecie jeść. A ten sama biednemu człowiekowi odkroiłam z łydki, funt mięsa do mego kebaba, przyprawiłam na ostro, proszę!

 

Inne mięsko, świeże i soczyste, pojechało karierę robić na stołach bogaczy, pojechało dać się przerobić na kotlety, na ośmiorniczki i na carpaccio z Polaka, na szampana i bezglutenowy makaron z cukinii. Ale nas to nie obchodzi, my tu mamy resztki swoje, różną taką biedę z importu, z importu smutek i porażkę. Niech bogaci sami swoje kalmary jedzą, nam tu ziemniaki stygną, mirabelki więdną i szczaw. Tu jest kolonia Polonia, my tu jemy, co jest, a że akurat jest dzisiaj kebab, to już wam nic nie poradzę. Na drzwiach wisi jadłospis, wczoraj była zupa z uzależnionego niemowlaka, jutro będzie mix sałatek z samotnych matek, a dzisiaj jest kebab. Sama go z miłością i staraniem pozbierałam z podłogi, trochę otrzepałam, podmuchałam, oblizałam. Przywieźli mi składniki rycerze ortalionu, co tu przyfrunęli na żelaznych ptakach z logo Ryanair. Przywieźli mi je autokarem biedni, przywieźli bezdomni, i nieszczęśliwi, i smutni, i przegrani. Przywiozły mi je w torebusiach lambadziary, jeden przychlast z kieszeni dresu wysypał. Co który miał, to do tego kebaba dołożył, trochę piasku z nerek, trochę farfocli z pępka, czworo dzieci, worek śmieci. Szczyptę pieprzu na poprawę trawienia, dwie łezki na dosolenie, żeby smrodu zepsucia nie było tak czuć, i jest.

Chodźcie, spróbujcie, czy dobry, czy to takie strawne jest, to nie wiem, ale sama tyle lat jem i żyję, to i wam nic nie będzie. A jak się wam nie chce do Leeds jechać, to mam na całym świecie filie, w Sosnowcu na Pogoni, w Warszawie na Pradze, w Bieszczadach i w Rio. W Londynie i w Lądku, w Chicago i w Andrychowie, co myślicie, że tam takiego kebaba nie dają? Wszędzie można pojeść, aż do wypęku, nafutrować się tym mięskiem po korek, tylko trzeba patrzeć, a nie odwracać wzrok. A tak naprawdę to go nie ma wcale, nie ma takiego mięsa kebab, nie ma takiego miasta Leeds, są tylko mroźna zima, śmierć i halycunacje z niedożywienia, jak w łotewskim dowcipie.

Ale to nie jest prawda, jak zwykł mawiać do siebie dziadek mojej koleżanki, oglądając telewizję. To nie jest prawda, nigdy żadna Hanka nie wjechała w kartony, bo wszystkie żyją i dobrze się mają, kupiły samochód i dom, i do Polski przysyłają grube funty. Maciuś się wcale w łazience nie zamknął, bo miał dobrą opiekę i mamę wypoczętą i został w dużej firmie dyrektorem. Nie ma takich ludzi wcale, bo to jest wszystko nieprawda, nie ma biedy, nikt nigdy biedny nie był, bo i po co. Musiałbyś nasrane w głowie mieć, żeby biednym zostać, jak możesz dostać pracę dobrą i urodzić się rodzicom bogatym, i co dzień jeść kleik na czystym złocie zamiast starego kebaba.

No chodźcie, bo pewnie już głodni jesteście, po to przecież macie głowę, żeby jeść nią, no to jedzcie. Ja już się dość najadłam, dziękuję, ja jestem na diecie, ja już go zjadłam wcześniej, ale mi strasznie na żołądku leżał. Nic to jednak nie szkodzi, bo zwróciłam całego, pozbierałam do wiadra i na talerze rozlałam, popakowałam w tacki, tu są sztućce plastikowe, a tam serwetki papierowe.

Macie.

Teraz wy go jedzcie.

Część I
Pani Kebab w szkole


Pani Kebab idzie do szkoły

Ciemno jak w dupie.

Budzik dzwoni, zanim zdążę na dobre zasnąć. Rzeczywistość dzwoniła, chciała się widzieć z tobą. Podnoszę się jak wampir z trumny i tak też się czuję, gdyż rzeczywistość jest niestety taka, że jest szósta rano w Leeds i leje. Po omacku się obijam, kawę se robię, fajkę se robię, kreski se na zapuchniętych powiekach maluję. Zaraz wyjdę i dostanę w pysk deszczem, dostanę w pysk wiatrem, parasol się wygnie w szmatę, obluzowana płytka w chodniku obrzyga znienacka nogi aż do kolan.

Tkwię, tkwię, stoję. Dym klei mi się do rąk, do mankietów, przywiera do twarzy w tej wilgoci. Pokrywa mnie całą szarym pyłem, szarą powłoką, żebym elegancko pasowała do otoczenia. Klnę w duchu Leeds i deszcz, i autobus, co zapewne przerwę se zrobił na kawę ze starbaka i gazetkę „Metro” w cieple czyta, a ty stój, deszczem w pysk, wiatrem w ryj.

Przyjechał wreszcie. Chcę wsiadać, książkę wyjąć, ukraść te jeszcze trochę czasu, ale nie. Przede mną każdy po kolei bilet miesięczny kupuje. Kierowca liczy po pensie, potem drukuje, odkleja, nalepia, język wysunął, najważniejsze jego zadanie na dzisiaj, coby równo z brzegiem bilet nakleić na papier.

Kiedy wreszcie przychodzi moja kolej, macham biletem zawczasu kupionym. Siadam i od razu podskakuję, bo na siedzenie ewidentnie ktoś nalał. Nie wiem czego i sprawdzać nie będę, ale znów czyjś smród będę cały dzień ciągnąć za sobą, to pewne. Siadam wreszcie, okna zaparowane, wali wszędzie starą szmatą, dzieciory się drą w wózkach. Niewiele starsze od nich matki o czerwonych włosach żują gumę i patrzą w okno. Też patrzę.

Dojeżdżam, wysiadam. Idę przez senne miasto na drugi przystanek. Codziennie w tym samym miejscu mija mnie maleńki człowieczek z ogromną, łysą głową. Ma za dużą kurtkę i dodaje mi odwagi, gdy tak dzielnie idzie co rano na spotkanie światu. Powtarzam akcję z autobusem i już nawet siedzę wygodnie, gdy nagle gdzieś na peryferiach widzenia miga mi nagle dobrze znajoma czerwona czapka. Momentalnie wciskam się głębiej w siedzenie, znikam, coraz szybciej czytam, chociaż wiem, że wszystko na próżno. Już po chwili słuchawka zostaje brutalnie wyszarpnięta z mojego ucha. Zrezygnowana odwracam głowę.

– Dobry – szczerzy się dobroduszna, pryszczata twarz. – A ty wiesz, ja wczoraj autobus!

– Cześć, Gileta. Autobus – odpowiadam tonem raczej twierdzącym.

Gileta ma 15 lat i uczę ją od roku.

– Autobus i moja mama! Iść! My do sklep i idzie pani, i ona bum! Autobus, ona, bum!

– A tobie nic się nie stało?

– My nie, ale pani bum, autobus stop. O jaaa. – Gileta kręci głową i przez resztę drogi zostaję zmuszona do wysłuchania hitowej składanki litewskiego disco.

Wysiadamy obie. Uśmiecham się uprzejmie i kiwam głową, ale jednak sałatka słowna Gilety to jak na tę porę dnia dla mnie trochę za dużo. Wieje tu jeszcze bardziej niż wszędzie. Jedną ręką kaptur naciągam na głowę, drugą parasol ustawiam pomiędzy swoją twarzą a światem. Niebo ledwie co przejrzało. Księżyc wisi jeszcze, troszkę go widać spod szczelnej pokrywy chmur. Żyjemy tu jak pod kocem, szarym kocem z demobilu, pod nasiąkniętą płachtą z namiotu harcerzy. Koloniści idą równo, koloniści idą równo, nieraz któryś wdepnie w błoto, ale się nie martwi o to. Lato jest co roku. Przez jeden weekend. W maju. Ulice zapełniają się wtedy gołymi do pasa chłopami i całe Leeds leży plackiem po trawnikach.

Ale daleko stąd do letniego weekendu, daleko jak na Marsa w ten tu listopadowy poniedziałek, w tą ósmą po godzinnej podróży rano, na tym tu wygwizdowie, na tym betonowym placu w nieciekawej dzielnicy.

Liczę do dziesięciu i wchodzę do szkoły.


Pani Kebab o poranku

– Zamknij się, zdziro! – wita mnie ochrypły wrzask. Odruchowo się cofam, szukam wzrokiem kogoś z krótkofalówką, podczas gdy te dwie dresiary już szarpią się za krawaty. Nie mam ochoty z samego rana rzucać się pomiędzy drapiące ciała, przemawiać uspokajającym tonem i dać się kopać po goleniach i chlastać po twarzy za damski chuj. Zresztą widzę, że już tu idzie dwumetrowy Gavin, wywracamy więc tylko do siebie oczami i idę dalej w swoją stronę. Rzucam torbę, nastawiam kolejną kawę, sprawdzam telefon.

Piętnaście po ósmej, siedem nieodebranych połączeń od rodziców.

Sto razy mówiłam, listy oficjalne wysyłałam, że kontaktować się można od jedenastej, bo wcześniej uczę, wszystko jak krew w piach. Już w dwa tygodnie po rozpoczęciu pracy przestałam zabierać służbowy telefon do domu. Dzwonić potrafią o dziesiątej wieczorem w niedzielę, halo, tu maminka Milanka, maminka Eriki, Milanek źle się coś czuje, pojedzie pani z nim do szpitala? Pismo odnośnie Eriki przyszło z hausingu, musi pani tam zaraz jechać mi to przetłumaczyć. O dziesiątej wieczorem nigdzie jechała nie będę. To jutro, ale zaraz z rana, bo to muszę do poniedziałku odesłać, inaczej zabiorą mi zasiłek! Jutro idę do pracy, jak pani doskonale wie. To po pracy, pani wpadnie do mnie, ja pani dam to pismo, to pani mi zajedzie. Do hausingu, a potem do jobcentru, wszystko mi to pani załatwi, do widzenia. Nie, nie, pani musi przyjść do szkoły, o drugiej, rzucę okiem na to pismo i przetłumaczę, co trzeba. O drugiej to ja nie mogę, obiad tu gotuję, zaraz przyjdzie ze szkoły Milanek, Misza, Honza i Vanessa z parku zmęczona, ja muszę Sarę i Natalię z podstawówki odebrać, rękę w zeszłym miesiącu złamałam i nie mogę tak daleko chodzić, w ciąży jestem z siódmym. To córkę pani poprosi, już dorosła, siedemnaście lat skończyła, ja naprawdę nie dam rady. Córka w ciąży z drugim! To ja pani napiszę esemesem, co i jak, sama to pani załatwi bez problemu. Sama??!! Ja nie możu, ja rękę złamałam, ja nie mluvim anglicky, halo!

Dziewiąta rano. Całe Leeds we mgle. Pierwszy dzień szkoły po czterodniowym urlopie piecze jak liść na twarz. Piecze zmarznięty nos, piecze niedospany żołądek. Piecze ten cały poniedziałek, poranek ciągnący się jak glut z nosa dzieciakom na pierwszej lekcji. Patrzę po swojej klasie wyrzutków. Nikt nie wiedział, co z nimi zrobić, przydzielono więc ich mnie. Egzaminów nie zdadzą, splendorów żadnych szkole nie przyniosą, krajowych średnich podnieść nie dadzą rady. Przynoszą nam za to kasę, dużo, dużo kasy od państwa, na pomoce naukowe, na asystentów, którzy zgodnie z prawem muszą pomagać im w nauce. Szkoła więc przyjmuje ich chętnie, a potem równie chętnie przekazuje mnie.

Masz, Pani Kebab, ty ich tu teraz wszystkich naucz, oni z obcych ziem pochodzą, tak jak ty, różne takie mają problemy, z głową, z rodziną, w szkole, w domu, to się dogadacie, to się tu możecie wszyscy razem ładnie bawić. Poza tym to jedenasta już klasa, długo nie pobędą, to co ci szkodzi trochę ich pouczyć. Tylko trzymaj się ściśle programu, te tu artykuły z „Guardiana” z nimi przerób, naucz ich pisać piękne wypracowania na tematy społeczne. A szybko, bo przyjdzie dyrektorka na obserwację, kuratorium przyjdzie, czy rozmaite formularze już wypełniłaś? Czy na komputerze w tabelkach już powpisywałaś, jakie postępy w tym miesiącu zrobili? Zawsze mam ochotę się zbuntować i prawdę w tabelkę wpisać: Anya użyła w czwartek wielkiej litery, w piątek już wszystko zapomniała. Adrian na artykuł z „Guardiana” spojrzał, owszem, po czym otworzył usta i tak siedział. Deborze udało się nie zasnąć na lekcji po całym dniu opieki nad czwórką młodszego rodzeństwa. Amy, jako jedyna Brytyjka, napisała pięć poprawnych zdań przy pomocy swojej asystentki. Brawo dla mnie.

Zerkam w okno. We mgle przesuwa się kilka postaci. Skaczą przez płot, na wolność, na wagary. Aż mi żal.

Wszyscy kładą się po ławkach, po zeszytach. Debora znów zapewne nie zjadła śniadania, bo nic w domu nie było. Jej czarna skóra jest dziś wręcz szara, wypukłe oczy uciekają co chwila pod ciężkie powieki. Przysypia nad wypracowaniem „Moje największe marzenie”. Zaglądam jej przez ramię. „Moje największe marzenie to żeby na święta mieć obiad, choinkę i prezent jak normalni ludzie”.

Anya próbuje bezskutecznie opanować tajniki stawiania kropek po każdym zdaniu. Siadam przy niej, nie, nie tak, przeczytaj to na głos, wstawimy kropki tam, gdzie bierzesz wdech. Czyta. Dwie strony przeczytała i patrzy na mnie.

Ani jednego oddechu skubana nie wzięła.

Amy z wywalonym językiem patrzy tępo w ścianę. Dziś z samego rana powzięła postanowienie, że nic robić nie będzie, i twardo się tego trzyma. Mogę ją wysłać do izolatki lub zatrzymać po szkole. Mogę też zadzwonić do jej matki alkoholiczki, halo, dzień dobry, tu ja wielce ze szkoły nauczycielka, Amy nie chce wypracowania pisać, ratunku. Z tym że Amy od siódmej klasy nie zrobiła absolutnie żadnych postępów w nauce i dzisiejszy poranek raczej niewiele w tym temacie zmieni. FAS ma na twarzy wypisany jak połowa uczniów tej szkoły, wiele tygodni się zastanawiałam z początku, czego oni tu wszyscy tacy podobni, chów wsobny na terenie trzech dzielnic uprawiają, czy jak? Teraz już wiem, zresztą szkolne statystyki mówią same za siebie. Jedna trzecia uczniów z rozmaitym stopniem upośledzenia, prawie połowa to imigranci. Kuratorium siedzi nam na dupie od lat, grożąc zamknięciem. W szkole rezyduje na stałe policjant, biuro swoje ma na parterze i nie nudzi mu się bynajmniej. Właśnie widzę go przez okno, jak trzech jakichś delikwentów prowadzi ze znudzoną miną. Mgła się rozrzedza i widzę Beeston w pełnej krasie, długie rzędy szeregowców z czerwonej cegły, rachityczne drzewka, na podwórkach śmieci, które potargał wiatr. Nad boiskiem krążą stada mew.

 

Dzwoni dzwonek i ze ściśniętym sercem oraz pośladkami idę na drugą lekcję.


Pani Kebab robi angielski

I się zaczyna.

Bo oto punkt kulminacyjny mojego poranka, radość żywota mego zasranego. To na tej chwili poczet już od wczoraj trzęsą się kolana moje i podjeżdża mi pod podniebienie żołądek. Klasa ósma, grupa „Zaangażowanie”. Zaangażowanie to jest, jakbyście nie wiedzieli, kod na „Ostatni przystanek przed poprawczakiem” a także na „Wszyscy nauczyciele zbiorowo odmówili wpuszczenia ich do swoich klas, weźcie ich i zróbcie coś z nimi”. No więc mnie przypadł w udziale zaszczyt robienia z nimi czegoś, a tym czymś jest angielski.

– Pani Kebab – rzekła do mnie szefowa. – Oto jest twoja wielka szansa. Dajemy ci wielką szansę, możesz się wykazać, możesz udowodnić swe kwalifikacje z obcego jakiegoś nieprawdziwego kraju, co w nie tak naprawdę nie wierzymy wcale, co to jakieś dziwne są, nie nasze, wcale nie angielskie jakieś. Tu chodź i zróbże z nimi coś, tylko pamiętaj, żeby materiał cały co do słowa zrealizować. Trzech tylko tam pisać i czytać nie umie wcale, to se dasz radę. Fajni są, mili, fajnie ci się będzie uczyło, chodź!

Come here, they said. It will be fun, they said.

No więc właśnie drzwi na wdechu otwieram, na tę całą zabawę gotowa. Trzech asystentów już tam siedzi, twarze mają o dwadzieścia lat postarzałe, choć to dopiero dziesiąta. Oni tam już od rana wysłuchują, a czego, to podpowiedź jest w słowie ukryta.

– Pani Kebab, Pani Kebab, powiedz „kebab”!

Mówię „kebab”. Już się nauczyłam, że tylko tak da mi spokój.

– Hahahahaha, Pani Kebab, jak pani śmiesznie mówi kebab, ja pierdolę, ja nie mogę!

– Dzień dobry i tobie, Patrick.

Żeby nie zaczynać od kar, udaję, że nie słyszę, i odwracam się na chwilę, żeby sprawdzić obecność, a ci tam do siebie fakują. Wyobrażam sobie, że jestem w swoim szczęśliwym miejscu, nie ma mnie tutaj, wszędzie zresztą mogę być, ale tutaj nie chcę. Ni chuja nie chcę.

No i lecimy:

– Johny!

– Dziwka (Johny wykazuje się ostatnio niespotykanym talentem językowym).

– Matt!

– Matta wczoraj wyrzucili na tydzień, policja tu po niego była!

Wzruszam ramionami. Nie jest to nic nowego.

– Liam!

Nic.

– Liam?

Nic.

– Liam!!!

– Co, kurwa, jestem przecież, nie?

– Liam, ostrzeżenie. – Zaznaczam na tablicy ostrzeżenie.

– Za co, kurwa, ostrzeżenie? Dopiero przyszłem!

Wyjaśniam, za co, i dodaję drugie.

– To ja to pierdolę, kurwa! – informuje mnie Liam, zabiera plecak i wybiega z klasy, po drodze waląc z całej siły pięścią w ścianę. Asystentka za nim, biedna kobita. Gul mi skacze, ale się opanowuję. Łagodnym głosem tłumaczę zasady zachowania wśród ludzi.

Nikt mnie nie słucha.

Co tam słucha, nikt mnie nie słyszy nawet, bo nikt nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Mogłabym się tu do goła rozebrać albo benzyną oblać i podpalić. Rozważam to przez chwilę, a potem na autopilocie rozdaję zeszyty. Patrick momentalnie rysuje na swoim cycki, Johny się do nich zaczyna ślinić, reszta biega po klasie, otwiera na przestrzał ogromne okno i się wychyla, co mnie serce się ściska i oblewa zimny pot. Zgarniamy ich jakoś we trójkę z asystentami i po dwudziestu minutach mogę zacząć lekcję, a przykładowa wygląda tak:

Więc w tej lekturze, którą przerabiamy, Johny wracaj na miejsce, autor mówi o młodzieży takiej jak wy, Patrick uspokój się i usiądź, o specjalnej klasie, Johny, ten gest jest obraźliwy, ostrzeżenie, AAAAAAA! On mnie kopnął, nie kop go, ostrzeżenie, i mówi też o potrzebie edukacji, przeczytamy teraz ten fragment, Johny, zacznij, proszę, Johny, zacznij proszę, Johny, zacznij proszę, Johny, ostrzeżenie, mówię do ciebie, Johny, proszę zacznij, Johny, ostrzeżenie, jak to za co, ignorujesz mnie i nie słuchasz, jak do ciebie mówię, czytamy ten fragment, Patrick, ty zacznij, odłóż to, nie baw się tym teraz, Patrick, zacznij, nie mówi się, że coś jest gay, bo to obraźliwe, czytamy ten fragment odtąd (zerkam na zegar, dwadzieścia minut lekcji mi zostało), ten fragment czytamy, Luke i drugi Luke, przestańcie się bić, wracać na miejsca, tu nie ma nic do oglądania, tu odtąd czytamy. Zignoruj go, tu odtąd czytamy. Johny, wyjdź z klasy, Luke, to twoje trzecie ostrzeżenie i też zaraz wyjdziesz, proszę bardzo, ten tu fragment odtąd czytamy. Gdzie czytamy? Kurwa, w dupie czytamy!!!

Taka to i szansa moja na w obcym kraju zabłyśnięcie.