KiszczakowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Maria Teresa Kiszczak i Kamil Szewczyk, 2015

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

archiwum rodzinne

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w książce

pochodzą z archiwum rodzinnego.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Irma Iwaszko

ISBN 978-83-8069-864-2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

Przez ponad pięćdziesiąt lat żyła w cieniu generała Czesława Kiszczaka. Choć jej fascynującą biografią można by obdzielić kilka osób, nigdy nie zdecydowała się na publiczną, szczerą rozmowę o życiu z mężem. Stojąc wiernie u jego boku, nigdy też nie pokazała swojego prawdziwego „ja”, aby zszokowany generał, ten „pan i władca”, jak go określa, mógł zaniemówić i rzucić tylko: „Takiej cię nigdy nie znałem. Co ty wyprawiasz?!”. To już jednak przeszłość. Maria Teresa Kiszczak postanowiła po raz pierwszy zdradzić sekrety swojego barwnego życia i w formie wywiadu rzeki opowiedzieć o sobie, Czesławie Kiszczaku i ich wspólnych, jakże trudnych latach. Będąc uczestniczką wielkiej historii, przerywa milczenie i ujawnia największe tajemnice, odsłania kulisy bycia generałową i wielką damą epoki PRL.

To bardzo osobista książka. Moje wielogodzinne rozmowy z jej bohaterką odbywały się w domu państwa Kiszczaków na warszawskim Mokotowie. Kilkukrotnie przysłuchiwał się im sam generał, który siedział obok nas i czasem tylko kręcił głową, po czym szedł do swojego pokoju zdrzemnąć się lub obejrzeć mecz piłki nożnej. Miałem wtedy nieodparte wrażenie, że ucieka przed samym sobą, być może przed swoim lepszym „ja” – przed tym, kim mógł być, gdyby życie, odkąd poznał Marię, przeżywał bardziej na zasadzie współegzystowania z nią.

Rozmowa nie jest poddana dyktatowi dat, ale rządzą nią prawdziwe i szczere emocje, którym Maria Kiszczak pozostaje wierna do ostatniego zdania tej książki.

Los chciał, że mając dwadzieścia cztery lata, na dworcu w Andrychowie poznała starszego od siebie żołnierza. Pół roku później byli już małżeństwem. Trzydziestotrzyletni wówczas Kiszczak w zawrotnym tempie piął się po szczeblach wojskowej kariery. Jego zawodową pasją były służby. W 1959 roku został szefem kontrwywiadu Marynarki Wojennej w Gdyni, w 1969 roku pełnił już funkcję zastępcy szefa Wojskowej Służby Wewnętrznej, by dziesięć lat później wspiąć się na szczyt i zostać szefem WSW. Apogeum jego zawodowej kariery przypadło na rok 1981, kiedy został najbliższym współpracownikiem generała Wojciecha Jaruzelskiego i ministrem spraw wewnętrznych. W lipcu 1989 roku wyznaczono go nawet na premiera, ale nie zdołał utworzyć rządu. Rok później postanowił odejść z czynnej polityki.

W tej karierze od samego początku towarzyszyła mu żona, Maria Teresa. Generał nie dzielił się jednak z nią zbyt chętnie swoją wiedzą i szczegółami dotyczącymi pracy. Z początku traktował ją jak typową kurę domową, czego nie znosiła. Często była tylko dodatkiem do Kiszczaka na suto zakrapianych przyjęciach. Dopiero z czasem żona generała wyzwoliła się spod jego władzy, czego ukoronowaniem były opublikowany bez wiedzy i zgody męża list do paryskiej „Kultury” oraz słynna aukcja „Prominent” z początku lat dziewięćdziesiątych.

Co by było, gdyby los nie postawił na jej drodze Kiszczaka? Jak sama kiedyś przyznała, pewnie wiodłaby skromny żywot nauczycielki w Bielsku-Białej u boku jakiegoś innego mężczyzny.

Mimo wielu trudnych i bolesnych dla niej pytań Maria Kiszczak nie wykręcała się od odpowiedzi. Czasem przychodziły jej one z trudem, kiedy mówiła na przykład o aborcji czy o groźbie rozwodu z mężem.

Wielogodzinne rozmowy z Marią Kiszczak uświadomiły mi, jak niełatwe życie wybrała, zostając żoną jednego z najważniejszych prominentów epoki PRL.

Kamil Szewczyk

Pociąg do Andrychowa

Kamil Szewczyk: Zacznijmy od początku. Jak się poznaliście?

Maria Kiszczak: Był tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty ósmy rok. Miałam dwadzieścia cztery lata. Zbierałam w Andrychowie jakieś materiały do pracy magisterskiej. W upalny sierpniowy wieczór, czekając na pociąg do domu, spacerowałam po peronie i zauważyłam, że ktoś mnie bacznie obserwuje. Trochę się przestraszyłam, ale zaraz nadjechał pociąg i wsiadłam do niego, jakby nigdy nic. Okazało się, że mój „prześladowca” wsiadł za mną. Po chwili staliśmy w przedziale obok siebie, a on wpatrywał się we mnie jak w tęczę. Już wtedy wiedziałam, co się święci.

Ten „prześladowca”, jak go pani nazywa, to trzydziestotrzyletni kawaler − podpułkownik Czesław Kiszczak. Od razu wpadła mu pani w oko?

I to jak! Pożerał mnie tym swoim wzrokiem! Ale ja nie wiedziałam, że to jakiś ważny oficer, nie sądziłam, że mam do czynienia, jak się później okazało, z osobą ze służb, z wojskowego kontrwywiadu. Owszem, widziałam, że ma jakieś paski i gwiazdki na mundurze, ale nic mi to wtedy nie mówiło. Ot, jakiś wojskowy, przebieraniec może, pomyślałam.

W pierwszej chwili nie była pani nim szczególnie zachwycona.

Byłam zdenerwowana i poirytowana. Ciasnota w pociągu, nie ma gdzie usiąść, a tu jeszcze jakiemuś mundurowemu zebrało się na amory.

Może chciał po prostu być miły i pomóc z ciężkimi torbami, które pani dźwigała.

I od tego właśnie się zaczęło. Może za ciężka ta torba, może położę ją na półkę? A może okno otworzyć? Nie za gorąco pani? – zagajał. Bawiła mnie, lecz jednocześnie trochę irytowała ta sytuacja.

Udawała pani niedostępną?

Trochę tak. Pomyślałam, że nie będę okazywała szczególnego zainteresowania nowo poznanemu mężczyźnie. Zresztą to nie było w moim stylu.

Myśli pani, że chodziło mu o seks z przypadkowo poznaną studentką?

A kto go tam wtedy wiedział. Coś jednak mogło być na rzeczy, bo kiedy wysiadałam z pociągu, mój wielbiciel zaproponował, że odprowadzi mnie do domu. A wiadomo, że mężczyzna korzysta z pierwszej lepszej okazji i tak owija dziewczynę wokół palca, że ta sama mu ulega. Przez głowę przeleciała mi myśl o tym, że może chcieć iść do łóżka, więc stanowczo podziękowałam mu za towarzystwo i poszłam do domu sama.

Ale na pożegnanie powiedziała mu pani, że jutro też będzie na dworcu w Andrychowie. Proszę przyznać, że ten facet po prostu się pani spodobał!

Rzeczywiście tak było, ale też nie miałam nic do stracenia. Nazajutrz omal nie spóźniłam się na pociąg. Kiedy wbiegłam na dworzec, mój „prześladowca” czekał już z biletami do pierwszej klasy. Zaufałam mu. Z rozmowy w pociągu zapamiętałam, że nazywa się Czesław, jest podpułkownikiem, kawalerem i mieszka w Warszawie. Nie omieszkał też wspomnieć, że ma dwutygodniowy urlop…

…który zapewne chciał poświęcić tylko pani?

Przez ten czas spotykaliśmy się codziennie. Nawet bardziej lubiłam go bez tego sznytu, munduru, zwyczajnie − po cywilnemu. Najlepiej było mu w niebieskiej koszuli, która wspaniale podkreślała błękit jego oczu i dość mocną opaleniznę. Na jednym ze spotkań zdradził mi, że to moje zgrabne nogi sprawiły, iż wtedy, na peronie, nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Poza tym zobaczył, że czytałam „Przekrój” i „Dookoła Świata”, czym zaskarbiłam jeszcze większą jego sympatię.

Dokąd panią zabierał?

Podczas tej kilkunastodniowej sielanki chodziliśmy do wykwintnych restauracji, modnych kawiarni, spacerowaliśmy po oświetlonych uliczkach i skwerach. Były też romantyczne dansingi, z których jeden szczególnie utkwił mi w pamięci.

Oświadczył się wtedy pani?

O nie! Jeszcze tego by brakowało! To były niezobowiązujące spotkania, a cóż dopiero ślub…

Tylko spotkania?

No dobrze, randkowaliśmy trochę, całowaliśmy się, ale seksu nie było! Wspomniany dansing odbywał się w Patrii, jednej z najlepszych restauracji w Bielsku-Białej. Tańczyłam z Czesławem bez opamiętania. Wokalistka śpiewała modne wówczas przeboje: Arrivederci Roma, goodbye, auf Viedersehen czy Gałąź różowej wiśni, co kwitnie w twym ogrodzie, objęła gałąź wiśni kwitnącej w moim sadzie… Pamiętam jego ciepłe dłonie i pożądliwy wzrok. Byłam ogromnie szczęśliwa i pragnęłam, aby czas się zatrzymał.

To wtedy pani poczuła, że to jest miłość?

Nic z tych rzeczy! Ja go jeszcze nie kochałam, to nie była miłość. Znaliśmy się raptem dwa tygodnie! Poza tym nie pasowaliśmy do siebie, różniliśmy się charakterami, co później wyszło w naszym małżeństwie − bolesnym i trudnym.

Jednak już po półrocznej znajomości zgodziła się pani wyjść za Czesława. Dlaczego?

Pomyślałam: A co mi szkodzi? Najwyżej się rozwiodę. W pamięci wciąż miałam piękne chwile z Czesławem. Może to zaważyło? Poza tym to on naciskał, przyspieszał datę ślubu. Ja kończyłam wtedy studia, pisałam pracę magisterską i przygotowywałam się do jej obrony.

Wróćmy do tej dwutygodniowej sielanki. Nie przeszkadzało pani, że Czesław jest od pani starszy aż o dziewięć lat?

Owszem, w głębi duszy myślałam sobie, że mógłby być choć troszkę młodszy. Ja byłam młoda, niedoświadczona i dopiero wchodziłam w dorosłe życie. Czesław ten okres miał już za sobą.

Końcówka sielanki nie była dla pani przyjemna. Czesław wyjechał do stolicy i tyle go pani widziała.

Tak. Nasza dość bliska już wtedy relacja została dramatycznie przerwana. W dodatku nie zostawił mi adresu. Powiedział jednak, że napisze. Mijały dni, tygodnie, ale się nie odezwał. Pomyślałam: Było, minęło. Trudno. Zresztą nie robiłam sobie nadziei, bo nic mi nie obiecywał. Nie miałam do niego żalu. Pozostałyby mi miłe wspomnienia.

 

Inwigilacja Teresy

Po dwóch miesiącach przychodzi pierwszy list od Czesława.

I choć nic by się nie stało, gdyby nie przyszedł, w głębi serca pragnęłam jakiejś wiadomości od mojego wielbiciela.

Ale dlaczego kazał pani tak długo czekać?

Okazało się, że przez cały ten czas mnie sprawdzał. Wyobraża pan sobie?! Wysłał pismo do milicji w Kozach, gdzie mieszkałam, i czekał na opinię w mojej sprawie. A ja o tym nie wiedziałam.

Na czym polegała ta inwigilacja?

Sprawdzano mnie pod kątem moralnym, politycznym, religijnym. Prześwietlono moją rodzinę, moje pochodzenie − i na tej podstawie wystawiono mi opinię. Bardzo dobrą opinię.

Przecież była pani wierząca, dość zżyta z Kościołem i należała pani do bliskich przyjaciół późniejszego kardynała Franciszka Macharskiego.

Też się nad tym zastanawiałam, ale najwidoczniej uznano mnie za niegroźny element walki z Polską ludową (śmiech). Na szczęście nie znalazłam się na indeksie.

Jak się pani dowiedziała o tym, że Czesław zbiera na pani temat informacje?

To wyszło dopiero po latach, długo po ślubie. Przez przypadek, porządkując dokumenty w domu, znalazłam opinię milicji na mój temat.

Ma ją pani jeszcze?

Niestety nie. Kiszczak podarł ją dawno temu. Dlatego że była bardzo dobra (śmiech). Gdyby była zła, pewnie by ją zachował…

Wściekła się pani, że była poddawana takiej inwigilacji?

Na początku faktycznie byłam zła na Czesława, ale w końcu zrozumiałam, że takie były czasy. Pod władzą Władysława Gomułki panowały takie rygory, a mój wielbiciel był przecież oficerem.

A nie było pani tak po ludzku przykro, że Czesław traktuje panią instrumentalnie, przedmiotowo, że uzależnia dalszą znajomość z panią od opinii służb?

Owszem, było mi przykro. Ale cóż było robić… Dopiero kiedy dostał pozytywną opinię na mój temat, postanowił napisać. W liście zapowiedział, że przyjedzie do mnie z kolegą Romanem, przyjacielem z wojska. Myślę sobie: Cholera, nasyła go, żeby ten mnie ocenił.


Młody Czesław.

O włos od śmierci

O czym pani myśli, sięgając pamięcią do czasów dzieciństwa?

Wspominam rodzinny dom i dobroć, jakiej w nim zaznałam. Nie było u nas jakiejś wielkiej, wylewnej miłości, ale pamiętam, że panowała atmosfera spokoju, choć czasy były bardzo niespokojne. Mój tatuś − Jan i mamusia − Hermina byli szczęśliwym małżeństwem. Bardzo rzadko się sprzeczali. Żyli zgodnie. Mówię „tatuś” i „mamusia”, bo tak zawsze mówiło się u nas w domu na rodziców. Mieszkaliśmy we wsi Kozy niedaleko Bielska-Białej. Małe gospodarstwo, jakieś pięćdziesiąt arów ziemi i… koza. Sąsiedzi mówili, że jesteśmy bogaci, bo dzięki tej kózce mieliśmy mleko i w odróżnieniu od innych mogliśmy pić kawę zbożową z mlekiem (śmiech). A to był wtedy rarytas − picie kawy z mlekiem. Aha, i mieliśmy też króliki. Uwielbiałam się z nimi bawić.

A rodzice? Czym się zajmowali?

Mama troszczyła się o dom i o dzieci. Bardzo ciężko pracowała. Tatuś był damskim krawcem. Przed drugą wojną światową pracował u Żyda, a za Stalina miał swój zakład. Był prywaciarzem, więc wszyscy modliliśmy się, żeby komuniści nie zwinęli mu interesu…

Była pani najstarsza z rodzeństwa?

Tak. Urodziłam się w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku. Dalej był Michał, rocznik trzydziesty szósty, Staś, który urodził się dwa lata później, Hania, rocznik tysiąc dziewięćset czterdziesty, i Kazio, który przyszedł na świat, kiedy wojna się skończyła, w czterdziestym piątym roku. Mama miała przy nas sporo roboty. Tatuś też się nami zajmował, ale musiał zarobić na dom, a czasy były ciężkie. Dlatego oddawał się głównie pracy. Pięknie szył. Pamiętam śliczne sukieneczki, jakimi obdarowywał mnie i Hanię. Kiedy miałam dziesięć lat, marzyłam, że w przyszłości będę wielką piosenkarką, występującą w strojach szytych przez tatusia. Chłopcy z kolei dostawali spodnie czy koszule. Tatuś zawsze zabierał nas w niedzielę do kościoła, żeby pochwalić się nami, a raczej strojami, jakie dla nas uszył. To był dobry czas, choć w naszym domu się nie przelewało. Ale były zgoda i miłość, a dzięki temu wszystkie trudności schodziły na dalszy plan. Rodzice byli dla nas wzorem. Panował wręcz kult ojca i matki.

W domu była pani urwisem?

No, może trochę. Toczyłam walki z młodszym o dwa lata bratem Michasiem. Wtedy tatuś dawał nam do wyboru dwie kary: lanie paskiem albo klęczenie przez piętnaście minut. Mój brat zawsze ulegał i wybierał klęczki. Ja nie byłam taka pokorna. Wolałam pasek po tyłku. Trochę pobolało, ale szybko przestawało. Byłam też dumna, że to ja przeważnie wygrywałam walki z bratem (śmiech).

Miała pani pięć lat, kiedy wybuchła wojna.

O świcie pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku ktoś zapukał do drzwi naszego domu i zaczął krzyczeć: „Niemcy idą! Mordują, gwałcą, palą! Uciekajcie!”. Zapakowaliśmy na wózek najpotrzebniejsze rzeczy i zaczęliśmy uciekać z mamą i babcią w stronę Krakowa. Daleko jednak nie zaszliśmy, bo Niemcy nas przegonili. W tym czasie tata szedł w drugą stronę. Chciał wstąpić do polskiego wojska, ale po niedługim czasie wrócił do domu. Kiedy przechodził front, chowaliśmy się całą rodziną w piwnicy i modliliśmy się, żeby wszystko dobrze się skończyło. Za okupacji chodziłam przez chwilę do niemieckiego przedszkola, a potem do szkoły. Tylko przez rok, bo później Niemcy nie chcieli widzieć w niej polskich dzieci. Rodzice posłali mnie więc do polskiej szkoły, która była w sąsiedniej wsi, w Bujakowie. Jakieś cztery kilometry od Kóz. Zaczęłam od czwartej klasy. Tatuś uczył mnie też w domu. Czy przeżyjemy? – to pytanie bardzo często padało u nas czy wśród sąsiadów… Mimo ciężkich chwil wspieraliśmy się i chyba to pozwoliło nam uniknąć tragedii. Choć inna tragedia była blisko… Zachorowałam na grypę i ledwo uszłam z życiem. Rodzice myśleli, że umrę; palili już dla mnie nawet gromnicę.


1948 rok. Od lewej: Kazio, Hania, Staś, Michaś i ja, czyli całe rodzeństwo.

Proszę o tym opowiedzieć.

Któregoś zimowego dnia jak zwykle wybrałam się do szkoły. Miałam wtedy dziesięć lat, czwarta klasa podstawówki. Lało niemiłosiernie i przemokłam do suchej nitki. Lekcje jakoś przesiedziałam, ale moje pończochy były aż ciężkie od tej wody. Wracając do domu, z trudem stawiałam kroki. Postanowiłam, że zdejmę pończochy. I tak przeszłam kilka kilometrów z gołymi nogami, mając na sobie tylko sukienkę i buty. Wieczorem dostałam ogromnej gorączki, powyżej czterdziestu stopni. Wszyscy myśleli, że umrę, i zapalili mi gromnicę. Bardzo źle się czułam. Któregoś dnia poprosiłam babcię, żeby przyniosła mi ze źródełka trochę wody od Świętej Panienki. Wypiłam ją i choroba przeszła. Stał się cud. Rodzice i ja dziękowaliśmy za to ozdrowienie Bogu. Naprawdę wierzyłam, że stał się boży cud.

W dodatku wszystko działo się tuż przed świętami Bożego Narodzenia?

Czyż to nie piękne? Byłam już prawie w niebie… Mogę powiedzieć, że wtedy ponownie się narodziłam, bo było ze mną tragicznie.

Lubiła pani święta i zapach choinki?

Zawsze nie mogłam się ich doczekać. Wypatrywałam pierwszej gwiazdki i prezentów pod choinką. Ubieraliśmy ją razem z tatą. Oczywiście nie było mowy o jakichś wielkich podarunkach. Było skromnie, pamiętam na przykład, jak bardzo cieszyłam się z każdej nowej sukieneczki, jaką dostawałam od rodziców. Po wieczerzy szliśmy całą rodziną do kościoła na pasterkę. Czas świąt należał do najprzyjemniejszych okresów w moim dzieciństwie.

Pamięta pani swoje ulubione miejsce z dzieciństwa?

Było jedno takie. Chodziłam tam najpierw sama, a później z koleżankami. Znajdowało się dwa kilometry od naszego domu, za pagórkami i lasem. Nazywałam je końcem świata. Okolica była przepiękna, zwłaszcza o zachodzie słońca.

Mimo rodzinnej sielanki chciała pani wyrwać się ze wsi i poznać inne życie.

Owszem. Chciałam zasmakować innego świata. Ba, miałam nawet możliwość wyjazdu na studia ekonomiczne do Związku Radzieckiego! Ale tata zabronił mi tam jechać, bo bał się, że wrócę jako komunistka… Rodzice byli bardzo wierzący i za coś takiego by mnie wyklęli. W dodatku drżeli, że mogę wrócić z dzieckiem. Sama. „Każda dziewczyna, która wyjeżdża z Kóz, wraca z dzieckiem. I to sama!” – powtarzała mi zawsze ciocia Anielka.

Ale poszła pani na studia. To była Wyższa Szkoła Ekonomiczna w Katowicach.

Tak, ale dopiero po roku pracy w wydziale finansowym Powiatowej Rady Narodowej w Bielsku-Białej, którą zresztą dostałam z przymusu. Po skończeniu liceum tata zabronił mi iść na jakiekolwiek studia! Wyobraża pan sobie? On zaplanował, że studia są dla chłopców, a dziewczynie wystarczy średnie wykształcenie. Poza tym grzmiał na mnie, że powinnam pomóc mamie w obowiązkach domowych, przy młodszym rodzeństwie. Na szczęście miałam w sobie tyle odwagi i ambicji, że w końcu dopięłam swego. Studiowałam najpierw handel zagraniczny w Katowicach, a kiedy go zniesiono, poszłam na ekonomię.


Dzienniki z młodości.


Pijany Czesław i niechciany ślub

Czy przeczuwała pani już wtedy, że Czesław ma wobec pani poważne plany?

Tak, uświadomiłam sobie, że wchodzimy w głębszą relację. Kiedy przybył z Romanem do mojego rodzinnego domu, od razu zaczął się spoufalać z moimi rodzicami. Mamę całował po rękach, zwracając się do niej „mamusiu”; do taty mówił „tatusiu”. Był też jakiś taki niewyraźny, jakby trochę pod wpływem alkoholu. Nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam! To był kompletnie inny Czesław.

Pewnie chciał wypaść jak najlepiej i dla dodania sobie pewności wypił kilka kieliszków czegoś mocniejszego.

Ale w mojej rodzinie nie piło się alkoholu! Tatuś wyciągał butelkę tylko przy naprawdę szczególnych okazjach i na kieliszku się kończyło. Dlatego byłam wtedy bardzo zła na Czesława. Nie chciałam, żeby moi rodzice się do niego zrazili. Szybko wyprowadziłam swojego wielbiciela na dwór, żeby trochę otrzeźwiał.

Pomogło?

Na szczęście tak. Gdyby rodzice się zorientowali, że jest na rauszu, byłby to dla mnie wielki wstyd. Na pewno wypominaliby mi później, z kim się zadaję.

Później Czesław znów wyjechał do Warszawy i zostawił panią…

Przyznam, że trochę miałam go już dość, ale on nie dawał za wygraną. Dostawałam od niego w tym czasie mnóstwo listów. Było mu bardzo spieszno się ze mną żenić. Mnie wprost przeciwnie, a kiedy dostałam od niego informację, że możemy wziąć tylko ślub cywilny, bo kościelny przekreśliłby jego karierę, nogi się pode mną ugięły. Zawsze marzyłam o ślubie kościelnym, bo byłam wierząca. Biała suknia, piękny welon, ceremonia, później wesele, tańce do białego rana, muzyka, goście… Tak to sobie wymarzyłam. A tu masz! Taki wielki pech!


Nieczęsto można było zobaczyć Czesława w garniturze.

No i co na ślub cywilny powiedzą rodzice…

Właśnie! Przecież dla nich, zwłaszcza dla tatusia, tylko ślub kościelny miał ważność. Moi rodzice nie uznawali czegoś takiego jak kontrakt cywilny. Wpadłam więc po uszy i zastanawiałam się, co robić. Pomyślałam wtedy, że Czesław nie będzie mnie traktował tak, jakby zawierał umowę na kupno klaczy!

A jednak uległa mu Pani.

Oj, biłam się z myślami o ślubie cywilnym bardzo długo. Czułam jednak, że z tej relacji z Czesławem łatwo się nie wyplączę. W dodatku on był bardzo władczy i postawił mnie przed faktem dokonanym. Jeszcze mu nie powiedziałam, czy się zgadzam za niego wyjść, a on mi na to, że przyjedzie do mnie, zabierze moich rodziców i wszyscy pojedziemy do niego. „Rodziny muszą się przecież poznać!” – oświadczył głośno i wyraźnie. I rzeczywiście − przyjechał po nas do Kóz służbowym samochodem z kierowcą i udaliśmy się do jego rodziców.

 

Jakie wrażenie na pani zrobili?

W duchu zaśmiałam się, że mogliby być rodzicami moich. To byli prości, zwykli ludzie. Matka Czesława była drobną kobietą; z kolei jego ojciec był wysoki, kościsty, o ładnych niebieskich oczach, takich jakie miał Czesław. Był przewodniczącym samorządu gminnego. Podczas rozmowy nie mogli się nachwalić swojego syna. Że zawsze bardzo dobrze się uczył, a Akademię Sztabu Generalnego ukończył z wyróżnieniem, na samych piątkach. Przyjęli nas bardzo gościnnie.

Była już wtedy mowa o ślubie?

Nie, ale po powrocie do domu mój ojciec stwierdził, że trzeba się szykować na ślub i wesele. Biła od niego radość, że niedługo jego ukochana córeczka stanie na ślubnym kobiercu, a ksiądz pobłogosławi młodą parę na nowej drodze życia.

Jak zareagował na wiadomość, że ślubu kościelnego nie będzie?

Bardzo źle. To spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Oświadczył mi, że na ślub cywilny się nie godzi. Odpowiedziałam, że jestem dorosła i sama o sobie decyduję. Oczywiście rodzina wybijała mi Czesława z głowy. Nie ukrywam, że ja też miałam wątpliwości i wciąż zadawałam sobie pytanie: Co robić? W końcu uświadomiłam rodziców, że może to i lepiej, że wezmę tylko ślub cywilny, bo wtedy – jeśli coś nie wyjdzie − dużo łatwiej się rozwieść. Ojciec dostawał białej gorączki od tych moich „zepsutych” myśli, ale ostatecznie musiał to jakoś przeżyć.

Wszystko dzieje się bardzo szybko. Kilka dni później Czesław zawiadamia panią, że ślub odbędzie się drugiego grudnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku w Warszawie. Nie bała się pani wyjazdu ze wsi do stolicy, nowego życia z człowiekiem, którego ledwo pani znała?

Lubiłam wyzwania, przygody. Jeśli nie wyjdzie, to najwyżej się rozwiodę i wrócę do rodziców – tak wtedy myślałam. Czesław przyjechał po mnie trzy dni przed ślubem. Ojciec i matka nie pojechali z nami, nie uznawali cywilnej umowy. Zapakowałam więc walizkę i ruszyłam z Czesławem na dworzec w Bielsku-Białej. Tam spotkało mnie pierwsze spore rozczarowanie: mój narzeczony nie pomyślał o wykupieniu miejsc w wagonie sypialnym. Gnieździliśmy się więc przez całą noc w zwykłym wagonie, oparci o siebie.

W tym momencie zamknęła pani za sobą rozdział życia na wsi, beztroskiego dzieciństwa pośród najbliższych, i ruszyła w nieznane.

Trochę się bałam, jak to będzie. Ale chciałam posmakować innego życia, miałam dość wsi, pragnęłam się rozwijać. Do dnia ślubu mieszkałam u przyjaciół Czesława: Romana, który też był wojskowym, i jego żony Stefy. Od początku nie czułam do nich wielkiej sympatii. Wydawało mi się, że Stefa chce na siłę mi zaimponować, przy okazji umniejszając wagę mojej osoby. Czułam, że prowadzą ze mną jakąś grę, ale nie wiedziałam jeszcze, o co może w niej chodzić. Długo jednak nie bawiłam w ich domu, bo dzień przed ślubem razem z Czesławem poszliśmy na Bracką oglądać mieszkanie wojskowe, które dostał.

Spodobało się pani?

A skąd! Zupełnie inaczej je sobie wyobrażałam. Były co prawda dwa pokoje z kuchnią, ale już umeblowane! I w dodatku nie były to najmodniejsze meble, tylko jakieś bardzo ciężkie, no, nie takie, jakie sobie wymarzyłam. Ślubu kościelnego nie będzie, mieszkania umeblować nie mogę – co jeszcze przykrego mnie spotka?! – zastanawiałam się. Jakby tego było mało, Czesław już na początku naszego życia wpędził mnie w długi, bo okazało się, że te meble wziął na raty! I z czego tu się było cieszyć? Było mi bardzo smutno.

Sama chciała pani takiego życia.

Sądziłam, że pożyjemy jeszcze w jakiejś kawalerce, będziemy jeść obiady w kasynach, chodzić do kina, teatru, na tańce. A tu masz, babo, placek. Nie chciałam być tak szybko zepchnięta do roli kury domowej. Jeszcze nie wzięłam ślubu, a już byłam ogromnie Czesławem rozczarowana.

Nazajutrz jednak z urzędu stanu cywilnego pani nie uciekła.

No nie. Zbyt wiele spraw już nas łączyło. Poza tym trochę bałabym się reakcji Czesława.

Co pani przeżywała w urzędzie, siedząc obok swojego przyszłego męża?

Przede wszystkim szłam tam jak na ścięcie. Był ponury grudniowy dzień. Ubrana w garsonkę, a nie w ślubną suknię, ze smutkiem w sercu przekraczałam próg instytucji, od której bił niewyobrażalny chłód. Nagle w pobliskim kościele rozległy się dzwony, a mnie łza zakręciła się w oku, że przecież mogły grać dla nas…

Domyślam się, że świadkami byli wspomniani już Roman i Stefa.

Nie mogło być inaczej, przynajmniej w przekonaniu Czesława. Siedzieliśmy przed urzędnikiem i w pewnym momencie, w co chyba pan nie uwierzy, zaczęłam się głośno śmiać. Śmiałam się podczas jego przemówienia i później, w trakcie składania przyrzeczenia małżeńskiego. To trochę dziwne, bo przecież właśnie decydowało się moje życie. Z urzędu poszliśmy do zakładu fotograficznego uwiecznić siebie na pamiątkowych zdjęciach. Wieczorem zaś we czwórkę wybraliśmy się na dansing.

Czy Czesław był dobrym tancerzem?

Na pewno lepszym niż generał Wojciech Jaruzelski, bo ten w ogóle nie chciał tańczyć, o czym przekonałam się w późniejszych latach. Ale wracając do dansingu − byłam zła na Czesława, że ten w ogóle ze mną nie tańczy! Przez cały wieczór był wtulony w Stefę, a ja, nie wiedzieć czemu, w Romana. O co chodzi? – zastanawiałam się. Czy to jakaś gra, czy może już foch ze strony mojego męża? W dodatku Czesławowi to wszystko sprawiało wielką frajdę. Wyraźnie czerpał przyjemność z faktu, że tańczy ze Stefą. W sali było też sporo przystojnych oficerów. Żałowałam później, że nie uśmiechnęłam się do któregoś z nich i nie zatańczyłam, żeby wkurzyć Czesława. Dotarło do mnie jednak wtedy, że cały czas się uczę i dopiero poznaję swojego męża.

Czy w końcu zapytała pani, o co chodziło?

Tak, ale on nie miał w zwyczaju komentować pewnych spraw. I tej też nie zamierzał. Roman i Stefa byli jego najbliższymi przyjaciółmi. Koniec, kropka. A mnie nachodziły nawet takie myśli, że Czesław i Stefa mogą być kochankami… Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że ta trójka jest nierozłączna.

Inne książki tego autora