Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nasTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jednocześnie tęskni się za miejscem. Tu wszędzie są ponapinane struny. Między tęsknotą a pieniędzmi, między podziwem dla miejscowych a ich odrzuceniem, między Polską realną a Polską wymyśloną.

Z powodu pochodzenia czasami ma się po dupie od miejscowych. Nie za często, ale się zdarza. Marek nigdy się nie bił z Brytyjczykami. Czasem takie ekscesy mają miejsce, choć raczej ma to charakter rytuału na kształt kibolskich ustawek – brytyjskie Seby biją się z polskimi Sebami. Zdarzyło mu się jednak słyszeć na ulicy „You fucking Poles!”. Zapytał: ale jaki, chłopaki, macie problem? No więc taki, że Polacy kradną pracę. Marek mówi, że to zajebiście, że mówicie o robocie, bo u nas właśnie na gwałt potrzeba rąk do pracy i jest rekrutacja. „Where?” – pytali zaczepni Brytyjczycy. Marek mówi, że na magazynie. No więc tamci podziękowali. Odchodzili już trochę łagodniejsi, bardziej przyjaźni, bogatsi o doświadczenie zetknięcia się nie ze stereotypem, tylko z prawdziwym człowiekiem, który coś mówił, miał konkretny tembr głosu i z którym się nawiązało kontakt wzrokowy. Może jak się spotkają następnym razem, to powiedzą sobie „Hi”. Miejscowi nie pracują w takich miejscach. Nie znają polskiego rynku pracy. Nie napędza ich polska trwoga.

Marek widział najnormalniejsze umysły swojego pokolenia zniszczone przez funty. Część osób przyjeżdża do Wielkiej Brytanii i zaczyna przeliczać wszystko na złotówki.

– Patrzysz na sklepowe półki i okazuje się, że chleb kosztuje 8 złotych, butelka wody 12. I co? Najpierw przestajesz pić, a później jeść. Licząc w ten sposób, naprawdę można zwariować – mówi. – To w ogóle jest kłopot przebywania na obczyźnie. Ludzie przywożą ze sobą bagaż doświadczeń, sposoby myślenia i ich nie modyfikują, ciężko im jest je dostosować do nowego miejsca.

Jest też inne zjawisko, pozostające z tym pierwszym w ciągłym napięciu. Nagle się okazuje, że człowiek zarabia 5−6 tysięcy złotych na rękę i dostaje szajby. Przecież nigdy w życiu w Polsce ani on, ani jego znajomi nie widzieli takich pieniędzy. I pozornie, tylko pozornie świat staje przed nim otworem. Może sobie pozwolić niemal na wszystko, o czym wcześniej marzył. Telewizor LCD, na który w Polsce musiał odkładać trzy lata, albo wziąć chwilówkę na 300 procent, teraz może sobie kupić za trzy tygodniówki. Normalny komputer to dwa tygodnie pracy. Adidasy, które w Polsce kosztują ćwierć pensji, tutaj można kupić za 40 funtów, za kilka godzin pracy. To naprawdę robi różnicę i działa na wyobraźnię. Wywraca do góry nogami piramidę fetyszy. Nagle okazuje się, że człowiek w air maxach to nie kozak ani synek bogatego tatusia, tylko zwykły człowiek. Gubisz sensy, orientację w strukturze społecznej. Przejrzyste niegdyś hierarchie zamieniają się w kakofoniczny jazgot.

I alkohol, morze alkoholu, który najpierw służy do toastów za lepsze życie, a później do topienia tęsknoty i zagłuszania obcego języka obecnego wszędzie poza miejscem pracy, domem i polskimi sklepami. Marek widział nauczycieli z dziesięcioletnim stażem, geodetów i bibliotekarzy, którzy przyjeżdżali, rozpoczynali pracę w magazynie, a po miesiącu leżeli zalani w trupa na ławkach w parku. Mieszkał kiedyś z Polką, matką dorosłym dzieciom. Najpierw wprowadziła się do niej córka z rocznym dzieckiem. Uciekła od faceta, który ją regularnie bił. Kiedyś nawet dobijał się do domu, ale jeśli chodzi o te sprawy, tutaj służby działają inaczej niż w Polsce. To nie jest tak, że przyjedzie policja i powie „proszę się uspokoić” albo „trochę pani przesadza”, a w lepszym przypadku będą tak przeciągać formalności, żeby kobieta zrozumiała, że domowa przemoc to trochę zawracanie głowy. Przyjechali, zabrali ziomka i już więcej się nie pojawił. Pojawił się za to syn. Ten uciekł przed półświatkiem. Był dilerem, jakąś małą płotką, kimś, kto postawił się, komu nie trzeba, może nie zwrócił długu. Matka o tym wszystkim wiedziała, kryła swoje dzieci, matczynej miłości nie da się zatamować. W Polsce kobieta była nauczycielką. Tutaj coś się z nią stało. Marek nie wie, czy na Wyspy przyjeżdżają popsuci ludzie, czy psuje ich emigracja. Może jedno i drugie.

Po trzech tygodniach pracy w magazynie Markowi udało się wskoczyć na lepsze stanowisko. Firma otwierała się właśnie na wschodnie rynki, między innymi na Polskę. W brytyjskich magazynach mówi się głównie po polsku, więc postawiono na rekrutację wewnętrzną. Silną stroną Marka była słabość jego konkurentów – spośród ośmiu tysięcy osób jedynie kilkanaście mówiło biegle w obu językach. Każdy z dwujęzycznych dostał godzinę na przetłumaczenie dokumentu. Marek poradził sobie najlepiej i awansował. Od tego czasu nie był wynajmowany przez agencję, tylko dostał kontrakt. I lepsze pieniądze.

Po raz pierwszy o zjechaniu pomyślał pod koniec 2013 roku, kiedy przyjechał do kraju na urlop.

– W Polsce podszedł do mnie pijaczek i mówił „panie kierowniku, panie kierowniku”. Tutaj tego nie ma. Jak nie było cię długo w domu, to takie rzeczy jakoś silniej przemawiają – wspomina.

W Anglii nikt nie mówił do niego „kierowniku”. Kiedy w Polsce przychodziły pierwsze roztopy, Marek ze swoją ekipą witał je tradycyjnym ogniskiem. Na Wyspach nikt nie pali ognisk, na Wyspach nie ma ekipy.

Po powrocie z urlopu na Wyspy zaczął oszczędzać, żeby mieć w Polsce jakieś pieniądze na start. Przez kilka miesięcy udało mu się odłożyć równowartość 20 tysięcy złotych. To mniej więcej tyle, ile rocznie zarabia jedna trzecia Polaków. Ta suma, która równa się około 1800 złotych na rękę miesięcznie – to tak zwana dominanta, najczęstsze wynagrodzenie netto w naszym kraju. Taką kwotę lub poniżej zarabia 30 procent pracowników. Marek mówi, że aby zaoszczędzić takie pieniądze, nie musiał sobie niczego od ust odejmować. Myślał o tym, żeby znowu mówiono do niego „panie kierowniku, panie kierowniku, kopsnie pan 50 groszy, będę szczery, na piwo, panie kierowniku”, żeby znowu rozpalić wiosenne ognisko.

Wrócił do kraju w maju 2014. Ale ekipy już nie było. Wyjazd jego i kumpla uruchomił lawinę. Z piętnastu osób zostało siedem. W ciągu roku. Chciał jak rok wcześniej rozpalić ognisko, ale nie było komu na nie przyjść. Nie on jeden ścigał Polskę, która nie istnieje.

Zamieszkał z rodzicami. Pierwsze dwa tygodnie spędził, napawając się swoją miejscowością. Chodził po znanych mu ulicach, odwiedzał znajomych, którzy zostali na miejscu i pił z nimi żubry. Wieczorami wracał do domu mniej uczęszczanymi ścieżkami, żeby wchłonąć jak najwięcej rodzinnego miasteczka, jakby miał wyrzuty sumienia, że na tyle miesięcy je porzucił. Robił to w ten sposób, żeby dopieścić przestrzeń. Kiedy już się z nią przeprosił, zaczął szukać pracy. Wysłał kilkadziesiąt CV. Odezwała się firma, z którą chciał współpracować, zanim wyjechał z Polski. Przyszedł na rozmowę kwalifikacyjną. Miał zajmować się tłumaczeniem dokumentów na angielski. Był pewny, że dostanie posadę, bo podczas poprzedniej rozmowy kwalifikacyjnej, jeszcze przed emigracją, podziękowano mu, twierdząc, że nie ma odpowiednich kwalifikacji. Wtedy był dopiero po studiach, miał puste CV, bo nigdzie nie pracował legalnie. Absolwentom o legalną pracę niełatwo w małych miejscowościach. To nie jest kraj dla młodych ludzi.

Tym razem problem był innej natury, Marek usłyszał, że jest przekwalifikowany. Być może pracodawca przestraszył się, że będzie musiał zapłacić połowę brytyjskiej pensji minimalnej. A po co ma to robić, skoro może zatrudnić kogoś na umowę o dzieło za jedną trzecią? A jeśli się komuś nie spodoba, to zatrudni jeszcze kogoś innego. W małych miejscowościach do biur lokalnych geszefciarzy wije się długa kolejka nieźle wykwalifikowanych osób, gotowych pracować za niewielkie pieniądze. Bo niewielkie pieniądze są lepsze niż żadne pieniądze.

Po kilku miesiącach bezskutecznego poszukiwania pracy w rodzinnym mieście, Marek przeniósł się do Chorzowa. Tam wysłał kilkadziesiąt CV. Odzew nie ograniczył się do kurtuazyjnego „Dziękujemy za CV, życzymy powodzenia w karierze zawodowej”. Pojawiły się rozmowy kwalifikacyjne. Marek podejrzewa, że część z tych rozmów była już ustawiona. Chciał tłumaczyć, więc w firmach przepytywano go po angielsku. Zdarzało się, że rekruter mówił znacznie gorzej niż Marek. Chłopak nikogo za rękę nie złapał, ale ma wrażenie, że kandydaci byli obsadzeni dawno przed rozstrzygnięciem rozmów kwalifikacyjnych, a same rozmowy to teatr, tak pro forma, żeby nikt się nie przyczepił. Mówi, że zdobył doświadczenie w uczestnictwie w rozmowach kwalifikacyjnych. Wiele razy słyszał „Dziękujemy, oddzwonimy, jeśli przejdzie pan do kolejnej fazy rekrutacji”. Nikt nigdy nie oddzwonił.

Nie było sensu siedzieć w jednym miejscu. Trzeba było spróbować zaczepić się gdzie indziej. Przeprowadził się więc do Łodzi. Wydawało się, że w dużym mieście można znaleźć jakąś pracę. I rzeczywiście, można było. Tylko że za miesięczną stawkę, którą Marek zarabiał na magazynie w Anglii w półtora tygodnia. A w pracy tłumaczeniowej w cztery dni. Bardzo trudno tak zaniżyć oczekiwania. Zwłaszcza jeśli na koncie ma się jeszcze pieniądze na rachunki i jedzenie. Ale człowiek nawet nie wie, kiedy środki się kończą, a bank deponuje już tylko desperację.

Jakby Marek wiedział, że tamta praca była najlepsza, jaką mu w Łodzi zaproponują, toby ją przyjął. Miałby przynajmniej na wynajem pokoju, jedzenie, a że były jeszcze oszczędności, to nie doświadczałby trwogi konwulsyjnej polskiej egzystencji. Oszczędności są jak amortyzatory i poduszka bezpieczeństwa, jak ich nie masz, to każdy mały wybój boli dwa razy bardziej. A jak wypadniesz z zakrętu, to złamiesz sobie kark.

Łódzka przygoda skończyła się porażką. Jest marzec 2015 roku, Marek wraca do rodziców. Nie ma pracy, nie ma ognisk. Za „panie kierowniku” nie da się wynająć mieszkania, a nostalgii nie ugotuje się na obiad. Bogatszy o doświadczenie polskiego marazmu, zadzwonił do kumpla na Wyspach i powiedział, że chce wracać do macochy Anglii. Może nie jest tak dobrze znana jak matka Polska, ale przynajmniej daje większe kieszonkowe. W poniedziałek dostał telefon, że w czwartek ma szkolenie. Na magazynie. Z dnia na dzień spakował walizkę, powiedział rodzicom, że wyjeżdża. Wszyscy mieli uczucie déjà vu. Tym razem wiedział jednak, że już nie wróci. Odbił się od swojego kraju i ponownie pojechał do Wielkiej Brytanii mieszkać już po angielsku. Polska importuje marzenia, a eksportuje sfrustrowaną siłę roboczą. Marek jest jej częścią.

 

Jest początek 2017 roku, chłopak właśnie zakończył okres krótkiej bezdomności. Nawet jej nie poczuł, ponieważ przypadła na jego urlop w Polsce. Kiedy wrócił, został wywalony z angielskiego mieszkania. Nie z jego winy. Pokój podnajmował od Polaka, który z kolei wynajmował mieszkanie od właściciela. Okazało się, że krajan jest oszustem podatkowym. Marek nie był jedyną osobą, która dostała po dupie z powodu przedsiębiorczego rodaka.

Zamiast więc wypoczywać po miesiącach pracy, Marek na gwałt musiał szukać nowego lokum. A pieniądze, które odłożył na kurs z logistyki, przeznaczył na szukanie mieszkania. Wyższe kwalifikacje to wyższe pieniądze, ale też trochę inne miejsce w społeczeństwie. Jednak jeśli jesteś prekariuszem, żyjesz na wiecznym polu minowym. Brak stałego dochodu, brak stałych godzin pracy, brak stałego miejsca zamieszkania. W każdym momencie któraś z tych min może wybuchnąć i zniszczyć plany na stabilizację. Nie ma się nad tym władzy.

Kiedy rozmawiamy, w Anglii, w jego pokoju stoi sterta nierozpakowanych jeszcze pudeł. Wśród nich duży karton Zelmera. To odkurzacz z Polski. Podobno lepszy niż brytyjskie. Wynajął pokój z Brytyjczykami. Wydają się mili. Jeszcze nie było okazji, żeby wypić wspólnie bombardiery albo wódkę. Ale w korytarzu mówią sobie przyjacielskie „Hi”.

Zrozumiał, że jak się mieszka w Wielkiej Brytanii, to nie można udawać, że się mieszka w Polsce. Nie można przeliczać ani fantazjować o tym, co się kupi w Polsce. Mówi, że niektórzy tutaj potrafią pracować i gnieździć się w pokoju tylko po to, żeby wybudować dom w Polsce i pojawiać się w nim kilka razy w roku, w sumie może na trzy tygodnie. Ale kiedy się w nim już pojawią, to są książętami z grubymi portfelami. Chodzą do lokalnych pubów i udają zwycięzców, robią głośne imprezy w swoich polskich domach, żeby zagłuszyć to, że wcale nie wszystko jest OK. Później wracają nie do siebie, do angielskich pokoi, w których mieszkają jedenaście miesięcy w roku. I pracują, żeby zarobić na pozory.

Tym razem Marek, z zupełnie innym nastawieniem, chce już mieszkać po brytyjsku. Częściej chodzi do pubów. Ma coraz mniej znajomych Polaków, którzy nie znają języka, za to coraz więcej znajomych z Anglii – swoją nową ekipę. Nie zrobi z nimi ogniska, nie pojedzie nad rzekę, ale może iść na basen i wypić dobrego crafta w pubie.

– Żyję tutaj i staram się trochę myśleć jak Brytyjczyk – mówi.

Polskę traktuje jako kraj, do którego się przyjeżdża na wakacje odpocząć. Skończył z Polską.

– Jak byłem w domu po raz ostatni, na początku 2017 roku, to przewalałem się nocami w łóżku. W swoim pokoju, w którym spałem przez 25 lat, miałem kłopoty ze snem. Spokojnie sypiam w Shirebrooku.


Rozdział III
Korpo


Aleksandra powiedziała, że: „Jeżeli z czymś nie będziesz dawać rady, jeżeli z czymś nie zdążysz, to mi po prostu powiedz”. Kinga kolejny dzień z rzędu pracowała jedenastą godzinę, nie wytrzymała: „Aleksandra, nie zdążam, nie daję rady”. „No to co ty, kurwa, robisz cały dzień!?”

* * *

Jest upalny letni dzień, biurowiec stoi na końcu Poznania, z trzech stron obrastają go gęste krzaki. Jeszcze nie zdążyły wyrosnąć inne budynki, w których umiejscowiłyby się korporacje. Tytonie są pierwsze. Za rok, dwa lata, może pięć wszędzie tu będą wypielęgnowane trawniki, gres, małe drzewka i chodniki między kolejnymi szklanymi kurnikami, punktami z gastronomią liczącą na ponadprzeciętnie zamożnego klienta. Teraz są krzaki i ściernisko, gruz i nieużytki, na których można skręcić nogę, oraz chaszcze sięgające pierwszego piętra.

Klimatyzacja nie działa od tygodnia. Przez wielkie szyby do budynku wlewa się upał. Powietrze gęstnieje tak, że można je żuć. Jedynym sposobem na to, żeby nie zwariować, jest otwarcie okien. Pracownicy otwierają je w całym open space. Jeśli się ich czymś nie zablokuje, to trzaskają od przeciągów. Niedaleko biurka Kingi okno jest zablokowane gumowym odbojnikiem do drzwi. Biuro jest na drugim piętrze. Przyjemny wiatr wpada falami i przynosi ukojenie. Silniejszy podmuch rusza oknem, szczelina się powiększa, odbojnik wypada i ląduje w krzakach pod budynkiem. Aleksandra patrzy na okno, podchodzi, otwiera szerzej i wbija wzrok w krzaki. Podnosi głowę, mówiąc: „Kinga, spadł nam odbojnik, mogłabyś skoczyć?”.

Dziewczyna schodzi po schodach powoli, liczy każdy stopień, leniwie przeciąga dłonią po metalowej poręczy. Na każdym półpiętrze jest drewniane zakończenie; przy nich zatrzymuje się na dłużej. To jej włoski strajk schodzenia po schodach, manifestacja buntu, na który może sobie w tym momencie pozwolić. Otwiera szklane, ciężkie drzwi w czarnej plastikowej ramie. Akurat przychodzi uderzenie wiatru, drzwi na moment stają się cięższe, stawiają opór, znów trzeba walczyć. Kinga staje w progu, odpala papierosa i patrzy na nieużytki. Wkrótce będzie tu więcej tego typu miejsc, więcej ludzi i sytuacji. Celebruje papierosa, w myślach strofuje szefową, mówi rzeczy, które nigdy nie opuszczą jej ust. Kolejny silniejszy podmuch wyrywa ją ze świata fantazji. Dopala marlboro, rzuca na ziemię, między kępki trawy i żwir, depcze i wraca. Twierdzi, że nie znalazła odbojnika. Nawet nie podeszła do krzaków. Aleksandra udaje, że jej wierzy. To i tak nieważne – grubą kreską zostały rozrysowane pozycje. To w zupełności wystarcza.

– To jest poczucie władzy. Ona sobie robiła ze mną, co chciała, a ja nie mogłam się odwinąć, bo potrzebowałam tej pracy, nie miałam innego źródła dochodu i nic w perspektywie – mówi dziś Kinga.

Korporacja to pieniądze, a pieniądze to niezależność. Za pieniądze można kupić brak zmartwień, skorumpować niepewność. Za chamski hajs można wynająć całe mieszkanie i mieszkać samemu, jak człowiek, nie gnieżdżąc się z siedmioma studentami, którzy ciągle kłócą się o to, czyja jest kolej sprzątania kibla. Ma się zdolność kredytową i można sprawić sobie własne M, prosto od dewelopera, pachnące nowym betonem, z gładkimi ścianami, windą, garażem podziemnym i ogrodzeniem, żeby żule nie sikały pod oknami. Kiedy ma się pieniądze, nie trzeba się szczypać, jeśli najdzie ochota na wyjście do lokalu, do kina. Można sobie pozwolić na to, żeby nie robić obiadu w domu, kiedy jest się zjebanym po kilkunastu godzinach pracy albo po prostu ma się gorszy dzień. Obiad przyjedzie do ciebie i jeszcze wręczy się kilka złotych napiwku panu z Ubera, bo przecież zmęczył się, jadąc tutaj na rowerze, a za oknem zimno i pada. Realizując te drobne przyjemności, nie trzeba przywoływać w myślach ciągle stanu konta. Możesz sobie kupić ubrania i designerską lampę. To bardzo łatwe marzenia, takie, które się same narzucają w Szczecinie, gdzie duże pieniądze to 2500 na rękę.

Mama i tata Kingi kiepsko radzili sobie jako rodzice. Kinga jest zdania, że każdy, kto ma mieć dzieci, powinien wcześniej przejść jakiś test lub kurs. Nawet żeby jeździć rowerem, trzeba zrobić kartę. A rodzicem może zostać każdy, od tak po prostu. No, chyba że chcesz, a nie możesz i musisz adoptować. Wtedy cię przeczołgają.

Najczęściej kłótnie rodziców zaczynały się od małych rzeczy. Paczka herbaty po raz kolejny nie jest odłożona tam, gdzie powinna, czyli na drugą górną półkę, a nie do niskiej szuflady, bo stamtąd się ciężko wyciąga i trzeba się schylać, a mnie bolą plecy, przecież tyle razy o tym była mowa. Czy to taki wielki problem odłożyć herbatę tam, gdzie prosiłam? Dalej rozkręcało się na znaną melodię: „Dlaczego ty mnie w ogóle nie słuchasz, dlaczego ciągle i ciągle muszę powtarzać to samo, dlaczego nigdy nie możesz zrobić tego, o co cię proszę? A dlaczego nie możesz już przestać i dać mi w spokoju obejrzeć ulubiony program?! Myślisz, że lubię tę swoją jebaną robotę? Myślisz, że lubię stać przy maszynie? Ale za coś musimy żreć! Chyba że sama na wszystko zarobisz. Po prostu chcę raz w tygodniu obejrzeć telewizję, czy do chuja już nawet tego nie mogę!?”.

Później pojawiały się zadawnione pretensje i pytanie, gdzie kto był, kiedy trzeba było wychowywać dziecko albo na nie zarobić. Następnie trzaskanie drzwiami, latające spodki i talerze. Między kłótnie wbijały się długie dni milczenia. Wtedy powietrze było tak napięte, że można było je ciąć. Dla Kingi to był komunikacyjny slalom. Trzeba było mówić tak, żeby dodatkowo nie psuć i tak trudnej sytuacji. Kinga musiała być czujna, odbierać subtelne sygnały z jednej i z drugiej strony. Musiała wiedzieć, czy już można zażartować, a może nadal jednak milczeć. Być może dzięki temu nauczyła się czytać ludzi.

Rodzice Kingi rozwiedli się, kiedy była w klasie maturalnej. Nastoletniość to nie jest dobry moment na zmiany. Ale Kinga jest raczej z tych, co sobie radzą. Wkrótce po rozwodzie mama wyprowadziła się do nowego faceta, a ojciec do konkubiny. Kinga została w mieszkaniu sama. Nie musiała za nie płacić, do tego dostawała od rodziców trochę pieniędzy na jedzenie i ubrania. Ale to zawsze było dane z łaską, z niewypowiedzianą pretensją, że dziecko to jednak głównie wydatek. Między szkołą i nauką łapała fuchy, żeby łatać budżet. Czasami była misiem Haribo, czasami dziewczyną na promocji w hipermarkecie, innym razem sprzedawała książki. Jakoś szło.

Mieszkanie niedaleko centrum miało dwa pokoje, żółtawe od papierosów ściany i firanki. Kinga rzadko zapraszała znajomych. Po szkole, pracy w markecie i nauce nie zostawało jej wiele czasu na kolegów i koleżanki. Największymi przyjaciółmi Kingi byli bohaterowie serialu Suits i Gossip Girl. Dobrze ubrani, ładni, inteligentni, trochę cyniczni, knujący intrygi. I bogaci. Kinga lubiła te białe koszule, szpilki z czerwoną podeszwą, szklane budynki, centra wielkich miast. Pociągały ją pośpiech, dynamizm, znane marki, ogólne ogarnięcie. Tego nie było w jej rodzinnej miejscowości. Tam tylko klub Kontrasty, w którym raz na jakiś czas zagrał zespół Coma. To był czas, kiedy jeszcze nikt nie chciał go zdelegalizować na Facebooku. Po koncercie szło się ze znajomymi metalami do MakKwaka na kebsa, gdzie można było dostać wpierdol od dresów. Te koncerty to był jedyny powiew większego świata. Prawdziwi artyści, którzy znani są tylko z telewizyjnych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, tutaj byli na wyciągnięcie ręki. Ale przy ambicjach Kingi ten świat jednak był za mały, Coma była za mała. Wielki świat to są szklane wieżowce, a nie Roguc i jego „chlanie wódy w dusznym barze” lub „poeci umierający w grobach strof”.

Kingę pociągał taki typ faceta jak Mike Ross: fotograficzna pamięć, ostrość umysłu, delikatny odchył psychopatyczny, no ale przecież wiadomo, że w korporacjach niekiedy trzeba nagiąć reguły, żeby wyszło na twoje. Czasami czegoś nie powiedzieć, czasami powiedzieć coś nieprawdziwego. Jak w życiu. Kinga chciała być takim facetem, tylko że w spódnicy. Miała 18 lat, mieszkała sama, uczyła się do matury i dorabiała. Wiedziała, że chce iść do korpo. Wiedziała, że tak trzeba żyć.

Matura poszła dobrze. Ojciec obiecał, że jeszcze przez jakiś czas nie zabraknie pieniędzy na studia. Kinga lubiła Kraków, był daleko, a jej zależało, żeby być jak najdalej. Nie jest zbyt rodzinna. Kraków ma swój romantyczny charakter, stąd są poeci w prochowcach z papierosami zwisającymi z ust, pijący wódkę i cierpiący na slamach z powodu przygnębiającego świata. Tutaj są małe uliczki i Kazimierz. Stąd w ładny dzień widać góry.

Przez chwilę miała być polonistyka, bo Kinga lubi czytać. Ostatecznie zwyciężył pragmatyzm: trochę szkoda tracić życie na naukę o książkach, kiedy wołają duże pieniądze. Same się nie zarobią, a z pewnością z czytania nie ma wielkiego hajsu. Absolutna racja.

Wygrała więc psychologia. Tam uczą, jak patrzeć na ludzi, jak ich czytać i w jaki sposób wykorzystać to w biznesie. Na przykład Jacek Santorski, psycholog pracujący z dużym biznesem, ale na swoich zasadach. Rozmawia z wypalonymi, bogatymi ludźmi, których nie cieszą już ani Alpy, ani połów łososia z kolegami, ani sylwester w klasztorze. Coś ich smuci, dołuje, coś im odbiera smak życia. I okazuje się, że tym czymś jest praca. Ta sama praca, która kiedyś była źródłem radości i nadawała sens. Teraz jest pustka i komuś trzeba o tym opowiedzieć. Żonie trochę głupio, bo nie wychodziła za takiego ciapciaka, co się maże. Kolegom też średnio, bo oni ciągle o sukcesach, zegarkach, perspektywach inwestycyjnych, mikrotargetowaniu jako najskuteczniejszej strategii marketingowej, optymalizacji kosztowej i bezpiecznych inwestycjach w nieruchomości. No więc zostaje Santorski. Pieniądze nie grają roli.

 

Szybko się jednak okazało, że na zajęciach z psychologii organizacji wykładowcy uczą zarządzania zasobami ludzkimi z podręczników z lat osiemdziesiątych. Był drugi rok i Kinga już wiedziała, że taka nauka to gonienie w piętkę, że to nie ma sensu. Nie interesowało jej pozostawanie na uczelni i wykładanie w wyciągniętym swetrze za biedapieniądze. Nie chciała być doktorantką żiżkologii lacanistycznej ani rozwijać modalności poznawczo-behawioralnej. Trzeba było trzepać hajs.

Ale to były dobre dwa lata. W tym czasie trochę się obijała, trochę czytała. Trochę była dziewczyną dla swojego chłopaka, który przychodził po pracy i miał gotowy obiad. Trochę grała w World of Warcraft.

– Kiedy odpalasz WOW-a, to masz totalną zgodność oczekiwań z rzeczywistością – mówi Kinga.

– To jeden z niewielu odcinków w życiu, kiedy wszystko się zgadza.

Poza apetytem na sukces i drajwem japiszona w środku jest też inna Kinga, ta jest nolife’em. Dziewczyna jest trochę monetą z dwiema stronami. Z jednej strony jest korporacyjnym tygrysem, z drugiej − kurą domową, która spełniałaby się w wykonywaniu obowiązków matki Polki. Przez te dwa lata studiów wypełniała tę część siebie, która jest spokojna, łagodna, lubi wielkie futrzane kapcie oraz memy ze śpiącymi ludźmi i kotami, które nie pozwalają im wstać. Ale ten okres się kończył i Kinga to wiedziała. Przychodził czas obrócenia monety – z nolife’a trzeba stać się korpoczłowiekiem. Czas studiów był fajny, pełen beztroski, ale wszystko kiedyś się kończy i trzeba zacząć czas nowy, inny. Czekał biznes, wciąż pojawiały się kolejne odcinki Suits.

Kinga rozsyła CV do korporacji i czeka na odpowiedź.

– Chciałam pracować wtedy wszędzie, w koncernie farmaceutycznym, aplikowałam do Microsoftu. To mnie jarało. Programiści, IT, kurwa, Dolina Krzemowa, Google, to było obiektem moich westchnień i marzeń. Przykładasz rękę do czegoś, co jest innowacyjne. To jest ten prestiż pracodawcy. Jestem w Tesli dziwki! Możesz to wpisać na profilu na Facebooku i jest szacun padawana – mówi.

Jest przebojowa, widać to w jej mowie ciała. Jednocześnie rozluźniona i czujna. Kiedy mówi, przechyla się w stronę rozmówcy, ma pewny głos, jest asertywna i widać, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Nie daje się zbić z tropu pytaniami. Wie, że jak zostanie zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, to pewnie uda się jej wskoczyć do firmy.

– Jestem z biednego domu i wydawało mi się, że korporacje to zajebiste skarbce ze złotem, że będę opływała w luksusy. Nie wiedziałam, że da się inaczej. Chciałam kosić chamski hajs – mówi.

Za chwilę czekają ją pozycja, grad złotych monet, ubrania, projekty. Tak sobie myśli, wysyłając kolejne CV.

Pojawiła się oferta stażu w dużej firmie rekrutacyjnej. Potężny szklany budynek, ładnie wyglądający ludzie, korpo o renomie na rynku. Ale staż jest bezpłatny.

– Widać, na czym zbudowane jest bogactwo firmy – mówi Kinga.

Ojciec właśnie zapowiedział, że wkrótce przestanie ją finansować, a ze stypendium socjalnego ze studiów nie da się żyć na przyzwoitym poziomie. W zasadzie nie da się żyć niemal w ogóle. Kinga nie może sobie pozwolić na bezpłatną pracę. Przecież za coś trzeba kupić jedzenie, za coś trzeba opłacić wynajęty pokój i spłacić ratę za komputer. Nie da się tego zrobić za wpis do CV. Bezpłatny staż jest tylko taki z nazwy, tak naprawdę jest płatny, bo ktoś musi utrzymać stażystę. Zazwyczaj są to zamożni rodzice. To oni kupią jedzenie i płacą za pokój. To oni kupią komputer, asicsy i zapłacą za iPhone’a, bo trochę głupio w dużym korpo świecić jakimś szajsungiem z pobitą szybką. Wszystko to kosztuje, ale od czego jest tata. Za hajs matki stażuj. Rodzice, jeśli kochają, to mogą płacić korporacji za pracownika, który na przykład będzie parzył brand managerowi kawę.

A jeśli nie masz bogatych rodziców? No to wtedy pracujesz w gastro i w zasadzie nie wiadomo, co z tobą potem, bo jak wracasz z pracy, to słaniasz się ze zmęczenia i najchętniej przespałbyś kolejny tydzień, a nie szedł na zajęcia następnego dnia. A co dopiero na jakiś staż. Po ukończeniu studiów masz w doświadczeniu zawodowym przewalanie hambuksów i wydawanie zapiekanek pijanym Angolom. I nikogo nie obchodzi taki odpad jak ty. Dla pracodawcy jesteś niedorajdą, który nawet się nie sprawdził na praktykach. Oni potrzebują kogoś z doświadczeniem w branży, a nie jakiegoś ciamciaramcię, co zamiast się wziąć za siebie, całe studia pił szoty za barem i ciągnął kreski z folietek z tanimi chińskimi chemikaliami. Bo przecież to taki specjalny czas, że można takie rzeczy robić, nie? No to out, weźmiemy tego, co był gdzieś na praktach, co ma doświadczenie. Od razu widać w CV, że zapierdalał na trzech stażach w megakorpach jak ogarnięty człowiek. I są inne rzeczy, które o nim świadczą – wyluzowany, normalnie ubrany, w ray-banach, plecaczek Fjallraven Kanken, trochę ironiczny, bo taki dziecięcy, ale wiadomo przecież, ile kosztuje, w trendach, nonszalancja-elegancja, takich to my lubimy. A że to wszystko za pieniądze taty? Rekrutera to nie obchodzi.

Jest jeszcze trzecia opcja. Ale musi się przyfarcić – staż płatny. W Polsce zdarza się to rzadko. Nawet nie wiadomo, jak rzadko, bo właściwie nikt tego nie sprawdza, nikt nie bada. Są jakieś pomniejsze raporty, ale w zasadzie tak kiepskie, że nic z nich nie wynika poza tym, że jest kiepsko. Bezpłatne staże to w Polsce jedna z wielu białych plam. Ekonomia odpowiada na pytania, które sama zadaje. O bezpłatnych stażystów nikt nie pyta.

Wiadomo, że ustawowo istnieje możliwość zatrudniania na praktyki osoby, która skończyła gimnazjum i nie ukończyła trzydziestego roku życia. I nie trzeba jej płacić. Ustawa o praktykach absolwenckich powstała w ramach walki z kryzysem. Podpisana w 2009 roku miała uelastycznić i tak już elastyczny rynek pracy oraz pomóc zbolałym przedsiębiorcom złapać oddech. Nawet jeżeli miałoby to się odbywać kosztem tego, że tysiące osób będą pracowały za darmo. No, ale PKB samo się nie zrobi, wyspa sama się nie zazieleni, trzeba trochę jej pomóc. Kryzys minął, a ustawa o praktykach absolwenckich nadal obowiązuje. Ktoś coś próbował w niej dłubać, żeby może jednak jakiś obowiązkowy pieniądz dać pracownikom, no ale są w Polsce ważniejsze rzeczy. Trzeba dekomunizować, rechrystianizować albo po prostu pilnować, żeby woda w kranach nie stygła.

Zresztą rynek przecież sam się może uregulować. Przykładem są powstające inicjatywy promujące ramy dobrych praktyk i staży. Wchodzą w to duże korpa, bo zależy im na CSR. I tak na przykład duża firma medialna, która posiada wiele tytułów regionalnych, miękko włazi do takiej koalicji antywyzyskowej. Deklaratywnie wspiera wszystkie płatne staże, merytoryczne ramy, ścieżki praktyk i inne ładnie brzmiące nazwy. Dzięki temu jej logo trafia na stronę organizatorów akcji i wszystko jest fajnie, poza tym, że firma nie stosuje się do tego, co zadeklarowała. Nadal pracują dla niej bezpłatni stażyści – dziennikarze obywatelscy. Nobilitująca nazwa staje się substytutem wypłaty. Zamiast pieniędzy praktykantom daje się poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym i fajnym, w czymś, co może zaprocentować w przyszłości. Mami się ich możliwością zatrudnienia, ale do finalizacji marzeń zazwyczaj nie dochodzi, bo finalizacja to koszt w postaci pensji, a brak finalizacji to zysk w postaci darmowego kontentu. Niby wszyscy zyskują, bo przecież później można sobie do CV wpisać współpracę z poważnym graczem na rynku medialnym. Tylko że nie ma takiej waluty jak CV, za CV nie da się kupić kurtki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora