Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nasTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Rozdział I. Gastro

Rozdział II. Podwójna emigracja

Rozdział III. Korpo

Rozdział IV. Freelance

Rozdział V. Multi-level marketing

Rozdział VI. Studencki Nobel

Rozdział VII. Ratownictwo medyczne

Rozdział VIII. Tłumaczenie

Rozdział IX. Koci świat

Rozdział X. Branża

Podziękowania

Okładka


Copyright © Kamil Fejfer, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Korekta

Beata Saracyn, Agnieszka Gzylewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

www.olesiejuk.pl


ISBN 978-83-7700-295-7

Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Te historie to nie jest rollercoaster. W książce nie znajdziecie Państwo opowieści o lokalnych, wąsatych politykach, którzy posadzeni w swoich małych księstwach utkanych ze znajomości, ambicji i gnoju terroryzują mieszkańców, tworząc im małe piekła. Nie ma pana, wójta i plebana o twarzach przypominających trochę Wałęsę, trochę papieża, a trochę kiełbasę, którzy spotykają się z miejscowym prokuratorem, szefem policji i sędzią na tych samych imprezach pachnących wódką i kiszonym ogórkiem. Nie ma latami płaconych łapówek, o których sąd mówi, że nie są łapówkami, tylko swego rodzaju dziwnym, ale legalnym obyczajem. Nie ma małych miejscowości, Polski powiatowej, gdzie każdy każdego kryje, gdzie instytucje nie są w stanie zmyć z ofiar ich piętna, a sprawcy pozostają bezkarni i mogą się śmiać w twarz osobom, które skrzywdziły, napawając się widokiem tego, jak karleją, szarzeją i zginają się pod ciężarem bezradności i zaszczucia. Nie ma bezdusznych urzędników odsyłających od drzwi do drzwi osoby w największych kryzysach egzystencjalnych. Nie ma gmatwaniny przepisów, zza której nie widać człowieka potrzebującego pomocy w sytuacji granicznej.

Jest za to zwykłe życie zwykłych ludzi. Zwykłe, czyli złe. Bo Polska dla bardzo dużej części swoich obywateli jest miejscem nieprzyjaznym. To kraj, w którym w 2014 roku 43 procent jego mieszkańców żyło w tak zwanej sferze niedostatku, czyli poniżej granicy minimalnego godziwego standardu życia. Taki standard liczony jest jako koszyk dóbr, pewien zestaw towarów i usług, w skład którego wchodzą: produkty spożywcze, higieniczne oraz konsumpcja kultury. A 43 procent z 40 milionów to około 17 milionów ludzi. Właśnie tyle osób nie mogło sobie pozwolić na „minimum godziwego standardu życia”. Jeszcze gorzej mają ci, którzy żyją poniżej tak zwanego progu minimum egzystencji, czyli ich dochód jest tak niski, że zagraża ich biologicznemu przetrwaniu. Literalnie takie osoby dysponowały środkami, za które trudno jest przeżyć. W Polsce − kraju w środku Europy, od lat należącego do struktur Unii Europejskiej − w połowie drugiej dekady XXI wieku takich osób było 2,8 miliona.

Średnia pensja w 2016 roku wynosiła 4050 złotych brutto. Oznacza to, że na rękę statystyczny Polak dostawał mniej więcej 2900 złotych. Jeżeli nie zarabialiście Państwo tyle, to jesteście w znacznej większości, bo średnia pensja to tak naprawdę trochę myląca kategoria. Jej wysokość i powyżej zarabia 30 procent pracowników. Być może jeszcze mniej. Wynika to z prawideł statystyki – ci, którzy zarabiają więcej, ciągną średnią w górę.

Lepszy obraz pokazuje tak zwana mediana, czyli pensja, poniżej której połowa osób zarabia więcej, a połowa mniej. Dla Polski w 2014 roku (na razie nie ma nowszych danych) wynosiła ona 2350 złotych na rękę. Połowa Polaków zarabiała mniej.

To właśnie dlatego tak dużo z nas nie ma oszczędności. Przyczyną nie są, jak wielu ekspertów twierdzi, kiepska edukacja finansowa, chociaż pewnie i ten czynnik ma swój udział. Polacy po prostu nie mają z czego oszczędzać. W przybliżeniu połowa Polaków ma jakikolwiek grosz odłożony na przyszłość. Reszta żyje od pierwszego do pierwszego. Można oczywiście machać palcem i pouczającym tonem oznajmiać, że Polacy nie myślą o jutrze. Ale czy naprawdę kupno spodni, wizyta u fryzjera czy w kinie to zbytki, z których należy rezygnować po to, żeby mieć godną emeryturę?

Może po prostu jesteśmy zbyt leniwi? Może za mało pracujemy, powinniśmy pracować więcej, żeby sobie pozwolić na to wszystko. Może naprawdę jesteśmy jak dzieci, które chcą wszystkiego już teraz i jednocześnie brzydzą się fatygą? Przeciętny Polak pracuje 1930 godzin w roku; 75 procent z nas bierze nadgodziny i tylko 22 procentom za te nadgodziny się płaci. Przeciętny Niemiec pracuje 1360 godzin.

Cóż, ciężką pracą ludzie się nie bogacą. Może bogacą się więc mądrą pracą? Jeżeli tak jest, to czy niemiecki lakiernik pracuje cztery razy mądrzej niż polski? Czy sprzątaczka z Oslo pracuje tak mądrze jak polski menedżer średniego szczebla? I nie chodzi o różnicę nominalną w zarobkach. Jeżeli weźmiemy pod uwagę siłę nabywczą, to dysproporcja nadal pozostaje – polski specjalista zarabia tyle co norweski sprzątacz.

A śmieciówki? Swoboda zawierania umów, powiedzą niektórzy. Słowa, słowa, słowa. Nie ma swobody zawierania umów tam, gdzie jest nierównowaga stron. Właśnie dlatego, kiedy GUS spytał ludzi pracujących na podstawie niestandardowych form zatrudnienia o ich umowy-zlecenia i umowy o dzieło, okazało się, że 80 procent spośród nich nie wybrała sama tego typu umowy, została przymuszona do śmieciówek. Nikt z pistoletem nie stał, powiedzą niektórzy, ale proszę spróbować skorzystać z wolności zawierania umów, kiedy nie ma czego dziecku na obiad podać.

Polska to kraj, w którym dobrze żyje się zielonym strzałkom na ekonomicznych wykresach obrazujących PKB, a duża część ludzi żyje od pierwszego do pierwszego – w 2013 roku 60 procent rodzin nie mogło sobie pozwolić na tygodniowe wakacje raz w roku.

Prawdą jest, że od lat poprawia się prawie wszystkim. Z faktami nie ma co dyskutować. Jesteśmy bogatsi, stać nas na coraz więcej, pracujemy coraz mniej. Ale kiepskie to pocieszenie dla osób, które na spłatę chwilówki biorą kolejną chwilówkę, nie mogą spłacić raty kredytu mieszkaniowego, bo właśnie były redukcje w ich firmie, a zasiłek dla bezrobotnych w najlepszym wypadku wystarcza na jedzenie z dyskontu na dwa tygodnie. Kiepskie to pocieszenie dla tych, którzy na umowach o dzieło nie mogą sobie pozwolić na luksus choroby, bo nie mają chorobowego, a każda ich nieobecność w pracy to strata i tak małych pieniędzy. Za świadomość wzrastającej średniej pensji trudno dzieciom kupić książki, za poprawiające się statystycznie warunki mieszkaniowe trudno wyjechać na weekend.

Za każdą z liczb kryją się setki tysięcy bolących głów, miliony nieprzespanych nocy. Niemal każdy w tych liczbach może znaleźć siebie. Polskę mierzy się (nie)możliwością kupna butów na zimę.

To wszystko nie jest wynikiem lenistwa i braku przedsiębiorczości. Od rozwoju osobistego nie przybywa w gospodarce dobrze płatnych miejsc pracy. No, chyba że mówimy o miejscach pracy w branży mówców motywacyjnych, którzy często bez udokumentowania skutecznością swoich działań zarabiają wywrotki pieniędzy.

O tym wszystkim łatwo zapomnieć, kiedy żyje się w naparstku osób, którym się udało. Kiedy już kupi się mieszkanie na kredyt od dewelopera i mieszka się drzwi w drzwi z osobami, które mają zdolność kredytową, a do tego nie dały się chwycić na franki. Łatwo zapomnieć, gdy na grodzonym osiedlu widzi się te same samochody, te same ubrania, tak samo ubrane dzieci, które chodzą na takie same grodzone place zabaw.

Łatwo zapomnieć, że istnieje inny świat, w którym zostali znajomi z podstawówki. Oni nie przestali istnieć, tylko zniknęli z oczu. To znikanie przez brak zdolności kredytowej. Ale to ich świat jest prawdziwszy, bo jest go więcej. Relatywna zamożność to pojedyncze wyspy na morzu relatywnej biedy.

 

Wszyscy żyjemy w społecznych bąbelkach, które ze sobą sąsiadują, ale nie przenikają się wzajemnie. Mamy znajomych o podobnym statusie majątkowym, o podobnych gustach, jeździmy na podobne wycieczki, jemy w tych samych knajpach albo nie robimy tego w ogóle, jeździmy takimi samymi samochodami w leasingu lub nie mamy samochodów w ogóle, kupujemy ubrania w tych samych sklepach, imprezujemy w tych samych dzielnicach. W ten sposób nabieramy przekonania o przezroczystości naszych żyć. Jesteśmy przekonani, że nasze życie może się przytrafić każdemu, skoro przytrafiło się nam. Ale to wszystko to tylko miraż, projekcja na wewnętrznych ścianach naszego social bubble, małej przestrzeni, której nie chcemy opuszczać, a nawet jeżeli chcielibyśmy, to nie za bardzo wiadomo, jak to zrobić, bo niektóre drogi zarosły dziką zielenią.

Pouczanie z pozycji sukcesu jest łatwe. Przychodzi naturalnie, bo sukces staje się naturalnym środowiskiem. Jednocześnie jest doświadczeniem mniejszościowym, wyjątkiem, a nie regułą, czymś, co w naszym kraju nie przytrafia się często nawet tym, którzy bardzo się starają. Można przez pół życia walić głową w mur i nie zrobić na nim nawet rysy. Za to porządnie obić sobie głowę i złamać kręgosłup moralny. Za każdą historią sukcesu, która ujawnia się na portalach, w gazetach, w reklamach, w programach o tym, jak gwiazdy tańczą na lodzie, kryją się historie porażek, których nikt nie opowiedział. Za każdym człowiekiem, który wspiął się na szczyt, są tysiące, którzy się z nim ścigali, ale powinęła im się noga, zabrakło im determinacji, wiedzy, wsparcia. Którzy mieli gorszą pozycję startową, bo część osób, żeby dostać się na szczyt, ma do przejścia kilkadziesiąt metrów w słonecznej pogodzie, ale niektórzy grzęzną na zboczach spływających potokami błota, a w twarz wieje im wiatr.

O zwykłe historie zwykłych ludzi nikt nie pyta. Małe porażki i niespełnione aspiracje tysięcy kryją się w cieniu, w niedoświetlonej strefie. Mało kogo interesuje, jak robić tak, żeby nie wyszło. A szkoda, bo to powszechne doświadczenie Polaków. Historie składające się na małe frustracje, bulgoczące rozgoryczeniem i roszczeniami. Przecież nie tak miało być, miało być tak, że osoba, która się uczy i uczciwie pracuje, może sobie pozwolić na godne życie. Nie każdy ma być milionerem, ale dobrze jakby był multitysiącerem.

Książka oświetla miejsca niedoświetlone, pokazuje zwykłych ludzi, którzy biją się z polskim rynkiem pracy, starają się awansować, realizować marzenia. Spaja ich jedno – są w połowie drogi, nie cieszą się niedosukcesem.

Tak wygląda Polska. To o nas.

Kamil Fejfer

Rozdział I
Gastro


Pieniądze śmierdzą. Zwłaszcza monety. Jeżeli przekładasz je z ręki do ręki przez cały wieczór, to twoje dłonie nasiąkają tym specyficznym metalicznym zapachem, którego trudno się pozbyć. Jeszcze gorzej jest z ubraniami. Trzymają zapach dłużej niż dłonie. Kiedy pracujesz intensywnie przez kilka godzin w oparach potraw i mocnego alkoholu, wszystko zaczyna śmierdzieć barem. A później przynosisz pracę do domu. Przynosisz ją na swetrze, kurtce, szaliku, spodniach, koszulce. Wracasz, żeby odpocząć, a korytarz, w którym zostawiłaś ubrania, nie może przestać przypominać ci o wódce z colą i quesadilli za 22,50.

Wcale nie chcesz przynosić pracy do domu. Monika mówi, że ta robota lasuje mózg. Burger z żurawiną, pasta, piwo pszeniczne, piwo najtańsze, dla pani piña colada, dla koleżanki mojito, dla pana łycha, pan pyta, co tak piękna dziewczyna robi po pracy, dla kolegi tylko frytki, fritz-kola, bo bardziej etyczna, a fajniej jest, jak coś jest bardziej etyczne, dla pana niegazowana, bo coś mu się sypie spod nosa i musi się nawodnić, znowu burger, teraz jesienny specjał z grzybami, vege burger, znowu pszeniczne, znowu najtańsze, quesadilla, working class beer – żubr „weź stary w końcu znajdź jakąś normalną robotę i przestań pić to gówno”, mojito, podwójna żubrówka z sokiem jabłkowym, carlsberg, jakieś ciekawe kraftowe piwo, może IPA, a macie dymione?, znowu żubr i do tego, no nie wiem, może paluszki, burger z żurawiną.

Kiedy stoisz za barem, ludzie ciągle cię obserwują, pytają wzrokiem, kiedy podejdziesz, gdzie ich alkohol, niecierpliwią się, ktoś się wepchnął w kolejkę. Dla klientów bez przerwy istniejesz, ani na chwilę nie przestajesz być niewidoczna. Niektórzy to lubią, innym trudno to znieść. Monika należy raczej do tej drugiej grupy. Ale za coś trzeba kupić jedzenie i zapłacić rachunki, więc czasami po prostu nie ma się wyboru. Wybór to domena tych, którzy mają poduszkę bezpieczeństwa. Możesz pomyśleć nad przekwalifikowaniem się, ale nie stać cię na darmowy staż, ponieważ nie masz oszczędności, a nie da się zjeść wpisu w CV ani zapłacić za rachunki ładnym portfolio. Z równie oczywistych względów nie stać cię na szkolenia i kursy. Jesteś w czarnej dziurze, która nazywa się gastronomia.

Monika po zmianie trwającej od dziewiętnastej do pierwszej w nocy przychodzi do domu, siada na łóżku i przez godzinę patrzy w ścianę, uspokajając oddech. W tym czasie znikają quesadille za 22,50, piwa pszeniczne, mojito i frytki. Schodzi z niej całe napięcie i uspokaja się młynek. Wtedy może zasnąć.

W gastronomii raczej nie pracuje się z wyboru, tylko z braku wyboru. Średnia płaca tutaj to 2650 złotych brutto, czyli 1900 na rękę. Na umowie o pracę. Ale kto się przejmuje takimi rzeczami jak prawo pracy? Odpowiedź jest równie prosta, co brutalna – w polskiej gastronomii wszyscy kładą na to chuja. Nawet 40 procent osób w gastro pracuje na czarno. Praw pracowniczych nie pilnują tu ani związki, ani państwo, które po 1989 roku uznało, że przedsiębiorcom nie należy przeszkadzać, bo wszystko wyreguluje wolny rynek. Oczywiście w długiej perspektywie. A jak wiadomo, w długiej perspektywie wszyscy będziemy martwi.

Jeśli gastronomia nauczyła czegoś Monikę, to mówienia w myślach „jeb się” ludziom, wobec których nie mogła się bronić w inny sposób.

– Zrobiłam się wtedy mocno agresywna w sposobie myślowego reagowania. Ktoś do mnie coś mówi, a ja w głowie mam „spierdalaj”. Nie zrobiłam się agresywna zachowaniowo, ale zaczęłam tak myśleć o świecie. To wynik tej roboczej młócki. Czułam frustrację i bunt. To był sposób, aby nie wkładać tego w siebie. „Spierdalaj” i robiło mi się lepiej – mówi Monika.

Dziewczyna w tamtym momencie była już badaczką sztuki, pisała teksty naukowe oraz wykładała. Ale nie miała możliwości utrzymania się z tej pracy. Stąd gastro.

– To był moment, kiedy świat nie dawał mi możliwości realizacji mojego potencjału w tym, w czym podobno jestem dobra. To, czym się zajmuję, jest istotną częścią mojej tożsamości. Kiedy świat mi mówił „nie utrzymasz się z tego”, „nie jestem zainteresowany – ja świat – tym, żebyś ty mogła z tego żyć”, to ja odbierałam jako komunikat: „nie jesteś potrzebna w ogóle”. Uogólnione „SPIERDALAJ” było mi potrzebne, aby zachować przekonanie, że zajmowanie się teorią sztuki ma naprawdę sens: spierdalaj, obejrzę ten spektakl, napiszę ten artykuł, przeczytam tę książkę.

Jest rok 2014 i Monika od dwóch lat pracuje na przemian w barach i szatniach instytucji kultury. Zawsze bez umowy. Pracuje na gębę za 10 złotych na godzinę plus napiwki. Wszystko zależy więc od tego, ile godzin wyrobi. Czasami klienci wychodzą o dwudziestej trzeciej, a czasami impreza trwa do czwartej rano. W ten sposób nie można pracować codziennie, bo dostanie się udaru z przemęczenia. Chociaż teoretycznie możesz zarabiać i 3 tysiące, to raczej kłamstewka, aby oszukać samego siebie. Dobre pieniądze w gastro są jak yeti – wszyscy o nich słyszeli, nikt ich nie widział.

Jeśli gastro nauczyło Monikę wyzywania w myślach klientów, to praca w teatralnych szatniach pokazała brzydkie oblicze klasy średniej i wyższej, ludzi, którzy mają się za oczytanych i wrażliwych. Dziewczynom i chłopakom po drugiej stronie lady z numerkami ubrania oddaje jaśniepaństwo. „O popatrz, ona czyta książkę” – mówi pani w sobotnim outficie zdradzającym wysoką pozycję w korporacji. Mówi tak, jakby Monika nie miała uszu. Dziewczyna jest robotem odbierającym numerki i wydającym ubrania.

– Miałam wrażenie, że dla większości jestem po prostu przedmiotem z rękoma – mówi. – To się wyczuwa w spojrzeniu i w geście. Oglądałam moją grupę społeczną z drugiej strony szatni. Jakimi wrednymi chujami potrafią być ci ludzie.

Monika od strony szatni widzi ich od podszewki. Jeśli nikt nie ma pojęcia, jakie ktoś po drugiej stronie lady ma wykształcenie, jeśli nie wie, że Monika obejrzała setki spektakli i potrafi je zanalizować, osadzając w kontekście historycznym, i przeprowadzić analizę porównawczą recepcji dzieła w różnych kręgach kulturowych, to ten ktoś jest w najlepszym przypadku grzeczny, ale to jest grzeczność jak wobec krzesła czy stołu. To jest grzeczność pana, który nie uderzy poddanego. Jest w tym coś z rozkoszy i zarazem obrzydliwości władzy, ducha gnuśnego dworu, który Polski – pomimo prób modernizacyjnych egzorcyzmów – nie chce opuścić.

Najgorsi są pijani kolesie.

– To jest zmora. „Umówi się pani ze mną? Nie. A może jednak? Nie. To ja tu postoję, nazywam się Marcin, pracuję w banku”. To jest nadużywanie relacji, w której ja nie mogę powiedzieć „odwal się koleś”. Komunikaty wysyłane przeze mnie były absolutnie nieszanowane. Jednocześnie wyobrażam sobie, że ten człowiek w stosunku do swoich koleżanek i kolegów może być ujmującym człowiekiem. Tylko że w takiej sytuacji, w szatni, przed barem, nie rozumie albo nie chce rozumieć, że wykorzystuje swoją pozycję. Bo ja tu pracuję między innymi po to, żeby mu było miło, więc mogę tylko asertywnie mówić: przepraszam, nie jestem zainteresowana znajomością. Nie mogę mu powiedzieć won. A, i możesz napisać, że ci kolesie są strasznie żałośni – mówi.

No więc piszę – kolesie podrywający nachalnie barmanki, jesteście, kurwa, żałośni!

Kiedyś Monikę ktoś zapytał, czy nie jest jej nudno tak siedzieć w tej robocie. Pewnie miał dobre intencje, chciał w jakiś sposób wczuć się w sytuację po drugiej stronie. Ale jeśli nie byłeś po drugiej stronie, to nie wiesz, co wypada.

– Co miałam powiedzieć? Że to jest spełnienie moich ambicji? Że się świetnie bawię? To jest trochę tak, jakby ktoś zapytał bezdomnego w grudniu, czy nie jest mu zimno.

Gdzieś w czasie między szatnią a kelnerowaniem był jeszcze zmywak. Przez pierwsze tygodnie pracy Monika nic nie jadła na mieście. Higiena miejsca pracy? Świeże ścierki? Zapomnij, naczynia wyciera się brudną szmatą. Podobną do takiej do podłogi. Jest wilgotna, szara i śmierdzi bagnem. Żyją na niej te same bakterie co w nadbrzeżnym mule. Cóż, tak działa wolny rynek, jak się go nie kontroluje. Klient nie zajrzy na zmywak, a jeśli nie zrobi tego kontrola, to kubki, z których pijecie, naczynia, na których jecie, sztućce, kieliszki, filiżanki i kufle na piwo po wyjęciu ze zmywarki wyciera się do sucha szmatą, która śmierdzi szambem. Szkło nie przechodzi zapachem. Dziewczyna robiła na kilku zmywakach. Wszędzie obowiązywał ten sam zwyczaj. Podobno jest tak w całym mieście i w innych miastach też. Bez względu na poziom lokalu. Dlatego Monika nie jadła nic w restauracjach. Ale później przypomniała sobie, że przecież przez całe życie jadła na mieście z naczyń, które wycierane były bagienną szmatą. Pewnie jej bakterie są silniejsze niż te ze ścierek.

Monika mówi, że wypłaty w gastro, na zmywakach i w szatniach są zbliżone. Mało jest w języku polskim określeń, które z tak elegancką lakonicznością wyczerpują temat, jak tradycyjne „gówno nie pieniądze”. Jeśli mieszka się w dużym mieście, to za wypłatę wystarcza na jedzenie i część rachunków. I to nie zawsze. Zazwyczaj musisz wynajmować pokój na końcu miasta. A przecież nie wszyscy w gastronomii to dzieciaki na drugim roku studiów. Niektórzy to osoby, które po prostu utknęły i nie mogą się stąd wyrwać, bo w tej pracy lepi się podłoga.

Monika jest w trochę lepszej sytuacji. Mieszka w odziedziczonym mieszkaniu, więc odpada jej część rachunków. Nie ma też dużych potrzeb. Swój styl określa jako „nieszczególnie zadbany”, nie kupuje ubrań z sieciówek, wystarczą lumpeksy, dużo czyta, ale nie musi mieć książek na półkach, biblioteki w zupełności wystarczą, nie ma parcia na spędzanie jednej trzeciej tygodnia w modnych lokalach. Potrzebuje tylko pieniędzy na jedzenie. Ale i z tym bywało różnie.

 

– Opisz moją historię tak, żeby nie było można mnie rozpoznać, żeby tata się nie zorientował, że zdarzało się, że chodziłam głodna – zastrzega Monika.

I opowiada, że zdarzało się, że jadła raz, dwa razy dziennie przez dwa tygodnie. Nie z powodu choroby, nie z powodu diety. Monika, wykształcona, inteligentna i pracowita mieszkanka dużego miasta w środku Europy, w kraju, który od ponad dekady należy do Unii Europejskiej, chodziła głodna, bo pomimo wykonywania pracy, nie było jej stać na jedzenie.

– Co najdziwniejsze, to był swego rodzaju wybór. Powiedziałam w pewnym momencie, że nie chcę pracować w komercji. Chcę robić to, co uważam za ważne. Będę dorabiać. Najwyżej będę głodować – opowiada dziewczyna.

Ale chyba nikt, kto dokonuje takiego wyboru, realnie nie sądzi, że będzie chodził głodny.

Jest rok 2004, Dziwnów nad morzem i Prószków w Opolskiem właśnie otrzymały prawa miejskie, startuje kanał TVN Style, nad którego wymówieniem nazwy Polacy głowią się do dzisiaj, a w kwietniu kończy pracę komisja śledcza w sprawie afery Rywina. Jej główną spuścizną jest to, że do Zbigniewa Ziobry po wsze czasy przylgnie ksywka, którą do popkultury osiem lat wcześniej w piosence i na koszulce wprowadza Billy Corgan – „Zero”.

W tym samym roku Monika przychodzi do dużej telewizji, gdzie zaczyna pracować jako asystentka. Szybko awansuje. Z asystentki staje się specjalistką, później pracuje jako copywriterka. Jeśli zastanawiacie się, kto wymyśla te wszystkie „w przyszłym odcinku Magda wybiera się z Pawłem na wakacje. Traf chciał, że w tym samym hotelu w Szarm el-Szejk zatrzymał się Marcin, przełożony Pawła, który od dawna zabiegał o względy Magdy. To się nie może dobrze skończyć”, to robiła to właśnie Monika.

– Oczywiście, że większość z nas miała w nosie same treści – mówi Monika.

W korporacjach medialnych ludzie bardzo rzadko utożsamiają się z tworzonym przez siebie kontentem. Uważają go za gówno, a odbiorców w najlepszym wypadku za kogoś, kto jest sposobem na wyrobienie targetów, a w najgorszym − za podludzi.

– Ale było w tym coś intrygującego. Mieliśmy poczucie, że tworzymy popkulturę. Chociaż nie były to treści istotne i ciekawe artystycznie, pracowaliśmy przy czymś, co miało wielkie dotarcie, czym emocjonowały się miliony ludzi – tłumaczy.

Szybki awans, niezłe pieniądze, 3−4 tysiące złotych na rękę za pół etatu to było coś. Przez pierwsze lata było fajnie. Później coraz mniej. Im dłużej Monika pracowała w korporacji, tym wyraźniej dostrzegała jej gorszą stronę – małe kliki, interesy, bitwy buldogów pod dywanem. I zniechęcenie oraz niespełnione ambicje kolegów i koleżanek z pracy. W korporacjach pracują często ludzie zdolni, którzy chcieliby się zająć czymś bardziej twórczym. Ale w molochach nie ma miejsca na indywidualną ekspresję. Pracuje się na właściciela, który w zasadzie nie wiadomo kim jest, bo jest rozproszonym akcjonariatem. Lub innym, większym korpo, którego właścicielem jest rozproszony akcjonariat. Pracuje się więc dla nieokreślonego, rozmytego bytu, dla nikogo, dla kapitalizmu z brakiem ludzkiej twarzy.

Za to pracuje się na coś. Na kredyty do spłacenia, na dzieci do nakarmienia, na małżeństwa płaczące o randki w suszarni, psy wyjące o fryzjera, na koty miauczące o odrobaczanie, na kraje do zwiedzania, samochody do wzięcia w leasing. I trzeba to robić, bo wszyscy dookoła to robią. Robią to Piotrek i Tomek, i Magda, i Marcin, i Hanka, i Grzesiek, i Kamil. Wszak głupio być gorszym od Piotrka i Tomka, bo to przecież geje. Głupio, jeśli Magda może sobie pozwolić na wakacje, a ty nie, skoro ona przyjechała z jeszcze mniejszej miejscowości. A Marcin? Przecież on nawet nie ma studiów. Tak samo Hanka, ona nawet nie wie, ile izb ma polski parlament. No i ktoś taki ma mieć lepszy samochód niż ty, który nakurwiałeś systemy polityczne świata na studiach na drugim roku i miałeś nawet stypendium naukowe? No, kurwa, bez żartów. A Grzesiek i Kamil? To już nawet szkoda gadać.

Nie można się po prostu obrazić na wszystko. A przynajmniej jest cholernie trudno. Strasznie dużo na to wszystko pracowałeś. Przeszedłeś długą drogę, żeby tu się znaleźć nie po to, żeby teraz dać sobie spokój. Może za jakiś czas. Wtedy kupisz sobie domek pod miastem. Naprawdę niewielu się decyduje na odejście. Część się z tym godzi. Ci, w których wewnętrzny konflikt nie gaśnie, wyrzucają odłamki wojny na zewnątrz. Nieświadomie, złośliwymi uwagami, podsrywkami, mało zabawnymi żartami, które są skierowane przeciw kolegom i koleżankom z pracy. Lepiej się czujesz, jeśli ktoś czuje się gorzej. Zwłaszcza jeśli to jest na przykład Hanka, która nie czai metody D’Hondta, a ty ślęczałeś nad jej rozgryzieniem dwa tygodnie na politologii, marząc, że będziesz wiceministrem.

Monika przypomina sobie historię dziewczyny, która w 2012 roku mówiła, że tyle by dała, żeby być w innym miejscu, na przykład w wydawnictwie. Ale kredyt, mieszkanie, dzieci, leasing, wakacje. Tego się nie załatwi z pensji 2800 na rękę. Dziewczyna w telewizji pracuje nadal, Monika wie to z Facebooka i Instagrama. Koleżanka wrzuca zdjęcia z biura i hashtaguje: #office, #work, #passion. Albo z wakacji; w kadrze jest drink z palemką, na drugim planie błękitna woda i białe jachty. Hashtagi: #polishgirl, #summer, #holidays.

Jest druga połowa pierwszej dekady XXI wieku. Znajomi Moniki pracują na cały etat. Spłacają niską ratę we frankach szwajcarskich, myślą, że wychujali system, ale nie przeczuwają nawet tego, co nastąpi w styczniu 2015. Jeszcze wierzą w racjonalną alokację zasobów, ale już niedługo poczują ból fistingu niewidzialną ręką rynku. Monika, pracując na pół etatu, jest dodatkowo freelancerką piszącą artykuły o tematyce kulturalnej do różnych tytułów. Stawki – 100, 200 złotych za tekst. Niewiele. Ale pisanie daje jej dużo radości, pozwala się czegoś nauczyć i zdobywać uznanie w dziedzinie, która ją interesuje, którą uważa za ważną.

Rok przed odejściem z korporacji zapewniającej jej niezłe pieniądze Monika zaczyna wykładać teorię sztuki. Wie, że chce robić to dla ludzi, którzy sami rozumieją, czego chcą się nauczyć.

Praca ze sztuką zagospodarowuje tę część Moniki, której nie może zagospodarować praca w telewizji – poczucie, że robi coś istotnego, czego nie da się przełożyć na tabelkę w Excelu, co ma większy sens niż napychanie kieszeni właścicieli korpo. Sztuka jest ważna, warto w nią inwestować czas i serce. Monika takie przeświadczenie wyniosła z domu. Zawsze było dużo książek i zawsze ktoś czytał. Półki uginały się pod ciężarem piętrzących się tomów, które ojciec miał poukładać, żeby nie było takiego bałaganu. Lubił majsterkować, zobowiązał się, że zrobi dodatkowy regał, bo książki leżały już na telewizorze i na głośnikach od kupionego w latach dziewięćdziesiątych zestawu Technics. Wtedy to był naprawdę dobry sprzęt, podkreślał status rodziny wielkomiejskich inteligentów z byłej stolicy Polski, która nigdy się nie pogodziła z tym, że przestała być stolicą. Jakoś głupio, żeby leżała na nich „Literatura na świecie”. To nie robi dobrze ani głośnikom, ani „Literaturze”.

Ojciec nie zdążył zrobić mebla. Nie, nie umarł, nie wylądował na wózku, nie dostał Alzheimera. Monika, kiedy zaczęła lepiej zarabiać, po kolejnej kłótni, która wybuchła między rodzicami w trakcie obiadu, po prostu kupiła trzy duże regały z Ikei. Książki już nie uginały półek.

Monika nie wierzy, że jest klasą wyższą z urodzenia. Nie tylko z powodu chronicznego braku pieniędzy. Owszem, nauka i sztuka zawsze były w domu, ale poglądów Monika nie odziedziczyła po rodzicach. Co najwyżej szacunek dla, jak to nie bez ironii określa, „dóbr intelektualnych”. Mówi, że jej mama to konserwatywna inteligentka, tak stereotypowa, jak tylko można sobie wyobrazić. Śmieje się, że matkę ktoś po prostu napisał w książce, że nie może być prawdziwa – zawsze dobrze wyglądająca, mówiąca długimi zdaniami, niezbyt tolerancyjna wobec nowości i uważająca, że „garnitury leżą dobrze w trzecim pokoleniu”. Jednocześnie uwięziona w autostereotypie matki Polki. A Monika wierzy w czarny protest, emancypację, chce przyjmować uchodźców, stara się mówić tak, żeby nie wyrażać klasizmu w dół.

To mama zawsze mówiła, że jest czas na mieszkanie z rodzicami i jest czas, żeby już z nimi nie mieszkać, tylko założyć rodzinę. Co prawda Monika nie założyła rodziny, ale wyprowadzenie się od rodziców uważała za coś zupełnie oczywistego. To ta część spuścizny rodzinnej, z którą się nie dyskutuje. Po prostu przychodzi ten czas, jakiś drugi rok studiów, że się z rodzicami nie mieszka. Dziewczyna wyprowadziła się mniej więcej wtedy, kiedy zaczęła pracę w telewizji. Trochę później kupiła półki na książki, ratując atmosferę przy niejednym wspólnym obiedzie.

Jest rok 2012 i wszyscy z utęsknieniem czekają na koniec świata, cicho wierząc w to, że ten akurat będzie pierwszym z zapowiadanych od dwóch dekad, który się ziści. Przewidzieli go Majowie, miała przylecieć planeta Nibiru, ostatecznie rozwiązać los rodzaju ludzkiego, Roland Emmerich w przeboju kinowym wieścił, że neutrina zaczną gotować wodę w podziemnych zbiornikach. Nic takiego nie miało miejsca, co niektórzy przyjęli z dużą rezerwą.

Tymczasem w Monice po ośmiu długich latach dojrzała decyzja, że po prostu nie chce już pracować w korporacji. Przez ten czas do dziewczyny od środka coraz mocniej pukał etos inteligenckiego domu, a traciła na atrakcyjności wizja robienia popkultury. Koniec końców naprawdę nikt za dwadzieścia lat nie będzie pamiętał tych wszystkich gównoprodukcji o perypetiach wielkomiejskiej klasy średniej. A mama z tatą kłócili się o półki na książki autorów, którzy umarli w latach czterdziestych XX wieku.

Inne książki tego autora