O kobiecie pracującej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Program

Rodzina 500+ to sztandarowy program rządu Prawa i Sprawiedliwości. Niektórzy twierdzą, że w dużej mierze to właśnie dzięki niemu partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała wybory parlamentarne w 2015 roku. Według Oceny skutków regulacji, dokumentu opisującego cele i skutki wprowadzenia danego aktu prawnego, Ustawa o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci (ustawa 500+) „ma na celu przede wszystkim pomoc dla rodzin wychowujących dzieci oraz przeciwdziałanie spadkowi demograficznemu w Polsce, poprzez przyznanie tym rodzinom nowego świadczenia wychowawczego”. Ustawodawca założył więc dwa cele: pierwszym z nich jest po prostu pomoc finansowa dla rodziców wychowujących dzieci, drugim – działanie prodemograficzne, czyli ułatwienie młodym osobom podjęcia trudnej decyzji o powiększeniu rodziny.

Kiedy piszę ten rozdział, świadczenie to obejmuje nieopodatkowane 500 złotych miesięcznie na drugie i każde kolejne dziecko (chociaż wiadomo, że od 1 lipca 2019 roku będą mogli się o nie ubiegać również rodzice jedynaków). Rodziny, w których dochód na głowę nie przekracza 800 złotych miesięcznie – lub 1200 złotych w przypadku rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym – otrzymują pieniądze również na pierwsze dziecko. Dla najuboższych rodzin oznacza to dodatkowe sześć tysięcy złotych rocznie na każde dziecko, które nie skończyło osiemnastu lat. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w czerwcu 2018 roku świadczenie otrzymywało niemal 2,5 miliona rodzin, a program objął 3,7 miliona dzieci. Ponad połowa rodzin spełniała też kryterium dochodowe dla przyznania pieniędzy również na pierwsze dziecko – było ich trochę więcej niż 1,3 miliona.

Wprowadzenie programu podniosło całkowitą wartość dotychczasowego wsparcia finansowego dla rodzin o mniej więcej 140 procent. Roczny koszt programu to około 25 miliardów złotych, gdzie około 400 milionów złotych to koszty administracyjne (czyli 1,7 procent zabudżetowanych środków). Każde wypłacone 500 złotych kosztuje podatnika dodatkowe 8,5 zł. Koszt administracyjny to głównie czas pracy dodatkowych urzędników, którzy zajmują się papierologią związaną z obsługą programu.

Monika

Monika jako dziecko mieszkała na wsi. Ojciec pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Zadaniem zakładu była obsługa rolniczych spółdzielni produkcyjnych. POM remontował im sprzęt rolniczy, mechanizował produkcję. Mama w tym czasie była gospodynią domową. Mieszkali u dziadków, którzy pracowali na roli. Monika przez trzy lata uczyła się w zawodówce, później tyle samo w technikum. Wtedy poznała swojego obecnego męża. Wzięli ślub i dość szybko pojawiła się Ania. Monika chciała iść na studia, ale z małym dzieciakiem trudno. Mąż trochę studiował, ale przerwał. Musiał zarabiać na rodzinę. Niestety nawet z jego pensją było naprawdę kiepsko, więc Monika zostawiła małą pod opieką teściowej i poszła sprzątać do sanepidu.

To była jej pierwsza poważna praca. Ania miała wtedy dwa latka. Monika pracowała około pięciu–sześciu godzin dziennie. Była zatrudniona na umowę zlecenie, mimo że kiedy praca jest wykonywana w określonym miejscu i czasie, w sposób ciągły, pod kierownictwem i na rzecz pracodawcy, to według Kodeksu pracy mamy do czynienia ze stosunkiem pracy. Monika powinna była zatem pracować na umowie o pracę, ale została zatrudniona na śmieciówce – a co za tym idzie, pozbawiona wielu praw, które przysługują pracownikom etatowym. Przez trzy lata nie była ani razu na urlopie.

W sanepidzie sprzątała z koleżanką. Szef czasem je sprawdzał. Na przykład zostawiał jakąś zmiętą kartkę za kaloryferem, żeby sprawdzić, czy wszędzie zaglądają.

Wkrótce zaszła w ciążę. Była jesień, więc na podwórku przed sanepidem grabiła mokre liście. Potem zbierała je do worków, które z kolei musiała wrzucić na przyczepę. Takie worki z mokrymi liśćmi potrafiły ważyć po kilkanaście kilogramów. To właśnie w trakcie takiej pracy zaczęła krwawić. Okazało się, że ciąża jest zagrożona. Poszła na zwolnienie, a kiedy wróciła, szef ją zwolnił. – Lubiłam tę robotę, bardzo dobrze pracowało mi się z koleżanką. Myślałam, że szef da mi szansę. Że powie: „Jak urodzisz, to wrócisz” – mówi Monika. – Niczego takiego nie usłyszałam – dodaje. Jej przełożony był lekarzem, powinien był zrozumieć sytuację kobiety w ciąży. – Ale on po prostu mi podziękował i w ten sposób się rozstaliśmy – mówi.

Podsumujmy: Monika nielegalnie pracowała na śmieciówce, a kiedy jej ciąża okazała się zagrożona (najprawdopodobniej właśnie przez warunki pracy, których nie dostosowano do jej stanu), szef-lekarz ją wywalił. – Co myślę o takim układzie? Chory układ, chory człowiek, chory system – mówi.

Później była praca w piekarni. Też sprzątanie. – Ja się pracy nie boję, ale pierwszy dzień był tak ciężki, że po powrocie do domu się rozpłakałam. Powiedziałam mężowi, że więcej tam nie pójdę. Nigdy w życiu nie pracowałam tak ciężko – opowiada Monika. Dziennie do wyczyszczenia było dwa i pół tysiąca blach. Na każdej z nich przypalenizna po pieczywie, wszystkie trzeba wyskrobać szpachelką. Cały dzień pracowała pochylona. Później mycie wanny zabrudzonej podczas produkcji, zamiatanie hal, gruntowne sprzątanie, a raz w tygodniu szorowanie podłóg na kolanach. Pensja minimalna. Awansowała nawet na sklepową, ale szef ją zwolnił. Powód? Jak stwierdził, chciał wpuścić do zakładu świeżą krew.

Później na świat przyszedł Adam. Jakiś czas po porodzie zadzwonił szef piekarni, aby zapytać, czy Monika nie chciałaby wrócić. Ale Monika nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki. Żeby utrzymać rodzinę, mąż Moniki wyjechał z Ełku na Wyspy, gdzie pracował fizycznie. Dzieci ciężko to znosiły, ciągle pytały o to, gdzie jest tata, dlaczego znowu musi wyjechać i kiedy wróci.

Ostatnim miejscem, gdzie pracowała Monika, były Zakłady Elektromechaniki Motoryzacyjnej, zwane przez miejscowych ZEM albo po prostu „kablami”. Monika pamięta, że przed świętami Bożego Narodzenia kierowniczka zawołała do siebie osoby pracujące w zakładzie. Wszyscy wyszli z pokoju ze świątecznymi paczkami – oprócz Moniki, bo była zatrudniona przez agencję pośrednictwa pracy. Między innymi dlatego walczyła o to, aby zatrudniono ją bezpośrednio w „kablach”. Poza tym towarzyszyła jej ciągła niepewność. – Człowiek nie wiedział, czy tę kolejną umowę dostanie, czy nie – mówi Monika. Pierwsza umowa była na dwa tygodnie. Później na dwa miesiące. Kolejna na miesiąc. Najdłuższa, jaką dostała, była na pół roku. Podobno ludzie zatrudnieni bezpośrednio przez firmę mieli kontrakty nawet na trzy lata.

Monika opowiada, że w pewnym momencie umowa o pracę z „kablami” leżała już na stole. Ale córka zachorowała i Monika spędziła z nią dwa tygodnie w szpitalu. Sprawa bezpośredniego zatrudnienia przez ZEM została odłożona. Później okroili liczbę ludzi, trochę zmniejszyli wolumen produkcji. Jedna osoba musiała obsługiwać dwa stanowiska przy taśmie: swoje dotychczasowe oraz drugie, które dostała po kimś, kto odszedł. Monice trafił się fragment linii produkcyjnej, który wymagał pracy siłowej; wcześniej pracowali tu głównie mężczyźni. Na którejś zmianie wyskoczył jej dysk. Znowu zwolnienie. Tym razem na trzy tygodnie. Spędziła je w domu, gdzie dostawała zastrzyki. – I przestałam być pracownikiem wiarygodnym, nadającym się. Bo najpierw te dzieci, później kręgosłup – mówi Monika. Potem przestała się starać o umowę w „kablach”.

– Jak przyszłam tam do pracy, przez pierwsze dwa tygodnie w zasadzie nie mogłam spać. Tak bardzo bolały mnie ręce. Miałam wrażenie, jakby ktoś ciął mi nadgarstki piłą – opisuje Monika i robi kolisty ruch dłonią. Właśnie taki ruch wykonywała przy taśmie przez kilka godzin dziennie. Godzina po godzinie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Poza kilkunastominutowymi przerwami cały czas na nogach. Kable były robione do zachodnich samochodów. Monika zastanawia się, jak to jest, że te samochody potrafią kosztować kilkaset tysięcy złotych, a oni w zakładzie zarabiali minimalną krajową. Poza ustawowym podwyższaniem płacy minimalnej Monika nigdy nie dostała podwyżki. – Myślę, że to nie jest godna płaca za taką pracę – mówi.

Latem temperatura w hali dochodziła do trzydziestu stopni. Okna się nie otwierały. Choć w polskich przepisach nie ma regulacji dotyczących maksymalnej temperatury w miejscu pracy, to przyjmuje się, że przy pracy fizycznej nie powinna przekraczać dwudziestu ośmiu stopni. Monika przynajmniej raz widziała, jak podczas pracy jakaś dziewczyna zasłabła z gorąca. Nie wie, ile takich przypadków mogło być w całym zakładzie.

Pamięta, że podczas jej pierwszego tygodnia w pracy przyszedł ktoś z działu kontroli jakości i zaczął ją wyzywać. Była tam dopiero od kilku dni, nie musiała jeszcze wszystkiego umieć. Mimo to usłyszała pretensje, że do niczego się nie nadaje, to przez nią jest tyle a tyle poprawek i co ona w ogóle tu robi. Monika poszła do łazienki i się rozpłakała. Pytam, czy osoba, która zarzucała jej nieudolność, potrafiłaby zrobić to, czego wymagała od Moniki. Kobieta krótko odpowiada: – Nie.

Jak twierdzi, podczas półtora roku, które tam przepracowała, prędkość linii była podkręcana kilkanaście razy. Na pytania załogi, dlaczego znowu podkręcają prędkość, majster odpowiadał, że tak musi być, tak mówią na górze. Kiedy linia przyspieszyła, potem już nigdy nie zwalniała. – To wyzysk, człowiek jest tam traktowany jak zwierzę do pracy. Masz tylko robić, robić, robić, robić i robić – mówi.

Monika opowiada, że bóle kręgosłupa to wśród załogi norma. Od jakiegoś czasu część pracowników stanowią Ukraińcy. Słyszała, że robią i po szesnaście godzin na dobę. Potem mdleją z wycieńczenia. Jakaś Ukrainka podobno zaczęła przy taśmie rodzić. – Oni nas tam traktowali jak woły do pracy. Najchętniej to by chcieli, żebyśmy w ogóle pracowali bez przerw. Jak się przychodzi do pracy, to jest takie śmieszne szkolenie, podczas którego krawaciarz mówi: „Pamiętajcie, nie ilość, tylko jakość; jakość jest najważniejsza”. A jak przychodzisz na linię, to jakość już się nie liczy, jest tylko ilość: więcej, więcej, więcej – mówi. Kiedy firma dostała dużo zamówień, Monika przychodziła do pracy o trzeciej nad ranem, a wychodziła o czternastej.

 

W ZEM-ie jest duża rotacja pracowników. Ciągle pojawiają się nowi. Mimo rekordowo niskiego bezrobocia w kraju w powiecie ełckim we wrześniu 2018 roku wynosiło ono prawie 13 procent. – Widziałam na własne oczy, jak jedna dziewczyna uciekła przez płot – mówi. Monika z pracy odeszła 31 grudnia 2017 roku.

Protokoły kontrolne PIP z 2018 roku: „Nie stwierdzono traktowania pracowników tymczasowych w sposób mniej korzystny w zakresie warunków pracy i innych warunków zatrudnienia, w porównaniu z pracownikami zatrudnionymi przez pracodawcę użytkownika na takim samym lub podobnym stanowisku pracy”. Protokół z kontroli PIP z 2017 roku: „Kontrola nie wykazała przypadku niezapewnienia odpoczynku dobowego lub tygodniowego, jak również pracy w godzinach nadliczbowych”.

ZEM, podobnie jak Arhelan, nie odpowiedział na żadne z moich pytań.

Młodość

Agnieszka woli nie pamiętać ojca. Kiedy była mała, jej matka od niego odeszła, bo znęcał się nad rodziną. Agnieszka chodziła do Zakładu Doskonalenia Zawodowego. W ostatniej klasie zaszła w ciążę. Gabrysię mieli wychować razem z pierwszym chłopakiem. Nie łudziła się, że będzie im się przelewało. Myślała jednak, że jakoś sobie poradzą. Jego sytuacja przerosła. Zostawił Agnieszkę, kiedy była w trzecim miesiącu. Wszystko spadło na jej głowę. A w domu bieda. Kiedy jeszcze się uczyła, dostawała z MOPS-u 200 złotych miesięcznie. Alimenty udało jej się uzyskać dopiero po roku batalii sądowej. Przez ten czas pierwszy chłopak nie chciał uznać córki. Żeby utrzymać dziecko, po ukończeniu szkoły Agnieszka musiała od razu iść do pracy. Z niewielkimi zarobkami matki, brakiem ojca, nieobecnym ojcem dziecka i śmiesznymi zasiłkami od państwa nie mogła sobie pozwolić na dalszą edukację, która pomogłaby jej awansować ekonomicznie. Zresztą w jej środowisku niezbyt wiele było wzorców, które pokazywałyby innym, że taki awans jest możliwy. Spora cześć jej znajomych miała podobne doświadczenia: biedny dom, kiepska edukacja, wpadka, chłopak znika, trzeba jak najszybciej iść do pracy.

Jej obecny partner też nie miał w życiu łatwo. Kiedy skończył szesnaście lat, matka wyrzuciła go z domu. Od tamtego czasu praktycznie wychowywała go ulica. – Może i bym zrobiła studia, gdyby nie córka. Nieraz tak myślę. Zawsze miałam smykałkę do osób chorych i starszych. To chyba moje powołanie, wszyscy tak mówią. Lubię zajmować się osobami starszymi, ludźmi z zespołem Downa. Jako wolontariuszka chodziłam na warsztaty z opieki nad chorymi dzieciakami. Można powiedzieć, że mam dryg pedagogiczny. Ale jakoś się z tym wszystkim minęłam. Jak dzieci podrosną, zastanowię się nad studiami. Mam znajomą pięćdziesięcioczterolatkę, która właśnie poszła na studia – mówi Agnieszka.

Dezaktywizacja

– Jedną z przyczyn tego, że kobiety po otrzymaniu 500+ odchodzą z rynku, jest jakość pracy i polska kultura organizacyjna. W firmach mamy sporo folwarcznego klimatu, dużo patologii. Częściowo dlatego, że taka forma działania jest dla polskich organizacji czymś zupełnie naturalnym, można by nawet powiedzieć: nieodłącznym. A częściowo dlatego, że mamy bardzo słabe narzędzia do zwalczania tego typu patologii. Państwowa Inspekcja Pracy działa wyjątkowo kiepsko, a sądy są opieszałe – mówi Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Według Instytutu Badań Strukturalnych między trzecim kwartałem 2016 roku a drugim kwartałem 2017 roku program Rodzina 500+ spowodował odpływ z rynku od 91 do 103 tysięcy kobiet. Przy czym możliwe, że rynek pracy opuściło jeszcze więcej kobiet. Profesor Iga Magda z Katedry Ekonomii Szkoły Głównej Handlowej, wiceprezeska zarządu Instytutu Badań Strukturalnych oraz współautorka tego badania, w audycji TOK FM stwierdziła, że z rynku wycofały się głównie kobiety najsłabiej wykształcone, o najniższych dochodach oraz z sektorów rynku, w których występuje słaba opłacalność zatrudnienia.

500+ nie było jedynym czynnikiem, który wpłynął na decyzje tych dziesiątek tysięcy kobiet. Był jednak czynnikiem decydującym. Badaczka z IBS podkreśla, że gdyby nie 500+, te kobiety zostałyby na rynku. Z drugiej strony zdezaktywizowane kobiety to szczególna grupa: osoby dotknięte patologiami polskiego rynku i narażone na różne nakładające się na siebie wykluczenia. Iga Magda w audycji podkreśliła, że poza niskimi płacami do odejścia z rynku pracy kobiety przekonały również kiepska jakość pracy, zła atmosfera w pracy, niewystarczająca liczba miejsc w żłobkach i przedszkolach oraz mierna sieć transportu publicznego, utrudniająca dodatkowo dojazdy do pracy.

Wyobraźmy więc sobie kobietę. Kobietę pracującą za minimalną krajową, w zakładzie oddalonym o wiele kilometrów od domu. W pracy spotyka się z brakiem szacunku ze strony pracodawcy, być może też z mobbingiem. Jest praktycznie zmuszana do bezpłatnych nadgodzin, a dodatkowo musi płacić niani (o ile nie ma starszej kobiety w rodzinie, która zajęłaby się jej dzieckiem bądź dziećmi). Nietrudno chyba uznać decyzję o odejściu z pracy za ekonomicznie uzasadnioną. W 2016 roku płaca minimalna wynosiła na rękę nieco ponad 1350 złotych. W kolejnym roku – 1450 złotych, w 2018 – 1530 złotych. Po odjęciu kosztów dojazdu i niani realna płaca może spaść do nieco ponad 1000 złotych. Za osiem godzin (lub więcej) nierzadko ciężkiej i monotonnej pracy.

Do tego ze strony państwa dochodzi też sztywny próg odcięcia na poziomie 800 złotych. Jeżeli w gospodarstwie domowym miesięczny dochód na głowę przekroczy tę kwotę choćby o złotówkę, rodzinie od razu przestaje przysługiwać świadczenie na pierwsze dziecko. Wspomina o tym w analizie „Rodzina 500+ jako polityka publiczna” analityczka Fundacji Kaleckiego Anna Gromada: „Ustanawiając próg na poziomie 800 złotych netto na osobę, który jest niższy niż minimum socjalne, wykluczamy z niego osoby o niskich dochodach. Weźmy największego prywatnego pracodawcę w Polsce, czyli sieć sklepów Biedronka. Wszyscy pracownicy są tam zatrudniani na umowę o pracę, a pensje zaczynają się od 2300 złotych brutto, czyli 1670 złotych netto. Dochód w rodzinie takiego pracownika samotnie wychowującego dziecko wyniesie 1150 złotych brutto i 835 złotych netto na osobę. To sprawi, że znajdzie się poza zasięgiem programu 500+, bo przekroczył próg o 35 złotych”.

Oznacza to, że wśród części kobiet o zarobkach oscylujących w okolicach pensji minimalnej zatrudnienie może wręcz oznaczać nałożenie dodatkowego „podatku” (a precyzyjniej rzecz ujmując – utraty dochodu) w postaci 500 złotych. To mniej więcej jedna trzecia ich zarobków. Wielu ekspertów podkreśla, że próg odcięcia jest jednym z najistotniejszych elementów, które wpływają na dezaktywizację kobiet.

Każda z historii dezaktywizacji jest wyjątkowa – składa się na nią kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt czynników – ale jednocześnie dość typowa. Kobiety odchodzące z pracy reprezentują pewien typ demograficzny, najczęściej z nie najwyższym wykształceniem. To zaś wynika z urodzenia się w niefortunnym miejscu drabiny społecznej. Do tego dochodzą środowiskowe wzorce i niekładzenie dużego nacisku na edukację, a także konserwatywny model rodzinny, według którego kobieta powinna zostawać w domu z dzieckiem, a mężczyzna zarabiać na rodzinę. Warto zdać sobie sprawę z tego, że dezaktywizacja zawodowa po otrzymaniu 500+ niemal w ogóle nie dotyka kobiet z klasy średniej, dla których takie pieniądze stanowią niewielki procent ich wypłat.

Według badania Work Service w 2016 roku nawet półtora procent pracowników rozważało rezygnację z pracy w związku z otrzymywaniem 500+. W momencie przeprowadzania ankiety 0,2 procent planowało zrezygnować z pracy w najbliższym czasie, a 1,3 procent rozważało taki krok, ale nie podjęło jeszcze jednoznacznej decyzji. Kolejne niemal 8 procent uważało, że kwota wsparcia jest za niska, aby odejść z pracy. Następne 24,8 procent w ogóle się nie zastanawiało nad odejściem z pracy z powodu 500+, a pozostałe 64,6 procent nie pobierało świadczenia.

Co ciekawe, aż 32 procent pracodawców obawiało się negatywnego wpływu świadczenia na dostępność pracowników. Dziesięć procent z nich było absolutnie przekonane, że tak będzie. „To natomiast może oznaczać, że część osób po prostu nie przyznała się w badaniu, że dodatkowe pieniądze są impulsem do rezygnacji z pracy” – komentuje wyniki badań Maciej Witucki z Work Service. I dodaje: „Pracodawcy, którzy są najbliżej pracowników, dostrzegają inną skalę zjawiska”.

Jednak wynik badania można również interpretować w inny sposób: pracodawcy ulegli panice związanej z 500+ i uwierzyli w lansowaną przez wiele mediów opowieść o silnie dezaktywizującym wpływie programu na uczestników rynku pracy.

Jest również możliwe, że pracodawcy mieli świadomość tego, jak niskie zarobki oferują pracownikom, i byli zaniepokojeni, że w wielu rodzinach dodatkowe 500 czy 1000 złotych może odwieść niektóre osoby od pracy w ich zakładach.

Zakupy

Agnieszka mówi, że dzięki 500+ zimą w domu jest cieplej, bo wymienili te przeklęte, stare okna. Gabrysia może teraz pojechać na każdą wycieczkę szkolną. Kiedyś bywało z tym różnie, ale gdy nie mogli sobie pozwolić na to, żeby zapłacić za wycieczkę, Gabrysia zawsze to rozumiała. Agnieszka jednak widziała, że było jej z tym źle. – Teraz wiadomo, że są pieniądze i można je wykorzystać – mówi Agnieszka. Co miesiąc jej rodzina ma dodatkowe 1500 złotych. To więcej niż Agnieszka kiedykolwiek zarabiała. Dzieciakom można kupić sprzęt elektroniczny, na który nigdy nie było ich stać: laptopy, tablety, komórki. Agnieszka sama kupiła sobie telefon. Ale taki najzwyklejszy. Mówi, że lepszego nie potrzebuje.

– Fajne jest to, że w końcu coś zaczęło się dziać. Te 500 złotych to na pewno spora pomoc dla rodziców. To nie jest mało. Ale wie pan co? Myślę, że mogłoby być więcej. Ale bardzo dobrze, że coś jest. Bo w końcu nasze dzieci coś mają od państwa – mówi Monika. Pozostałe pieniądze trzyma na koncie i nie rusza. Z partnerem chcą, żeby dzieciaki miały na lepszy start. Najstarsza już za rok idzie w świat, na studia.

Według badania przeprowadzonego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarki SGH respondenci przeznaczali środki z programu 500+ na: edukację i zajęcia dodatkowe dla dzieci (44 procent), szkołę i przedszkole (44 procent), ubiór i żywność (17 procent), oszczędności (17 procent), rozrywkę (10 procent), remont (6 procent), dobra trwałego użytkowania (3 procent), spłacanie zaległych kredytów (1 procent).

Anna Gromada w swoim opracowaniu wyraża jednak wątpliwości co do takich deklaracji. „Badanie to uważam za niezdatne do ewaluacji wydatków z programu 500+ z co najmniej sześciu powodów. Po pierwsze tam, gdzie jest to możliwe, należy faworyzować dane niedeklaratywne nad deklaratywnymi. W przypadku gigantycznego transferu o wartości 23 miliardów złotych, który w ujęciu rocznym dociera do 2,7 miliona rodzin, efekty powinny być widoczne w makrowskaźnikach, takich jak sprzedaż detaliczna. Po drugie, pieniądze z 500+ nie są oznakowane, aby było wiadomo, na co dokładnie zostaną przeznaczone. Po trzecie, badanie oferowało respondentom zamkniętą listę z niewieloma opcjami, co z góry sugerowało, na co można je wydać. Po czwarte, sami autorzy badania są sceptyczni wobec interpretowania go jako skutków 500+. Po piąte, wszystkie badania tego typu są przedmiotem efektu społecznych oczekiwań (ang. social desirability bias), w którym mamy skłonność do udzielania odpowiedzi pożądanych. Po szóste, nawet bez efektu społecznych oczekiwań zdecydowana większość ludzi jest skrajnie nieprecyzyjna w szacowaniu zarówno czasu, jak i pieniędzy, nawet tych dotyczących ich codziennego życia” – stwierdza ekspertka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?