O kobiecie pracującej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oczywiście nie próbuję powiedzieć, że wszyscy z nas mają dokładnie takie same zdolności i możliwości. Niektórzy z nas dostali dar od losu i mają większy potencjał niż inni. Nie należy jednak zapominać, że możliwość realizacji potencjału zależy od mnóstwa czynników ekonomicznych, społecznych czy instytucjonalnych, a także od tego, z jakiej rodziny pochodzimy, w jakim kraju się urodziliśmy i tak dalej. A także tego, jak postrzega nas – mężczyzn lub kobiety – społeczeństwo i czy sami to uwewnętrzniamy.

* * *

Aż do czwartej klasy we wszystkich podręcznikach szkolnych do języka polskiego, z których się uczyłem, pojawiają się chłopcy, którzy uczestniczą w codziennych pracach domowych (choć jest ich znacznie mniej niż dziewczynek): pomagają w kuchni, zamiatają albo noszą wiadra wody podczas mycia podłóg. Próżno jednak szukać wizerunków dorosłych mężczyzn, którzy zajmowaliby się takimi rzeczami. Zupełnie jakby rytuałem przejścia między światem chłopców a mężczyzn było zatracenie umiejętności sprzątania i gotowania. W podręczniku Piszę i opowiadam dla drugiej klasy na stronie 98. pojawia się mężczyzna, który wykonuje czynność związaną z posiłkami inną niż jedzenie – jest on bowiem kucharzem. We wszystkich podręcznikach do języka polskiego dla klas I–IV, z których się uczyłem, pojawia się jeszcze tylko jedna ilustracja przedstawiająca mężczyznę z jedzeniem. Jest na niej sprzedawca lodów. Na wszystkich innych rysunkach kuchnią zajmują się kobiety.

W późniejszych klasach już nie sprawdzałem.


Aktywne
O 500+


„500 plus rozdzielane jest niesprawiedliwie i demoralizująco – pieniądze wpłacają do budżetu ciężko pracujący, a dostają wszyscy dzieciaci – w tym lenie”.

Konrad Berkowicz, kandydat

na prezydenta Krakowa w 2018 roku

Agnieszka

Wilczur jest stary, w jego oczach nie ma życia. Stoi na środku drogi, która przecina na pół niewielkie, komunalne osiedle bliźniaków. Nie mogę znaleźć właściwego adresu. Mężczyzna, którego sylwetka zdradza lata fizycznej pracy, stoi na progu jednego z domów i przygląda mi się z zaciekawieniem. Ma na sobie poszarzałą podkoszulkę bez rękawów, a na ramieniu widnieje wyblakły tatuaż. Życzliwie oznajmia, że pies nie gryzie i można spokojnie przejść. Za chwilę przychodzi po mnie Gabrysia, młoda dziewczyna o czarnych, falujących włosach.

Idziemy w milczeniu do niewielkiego parterowego domu, gdzie Gabrysia mieszka z mamą, dwójką braci i partnerem mamy. Od progu wita mnie jej mama, Agnieszka, która proponuje coś do picia. Siadamy w niewielkiej kuchni. Zza kotary widać kawałek zlewu. Ścianę wokół niego obrasta grzyb. To pewnie przez wszechobecną wilgoć; dopiero w zeszłym roku wymienili okna. Wcześniejsze, drewniane, łatali kitem, ale zimą mróz i tak malował na nich paprocie szronu. To była pierwsza rzecz, jaką zrobili po dostaniu 500+. Potem zapisali Gabrysię na zajęcia mażoretek.

Rozmawiamy przy ciepłej herbacie. Za nowym, plastikowym oknem pierwsze jesienne chłody, za ścianą – dwudziestometrowy pokój z piecem kaflowym. Poza nim i kuchnio-łazienką w mieszkaniu jest jeszcze sień. Bliźniak ma 31 metrów. Mieszkają tu w piątkę. Na głowę każdego, licząc łącznie z wiatrołapem i kuchnią, wychodzi po 6,2 metra. To o metr kwadratowy więcej niż powierzchnia, jaką zajmuje zaparkowany daewoo matiz. I o metr mniej, niż wynosi norma dla więźnia w fińskiej czy duńskiej celi. Oraz o trzy metry mniej niż minimalna powierzchnia, która przysługuje więźniom w Belgii. Przeciętna powierzchnia mieszkalna wynosi w Polsce ponad trzy razy więcej, około 27–28 metrów kwadratowych na osobę.

Rozmawiam z Agnieszką. Wszystkiemu przysłuchuje się Gabrysia, która nagle wstaje. Wychodzi za parawan, który przedziela kuchnię na część jadalną i łazienkową, po czym robi siku. Między mną a nią nie ma żadnej ściany; jedynie podwieszona pod sufitem kotara. Nie wiem, co myśli dorastająca dziewczyna, robiąc coś tak intymnego praktycznie w obecności nieznanego jej dorosłego mężczyzny. Nie mam śmiałości zapytać.

Takich rodzin jak Agnieszki i Gabrysi jest tutaj kilkanaście. Osiedle bliźniaków stoi na obrzeżach miasta. Każdy kawałek bliźniaka ma trochę inną fasadę. Jest siding, tynk mineralny w różnych, zwykle pastelowych kolorach, a na niektórych tylko styropian, który w przyszłości być może zostanie pokryty jakimś nowym, modnym sposobem wykończenia elewacji. Do ścian tu i ówdzie przymocowane są kratownice z listewek, na których stoją doniczki z kwiatami. Część mieszkań ma obite drewnem wiatrołapy. Każda z tych inwestycji to świadectwo jakiejś chwilowej mody w małej architekturze oraz pamiątka po kredycie czy lepszych czasach, kiedy ktoś z rodziny przywiózł z zagranicy trochę grosza na drobne naprawy i upiększenia. Na podwórkach widać rozklekotane budy dla psów, doniczki z pelargoniami ustawione na pieńkach, plastikowe stoliki i krzesełka. Wokół rosną jabłonki, a między nimi suszy się pościel. Gdzieniegdzie są grządki z marchewkami. I drewno na opał. Sporo drewna, idzie zima. Niedawno na drodze dojazdowej miasto położyło asfalt. Wcześniej była tu droga gruntowa. Wiosną czasami nie dawało się wyjechać, bo topniejący śnieg tworzył błotne koleiny.

Agnieszka mówi, że jej rodzina ubiega się o większe i wygodniejsze mieszkanie. Wynajem na wolnym rynku jest dla nich za drogi, o kredycie nawet nie mają co marzyć. Kiedy pytała w urzędzie miasta o Mieszkanie Plus, niewiele potrafili jej powiedzieć. Burmistrz podpisał list intencyjny, ale sprawa utknęła w martwym punkcie. Od pracownicy Urzędu Miasta w Hajnówce dowiedziałem się, że o Mieszkaniu Plus wiadomo niewiele – ale lokale na pewno będą droższe niż komunalne. A to właśnie w komunałce mieszka rodzina Agnieszki.

Powiedziano mi również, że aby otrzymać mieszkanie komunalne, dochód w rodzinie nie może przekraczać 1030 złotych na głowę, a do tego na członka rodziny musi obecnie przypadać mniej niż pięć metrów kwadratowych powierzchni pokoju. Do tego nikomu z ubiegających się o taki lokal nie może przysługiwać tytuł prawny do budynku lub innego mieszkania. Rodzina Agnieszki spełnia wszystkie kryteria. Na większe mieszkanie komunalne czekają od dwóch lat. W urzędzie słyszę, że średni czas oczekiwania na lokal to pięć lat. Wszystkich mieszkań komunalnych jest w Hajnówce nieco ponad półtora tysiąca. Co roku spływa około osiemdziesięciu–dziewięćdziesięciu podań o przydział lokalu. W 2018 roku przydzielono dwadzieścia jeden mieszkań, rok wcześniej – dwadzieścia cztery. Na moje pytanie, ile rocznie oddaje się do użytku nowych mieszkań komunalnych, urzędniczka odpowiada, że w 2018 roku przybyło ich sześć.

* * *

Agnieszka nie musi iść do pracy. Dziesięć miesięcy temu urodziła dziecko i poszła na macierzyński. Zamierza spędzić z nim trochę czasu. Dwa, może trzy lata. Dzięki 500+ ma trochę spokoju.

Do narodzin Maćka, najmłodszego syna, Agnieszka pracowała w markecie sieci Arhelan. Była tam dwa lata. Firma na swojej stronie chwali się, że posiada sześćdziesiąt dziewięć marketów w czterdziestu dwóch miejscowościach. W sklepach zatrudnionych jest ponad tysiąc dwustu pracowników i pracownic. Arhelan od 2010 roku rokrocznie trafia na listę Diamentów Forbesa, czyli krajowych przedsiębiorstw, które najszybciej zwiększają swoją wartość. Firma co roku zgarnia również wyróżnienie w organizowanym przez „Puls Biznesu” rankingu Gazele Biznesu.

Na stronie przedsiębiorstwa można znaleźć link do organizacji „Fundacja Arhelan – społecznie odpowiedzialni” założonej przez właścicieli sieci. Jak można przeczytać, „fundacja aktywnie wpisuje się w życie lokalnej społeczności. Organizuje zbiórki na rzecz najbardziej potrzebujących, sponsoruje wiele akcji charytatywnych, wspiera sport i kulturę regionu”. Wśród statutowych celów fundacji znajdujemy między innymi: „działalność dobroczynną na rzecz osób marginalizowanych i wykluczonych społecznie, a w szczególności: niepełnosprawnych, bezrobotnych, bezdomnych oraz migrantów, pomoc społeczną oraz wyrównywanie ich szans” oraz „propagowanie idei przedsiębiorczej filantropii i kreatywnego kapitalizmu, rozumianych jako stosowanie mechanizmów rynkowych w projektach społecznych”.

Może warto zatem przytoczyć niektóre opinie na temat Arhelana, które pojawiły się na stronie GoWork.pl w okresie, kiedy pracowała tam Agnieszka:

„Brak mi słów na tę firmę. Ogólnie to do samych właścicieli nic nie mam, oboje mili i kulturalni. Ale wątpię, czy mają jakiekolwiek pojęcie, co się dzieje w ich sklepach, zwłaszcza jeśli chodzi o Arhelan w Surażu. Pracowałam w tym sklepie dość długo, ale presji, jaka tam jest, nie wytrzyma nawet człowiek o mocnych nerwach – a wydawało mi się, że takie mam. Moje doświadczenia w owej placówce: Nie płacą za nadgodziny. Inwentaryzacje po dziesiątej, jedenastej godzinie gratis. […] Oczywiście nic się nie odzywaj, bo jak nie, to szukasz innej pracy. Wyzwiska pod twoim adresem – w obecności klientów, przedstawicieli, dostawców – to już norma. Płacisz za towary przeterminowane. Mało tego, dochodzą jeszcze kary z sanepidu i Inspekcji Pracy, a co się z tym wiąże, zmuszanie pracowników do opłacania tych kar”.

„Lubisz być poniżany, traktowany przez kierowniczki i właścicieli Arhelana jak podczłowiek, śmieć, [harować] jak wół za płacę minimalną na umowę śmieciową, idź do Arhelanu. To wszystko zapewni ci ta firma”.

„W Bielsku też nie lepiej, szczególnie w 11. Pewnie dzięki kierowniczce większość dziewczyn się zwolniła”.

 

„Arhelan w Rudce. Dziewczyny kasjerki tu pracujące są bardzo miłe, ale kierowniczka masakra. Byłam w ogromnym szoku, niejednokrotnie słysząc, jakie uwagi wykrzykuje do pracownic (!) w obecności klientów. Przykład: »Która krowa wykładała nabiał?«. Brak kultury osobistej, […] ogólnie kojarzy się z obozem pracy. Zdecydowanie wyrazy współczucia dziewczynom tu pracującym”.

„Nikomu nie polecam! Najgorsza firma, w jakiej pracowałam. Pieniędzy nie zwracają za dojazdy na szkolenia. Mobbing jest na porządku dziennym, traktują gorzej niż psa, nie miałam przerw w pracy, zawsze wychodziłam 15–20 min później z pracy, niż powinnam (wina kierowników) i nie płacono mi nadgodzin”.

Agnieszka mówi, że praca w Arhelanie to nie tylko siedzenie na kasie. To również fizyczna harówka i mnóstwo dźwigania: skrzynek z napojami, mąki, cukru, ziemniaków, zgrzewek szamponów, soli. Kobieta twierdzi, że takiej ciężkiej fizycznej pracy było po kilka godzin dziennie. – Po jakimś czasie kręgosłup zaczął mi siadać. Byłam na zwolnieniach, bo po prostu nie wytrzymywałam – mówi Agnieszka. Pytam, czy nie mieli żadnych wózków paletowych, które ułatwiałyby im pracę. Agnieszka mówi, że nie, bo paleciak to wydatek dla firmy, a człowiek przecież będzie robił i bez tego.

W sklepie powinni pracować osiem godzin dziennie, ale jak mówi Agnieszka, normą było dziewięć, czasami dziesięć godzin. Pieniędzy za nadgodziny nie dostawała. Czyli chociaż była zatrudniona na pensji minimalnej, to jeżeliby wziąć pod uwagę bezpłatne nadgodziny, realna wypłata okazałaby się o kilkanaście procent niższa od ustawowego wynagrodzenia minimalnego. – Niby mogliśmy wyjść wcześniej z pracy. Ale przed wyjściem było trzeba wszystko załatwić: pozamykać kasy, pochować wędliny, mięso. No i schodziła się ta dodatkowa godzina, półtorej, czasem dwie – mówi.

Czasami przyjeżdżała kontrola z innego miasta. Podliczała wszystko i wystawiała opinie. Jak brakowało jakiegoś towaru, pracownicy dostawali punkty ujemne. – Jeżeli znaleźliśmy nabiał po terminie, który nie zszedł, wyrzucaliśmy go do kosza. Ale płaciliśmy za to z własnych pieniędzy – mówi Agnieszka. – Wiesz, u nas w Polsce wszystko jest możliwe. Nasza Polska taka super. – Uśmiecha się, a w jej uśmiechu jest gorzka ironia i rezygnacja. Mówi, że jej koleżanka odeszła z pracy po tym, jak doznała kontuzji kręgosłupa. Kobieta nie walczyła z siecią, bo wiedziała, że z takim gigantem nie wygra.

Zarówno opowieści Agnieszki, jak i opinie internautów o sieci marketów pokrywają się z tym, co mówią inne dziewczyny i kobiety pracujące w niskich segmentach rynku pracy. Wiemy to dzięki wspomnianemu raportowi stowarzyszenia Koalicja KARAT. Czytamy w nim: „Kobiety mocno odczuwały brak szacunku ze strony pracodawców. Bardzo często mówiły o »pomiataniu«, maksymalnym eksploatowaniu pracownika, na przykład w sieciach, gdzie praca uważana jest za najbardziej frustrującą i wymagającą pełnej dyspozycyjności, a odmówienie pozostania po godzinach może oznaczać wypowiedzenie. Za wykorzystywanie pracownika kobiety uznały też sytuacje, w których pracodawca – aby obniżyć swoje koszty – zatrudnia pracownika na część etatu, a potem zmusza go do pracy po godzinach. Brak szacunku do pracownika i niska kultura organizacyjna miejsc pracy w Polsce, która wyraża się między innymi złymi relacjami, mobbingiem, naruszaniem godności pracowników, mocno kontrastuje z warunkami pracy, jakie te same kobiety miały, pracując w krajach zachodnich”. Jedna z kobiet, z którą twórczynie raportu przeprowadziły wywiad, w ten sposób mówiła o różnicy między podejściem do pracownika w Polsce a za granicą: „Szacunek. Tam bardzo doceniają pracownika. Tam nie było rozkazów »z góry«. Tam było: »Czy byś mogła? Czy nie będziesz miała nic przeciwko? Czy będzie ci pasowało zostać dłużej?«. Tutaj nikt nie pyta o zdanie, o to, czy możesz zostać. Albo ci się podoba, albo nie. Na twoje miejsce jest wielu chętnych”.

Oto niektóre z protokołów, które zostały spisane podczas kontroli Państwowej Inspekcji Pracy w sklepie sieci Arhelan w okresie, kiedy w jednym z nich pracowała Agnieszka:

„W dniu 07.02.2014 pracownica świadczyła pracę; zgodnie z kartą ewidencji czasu pracy, listą obecności, harmonogramem czasu pracy pracownica ta wykorzystywała w tym dniu dzień wolny”.

„Wydruk z dnia 15.02.2014. Pracownica świadczyła pracę; zgodnie z kartą ewidencji czasu pracy, listy obecności, harmonogramem czasu pracy pracownica ta wykorzystywała w tym dniu dzień wolny”.

„Wydruk z dnia 03.03.2014, godzina 15.38. Pracownica świadczyła pracę poza wskazanymi w liście obecności i harmonogramie czasu pracy godzinami pracy, tj. od 6.00 do 14.00”.

„Dnia 30.03.2014 pracownica świadczyła pracę; zgodnie z kartą ewidencji czasu pracy, listami obecności, harmonogramem czasu pracy pracownica wykorzystywała w tym dniu dzień wolny”.

Tego typu rejestrów z zaledwie jednego sklepu Arhelan w Hajnówce – i tylko z jednej kontroli – było trzynaście. W drugim sklepie w Hajnówce przypadków naruszenia procedur związanych z czasem pracy było dwadzieścia cztery.

Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła również anonimową ankietę wśród pracowników i pracownic Arhelana na temat mobbingu. Wśród przepytanych osób osiem udzieliło odpowiedzi, które wskazywały, że mogą go doświadczać.

Próbowałem uzyskać od sieci Arhelan komentarz do zarzutów, jakie stawia im Agnieszka i wielu internautów. Wysłałem do nich maila, w którym znajdowały się między innymi następujące pytania:

1. Czy zdarzało się, że pracownicy pracowali więcej niż osiem godzin, jednocześnie nie dostając za dodatkowo przepracowane godziny należnej zapłaty?

2. Czy pracownicy skarżyli się na zbyt duże obciążenie fizyczne skutkujące przeciążeniem kręgosłupa, a jeśli tak, to czy podjęliście Państwo jakieś kroki, aby zapobiegać negatywnemu wpływowi pracy na zdrowie pracowników?

3. Czy prawdą jest, że w latach 2015–2018 w którymś z Państwa sklepów potrącano pracownikom z pensji jakieś kwoty za to, że część towaru się przeterminowała?

4. Czy od 2014 roku zdarzało się Państwu zatrudniać pracowników na umowy cywilnoprawne, tak aby w rezultacie ich miesięczna wypłata wynosiła mniej niż płaca minimalna na umowie o pracę?

5. Czy zdarzało się, że Państwa pracownicy pracowali w dni, które według ewidencji czasu pracy powinny być wolne?

6. Czy w Waszych sklepach zdarzają się przypadki mobbingu, a jeżeli tak, to czy macie jakieś procedury, które mają za zadanie przeciwdziałać temu zjawisku?

Niestety mimo telefonicznego kontaktu i ponownego wysłania maila odpowiedzi nigdy nie otrzymałem.

Media

Wiadomość gruchnęła 7 grudnia 2016 roku, niecałe osiem miesięcy po wprowadzeniu programu Rodzina 500+. Według „Dziennika Gazety Prawnej” program miał się przyczynić do dezaktywizacji zawodowej 150 tysięcy kobiet. Dezaktywizacji, czyli odejścia z pracy lub zaprzestania jej poszukiwania. Autorzy artykułu napisali tekst na podstawie danych z Głównego Urzędu Statystycznego.

Media od razy podchwyciły temat. Artykuły, które nawiązywały do tekstu „Dziennika Gazety Prawnej”, udostępniano na wszystkich platformach. Był tylko jeden szkopuł – w artykule z „DGP” podano nieprawdziwe dane. W rzeczywistości te 150 tysięcy było liczbą wszystkich osób (w tym mężczyzn!), które zdezaktywizowały się zawodowo z powodu zajmowania się domem. A to coś zupełnie innego. Zdezaktywizowani bądź bierni zawodowo to według GUS-u osoby, które ukończyły piętnasty rok życia i ani nie pracują, ani nie szukają pracy. Od bezrobotnych odróżnia ich to, że ci drudzy chcą i mogą podjąć zatrudnienie. W Polsce osób biernych zawodowo jest około 13,2 miliona, a GUS dzieli przyczynę tego stanu na siedem kategorii: emerytura, nauka, obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu (1,8 miliona osób), choroba, zniechęcenie bezskutecznym poszukiwaniem pracy, osoby poszukujące pracy, ale niegotowe do jej podjęcia, oraz pozostali bierni. To właśnie w grupie 1,8 miliona osób zajmujących się domem i obowiązkami rodzinnymi autorzy tekstu szukali tych, którzy rezygnują z pracy z powodu 500+. I faktycznie między pierwszym a trzecim kwartałem 2016 roku (program 500+ ruszył w kwietniu 2016) grupa ta powiększyła się o 143 tysiące kobiet i mężczyzn. Mało tego, na podstawie tych danych nie można było jednoznacznie stwierdzić, czy odejście z pracy naprawdę stanowiło wynik 500+. I chociaż z rynku rzeczywiście odpłynęło sporo młodych kobiet, czyli tych w wieku od piętnastu do trzydziestu czterech lat, to nie mówimy jednak o 150 tysiącach, ale o dziewięćdziesięciu.

Rzecz jasna w dzisiejszych czasach większość mediów nie bawi się w takie subtelności. Jeżeli pojawia się informacja, która może wygenerować wiele wejść na stronę i nabić odsłony, lwia część portali bezmyślnie ją po prostu kopiuje i publikuje bez weryfikacji. Artykuły bazujące na powyższym materiale pojawiły się między innymi na Wprost.pl, Fakt.pl, Businessinsider.pl, Polki.pl i Natemat.pl. Chociaż autorzy większości komentarzy pod tymi artykułami wyrażali raczej zrozumienie dla decyzji kobiet, zwłaszcza w kontekście skandalicznie niskich pensji i wyzysku w niskich segmentach rynku pracy, zdarzały się też takie posty:

„Po co pracować, jak lepiej wyciągnąć kasę od państwa, które zabierze pracowitym jeleniom, a da leniwym cwaniaczkom”.

„Z czasem wyjdą nam wszystkim bokiem te chore pomysły PIS-u. Nie mogę pojąć, że mając tylu mądrych ludzi w kraju, wybieramy do rządu takich matołów, bez kompletnego przygotowania ekonomicznego, bez wizji i nauki na błędach innych krajów. Jednym dają, drugim zabierają, a wszystko to tylko z nienawiści i chorych urojeń prezesa”.

„A po co pracować? Alimenty na czwórkę dzieci po 600, do tego 500+, najlepiej zrobić sobie jeszcze jedno dziecko po 40-tce i do emerytury laba. A później już tylko MOPS. A jak nie, to protesty biednych mamuś na ulicy. I tak wyjdą na swoje. Inne ciężko pracują, sobie na emeryturę i wychowując dzieci. Patologia wszędzie niestety jest i będzie”.

* * *

Dzień Agnieszki zaczyna się przed siódmą. Trzeba obudzić dzieci, przygotować śniadanie, sprawdzić, czy najstarsza Gabrysia i średni Michał są spakowani. Koło siódmej trzydzieści przychodzi koleżanka, żeby zająć się najmłodszym Maćkiem. Gabrysia do szkoły chodzi już sama, ale Michała trzeba odwieźć do przedszkola. Potem Agnieszka jeszcze przez godzinkę pogada z koleżanką, dokończy pić kawę i wtedy się zacznie. Najpierw sprzątanie pokoju. Po trójce dzieciaków i dorosłym facecie zawsze trochę się nazbiera. Trzeba ułożyć, odkurzyć. Później kuchnia: zmywanie, odkurzanie, wycieranie. Każdy coś pił, zostawił na blatach jakieś ślady, trzeba wytrzeć, żeby się nie kleiło. W międzyczasie pilnowanie małego. Nie ma jeszcze roku, więc nie można go spuścić z oczu. Trzeba też go nakarmić, przewinąć, zrobić mleko. Później wstawianie prania. I obiad: obieranie ziemniaków, rozbijanie mięsa na kotlety. Później rozwieszanie prania. I znowu karmienie. Potem trzeba dokończyć gotowanie obiadu, bo za chwilę przyjdą. Kiedy kończy, biegnie odebrać średniego z przedszkola. Później wydawanie obiadu. Ale odpoczynku nie ma. Najmłodszego znowu trzeba przewinąć, nakarmić. Po obiedzie zmywanie. Później z córką trzeba przysiąść i pomóc w lekcjach. A i tak nie jest źle, bo wszyscy są zdrowi. Agnieszka mówi, że to, co robi w domu, niczym nie różni się od normalnej pracy. No, oprócz tego, że trwa dwadzieścia cztery godziny na dobę.