O kobiecie pracującej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jednak kiedy dzisiaj wracamy do tej reklamy, uderza nas nie tylko paździerzowa jakość produkcji. Jedną z bohaterek spotu jest młoda, ubrana w lejącą się białą koszulę nocną kobieta, która wrzuca ubrania do pralki. Kobieta wykonuje kultowy już – acz mający niewiele wspólnego z czynnością prania – gest zarzucania włosami. Podczas tego ruchu widać jej kawałek sutka. Dzisiaj takie reklamy określa się jako „szczujące cycem”.

Kolejna reklama Polleny 2000 odwoływała się do innego dzieła kultury polskiej, czyli serialu Czterdziestolatek. Aktor grający tytułowego bohatera, Andrzej Kopiczyński, wyjmuje z pralki koszulę i mówi: „Znowu te plamy, bez żony bieda”. Na co odpowiada mu towarzysz z planu, Leonard Pietraszak: „Po co ci żona, wystarczy dobry proszek”. „Jeśli dobry, to Pollena 2000” – mówi grana przez Irenę Kwiatkowską Kobieta Pracująca i dodaje „Żadnego prania się nie boję”.

I tak jak tamte reklamy budzą w nas zrozumiały sentyment, tak dzisiaj taką kampanię w najlepszym wypadku uznano by za niesmaczną. I nie chodzi tylko o obyczajność (zwłaszcza w pierwszej reklamie). Coraz więcej osób wychodzi z założenia, że w przestrzeni publicznej nie wypada przedstawiać ludzi w pewnych kontekstach. Nie wypada pokazać mężczyzny, który nie umie obsłużyć pralki. Nie wypada pokazać innego faceta, który w tym kontekście pyta: „Po co ci żona?”. Nie wypada też w tak ordynarny sposób szczuć cycem, jak w reklamie Ojciec, prać?!. Niektórzy mogą powiedzieć, że stanowi to rodzaj cenzury. Jednak czym to się właściwie różni od tego, że w reklamach nie pokazuje się przemocy wobec dzieci, upijania się na umór, długonosych Żydów, majstrów z czerwonymi nosami czy męczenia zwierząt?

Normy w branży reklamowej zmieniają się, również z powodu nacisku ze strony opinii publicznej. Dostosowują się do czasów, a ostatnio zdarza się nawet, że je wyprzedzają (zwłaszcza kiedy są łączone z promocją odpowiedzialności społecznej). Reklamodawcy nie tylko zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że przekaz ich reklam czasami potrafi wpływać na rzeczywistość (tj. zapewne zawsze o tym wiedzieli, tylko wcześniej ich to nie obchodziło), ale również może stanowić pewnego rodzaju drogowskaz. Oczywiście z korzyścią dla samej marki. Jeśli spot porusza jakiś społecznie ważny temat, reklamodawca może liczyć na przychylność mediów oraz dodatkową ekspozycję. Wie, że będzie się o nim mówiło więcej, niż za to zapłacił. Część takich kampanii opisują przeróżne portale internetowe, na czym oczywiście korzysta reklamowana marka.

Nie zmienia to jednak faktu, że branża reklamowa pozostaje bardzo konserwatywna, zwłaszcza jeśli chodzi o sposób przedstawiania kobiet i mężczyzn. W analizowanych przez Makowską-Songin reklamach kobieta najczęściej była matką (dziesięć razy) lub żoną (siedem razy). I chociaż mężczyźni zostali tyle samo razy przedstawieni jako mężowie, tak ojcami byli w zaledwie pięciu reklamach. Przypisywano im również zupełnie inne role zawodowe. „W przypadku mężczyzn (17 razy) są to: policjant, strażak, ochroniarz, pułkownik, kucharz, kosmonauta. Kobiety natomiast (7 razy) zostały ukazane jako aktorki, modelki, stylistki, masażystki i nauczycielki” – pisze autorka. Dodatkowo w analizowanych reklamach kobieta zajmowała się domem ponad 11 razy częściej [sic!] niż mężczyzna.

Konkluzje Julii Makowskiej-Songin potwierdza inna badaczka, Magdalena Kiełb, która z nieco bardziej feministycznym zacięciem przyjrzała się kobietom w reklamie. „Świat reklamy to dychotomiczna, czarno-biała, pozbawiona szarości rzeczywistość. Ma to służyć promocji produktu, zwiększeniu popytu. Cel ten jest osiągany poprzez jasną, nieskomplikowaną treść spotu. Należy zauważyć, że reklama, w której to kobieta sprząta, gotuje, pierze, nie reklamuje tylko produktu, ale także niesie ze sobą informację dla widza o »obowiązkach przynależnych kobiecie«. Tak kreowane stereotypy są bardzo odporne na zmiany, ponieważ razem ze zmianą stereotypu zmienia się nasza wiedza o świecie. Kobiety w spotach reklamowych są prezentowane w kilku powtarzających się rolach i konfiguracjach. Najczęściej jest to żona, matka, która korzysta z rady eksperta, wypróbowuje nowy produkt lub dzieli się z koleżanką metodami osiągania sukcesów w praniu czy sprzątaniu. Inną rolą kobiety w reklamie jest rola podmiotu seksualnego. Kobieta urodą i powabem osiągniętym dzięki reklamowanemu produktowi wzbudza pożądanie u mężczyzn. Te stereotypowe wizerunki kobiet występują w reklamie niezależnie od retoryki, w której jest ona utrzymana” – stwierdza w swojej pracy Kiełb. I pisze dalej: „Przedstawione w reklamach wizerunki kobiet ugruntowują stereotyp utożsamiania kobiety jedynie z ciałem, ograniczając ją do jego funkcji – rozrodczej i seksualnej. Mężczyznom natomiast jest przypisywana strefa mentalna, takie przymioty jak racjonalność czy inteligencja. Są oni obsadzani zazwyczaj w roli eksperta lub szefa. Taki podział wpływa na codzienne życie, ponieważ utrwala stereotypy dotyczące płci. W tej sytuacji ciężko jest walczyć ze stereotypem mało inteligentnej kobiety, dla której najwyższą formą samorealizacji jest usunięcie plamy z koszuli męża lub doskonałe ciało”.

W kontekście ról płciowych badaczka zwraca również uwagę na kwestię biologii. Jej zdaniem część stereotypów ma swoją genezę w naszej ewolucyjnej przeszłości, kiedy to role kobiet i mężczyzn różniły się od siebie. Zdaniem Kiełb w jakiejś mierze może to tłumaczyć rozpowszechnienie stereotypów. „Badania przeprowadzone w 28 krajach dowodzą istnienia stereotypów […] dotyczących różnych cech określanych jako »kobiece« (związane głównie z ciepłem, uczuciowością, wrażliwością, zdolnością do poświęceń, uległością, opiekuńczością) lub »męskie« (związane ze skłonnością do ryzyka, pewnością siebie, niezależnością, agresywnością, kompetencją, racjonalnością)” – pisze Kiełb.

Czytanka Lalki Doroty z Liter:

To lalka Doroty.

Ta lalka to Ela.

Ela ma korale.

Ta lalka to Maryla.

Maryla ma loki.

A tamta lalka do Lilka.

Lilka ma kokardy.

Ile lalek ma Dorota?

To domek dla lalek.

Domek ma Dorota od Adama.

W podręczniku dla klasy czwartej Słowo za słowem jest znacznie mniej obrazków niż w książkach przeznaczonych dla młodszych uczniów. Jednak i te są mocno tendencyjne. „Dzieci – niezależnie od płci – są ukazywane w czasie różnych aktywności na świeżym powietrzu: biegają, jeżdżą na łyżwach, sankach, nartach i rowerze, chodzą na spacery do parku czy lasu. Także niezależnie od płci uczestniczą w zajęciach i wycieczkach szkolnych, odrabiają lekcje, grają w gry planszowe, czytają książki, rysują, bawią się lub opiekują domowymi zwierzętami. Odmiennie są jednak prezentowane zabawy oraz zabawki dziewczynek i chłopców. Chłopcy grają w piłkę nożną i hokeja, częściej uczestniczą w zabawach zespołowych, bawią się samochodami, klockami, kolejką, odgrywają role piratów, lotników, kosmonautów. Dziewczynki zaś bawią się lalkami i pluszakami, czeszą je, ubierają, podają im posiłki lub urządzają ich domek, a w zabawach wcielają się w role księżniczek lub baletnic. Chłopcy są również bardziej aktywni i kreatywni niż dziewczynki, oddają się różnym zainteresowaniom. Chłopcy z analizowanych podręczników mają wiele pasji – fotografują, majsterkują, grają w szachy” – czytamy w raporcie Kwestia płci w nowych podstawach programowych i wybranych podręcznikach szkolnych Instytutu Spraw Publicznych.

Ciekawy, jak to wygląda w prawdziwym życiu, a nie tylko w szkolnych podręcznikach, wybrałem się do najbliższego sklepu z zabawkami. Warto nadmienić, że mieści się on w jednym z największych centrów handlowych w Polsce.

Jak się okazało, podział na zabawki chłopięce i dziewczęce widać już na ścianach. Chłopcy pozują w hełmach astronautów, bawią się pistoletami, czasami są piratami. W części bardziej „dziewczęcej” nie widać żadnych zdjęć dziewczynek; na ścianach wiszą podobizny lalek Barbie, które uśmiechem zachęcają do kupna samych siebie. Sklep nie jest jednak podzielony na dwie zupełnie odrębne strefy – mamy sporo przestrzeni, których przekaz jest płciowo neutralny. Stoją tam wszelkiego rodzaju przytulanki, książki itp. Oczywiście ciekawskie dziewczynki przechadzają się również między półkami z klockami Lego, które wciąż uważa się za chłopięcą zabawkę. Co ciekawe, nie zauważyłem chłopców zwiedzających alejki z lalkami. Rzecz jasna to tylko jednostkowa obserwacja, ale na zjawisko większej płciowej „segmentacji” po stronie chłopców zwróciła uwagę między innymi Harriet Bradley, która w książce Płeć pisze, że to właśnie mali chłopcy gorliwiej pilnują, aby ich zabawki nie miały nic wspólnego z „babskimi” rzeczami. „Już w wieku około pięciu lat chłopcy są zmuszani do skrywania tych cech swojego charakteru, które kłócą się z wizerunkiem twardości, męskości i dzielności. Muszą tłumić zainteresowania rzeczami określanymi jako »dziewczęce«, nauczyć się ukrywać delikatne uczucia, aby nie otrzymać później etykiety »pedała«. Dziewczęta z kolei mają większą swobodę zachowań; mogą być chłopczycami, mogą przebywać razem z chłopakami i nosić męskie ubrania” – pisze Bradley.

O tym, jak ważna jest funkcja zabawek w formowaniu się tożsamości dziewczynek i chłopców, pokazuje kampania „Let Toys Be Toys” (dosł. „Pozwólmy zabawkom być zabawkami”). Jej celem jest przekonanie sprzedawców i producentów zabawek, aby zrezygnowali z płciowego kategoryzowania swoich produktów oraz przypisywania pewnych ról danej płci – co finalnie skutkuje różnicami w wypłatach, pozycji na rynku i emeryturach.

Zapytałem Jess Day z kampanii „Let Toys Be Toys”, czy rośnie popularność zabawek neutralnych płciowo. – Podział zabawek ze względu na płeć dziecka jest głęboko zakorzeniony w przemyśle zabawkarskim. Nie odzwierciedla jednak tego, czego naprawdę chcą klienci, a tylko to, do czego przyzwyczajone są same firmy. Ankieta przeprowadzona w Australii wykazała, że 92 procent rodziców dzieci do trzeciego roku życia uważa, że ważne jest, aby chłopcy i dziewczynki byli traktowani tak samo – odpowiedziała, powołując się na raport The Power of Parents organizacji Our Watch.

 

Jednocześnie naukowcy z Uniwersytetu Londyńskiego przeprowadzili pod okiem doktor Brendy Todd kilkanaście badań, z których wynika, że dzieci same z siebie mają silne preferencje co do typu zabawek, bez względu na obecność lub nieobecność dorosłych, miejsce przeprowadzenia badania, wiek dzieci czy możliwość wybrania również tak zwanych zabawek neutralnych płciowo (jak koniki ze sznurkiem). Innymi słowy, dziewczynki pozostawione same sobie wybierają zabawki dziewczęce, a chłopcy chłopięce.

I tutaj wracamy do biologii. Przez wszystkie tygodnie zbierania materiałów i pisania tego rozdziału jedno pytanie nie dawało mi spokoju: ile w tym jest kultury, a ile natury? Oraz czy istnieje jakiś sposób, aby oddzielić jedno od drugiego – przecież nikt z nas nie rodzi się poza społeczeństwem. Wydaje mi się, że odpowiedzi na te pytania powinniśmy szukać tam, gdzie wpływy kultury są możliwie najmniejsze. Warto więc przyjrzeć się niemowlakom, które nie zdążyły jeszcze zrozumieć i uwewnętrznić ról płciowych.

Pod kierownictwem profesor Gerianne Alexander grupa naukowczyń z wydziału psychologii na Texas A&M University przebadała kilkadziesiąt niemowlaków w wieku od trzech do ośmiu miesięcy, czyli – jak podkreślają autorki badania – jeszcze przed pojawianiem się świadomości własnej płci. Badaczki pokazywały niemowlakom zabawki typowe dla chłopców (samochodziki) i dla dziewczynek (lalki). Z braku możliwości skutecznej komunikacji z tak młodymi dziećmi badaczki porównywały, ile czasu niemowlęta skupiały wzrok na danej zabawce – badaczki wyszły z założenia, że niemowlaki będą dłużej patrzyły na te zabawki, które im się bardziej podobają. Jak się okazało, dziewczynki rzeczywiście patrzyły na lalki dłużej niż chłopcy, a chłopcy więcej uwagi poświęcali samochodzikom. Przy czym należy zaznaczyć, że nie wszystkie dziewczynki patrzyły dłużej na lalki, tak samo jak nie wszyscy chłopcy preferowali samochodziki. Na podstawie obserwacji badaczki wysnuły hipotezę, że dziewczynki mają się bardziej ku ludziom i relacjom (lalka przypomina człowieka), a chłopcy ku rzeczom (samochodzik to nieożywiony przedmiot, którym można manipulować w przestrzeni).

Wszystko to może później znajdować swoje odbicie w wybieranych w przyszłości zawodach. – Kobiety z powodu swojej budowy mózgu i gospodarki hormonalnej mają inne cechy osobowości. W związku z tym, uśredniając, mają też skłonność do wybierania innych zawodów niż mężczyźni. Kobiety chętniej podejmują prace, w których mają kontakt z innymi ludźmi, na przykład zatrudniają się w szeroko rozumianej opiece. Mężczyźni wyraźnie preferują materialne prace związane z gadżetami, nowymi technologiami, technicznymi obiektami – mówi doktor Ilona Kotlewska, neuronaukowczyni z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego.

Pojawiają się jednak pewne problemy. – Istnieją badania pokazujące, że kobiety, które wiedzą, jakiej płci będzie dziecko, już w trakcie ciąży inaczej mówią do płodów płci męskiej i żeńskiej – mówi doktor Anna Anzulewicz. – A z samymi niemowlakami też jest wielki problem, ponieważ bardzo ciężko się je bada. Nie tylko słabo widzą, ale do tego mają niezwykle niestabilną uwagę. Nie są w stanie patrzeć na jakiś przedmiot dłużej niż przez kilkanaście sekund. A w przypadku niemowląt zwykle stosuje się badania oparte na czasie patrzenia – dodaje Anzulewicz. Należy też zauważyć, że zespół Gerianne Alexander przeprowadził badanie na grupie zaledwie kilkudziesięciu niemowlaków, a to naprawdę niewielka próba.

– Morfologia naszych mózgów różnicuje się pod wpływem hormonów, które wydziela organizm matki podczas życia płodowego. Ma to szczególny wpływ na struktury zwane wzgórzem i podwzgórzem – stwierdza Ilona Kotlewska. – Testosteron wydziela się w życiu płodowym zarówno u dziewczynek, jak i chłopców. Ale w przypadku chłopców testosteronu jest więcej, a to właśnie on wpływa na specjalizację ośrodków w mózgu człowieka. To z kolei przekłada się na to, jak funkcjonują mózgi kobiet i mężczyzn – mówi Kotlewska.

I rzeczywiście istnieją badania pokazujące, że dziewczynki z wrodzonym przerostem nadnerczy – który powoduje nadmierne wydzielanie androgenów (kobiece organizmy również je wydzielają, ale w znacznie mniejszym stopniu niż męskie) – preferują bardziej chłopięce zabawy. Jest to o tyle istotne, że może to stanowić argument za istnieniem pewnych wrodzonych różnic wynikających ze zróżnicowania hormonalnego między dziewczynkami i chłopcami. To z kolei może znajdować przełożenie na inne sposoby zabaw, a w późniejszym życiu – na strategie związane z podejmowaniem ryzyka czy rywalizacji.

– Należy pamiętać, że zwykle takie dziewczynki od urodzenia przechodzą terapie hormonalne oraz liczne operacje, ponieważ mają zmaskulinizowane genitalia. Często nie czują się więc stereotypowymi dziewczynkami, niezależnie od tego, jaką rolę odgrywa w tym testosteron – komentuje doktor Anna Anzulewicz. – Dzieci bardzo wcześnie odkrywają, że płeć jest czymś ważnym. Około drugiego roku życia dzieci uczą się rozpoznawać, kto jest kim. To rzecz, na którą pozostają bardzo wrażliwe, częściowo dlatego, że te role przyporządkowuje im się od urodzenia. Powtarza im się, że z jakiegoś powodu dziewczynki powinny być inne niż chłopcy – dodaje. Podobne wątpliwości w przypadku dziewczynek dotkniętych wrodzonym przerostem nadnerczy podnosi w swojej książce Urojenia płciowe. Jak dzięki naszym umysłom, społeczeństwu i neuroseksizmowi powstają różnice między kobietami a mężczyznami Cordelia Fine, profesorka historii i filozofii nauki na University of Melbourne. Fine skupia się jednak na rodzicach: „Łatwo wyobrazić sobie, że w umyśle rodzica może wytworzyć się niejasność co do płci dziecka, a być może także u samego dziecka”. Równocześnie badania przeprowadzone przez zespół Vickie Pasterski pokazują, że dziewczynki z wrodzonym przerostem nadnerczy są przez rodziców silniej zachęcane do zabaw dziewczęcymi zabawkami niż dziewczynki z grupy kontrolnej.

– To oczywiste, że mózgi kobiet i mężczyzn się różnią, chociażby pod względem szybkości i sposobu przekazywania informacji pomiędzy półkulami. Morfologia podwzgórza również jest inna, w związku z czym podwzgórza mężczyzn i kobiet inaczej sterują gospodarką hormonalną. To przekłada się na różnice w osobowości, co koniec końców odbija się na naszych wyborach życiowych – kwituje Kotlewska.

– Nie ma wątpliwości, że kobiety i mężczyźni mają inną budowę mózgu. Również na tak fundamentalnym poziomie, że kobiece mózgi są mniejsze. Ale fakt, że jakaś struktura w mózgu jest większa, wcale nie musi przekładać się na lepsze jej funkcjonowanie. Przykład ze świata zwierząt: niektóre ptaki śpiewające mają bardzo wyraźnie zaznaczone różnice międzypłciowe w obszarach odpowiadających za śpiewanie. Istnieją jednak gatunki kanarków, u których obszar odpowiedzialny za śpiewanie u samców jest duży, u samic mały, a ptaki i tak śpiewają razem jedną „melodię”. Chcę przez to powiedzieć, że różnice strukturalne niekoniecznie przekładają się na różnice funkcjonalne. Czasem do uzyskania jednego efektu behawioralnego wykorzystywane są różne struktury. Można mieć duży komputer, można mieć mały komputer, ale oba przecież będą robić dokładnie to samo – mówi doktor Anna Anzulewicz.

– Należy też podkreślić, że nasze rozumienie płci jest trochę pokręcone. Płeć postrzegamy jako coś bardzo dwubiegunowego. Tymczasem większość z nas ma w sobie zarówno cechy stereotypowo męskie, jak i stereotypowo żeńskie. To nie są typy, tylko mozaika różnych cech. Każdy z nas ma jakąś pulę cech czy predyspozycji. I niektóre z tych cech – ale tylko część z nich – jest częściej spotykana u kobiet niż u mężczyzn. Ale widać to dopiero wtedy, kiedy spojrzy się na duże grupy. Oczywiście to wcale nie oznacza, że każda kobieta albo każdy mężczyzna ma taką cechę. Niestety w takich sytuacjach jak rekrutacja do pracy jesteśmy postrzegani przez pryzmat całej grupy. Tymczasem sama płeć daje nam niewiele informacji na temat tego, czego możemy się spodziewać po danej osobie. I to stanowi zasadniczy problem – stwierdza. – Chociaż między kobietami i mężczyznami istnieją różnice na poziomie budowy mózgów, odmienności w pewnych preferencjach są stosunkowo niewielkie i moim zdaniem zupełnie nie wyjaśniają tych różnic, które później ujawniają się na poziomie społecznym – stwierdza Anzulewicz. – Jeśli chodzi o preferencje małych chłopców i dziewczynek, to w metaanalizach widać, że faktycznie się one różnią. Można to określić skrótowo mianem „ludzie versus rzeczy”: dziewczynki ciągnie raczej do ludzi, a chłopców do rzeczy. Problem polega jednak na tym, że ten podział jest co najmniej dyskusyjny. Dlaczego? Bo sugeruje, że istnieją dwie odrębne kategorie i wpadamy albo w jedną, albo w drugą. Natomiast w przypadku życia zawodowego znaczna większość profesji lokuje się gdzieś pośrodku: trzeba na przykład obsługiwać komputer, manipulować przedmiotami i utrzymywać kontakt z ludźmi – wyjaśnia.

Przeprowadzono również badania, które potwierdzają istnienie różnic w preferencjach co do zabawek wśród… koczkodanów. U nich także można zaobserwować pewne zróżnicowanie między płciami, jeżeli chodzi o skłonność do zabawy zabawkami „dziewczęcymi” i „chłopięcymi”. Komentując to badanie, Cordelia Fine zauważa, że wśród zabawek „dziewczęcych” znalazła się na przykład patelnia, zabawka pochodząca z kultury ludzkiej, której koczkodan przecież nie zna (chociaż to mogłoby tłumaczyć część efektu). W innym eksperymencie, który przytacza Fine, badacze pokazali makakom królewskim zabawki na kółkach (idealne do poruszania) oraz pluszowe zwierzęta (zachęcające do tego, aby się nimi opiekować). I o ile samice poświęcały obu typom zabawek tyle samo uwagi, to samce częściej koncentrowały się na zabawkach na kółkach.

Widać więc, że na poziomie biologicznym najprawdopodobniej istnieją pewne różnice, które tłumaczą część – ale tylko część – różnic w preferencjach związanych ze stylem zabawy lub wyborem zabawek. Te wstępne preferencje mogą skutkować innymi wyborami, również tymi zawodowymi. Nie należy jednak zapominać, że owe preferencje są bardzo silnie wzmacniane przez kulturę, w której dziewczynki uczy się uległości, a chłopców rywalizacji oraz zajęć analitycznych.

To, w jaki sposób rozchodzą się drogi życiowe chłopców i dziewczynek oraz czym skutkuje to w życiu dorosłym, bardzo dobrze widać w świecie nauki. Proces segregacji i autosegregacji ze względu na płeć i kolor skóry opisali w „Scientific American” Andrei Cimpian i Sarah-Jane Leslie. Autorzy zauważyli, jak bardzo odmienny jest układ płciowy (i rasowy) w pozornie zbliżonych do siebie dziedzinach naukowych, jakimi są filozofia i psychologia. „Pomimo nieustannej uwagi poświęcanej w ciągu ostatnich lat kwestii niedoreprezentowania określonych grup społecznych i wysiłkom podejmowanym, aby temu zaradzić, spośród doktoratów z filozofii przyznanych w 2015 roku mniej niż 30 procent otrzymały kobiety, a Afroamerykanie zaledwie jeden procent. Natomiast psychologia odnotowała spore sukcesy pod tym względem – w tamtym roku kobiety stanowiły 72 procent świeżo upieczonych doktorów, a Afroamerykanom przyznano 6 procent wszystkich stopni doktorskich” – twierdzą naukowcy. Podczas jednej z branżowych rozmów między filozofami oraz psychologami Cimpian i Leslie wpadli na pewien trop, skąd może się brać takie zróżnicowanie. Okazało się, że filozofowie kładą bardzo silny nacisk na wrodzony – zdaniem filozofów – talent oraz przebłyski geniuszu, które według nich są potrzebne do uprawiania ich dyscypliny. Psychologowie z kolei bardziej cenią systematyczną pracę. Właśnie to może wpływać na wybór ścieżki zawodowej: grupy, które stereotypowo uważa się za nieco mniej bystre (na przykład kobiety czy czarnoskórzy w Stanach Zjednoczonych), czasem uwewnętrzniają te stereotypy i częściej wybierają ścieżki zawodowe współgrające ze społecznym postrzeganiem tych grup.

Podobne zjawisko opisywała profesor psychologii z Uniwersytetu Stanforda Carol S. Dweck. Twierdzi ona, że postrzeganie zdolności intelektualnych jako pewnego rodzaju daru wywołuje u uczniów poczucie niepewności oraz szybszą utratę motywacji do dalszej pracy w przypadku doznania porażki. To z kolei uderza w grupy, które stereotypowo uważa się za gorsze chociażby z przedmiotów ścisłych. I choć kobiety powszechnie opisuje się jako gorsze z matematyki, tak naprawdę między nimi a mężczyznami nie istnieją żadne różnice pod względem kompetencji matematycznych. To jednak jeszcze nie koniec. Cordelia Fine przytacza w swojej książce badanie, w którym wzięło udział dziesiątki tysięcy licealistów. Otóż chłopcy oceniali swoje zdolności matematyczne znacznie wyżej niż ich rówieśniczki, mimo że podczas testów zdobyli takie same wyniki. Autorka cytuje badaczkę Shelley Correll: „Chłopcy nie rozwijają zainteresowań matematycznych w większym stopniu niż dziewczyny, ponieważ są lepsi z matematyki. Robią to, przynajmniej częściowo, ponieważ uważają, że są lepsi”.

 

„Stosunkowo dużo danych dotyczy różnic w spostrzeganiu zdolności matematycznych: dziewczęta oceniają swoje dyspozycje w tej dziedzinie znacznie niżej niż chłopcy. Wykazują one mniejsze zainteresowanie tym przedmiotem oraz zawodami, w których wymagane są kompetencje matematyczne. Pomimo braku zasadniczych różnic w poziomie osiągnięć z tego przedmiotu między płciami chłopcy mają przekonanie o większych kompetencjach w tej dziedzinie niż dziewczęta, w związku z czym swoją karierę zawodową wiążą z zawodami politechnicznymi” – piszą Ewa Matczak z Instytutu Badań Edukacyjnych i Waldemar Kozłowski z Wydziału Nauk Społecznych Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Zagrożenie stereotypem może tłumaczyć część zjawiska, o którym mówi kontrowersyjny publiczny intelektualista Jordan Peterson. Okazuje się bowiem, że im większa równość płci w danym kraju, tym mniej procentowo kobiet studiuje na kierunkach zwanych zbiorczo STEM (skrót od angielskich słów: science, technology, engineering and mathematics, czyli nauka, technologia, inżynieria i matematyka), które powszechnie uważa się za męskie.

Aby określić, które z krajów są równiejsze płciowo, badacze Gijsbert Stoet i David C. Geary przyjrzeli się publikowanemu przez Światowe Forum Ekonomiczne raportowi globalnej luki płciowej. Raport ten ustala wskaźnik luki płacowej (Global Gender Gap Index – GGGI) w danym kraju na podstawie takich danych, jak zarobki, średnia długość życia, rekrutacja na studia wyższe czy balans płci w parlamencie.

Okazało się, że więcej kobiet kończy studia z zakresu STEM w państwach płciowo nierównych (na przykład w Albanii i Algierii) niż w egalitarnych krajach skandynawskich. Wydaje się, że w sporej mierze może za to odpowiadać wspomniana już biologiczna preferencja, która ujawnia się w równiejszych krajach. Dlaczego tam? Ponieważ w krajach biedniejszych oraz mniej płciowo równych ludzie częściej wybierają kierunki, które dają możliwość uzyskania niezależności finansowej. Kobiety w nierównych krajach, gdzie zabezpieczenie społeczne jest na lichym poziomie, a rozwarstwienie wysokie, wolą wybrać kierunki studiów, które może niezbyt odpowiadają ich wewnętrznym preferencjom, ale w perspektywie kilku lat pozwalają cieszyć się niezależnością finansową. Natomiast kraje zamożne i bardziej egalitarne (a więc z definicji takie, w których stereotypy odgrywają mniejszą rolę) gwarantują swoim obywatelom godne warunki życia, nawet jeżeli wybiorą mniej opłacalny zawód.

– Z badań wynika, że w krajach egalitarnych jest proporcjonalnie niewiele kobiet w STEM. Wyjaśnieniem rzeczywiście może być to, że kobiety, mając zapewniony byt na niezłym poziomie, najzwyczajniej na świecie nie chcą pracować w takich branżach. Ale to niejedyna interpretacja. Nawet w społecznościach równościowych wszyscy są w jakimś stopniu trenowani do ról płciowych: dziewczynki wciąż widzą w sklepach inne zabawki niż chłopcy, a w reklamach i w filmach inne wzory zachowań. I uczą się nie tyle przez wychowanie, co przez obserwację otoczenia – komentuje wyniki badań doktor Anna Anzulewicz. I faktycznie, raport Institution for Engineering and Technology (IET) wykazał, że zabawki związane z tematyką STEM są trzy razy częściej kierowane do chłopców niż do dziewczynek.

A mimo to odsetek kobiet w STEM rośnie. Chociaż od 1990 roku w Stanach Zjednoczonych odsetek kobiet pracujących w branżach komputerowych oraz związanych z matematyką spada (z rekordowych 36 procent do obecnych 26 procent; taki sam wynik był w 1960 roku), to gwałtownie rośnie w inżynierii (z jednego procenta w 1960 do 12 procent obecnie), chemii (z 8 procent do 39 procent) i naukach biologicznych (z 28 procent do 53 procent obecnie).

Tendencję do wzrostu udziału kobiet w naukach technicznych i przyrodniczych widać również w Polsce. Dzięki akcji „Dziewczyny na politechniki” wiemy, że odsetek studentek na tych uczelniach zmienia się (a raczej zmieniał się) w czasie. W roku akademickim 2008/2009 odsetek kobiet wśród studentów uczelni technicznych wynosił 23 procent i rósł on systematycznie do roku akademickiego 2013/2014, kiedy to zatrzymał się na 37 procentach i na tym poziomie utrzymuje się do dzisiaj. Nie oznacza to jednak, że osiągnęliśmy jakiegoś rodzaju „poziom wysycenia”. Być może w przyszłości, dzięki pracom takich organizacji jak Geek Girls Carrots, które uczą kobiety programowania oraz zachęcają dziewczyny do zainteresowania się technologią, odsetek informatyczek i inżynierek wzrośnie. Jak pisze Cordelia Fine: „Kiedy matematyczka awansuje w hierarchii, stopniowo traci także jedną bardzo skuteczną ochronę przed zagrożeniem stereotypem: kobiecy wzór do naśladowania. Samoocena, aspiracje i osiągnięcia ludzi wzmacnia kontakt z sukcesami podobnych im wzorów do naśladowania”.

Anna Anzulewicz zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię, a mianowicie na specyficzną kulturę czy wręcz kult pracy w STEM. Paradoksalnie przypomina on trochę komunistyczny wzór pracy stachanowców, czyli zwykle po kilkanaście godzin dziennie, często bez weekendów. Mężczyźni mają tutaj łatwiej z powodu powszechnie przyjętego podziału obowiązków domowych, gdzie zazwyczaj to kobieta zajmuje się gospodarstwem domowym oraz opiekuje się dziećmi.

Wróćmy do podręczników szkolnych. Kolejna czytanka z Liter:

Muszę być mocny, mądry i duży,

pracować muszę zawzięcie.

Chcę marynarzem zostać, chcę służyć

na naszym polskim okręcie.

Nie będzie straszył mnie wiatr północny,

mróz, upał ani głębina.

Muszę być dzielny, muszę być mocny

ja, przyszły polski marynarz.

We wspomnianym już badaniu Ewa Matczak i Waldemar Kozłowski zwrócili również uwagę, że na kształtowanie się różnic między córkami i synami w zakresie samooceny, zainteresowań i dalszego rozwoju w dużej mierze wpływają oczekiwania rodziców. Przytaczają oni bardzo interesujące dane: „Znajomość aspiracji rodziców pozwala przewidzieć, jakie decyzje związane z wyborem szkoły i zawodu podejmą młodzi ludzie w perspektywie 5–10 najbliższych lat”. W swojej analizie powołują się na brytyjskie badania prowadzone na grupie tamtejszych uczniów w wieku 13–14 lat, które wskazały, że lepiej usytuowani rodzice mają wyższe aspiracje i oczekiwania wobec swoich dzieci. „Wykazano także, że wysokim aspiracjom edukacyjnym rodziców towarzyszą lepsze wyniki w nauce dzieci. Niskie dochody mogą ograniczać perspektywę kształcenia i zamykać drogę do wykonywania zawodów prestiżowych i wysoko płatnych. Ponadto niski status wpływa negatywnie na poczucie osobistej skuteczności, wskutek czego dziecko zaczyna wątpić w to, że uda mu się osiągnąć wymarzony zawód, a przez to zaniża swoje aspiracje” – piszą w swoim artykule.

„Płeć dziecka silnie różnicuje aspiracje zawodowe. Wyniki badania świadczą o silnie zakorzenionym w świadomości rodziców podziale na zawody typowo męskie i kobiece. Częściej dla dziewcząt niż dla chłopców rodzice pragnęli, aby zostały one: nauczycielkami, lekarkami, ekonomistkami, prawniczkami lub wykonywały inne zawody wymagające wyższego wykształcenia (na przykład psycholog, socjolog, historyk). Chętnie widzieliby je także w tradycyjnie sfeminizowanych zawodach, takich jak fryzjerki, kosmetyczki, albo wiążą ich przyszłość z pracą w biurze. Upragniona przyszłość dla chłopców to praca jako: inżynier, informatyk, sportowiec, wojskowy, policjant, mechanik, elektryk, monter. W przypadku dziewcząt częściej są wybierane zawody związane z wyższymi kwalifikacjami i dłuższą nauką, choć stanowisk kierowniczych pragnie się dla chłopców dwukrotnie częściej”. Fragmenty analizy Matczak i Kozłowskiego o wpływie aspiracji rodziców na przyszłość dziecka mają wiele wspólnego z wnioskami arcyciekawych badań, które Richard E. Nisbett przytacza w książce Inteligencja. Sposoby oddziaływania na IQ. Jego zdaniem „nikt nie osiąga dużej bystrości umysłu bez formalnego wykształcenia, niezależnie od tego, czy jego inteligencję mierzymy za pomocą testów badających iloraz inteligencji, czy w dowolny inny sposób”. Na rozwinięcie się potencjału bardzo duży wpływ ma środowisko, w którym dorastamy. Nisbett cytuje badania, „z których wynika, że wychowywanie dziecka w środowisku reprezentującym zamożną klasę średnią w porównaniu ze środowiskiem ubogim oznacza dla niego 12–18 punktów wyższy iloraz inteligencji, co stanowi ogromną różnicę”.