O kobiecie pracującejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Socjalizowane. O genezach podziału ról zawodowych

Aktywne. O 500+

Nieistniejące. O matkach niepełnosprawnych

Awansujące. O kobietach w IT

Matkujące. O nieodpłatnej pracy

Solidarne. O nauczycielkach

Najważniejsze. O pielęgniarkach

Dyskryminowane. O formach dyskryminacji w pracy

Karane. O urlopach macierzyńskich

Niedoceniane. O nierównościach płacowych

Zakończenie

Podziękowania

Bibliografia

Okładka


Copyright © Kamil Fejfer, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja

Zuzanna Krasowska

Korekta

Agnieszka Gzylewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. sp. k.

ul. Walecznych 39/5

03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-66219-22-9

Warszawa 2019

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mamie

Socjalizowane
O genezach podziału ról zawodowych


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Spójrz tylko! – Starsza kobieta sadza Sophie na miękkim, niebieskim kocyku. Obok nich leży kilka zabawek. Sophie ma może półtora roku i jeszcze większość słów w życiu do wypowiedzenia. Ma przed sobą również wszystkie wybory, w tym te dorosłe.

– Spójrz, chcesz? – pyta z naciskiem opiekunka i podaje dziecku lalkę w różowych ciuszkach. – Jesteś taką grzeczną dziewczynką! – szczebiocze kobieta. – Zobacz, tu napisano „słodkich snów, słodkich snów” – mówi pieszczotliwym głosem i podaje Sophie lalkę. Sophie gładzi lalkę po głowie i z zaciekawieniem patrzy na kobietę. Po chwili bierze do ręki robota, ale opiekunka szybko wymienia go na grzechoczącego pluszaka. Potem zachęca ją do zabawy różowym misiem. – Miau, miau, prrr. – Opiekunka próbuje zainteresować dziecko kocią pacynką. – Myślę, że Sophie najbardziej polubiła różową laleczkę – stwierdza pięćdziesięcio-, może sześćdziesięcioletnia kobieta po zabawie z małą.

Drugi opiekun, tym razem mężczyzna, również podaje Sophie pluszowego miśka i udaje, że ten do niej mówi. Sophie bawi się bączkiem, ale mężczyzna podsuwa jej kocią pacynkę.

Olivier ma na sobie kraciastą koszulę, spod której wystaje niebieski T-shirt. – Co to? Robot? – pyta go delikatnym głosem młoda opiekunka. – Podoba ci się, prawda? – dopytuje. Olivier nie odpowiada, bo w sumie niewiele jeszcze potrafi powiedzieć. – A do czego to służy? – pyta opiekunka, w ręku trzymając geometryczną zabawkę. Olivier bacznie przygląda się przedmiotowi.

Tak naprawdę Sophie to Edward w dziewczęcych ubrankach, a Olivier to Marnine przebrana za chłopca. Zamiana ubrań stanowiła element eksperymentu przeprowadzonego przez stację BBC, w ramach którego ochotnicy opiekowali się małymi dziećmi.

– Wzięłam go za dziewczynkę, więc uznałam, że powinniśmy się bawić dziewczęcymi zabawkami – mówi pierwsza opiekunka Sophie (tj. Edwarda) po tym, jak poznaje prawdę.

– Wydaje mi się, że to wina stereotypów – dodaje drugi opiekun Sophie (Edwarda!).

– I to one wpłynęły na twoje zachowanie? – dopytuje Javid Abdelmoneim, dziennikarz BBC.

– Tak, nie da się zaprzeczyć – odpowiada opiekun.

– Automatycznie sięgnęłam po „chłopięce” zabawki, bo myślałam, że mam do czynienia z chłopcem – mówi opiekunka Oliviera, czyli Marnine.

Tak, proszę państwa, wygląda socjalizacja. To przyuczanie nas do ról płciowych już od najmłodszych lat.

* * *

Minęło pewnie ze dwadzieścia pięć lat, odkąd ostatni raz widziałem te ilustracje. Być może nie potrafiłbym ich odtworzyć z pamięci, ale kiedy mam je przed oczami, ich kompozycja i bohaterowie wydają mi się absolutnie oczywiste. Nie mogłoby być na nich cokolwiek innego, niż jest, tak przynajmniej mi się wydaje. Te konkretne ilustracje zajmują uprzywilejowane miejsce w mojej pamięci; tkwią w ważnym katalogu, który powstał w pierwszych latach życia. Choć nie pamiętam treści książek, które przeczytałem trzy lata temu (co mnie niezmiennie złości), szkolne podręczniki z pierwszych klas trafiły do jakiegoś rodzaju pamięci uśpionej, którą wystarczy jedynie trącić patykiem, aby uruchomiła się cała sekwencja skojarzeń.

Kiedy starałem się odnaleźć elementarze z pierwszych klas podstawówki, nie pamiętałem ich okładek ani tytułów. Szukałem na ślepo. Ale gdy po raz pierwszy od ponad ćwierćwiecza zobaczyłem okładkę podręcznika Litery. Nauka czytania, w mojej głowie coś zaskoczyło. Doskonale wiedziałem, że to właśnie ten podręcznik. Później znajdowałem kolejne tytuły: W szkole i na wakacjach, Nasza mowa – nasz świat, Piszę i opowiadam, Słowo za słowem. I nazwiska autorów, które nawet po tylu latach brzmią znajomo: Przyłubscy, Nagajowa. Wszystkie te słowa wydają mi się absolutnie oczywiste. Są jak zapach tapicerki i rozgrzanej w słońcu deski rozdzielczej fiata 125p moich rodziców (którego to zapachu szczerze nie znosiłem i do dzisiaj, kiedy o nim myślę, mam mdłości). Są jak niszczejąca osłona piorunochronu w domu, w którym wieczorami uczyłem się z tych książek. Do dzisiaj doskonale pamiętam, że można było paznokciem wydrapywać na niej różne wzory. I chociaż tej osłonki, piorunochronu ani nawet samego budynku od lat już nie ma, wszystko to wciąż we mnie żyje, zupełnie jakbym doświadczał tego najdalej kilka tygodni temu.

Jest coś dziwnego w obcowaniu z przedmiotami z dzieciństwa, oglądaniu swoich starych zabawek, przeglądaniu podręczników z podstawówki. Kiedy człowiek ponownie trafia na książki, z których uczył się w wieku siedmiu lat, nagle zaczyna rozumieć: to stąd jestem. To właśnie one wypełniły mnie wstępną treścią; to rzeczy, które – przynajmniej częściowo – podświadomie odtwarzam w życiu.

Na ilustracji otwierającej Litery Dorotka (nie wiem, skąd znam jej imię) zbiera na wzgórzu kwiatki z inną dziewczynką, Inką. Obok nich grupa osób gra w piłkę plażową. Z tyłu majaczą namioty, na ostatnim planie jest dom.

Tu osa i osty.

Tam Dorota i dom Doroty.

Co ona robi?

A tu co?

Lata osa koło nosa.

To nie współczesna poezja, tylko pierwsza czytanka z podręcznika do języka polskiego dla pierwszej klasy szkoły podstawowej. Dla wielu Litery stanowią tak ważną część dzieciństwa, że na Allegro cena pojedynczego egzemplarza potrafi wahać się od 98 do 590 złotych.

W podręczniku znajdziemy wiele ilustracji. Przy wspomnianej czytance widzimy jakąś podlewającą kwiatki dziewczynkę, później inną, która przytula lalkę, a na końcu kobietę zabawiającą dziecko w wózku. Zaraz potem mamy ilustrację do drugiej czytanki. Chłopiec, Adam, fotografuje swoją klasę: grupkę dzieci i nauczycielkę. Na kolejnych ilustracjach Adam robi zdjęcie biegnącemu psu. Na następnej Dorotka ogląda wywołane zdjęcie, Adam dalej bawi się w fotografa, a inna dziewczynka klaszcze. Obrazek do kolejnej czytanki: Inka nawleka nitkę. Potem widzimy kadry z kreskówki o Bolku i Lolku, w której chłopcy przeżywają różne przygody: jeżdżą na koniu, strzelają z pistoletów, spotykają dinozaura. Lolek wręcz chodzi po linie!

Następna czytanka:

To tata. To mama.

To mama i tata.

Tu tata i Adam.

Adam klei samolot.

Tata mu pomaga.

A co robi mama?

Mama siedzi w fotelu i czyta książkę. W tym czasie młody chłopak razem z ojcem składają model samolotu. Na kolejnym obrazku chłopiec robi mały domek, zapewne dla lalek, który potem daje w prezencie swoim siostrom.

– Prowadziłam kiedyś zajęcia z sześciolatkami, podczas których rozmawialiśmy o tym, jak to jest być naukowcem – mówi doktor Anna Anzulewicz, psycholożka poznawcza związana z Uniwersytetem Jagiellońskim. – Jedno z zadań polegało na tym, żeby dzieciaki narysowały siebie w przyszłości i uwzględniły swój przyszły zawód. Dziewczynki były zdziwione, że też mają to zrobić. Dla nich było oczywiste, że „zawody” mogą wykonywać tylko chłopcy. Wygłosiłam wtedy płomienną mowę na temat tego, że w nauce nie ma znaczenia, czy jesteś chłopcem, czy dziewczynką. Jeżeli kręci cię przeprowadzanie badań, to je przeprowadzaj. Twoja przyszła praca nie zależy od twojej płci. A i tak, mimo całej tej przemowy, po zajęciach podeszła do mnie jedna z nauczycielek i powiedziała, że mnie podziwia, bo mam taki męski zawód – opowiada Anzulewicz. – A przecież dzieci nie doszły same do wniosku, że kobiety nie mogą być naukowcami. To z zewnątrz płyną takie sugestie.

 

Sytuacja się jednak zmienia. Kiedy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych proszono amerykańskie dzieci o narysowanie naukowca, zwykle mniej niż jeden procent z nich rysowało kobietę. Jednak w 2016 roku już 35 procent dzieci narysowało badaczkę.

Rolę wychowania podkreśla w książce Płeć profesor Hariett Bradley z Uniwersytetu w Bristolu: „Jednostki od najmłodszych lat uczą się, jaka praca jest odpowiednia dla określonej płci. Badania przeprowadzone wśród uczniów pokazują, że nawet całkiem małe dzieci mają dobrze rozwiniętą świadomość tego, jakie prace są odpowiednie dla kobiet, a jakie dla mężczyzn. Swoje wnioski kształtują na podstawie obserwacji otaczających ich dorosłych oraz obrazów przedstawianych w książkach czy w telewizji. Zauważają, że nauczyciele to głównie kobiety, a kierowca autobusu, który wozi ich do szkoły, jest mężczyzną. Zauważają zapewne, że ich matki gotują i sprzątają, a ojcowie koszą trawniki i robią półki” – pisze.

Kilkanaście stron dalej w elementarzu Litery mama podaje do stołu kolację. Na poprzednich stronach znajdują się obrazki oraz czytanki o zwierzętach, porach dnia i instrumentach. Na ilustracji do czytanki Kolacja widać całą „Literową” rodzinę: Dorotkę, Inkę, Adama, tatę i mamę.

Wielu osobom może się wydawać, że doszukiwanie się podejrzanych treści w szkolnych podręcznikach to pewna przesada. „Nie dajmy się zwariować” – niektórzy mogą pomyśleć – „przecież to tylko podręczniki, nic więcej”. Jeżeli jednak pociągniemy taki tok rozumowania, będziemy musieli stwierdzić, że w takim razie dzieci niczego się nie uczą z podręczników. A to dość ryzykowna teza.

Badanie podręczników szkolnych pod kątem niejawnych treści – jak nazywają je socjologowie – ma wieloletnią tradycję. „Przedmiotem analizy uczyniłam podręczniki używane na etapie nauczania początkowego, ponieważ ze względu na specyfikę tego etapu edukacji są one szczególnie interesujące […]. Młodszy wiek szkolny jest bowiem okresem dużych zmian w osobowości dziecka, jest »okresem, w którym przebywa drogę rozwoju od dzieciństwa do okresu dorastania«. Właśnie wtedy dziecko uczęszczające do szkoły znaczną część czasu spędza pod okiem zwykle jednego nauczyciela, którego często traktuje jako niepodważalny autorytet, przeżywa wydarzenia, jakie mają miejsce w klasie, przygody, losy i postawy bohaterów czytanek i lektur, z którymi się zapoznaje. A wszystko to razem ma wpływ na kształtowanie się u dziecka obrazu otaczającego je świata” – pisała w tekście Wizerunki dziewczynek i chłopców, kobiet i mężczyzn w podręcznikach szkolnych Elżbieta Kalinowska w połowie lat dziewięćdziesiątych. Badaczka przyjrzała się również Literom, z których uczyłem się zaledwie kilka lat wcześniej. To właśnie ja, podobnie jak moje koleżanki i koledzy z klasy, byliśmy tymi dziećmi, które uważały swoją nauczycielkę – panią Janinę Fularczyk – za niepodważalny autorytet. To my przeżywaliśmy wydarzenia, które miały miejsce w klasie, oraz przygody i losy bohaterów tych książek. To o nas pisała Kalinowska.

W tym miejscu należy wspomnieć o tragicznie zmarłej w katastrofie pod Smoleńskiem Izabeli Jarudze-Nowackiej. Według Kalinowskiej to właśnie ona w 1989 roku rozpoczęła w Polsce badania nad niejawną zawartością podręczników szkolnych. Od tamtego momentu minęło trzydzieści lat, więc krytyczne podejście do elementarzy naprawdę nie powinno już nikogo dziwić.

„Programy i podręczniki szkolne stanowią podstawę szkolnej edukacji, ale oprócz przekazywania wiedzy służą prezentowaniu pewnej wizji świata, relacji międzyludzkich i obrazu kraju, w którym żyją uczennice i uczniowie” – czytamy w raporcie Instytutu Spraw Publicznych poświęconym sposobom przedstawiania płci w podręcznikach szkolnych. Badaczki z ISP przyjrzały się najnowszym podręcznikom do wychowania do życia w rodzinie, wiedzy o społeczeństwie, etyki oraz do języka polskiego. „Analiza ilościowa pokazuje, że we wszystkich uwzględnionych podręcznikach ogólnie liczba prezentowanych w tekstach i na ilustracjach postaci kobiecych i męskich jest zbliżona. Różnica ujawnia się dość wyraźnie, jeśli analizujemy typy postaci. W dwóch podręcznikach w różnych okolicznościach przedstawiono osoby, które są powszechnie znane, osiągnęły sukces w jakiejś dziedzinie, zasługują na uznanie i miejsce w historii. W obu podręcznikach zaprezentowano pięć postaci męskich, a tylko w jednym pojedynczą postać kobiecą, w drugim zaś nie pojawiła się żadna znana i uznana kobieta” – czytamy w raporcie.

Czytanka Czapka i czapeczka:

Mama robi ciepłą czapkę dla Inki.

– Mamusiu, naucz mnie! – prosi Dorota.

– Zrobię czerwoną czapeczkę dla Eli.

– To jest za trudne dla ciebie. Zrób najpierw szalik – odpowiada mama.

– Zrobię szalik dla Lilki, a potem czapeczkę dla Eli! – woła uradowana Dorotka.

– Mamusiu, naucz mnie prędko!

– Nauczę Cię, córeczko, ale jak odrobisz lekcje.

Raport ISP: „Rodzice są prezentowani przy wykonywaniu czynności tradycyjnie, stereotypowo przypisanych do danej płci. Tylko mamie są przypisywane czynności opiekuńcze: to mama zajmuje się młodszym rodzeństwem, jest z dziećmi u lekarza, pielęgnuje dzieci w czasie choroby, pociesza. Najczęściej mama przygotowuje śniadanie i inne codzienne posiłki, piecze ciasta, przypomina o odrabianiu lekcji i pomaga w nich. Wyłącznie ona szyje, ceruje, gdy ubranie się rozerwie, robi na drutach. Tata zaś kupuje prezenty, zabiera na wycieczki do lasu czy parku, czyta dzieciom przed snem”.

Kolejny podręcznik, do którego zaglądam, to W szkole i na wakacjach. Wypisy do klasy pierwszej Ireny Słońskiej. Już na szóstej stronie znajduję czytankę pt. Babcia. Na ilustracji starsza kobieta o siwych włosach siedzi w głębokim fotelu i dzierga na drutach.

Babcia to miłe ręce,

książka, herbata słodka,

śmieszne słowa w dawnej piosence,

suknia dla lalki i szarlotka.

Babcia to bajka, której nie znamy,

pudełeczka, perfumy, włóczka.

Babcia to mama mojej mamy,

a ja jestem wnuczka.

Być może tak stereotypowe przedstawianie postaci starszej kobiety wynika z tego, że książka, którą przeglądam, jest po prostu produktem innej epoki. W szkole… zostało wydane w 1992 roku, czyli zaledwie trzy lata po transformacji ustrojowej. Odwołajmy się jednak do raportu badaczek z Instytutu Spraw Publicznych z 2018 roku: „Dziadkowie są ukazywani jako osoby z jakąś pasją – w podręcznikowych czytankach dziadek zna wiele kolęd, jeden zbiera stare zegary, inny ma pasiekę, kolejny działkę pod miastem, następny majsterkuje. Babcie zaś pieką i gotują: oczyszczają karpia i przygotowują pierogi na Wigilię, robią kompot lub sok malinowy na przeziębienie, pieką ciasta, ciasteczka i torty na urodziny. Ponadto szyją wnukom oryginalne zabawki oraz opiekują się nimi w czasie choroby”.

Dopiero na 23. stronie W szkole i na wakacjach znajduje się czytanka, która stoi w poprzek tradycyjnemu postrzeganiu ról społecznych. W tekstach z okazji Dnia Kobiet możemy przeczytać o marzeniach Eli:

Będę kapitanem

na podwodnej łodzi.

Po dnie oceanu

będę sobie chodzić.

Obejrzę tam kwiaty,

muszle, ryby – cuda,

do pięknej Syreny

na obiad się udam!

A kiedy odnajdę

piratów skarb złoty,

to ciekawą książkę

napiszę o tym.

Ela marzy więc o zajęciach zazwyczaj uważanych za typowo męskie; pojawia się wątek eksploracji, ciekawości świata, przygody. Dziewczynka została przedstawiona jako ktoś, kto może piastować wysokie stanowisko albo wręcz być kapitanem. W podręcznikach dla dzieci jest to bardzo rzadko spotykane.

Na tej samej stronie widzimy jednak ilustrację, na której dziewczynka w różowym fartuchu dzierży w ręku miotłę. Tak oto zostały opisane jej marzenia:

Kolorowy fartuch,

falbaneczka biała,

będę się od rana

po domu krzątała.

Z dziećmi na wycieczkę

pojadę czasami,

upiekę im co dzień

placek z rodzynkami.

A wieczorem bajkę

powiem na dobranoc.

Bo wiecie, kim będę?

Taką zwykłą mamą.

Kolejna ilustracja z książki W szkole i na wakacjach. Uczniowie mają dopasować postaci do związanego z ich zawodem miejsca. Na pierwszej ilustracji jest rybak (mężczyzna), na drugiej pielęgniarka (kobieta), na trzeciej ogrodniczka (kobieta), na czwartej malarz (mężczyzna), na piątej lotnik (mężczyzna), a na ostatniej górnik (mężczyzna). O ile w przypadku górnika i rybaka zrozumiałe jest, że z uwagi na siłę potrzebną do wykonywania tych prac raczej będą to mężczyźni, tak pilotem spokojnie mogłaby być kobieta, a pielęgniarzem mężczyzna.

Anna Anzulewicz podkreśla, jak ważne są modele społeczne. Opowiada, że większość osób nie potrafi wymienić nawet dziesięciu naukowczyń; po Skłodowskiej-Curie wszyscy się zacinają. To spory problem: jeżeli nie masz jakiegoś wzoru czy modelu, a nauczyciele ci nie mówią, że możesz zostać profesorką albo inną kobietą nauki, zwykle wybierasz inną, bardziej widoczną ścieżkę rozwoju.

Koalicja KARAT, sieć kilkudziesięciu organizacji pozarządowych, które działają na rzecz sprawiedliwości społecznej i równości między płciami w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w 2015 roku przyjrzała się szkolnictwu zawodowemu w Polsce. Okazało się, że w skali kraju kobiety stanowią 30 procent uczniów zasadniczych szkół zawodowych. Szczególnie interesujące jest to, czym kierują się młode dziewczyny, podejmując decyzję o dalszym kształceniu. Aby zrozumieć, dlaczego wybrały taką ścieżkę kształcenia, autorki raportu przeprowadziły szereg pogłębionych wywiadów z pracującymi oraz szukającymi pracy kobietami z wykształceniem zasadniczym zawodowym.

Okazało się, że najważniejszym czynnikiem wpływającym na wybór szkoły jest po prostu rodzina. Dziewczyny z ZSZ-ów zazwyczaj pochodzą ze wsi i małych miasteczek. Kapitał kulturowy w ich rodzinach jest raczej niski; rodzice często kończą edukację po szkole podstawowej, ewentualnie zdobywają wykształcenie zawodowe. Zwykle nie kończą liceum. Dodatkowo najczęściej są to rodziny wielodzietne. Dziewczyny z ZSZ-ów nierzadko mają czwórkę, piątkę rodzeństwa, a pojawienie się każdej kolejnej osoby w rodzinie powoduje, że dostępnymi zasobami trzeba się podzielić z nowym członkiem rodziny. Przez to rodzice już za młodu na nie naciskają, żeby szybko zdobyły konkretny zawód i poszły do pracy. W takich sytuacjach nie ma mowy o tym, żeby rodzice pomagali swoim córkom finansowo, kiedy te studiują. Wręcz odwrotnie – po przekroczeniu przez dziecko pełnoletności zaczyna się od niego wymagać, żeby samo przynosiło do domu jakiś dochód.

W tym kontekście bardzo przygnębiająco brzmi wypowiedź jednej z badanych dziewczyn: „Dla mnie […] zakończenie szkoły podstawowej i przejście do nauki dalszej to przykry moment, bo byłam zdolnym dzieckiem. Ale urodziłam się w biednej rodzinie i moje wykształcenie było uzależnione od finansów rodziców. A tych finansów niestety nie było. Zadecydowali, że gdzieś do szkoły pójść muszę. Wstydziłam się, bo w szkole byłam prymusem, nauczyciele naciskali, żebym szła do liceum i na studia, bo miałam do tego wszelkie predyspozycje, ale moja rodzina nie pozwoliła mi się uczyć, bo było jeszcze młodsze rodzeństwo, dużo tego rodzeństwa. Stwierdzili, że jeśli będę chciała się uczyć, to zrobię to, jak będę już dorosła i samowystarczalna. I wyszło, jak wyszło”.

Zacytujmy obszerniejsze fragmenty z raportu Koalicji KARAT: „W wieku 14–15 lat wybór zawodu, potencjalnie na całe życie, jest czymś abstrakcyjnym i w wywiadach powszechnie podnoszona była przez kobiety kwestia braku dojrzałości w tym wieku do decyzji o kierunku kształcenia. W szkołach gimnazjalnych/podstawowych młodzież nie może za bardzo liczyć na pomoc w wyborze kierunku dalszego kształcenia – rzadko mają dostęp do testów kompetencyjnych czy profesjonalnego doradztwa zawodowego. W wielu przypadkach wybór kierunku kształcenia bywa zatem przypadkowy, a decyzje są podejmowane w warunkach ograniczonego wyboru – czasem to wręcz rodzice podejmują za nie te decyzje ”.

 

„Przy wyborze kierunku kształcenia lub zawodu dziewczęta często kierują się znanymi sobie zawodami, tj. tymi, które wykonują bliskie im osoby: matki, babcie, bardzo rzadko również bracia i ojcowie. Drugim czynnikiem określającym wybory kierunku są zainteresowania zazwyczaj oparte na doświadczeniach życia codziennego w gospodarstwach domowych. Czyli przyzwyczajenia do wykonywania kobiecych czynności w domu później stają się podstawą wyboru szkoły”.

„Wybory kierunków kształcenia, jakich dokonują dziewczęta, zazwyczaj są zgodne z przyjętymi w danym środowisku wzorami: inne zawody są odpowiednie dla chłopców, a inne dla dziewcząt (»dziewczyny do gastronomika«) […]. Dziewczęta czasami wybierają je bezrefleksyjnie, czasami z przekonania, że kobiety są inne niż mężczyźni i to predysponuje je do wykonywania innych zawodów […]. Pojawiła się też obawa »co ludzie powiedzą«, gdyby dziewczyna poszła na »typowo męski« kierunek – mogłoby to wzbudzić podejrzenie, że jest »niewystarczająco kobieca« lub kieruje nią desperacka chęć znalezienia partnera”.

Widać więc, że podczas wyboru ścieżki kształcenia przebadane dziewczyny najczęściej biernie odtwarzały stereotypowe role i w bardzo niewielkim stopniu same o sobie decydowały. Co więcej, tak cisnął je gorset ról społecznych, że specjalnie unikały „męskich zawodów”, aby przypadkiem nie przekreślić szansy na znalezienie partnera.

Jednak poczucie istnienia ostrego podziału między tym, co kobiece, a co męskie, nie wynika jedynie z tego, w jakim domu się wychowaliśmy. Niezwykle wielki wpływ ma na to również popkultura.

Weźmy na przykład starsze bajki Disneya. Jeff Guo, pisząc w „The Washington Post” o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach (1937 rok), Kopciuszku (1950) i Śpiącej Królewnie (1959), zauważa, że główne bohaterki są postaciami płaskimi, nie mają żadnych talentów ani zainteresowań, a Śpiąca Królewna, no cóż, tak naprawdę tylko śpi i czeka. Autor przytacza badanie Carmen Fought i Karen Eisenhauer, które postanowiły przeanalizować dialogi z disnejowskich filmów. Badaczki wyszły bowiem z założenia, że tak chętnie oglądane przez dziewczynki filmy (często po wielekroć) stanowią dla nich wzorzec zachowań.

Analiza Fought i Eisenhauer wskazuje, że o ile w starych, klasycznych filmach Disneya o księżniczkach postacie żeńskie mówiły więcej lub tyle samo, co mężczyźni, tak od 1989 roku to mężczyźni mówią w filmach znacznie więcej niż kobiety – nawet gdy główną bohaterką jest dziewczyna albo kobieta. Poza jednym wyjątkiem: w Meridzie Walecznej z 2012 roku to kobiety mówią znacznie więcej niż mężczyźni.

Jeśli ktoś chciałby polemizować, że to problem tylko jednego studia produkcyjnego, niestety byłby w błędzie. Portal The Pudding, który przeprowadza wnikliwe analizy zjawisk związanych z popkulturą, w 2017 roku wziął pod lupę dwa tysiące scenariuszy znanych filmów. Celem dziennikarzy było zbadanie, jak rysują się proporcje między kwestiami wypowiadanymi przez mężczyzn i przez kobiety.

Na trzydzieści jeden hitów kinowych wyprodukowanych przez Disneya, w aż dwudziestu trzech mężczyźni (lub też zwierzęta, auta czy inne istoty, którym antropomorficznie została przypisana płeć męska) wypowiadają ponad 60 procent kwestii. Na przykład w Księdze dżungli 98 procent kwestii przypada mężczyznom lub chłopcom. Podobnie jest w filmie Potwory i spółka. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to przecież oczywiste – skoro głównymi bohaterami są mężczyźni, kto inny ma czytać ich kwestie? Socjologowie stwierdziliby jednak, że stanowi to już pewnego rodzaju kulturową reprodukcję; z jakichś powodów dla Hollywood bardziej interesujące są postacie męskie. A przecież tak wcale nie musi być, szczególnie w przypadku bajek: skoro Disney potrafi sprzedać dzieciom gadające samochody i potwory, pewnie dałby radę wpleść więcej dziewczęcych postaci. Przy czym niestety nie gwarantuje to sprawiedliwego podziału kwestii: nawet w Pocahontas czy Mulan, gdzie głównymi postaciami są tytułowe bohaterki, ponad 60 procent kwestii wypowiadają mężczyźni. Co więcej, za najbardziej zdominowany przez pierwiastek żeński film uznano Tarzana, ponieważ kobiety wypowiadają w nim 64 procent kwestii. A to spora dysproporcja w porównaniu z Księgą dżungli, gdzie 98 procent kwestii dano mężczyznom lub zwierzętom płci męskiej.

Spójrzmy na szerszy kontekst. Analiza The Pudding pokazuje ogromną przewagę liczby męskich kwestii w filmach. Przykładowo – wśród owych dwóch tysięcy filmów znajdują się pięćdziesiąt cztery obrazy, w których wszystkie dialogi wypowiadają mężczyźni. Wśród nich są tak znane filmy, jak: Szeregowiec Ryan, Wściekłe psy, Człowiek, który gapił się na kozy, Helikopter w ogniu, Ucieczka z Alcatraz, Stań przy mnie czy Skazani na Shawshank. Jednocześnie wśród tych dwóch tysięcy znalazły się tylko dwa filmy, w których kobiety wypowiadają wszystkie kwestie. Były to: Koniec niewinności i Zejście.

To wszystko nie pozostaje bez wpływu na to, w jaki sposób dziewczynki (i chłopcy) uczą się swoich ról w społeczeństwie. Można wręcz powiedzieć, że postaciom kobiecym twórcy filmów – które przecież w dużej mierze kształtują naszą kulturę – dają mniej głosu. A czasami nie dają go wcale. I zdarza się to prawie trzydzieści razy częściej niż w przypadku mężczyzn.

Dlaczego to, co zawierają filmy dla dzieci, jest tak istotne, pośrednio wyjaśnia doktor Marcin Napiórkowski, autor książki Kod kapitalizmu: „Mój syn, Adaś, miał wtedy dwa i pół roku. Wrócił z przedszkola, spojrzał na swoją mamę i powiedział: »Jaką masz śliczną spódniczkę z Elsą«. Elsa to oczywiście bohaterka »Krainy lodu«, najpopularniejszej animacji ostatnich lat (z imponującymi 1,27 miliarda dolarów wpływu z biletów zostawia w tyle nawet »Minionki«, nie dając szans »Autom«, królującym wśród męskiej części dziecięcej publiczności). […] Sęk w tym, że na spódnicy mojej żony nie było bohaterki Disneya, a Adaś nigdy nie widział »Krainy lodu«. Gdy zacząłem z nim rozmawiać, okazało się, że nie wiedział nawet, że Elsa jest postacią. Po prostu w przedszkolu, do którego chodził, określenie »z Elsą« było największym komplementem, jaki można było powiedzieć dziewczynie. »Bluzeczka z Elsą«, »spódniczka z Elsą«, »plecaczek z Elsą«… »Zelsą« (bo Adaś wymawiał to jako jedno słowo) oznaczało po prostu »wspaniały«, »godny pożądania«, »piękny«. No i »dla dziewczyn«, a to jedna z pierwszych rzeczy, jakich w przedszkolu dzieci uczą się o franczyzach kulturowych. Niektóre są dla chłopaków, inne tylko dla dziewczyn” – pisze Napiórkowski.

Skoro już jesteśmy przy kulturze popularnej, rzućmy jeszcze okiem na reklamy. One również snują opowieści o naszym świecie. Opowieści, w które – chcąc nie chcąc – w jakimś stopniu wierzymy. A już na pewno wierzą w nie dzieci.

W 2010 roku Julia Makowska-Songin przeprowadziła analizę pięćdziesięciu dwóch reklam, które w ciągu siedmiu dni zostały wyemitowane w TVP1 w paśmie najczęściej oglądanym przez dzieci. (Aby ustalić, w jakim czasie dzieciaki zazwyczaj oglądają telewizję, badaczka przeprowadziła ankietę wśród niemal setki dzieci). Dlaczego Makowska-Songin wybrała akurat telewizję publiczną? Z uwagi na przyświecającą jej i (rzekomo) realizowaną misję. Badaczka przytacza w artykule cytaty z misji TVP, w tym to, że „przyjmuje [ona] szczególną odpowiedzialność za zaspokojenie potrzeb dzieci i młodzieży, za wprowadzenie ich do życia w społeczeństwie i kulturze polskiej”.

Zdaniem badaczki reklamy przedstawiają kobiety jako osoby słabe, a mężczyzn – jako dominujące. „Główne i najczęściej powtarzające się wnioski płynące z dotychczasowych analiz sugerują, że reklamy często ukazują tradycyjny i stereotypowy podział ról kobiecych i męskich, gdzie silny i dominujący mężczyzna zarabia na życie, podczas gdy kobieta zajmuje się gotowaniem, sprzątaniem, praniem i opieką nad dziećmi, a w wolnych chwilach niedoskonałościami swojego wyglądu” – pisze Makowska-Songin.

„Na podstawie analizy treści reklam zaobserwowano, że kobiety zdecydowanie częściej niż mężczyźni bywają określane, a nawet definiowane poprzez swój wygląd. Mianowicie, na 24 kobiety tylko pięć postaci męskich zaabsorbowanych jest swoim wyglądem, czego wyrazem jest na przykład przeglądanie się w lustrze czy użycie kosmetyków. W reklamie zabawek można również zaobserwować odniesienia do wyglądu jako elementu definiującego kobietę. Małe dziewczynki w reklamie lalek podczas zabawy słyszą głos narratora: »Dawno, dawno temu żyły sobie śliczne księżniczki... Czy ty też jesteś taka jak one?«. W reklamie zabawek skierowanej do chłopców nie ma wzmianek o wyglądzie, a jedynie o »potężnych władcach« i »wielkich potworach«, czyli o sile i władzy” – zauważa badaczka.

Nikogo chyba nie zdziwi, że taki rodzaj przekazu reklamowego nie jest typowo polskim zjawiskiem. Również z badań międzynarodowych wynika, że na całym świecie reklamy pokazują zbliżony obraz ról społecznych. „Nasuwa się pytanie, czy tego typu wizerunek wraz z upływem czasu ulega jakimkolwiek przemianom. Obecnie w reklamach telewizyjnych oprócz stereotypowych gospodyń domowych coraz częściej możemy oglądać nowoczesne i niezależne kobiety oraz mężczyzn wykonujących czynności tradycyjnie przypisywane płci pięknej” – pisze Makowska-Songin.

Wiele osób do dzisiaj pamięta słynne „Ojciec, prać?!” ze spotu Polleny 2000 emitowanego na początku lat dziewięćdziesiątych. Trudno odmówić pewnej oryginalności i absurdalnego humoru autorom reklamy. Zwrot „Ojciec, prać?!” (w zasadzie „Ociec, prać?”) pochodzi z Potopu Henryka Sienkiewicza. W oryginale bracia Kiemlicz, chcąc się upewnić, czy mają użyć przemocy, proszą ojca, aby rozstrzygnął tę kwestię. Stary Kiemlicz odpowiada na to „Prać!”. W reklamie również pojawia się odpowiedź „Prać”, ale po przecinku słyszymy: „Pollena 2000 sprawdza się w praniu”. Ta absurdalna gra słów tak bardzo przypadła Polakom do gustu, że nawet dzisiaj, prawie trzydzieści lat po emisji spotu, slogan bardziej kojarzony jest z proszkiem do prania niż z klasycznym dziełem literackim.