Mołdawia

Tekst
Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Marina ma trzydzieści cztery lata, kruczoczarne długie włosy i polsko brzmiące nazwisko. Ma też nieco ironiczne przekonania człowieka, który mimo stosunkowo młodego wieku całkiem sporo już przeżył i wyzbył się naiwności. Nim zdecydowała się na emigrację z kraju, zatrudniona była w kiszyniowskim ośrodku ekspertyz sądowych jako biegły psychiatra. To elitarna profesja. W całej Mołdawii pracowało w jej czasach zaledwie sześcioro takich specjalistów. Do 2017 zarabiała przyzwoicie, jak na mołdawskie warunki. Co miesiąc otrzymywała z sądu 4000 lei, czyli mniej więcej 900 złotych. Ot, nieco mniej niż średnia krajowa wynosząca wówczas około 5000 lei. Czy da się za to przeżyć?

– Jasne, że nie – odpowiada Marina z wyczuwalną kpiną. – Przyzwoite, no w miarę przyzwoite mieszkanie w stolicy kosztuje minimum 3000 lei. Prawie całe wynagrodzenie już na początku miesiąca musisz więc przeznaczyć na swój dach nad głową.

A co z rachunkami, jedzeniem? Wreszcie, co z życiem? Rozrywkami? Niektórym pomagają pracujący za granicą rodzice. Ale rodzice Mariny za granicą nie pracują i zwyczajnie nie stać ich na wspieranie finansowe córki. Zresztą, nawet gdyby było inaczej, Marina nie chciałaby, aby ją, ponadtrzydziestoletnią kobietę, utrzymywali bliscy. Jak mówi, to kwestia honoru. Dlaczego nie dorabiała jako prywatny psychiatra, we własnym gabinecie? Bo w Mołdawii nie ma takiej możliwości. Nie wolno wykonywać tego zawodu na własną rękę, poza systemem publicznej służby zdrowia. Marina brała więc dodatkowe dyżury w poradni. No i wyszła za mąż. Tak, głównie z miłości, ale też, by było jej lżej. We dwoje można przecież dzielić rachunki, choćby za mieszkanie. Jak mówi, w Mołdawii tak to już jest:

– Albo masz z kim sypiać, albo bierzesz łapówki.

Marina łapówek brać nie chciała. Opierała się wszechobecnym w mołdawskim sądownictwie i służbie zdrowia patologiom: korupcji, nepotyzmowi i układom. Przez wiele lat utrzymywała niezależność. Dla zasady.

Ale wtedy nadszedł rok 2017, a wraz z nim nowa ustawa regulująca wynagrodzenia biegłych, która przywróciła pensje z początku lat dziewięćdziesiątych. Z dnia na dzień cofnięto wszystkie dotychczasowe waloryzacje. Podobno wynikało to z błędu w ustawie. Tak mówiono. W rezultacie Marina mogła liczyć już nie na 4000, ale zaledwie na 2000 lei. To mniej więcej 450 złotych. Tak miała zarabiać mołdawska elita. Kiedy nowe regulacje weszły w życie, dyrektor zebrał cały zespół i poprosił o spokój.

– „To wszystko jeszcze się jakoś ustabilizuje. Poczekajcie trochę”, argumentował – opowiada Marina. – Moja koleżanka wstała wtedy i zapytała, jak tu czekać, skoro ma dwoje dzieci, które musi wykarmić? Jak spłacać kredyty? Dyrektor odparł tylko, że niestety nie ma teraz żadnych dodatkowych środków, i raz jeszcze poprosił, byśmy zaczekali i nie podejmowali pochopnych decyzji. Więc czekaliśmy. Minął miesiąc, ale ministerstwo zdawało się zupełnie nie przejmować sytuacją. Żadnych ruchów, żadnych prób zmiany czy poprawienia rzekomo felernej ustawy. Kiedy dostałam kolejną wypłatę w wysokości 2000 lei, coś we mnie pękło. Pomyślałam sobie: „Serio? Mam teraz walczyć o te swoje idee za marne 100 euro?”.

To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Marina straciła złudzenia, które powstrzymywały ją przez lata przed wyjazdem z kraju.

– Na pewnym etapie życia, kiedy człowiek jest jeszcze młody, żyje nadzieją. Myśli sobie: „Wytrzymam. Zrobię karierę, skończę studia, kursy, specjalizację, zdobędę lepszą pracę, lepszą posadę. I będę żył przyzwoicie”. Wiele poświęcasz, ale wciąż pocieszasz się myślą, że w końcu ten cały wysiłek ci się opłaci. Aż nagle po latach zatrzymujesz się, patrzysz na to wszystko i widzisz, że to było bez sensu. Że masz już swój upragniony tytuł, dyplom, a nawet stanowisko, ale cała ta „kariera” nie daje ci szansy na to, by żyć po ludzku. Opłacić rachunków, mieszkania, jedzenia. Skończyłam sześcioletnie studia medyczne. Potem przez trzy lata robiłam specjalizację psychiatryczną, a na koniec jeszcze dwa lata specjalizowałam się w psychiatrii sądowej. To jedenaście lat nauki, a po obniżce wynagrodzeń zarabiałam tyle samo, ile sprzątaczka w ośrodku, w którym byłam zatrudniona! W ciągu tygodnia spakowałam walizkę i wyjechałam. Do Polski.

Ale pozostała piątka biegłych pracujących razem z Mariną została na miejscu z nadzieją, że parlament jednak zmieni regulacje i przywróci dawne pensje. Czemu zdecydowali się pozostać? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Może dlatego, że mieli już swoje lata i nie chcieli zmian? Marina była w tym zespole najmłodszą z ekspertek, pracowała tam zaledwie kilka lat. Reszta to pracownicy z wieloletnim, czasem nawet dwudziestoletnim stażem. Marina, gdy podjęła decyzję o wyjeździe, miała nieco ponad trzydzieści lat. Najmłodsza z jej koleżanek miała dziesięć lat więcej. Ci, którzy pracowali tam dłużej, zarabiali też nieco lepiej niż Marina. Gdy – już po obniżce wynagrodzeń – ona mogła liczyć na 2000 lei, oni otrzymywali niecałe 3000 lei. Podejmując się dodatkowych zajęć, biorąc dyżury, opiniując więcej spraw sądowych, mogli dociągnąć nawet do 5000 lei. Ale to wymagało od nich pracy na dwa etaty. Bez wytchnienia. A może powodem było przywiązanie do stanowisk i do bezpieczeństwa – choćby głodowego – które te im dawały? Nie znali obcych języków i bali się ryzykować. Tak po ludzku. Niełatwo jest podjąć decyzję o wyjeździe, gdy ma się czterdzieści czy pięćdziesiąt lat. Oznacza to właściwie porzucenie wszystkiego, na co się pracowało. Zanegowanie swoich dotychczasowych osiągnięć, a nawet przyznanie się do pewnej porażki. No bo jak w połowie życia zaczynać wszystko od nowa, w obcym kraju? Koledzy Mariny w przeciwieństwie do niej mieli też często jakieś mieszkania, domy. Na własność. Marina była w innej sytuacji.

– Ale nawet gdybym miała dom czy mieszkanie, to i tak bym nie została – deklaruje, przyznając przy tym z uśmiechem, że doskonale rozumie lęk swoich kolegów i koleżanek. – Cholera, sama się bałam. Ale w pewnej chwili po prostu postawiłam wszystko na jedną kartę.

Historia Mariny nie jest wyjątkowa. Znaczna część młodych mołdawskich lekarzy kończących studia wyjeżdża do pracy za granicę. Czasem fala emigracji jest większa, czasem mniejsza. Zależy. Kiedy zapowiadane są jakieś nowe zmiany czy reformy, ludzie wstrzymują się z takimi decyzjami. Czekają. Żyją nadzieją. Ale w końcu większość i tak emigruje. Z grupy studentów medycyny, którzy studiowali z Mariną na tym samym roku, w kraju pozostało jedynie 30 procent. Reszta już wyjechała. W większości do Rosji. Dlaczego właśnie tam? Z kilku przyczyn. Po pierwsze, tamtejsze regulacje nie wymagają nostryfikacji mołdawskiego dyplomu. Po drugie – jak przekonuje Marina – specjalizacja trwa tam jedynie rok, a ordynaturę można otrzymać w ciągu kolejnych dwóch. To kusi wielu. Ci, którzy wyjeżdżają na Zachód, muszą się postarać nie tylko o uznanie swojego mołdawskiego wykształcenia, ale też zrobić pięcioletnie studia specjalizacyjne. Mogą jednak potem liczyć na lepsze zarobki. No i Zachód to jednak Zachód. Marina nie wyjechała do Rosji, bo po prostu nie chciała mieszkać w tym kraju.

– Mnie akurat nie chodziło o pieniądze – dodaje.

Problem odpływu lekarzy z roku na rok staje się coraz poważniejszy. Według Mihaia Ciocanu, wiceministra zdrowia Mołdawii w latach 2013–2015, od momentu uzyskania niepodległości około 40 procent lekarzy w tym kraju zrezygnowało z pracy i – w większości – wyjechało za granicę. Zmniejszenie liczebności specjalistycznej kadry o niemal połowę, w połączeniu z permanentnym niedofinansowaniem sektora ochrony zdrowia i związanym z nim niedoborem sprzętu, zaopatrzenia i leków, doprowadziło w ciągu ostatnich kilkunastu lat do skokowego pogorszenia się poziomu opieki zdrowotnej w Mołdawii. Niektórzy wprost mówią o cywilizacyjnym regresie. I trudno się im dziwić. Do kraju powróciły wytępione już niemal jeszcze w czasach ZSRR choroby, między innymi gruźlica. Od roku 1990 wskaźnik zapadalności na nią wzrósł ponaddwukrotnie. Zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w 2017 roku w Mołdawii odnotowywano 95 przypadków tej choroby na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównania w tym samym czasie prowadząca wojnę z Rosją Ukraina zarejestrowała 84 przypadki na 100 tysięcy mieszkańców, a Polska zaledwie 17. Wiszące w publicznych miejscach bilbordy wzywające do badań profilaktycznych już od lat stanowią między Prutem a Dniestrem trwały element krajobrazu. Choroba ta szerzy się przede wszystkim w przepełnionych więzieniach, gdzie warunki sanitarne są fatalne. Co gorsza, administracja penitencjarna robi niewiele, by tę sytuację zmienić. Ba, zamknięcie we wspólnej celi z gruźlikami traktowane jest niekiedy przez strażników jako dodatkowa kara lub instrument dyscyplinujący. O skali kryzysu w służbie zdrowia świadczy też radykalne pogorszenie się sytuacji ciężarnych. Zgodnie z danymi mołdawskiego Ministerstwa Zdrowia oraz WHO wskaźnik umieralności matek podczas porodu mieści się dziś w tym kraju w przedziale od około 30 do ponad 40 przypadków na 100 tysięcy narodzin. To nawet pięciokrotnie więcej niż w Unii Europejskiej i ponad trzynaście razy więcej niż w Polsce. Wreszcie, od czasu uzyskania przez Mołdawię niepodległości, wskaźnik umieralności wzrósł aż o 44 procent w przypadku mężczyzn i o 30 procent w przypadku kobiet.

Ale Marina twierdzi, że wbrew pozorom nie jest jeszcze najgorzej. Obecnie sytuację ratują bowiem starsi, emerytowani już lekarze, którzy mimo wieku nadal pełnią swoje obowiązki. To ci, którzy nie zdecydowali się na wyjazd z kraju, najczęściej właśnie ze względu na wiek i przywiązanie do swojego miejsca pracy.

– Prawdziwą katastrofą byłaby ustawa zakazująca prowadzenia praktyki medycznej przez emerytów – mówi, dodając, że choć rozważa się czasem ten pomysł, to chyba raczej nikt się na to nie poważy. Mimo to uzupełnienie braków kadrowych w służbie zdrowia emerytami to rozwiązanie krótkoterminowe, bo – jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało – ludzie ci w ciągu najbliższych dziesięciu–dwudziestu lat po prostu wymrą. – Co wtedy? – pyta retorycznie Marina i wzrusza ramionami. Nie wydaje się, by ktokolwiek w jej ojczyźnie próbował szukać odpowiedzi na to pytanie.

 

Marina twierdzi, że w ostatnim czasie specyfika migracji wyraźnie się zmieniła. Przez wiele lat dominowała tak zwana migracja cyrkularna, krótkoterminowa. Ludzie wyjeżdżali za granicę na kilka miesięcy. Mężczyźni ruszali wiosną na place budowy w Moskwie czy Petersburgu, by jesienią, po pół roku wrócić do domu z zarobionymi pieniędzmi. Kobiety pracowały głównie w usługach, częściej niż mężczyźni decydowały się też na wyjazdy na Zachód. Może dlatego, że tam była dla nich praca? Budowlanka to w końcu niezbyt popularne zajęcie wśród kobiet. Dorabiały jako opiekunki, kelnerki, gdzie się dało.

– Ale dziś jest inaczej – mówi Marina. – Jeśli ktoś wyjeżdża, to coraz częściej robi to na dobre. Nie ma na co czekać. I nie ma do czego wracać – konstatuje ze smutkiem.

3

Słowa mojej rozmówczyni potwierdzają raporty instytucji międzynarodowych takich jak Międzynarodowa Organizacja do spraw Migracji czy ONZ. Choć dostępne dane różnią się w zależności od źródeł, metodologii i intencji podającej je instytucji, szacuje się, że od 15 do aż 25 procent populacji Mołdawii pracuje obecnie za granicą. To nawet 800 tysięcy osób. W zdecydowanej większości młodych, aktywnych i samodzielnych. Ocenia się, że wraz z migrantami najbiedniejszy kraj Europy stracił 40 procent całej swojej siły roboczej. Wyjeżdżają zawsze najzdolniejsi, bo to oni czują, że pozostając na miejscu, tracą najwięcej. Jedna na trzy rodziny w Mołdawii deklaruje, że co najmniej jeden z jej członków zmuszony był do podjęcia pracy za granicą ze względów ekonomicznych.

Emigracja i niż demograficzny sprawiają, że co najmniej kilkadziesiąt wsi w tym niewielkim kraju jest dziś na skraju wymarcia. W 2004 roku w Mołdawii istniało aż pięćdziesiąt miejscowości, w których zamieszkiwało nie więcej niż pięćdziesięcioro mieszkańców. Najgorzej jest w okolicach miasta Telenești, leżącego w pół drogi między Bielcami a Kiszyniowem. Tylko nieco lepiej jest na północy, wzdłuż granicy z Ukrainą, w rejonie Sorok, Bryczan i Florești. Miejscowości takie jak Dărcăuții Noi czy Frumoșica Nouă istnieją dziś już tylko na mapach. W wiosce Odaia, położonej niedaleko miasteczka Șoldănești, stoi sześć porzuconych domów. Jest tam też studnia oraz troje mieszkańców. Dwóch mężczyzn i jedna kobieta. To wszystko.

– Kiedyś stały tu trzy tuziny domów. Zamieszkanych. I w każdym żyły jakieś dzieci – mówi Ion, będący siłą rzeczy reprezentantem jednej trzeciej mieszkańców wioski. Wspomina przy tym czasy, gdy wszyscy wkoło hodowali świnie, króliki, drób. – Rozjechali się, wraz z rodzinami. Część do Moskwy, część do Włoch – odpowiada na wiszące w powietrzu pytanie o to, co stało się z ich wioską.

Ion nie wyjechał. Po co? Poza tym jest za stary na emigrację, ma siedemdziesiąt lat. Mieszka sam, ale nie narzeka. I tak nie jest przecież najgorzej, bo wciąż cieszyć się może towarzystwem dwojga swoich ostatnich sąsiadów. Siedemdziesięcioczteroletniej Lidii oraz jej męża, którzy swego czasu mieszkali w powiatowych Șoldăneștach, ale ze względów finansowych zmuszeni byli przeprowadzić się na wieś. Odaia to niezwykle spokojne miejsce. Do głównej drogi jest stąd ledwie kilkaset metrów, ale cóż to za główna droga? Ruch na niej niewielki, bo trasa ta prowadzi wyłącznie z Șoldăneșt do Odai i czterech innych nadbrzeżnych wiosek, z których największą jest liczący sobie około 1200 mieszkańców Alcedar. Dlatego też ani Ion, ani Lidia, ani jej małżonek nie narzekają na nadmiar gości.

– Najczęstszym gościem jest tu chyba policja. Zajadą czasem, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku – przyznaje Ion.

Niektórzy z moich stołecznych rozmówców na wieść o historii ostatnich mieszkańców Odai zdobywają się na odrobinę wisielczego humoru, mówiąc, że policja po prostu boi się, że kiedyś staruszkowie umrą i nie będzie miał kto ich pochować. Głównym problemem dla trojga mieszkańców jest odległość dzieląca ich wioskę od najbliższej apteki czy sklepu. Nikt rozsądny nie otworzy przecież interesu dla trzech emerytów. Nie opłaci się to też żadnemu obwoźnemu handlarzowi. Dlatego by dostać lekarstwa czy kupić niezbędne produkty, mieszkańcy Odai muszą pokonać co najmniej dwa–trzy kilometry, by dotrzeć do Alcedaru. Na poważniejsze zakupy jechać trzeba do powiatu, a to już prawie dziesięć kilometrów. Historia Odai nie jest wyjątkowa. Co roku z mapy Mołdawii znika około czterech wiosek.

Ion z zamieszkanej przez trzy osoby Odai miał rację, gdy wspominał o tym, dokąd wyjechali jego sąsiedzi i ich dzieci. Zdecydowana większość Mołdawian od lat wyrusza na poszukiwanie lepszego życia właśnie do Rosji. Szacuje się, że kraj ten wybiera co drugi z mołdawskich gastarbeiterów. Drugim najpopularniejszym kierunkiem jest Unia Europejska. W niej zaś prym wiodą przede wszystkim Włochy, gdzie zamieszkuje około 25 procent diaspory. Kolejne są Francja, Portugalia, Wielka Brytania, Grecja czy Rumunia. Na każde z tych państw przypada od jednego do trzech procent ogólnej liczby migrantów. Kraje te przyciągają przede wszystkim niezłymi zarobkami oraz – rzecz jasna poza Grecją i Wielką Brytanią – bliskością językową. W ostatnich latach coraz większą popularnością cieszą się też inne kraje, takie jak Turcja – szczególnie popularna wśród turkojęzycznych Gagauzów – oraz USA, Izrael czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.

– Do Rosji wyjechać było zawsze najłatwiej – mówi Adrian, blondwłosy student czwartego roku filologii angielskiej pochodzący z położonej na granicy z Naddniestrzem Bulboaki.

Siedzimy przy niewielkim stoliku w holu głównego gmachu Uniwersytetu Państwowego w Kiszyniowie. Jest zimno, więc Adrian miętosi w dłoniach papierowy kubek podłej herbaty z automatu. Przed chwilą rozbrzmiał dzwonek ogłaszający koniec zajęć. Jak w szkole. Dookoła krzątają się studenci. Panuje hałas. Ale Adrian ma mocny głos, ćwiczy, bo chce zostać lektorem angielskiego. Mówi, że modulacja głosu obok dobrej znajomości gramatyki i leksyki to podstawa w tej branży. Nie muszę więc nawet zbytnio wysilać słuchu, by go zrozumieć.

– Nie ma tam bariery językowej i, co ważniejsze, mentalnej. Mołdawianie mogą Rosjan lubić lub nie lubić, ale rozumieją ich. Nie są oni dla nas obcy. Tak jak i rosyjska kultura. Nieważne, jak bardzo uważasz się za Rumuna, i tak, jeśli tylko urodziłeś się w tym kraju, wychowywałeś się przecież na Puszkinie i Tołstoju, a na pierwszych szkolnych dyskotekach tańczyłeś do kawałków zespołu Kino albo współczesnej rosyjskiej popsy. Jadąc do roboty do Rosji, mogłeś obawiać się wielu rzeczy: że pośrednik zrobi jakiś przekręt i dostaniesz mniejszą dniówkę, niż myślałeś, że załatwione przez niego mieszkanie okaże się dwa razy mniejsze, niż obiecywał, że policja regularnie będzie wyłudzała od ciebie łapówkę, by przymknąć oko na brak dokumentów uprawniających do pracy. Ale nie musiałeś martwić się, że stanie się tam coś dziwnego, nieznanego i niezrozumiałego. Taka to ludzka natura – stwierdza i trzymając kubek oburącz, pociąga z niego długi łyk.

Słowa Adriana sprawiają, że przed oczami stają mi zasłyszane tu i ówdzie historie oszukanych przez swoich rosyjskich pracodawców Mołdawian. Pół biedy, jeśli stawką są po prostu utracone pieniądze i nerwy. Czasem chodzi jednak o życie. Dosłownie kilka dni przed naszym spotkaniem w mołdawskich mediach pojawiła się informacja o trzydziestotrzyletnim brygadziście z Bielc, który wraz z kolegami przez kilkanaście miesięcy pracował na budowie w Moskwie. Niedługo przed Nowym Rokiem, który w Mołdawii, jak i w większości krajów poradzieckich rozpoczyna okres świąteczny, podlegli brygadziście koledzy powrócili do domów, on zaś sam pozostał w rosyjskiej stolicy jeszcze przez kilka dni, by rozliczyć się z pracodawcami. Tyle że ci żadnym rozliczeniem nie byli zainteresowani. Gdy Mołdawianin zwrócił się o pieniądze dla siebie i dla pozostałej części ekipy budowlanej, po prostu wyrzucili go za drzwi. I tyle. Prośby nie skutkowały, groźby nie miały sensu. Policja, sądy? Ta droga dla nielegalnych gastarbeiterów jest z oczywistych przyczyn zamknięta. Jak mówi się w Rosji, zleceniodawcy po prostu „kinuli”, czyli porzucili, spisali na straty swoich mołdawskich robotników. Przerażony, bezradny i pozbawiony nadziei na pomoc szef ekipy budowlanej wsiadł do pociągu i wrócił z Moskwy do rodzinnych Bielc.

„Tego wieczoru po powrocie z Moskwy majster miał spotkać się z brygadą i wytłumaczyć im, że nie dostaną pieniędzy za swoją pracę. Wyszedł ze swojego mieszkania na umówione spotkanie, stanął na klatce schodowej i w ciągu kilku sekund zwyczajnie padł na ziemię. Lekarze pogotowia stwierdzili śmierć na miejscu”[4] – opowiadał mołdawskiej edycji gazety „Komsomolska Prawda” sąsiad nieszczęsnego gastarbeitera. Według opinii specjalistów jego serce nie wytrzymało długotrwałego napięcia i stresu.

Opowiadam tę historię Adrianowi. Nie słyszał jej wcześniej, ale nie wydaje się zdziwiony.

– O tym właśnie mówię. To straszne, ale… hm… swojskie. To zło, to ryzyko. Ono jest oswojone. Zawsze lepsza jest ta przemoc, którą znamy, prawda? A najgorsze i najbardziej groźne wydaje się nam nieznane.

Chwilę później dajemy już spokój tej historii, a Adrian wraca do wcześniejszego wątku. Argumentuje, że popularność kierunku rosyjskiego wśród mołdawskich migrantów wynika także z łatwości dostępu do tamtejszego rynku pracy. Mołdawianie mogą wjeżdżać do Rosji bez wiz, do tego do niedawna mogli przebywać na jej terenie właściwie bez ograniczeń. Właściwie, bo formalnie po upływie trzech miesięcy musieli opuścić terytorium Federacji, by – jak ujął to Adrian – „zresetować licznik”. Wrócić mogli już nawet dzień później. Po takim manewrze wspomniane trzy miesiące naliczały się znów od początku. Tak było aż do 2014 roku, gdy między innymi ze względu na planowane przez Kiszyniów podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską Moskwa zaostrzyła przepisy migracyjne, ograniczając Mołdawianom prawo do przebywania w Rosji do dziewięćdziesięciu dni w okresie pół roku. W praktyce oznaczało to, że po każdych trzech miesiącach w Rosji obywatel Mołdawii musiał opuścić ją na minimum kwartał. Wprowadzenie nowych regulacji w ciągu kilku miesięcy uczyniło z około 200 tysięcy Mołdawian „nielegałów”, jak nazywa ich potocznie rosyjska Federalna Służba Migracyjna. To wraz z załamaniem kursu rosyjskiego rubla po wybuchu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego doprowadziło do spadku popularności Rosji jako mekki gastarbeiterów. Wyjazd na Wschód nie jest już ani tak łatwy, ani tak dochodowy.

– Mimo to – mówi Adrian – nigdzie nie ma nas tak dużo jak tam. I tak pewnie będzie jeszcze długo. To nie tak, że ludzie mówią sobie: „Nie opłaca mi się ta Rosja, jadę spróbować szczęścia na Zachodzie”. O nie. Siedzą tam tak długo, jak mogą, póki ich nie wyrzucą, nawet jeśli staje się to mało opłacalne. A jeśli wracają, to po prostu zostają na miejscu. I czekają…

Zasada ta działa też w drugą stronę. Marina, zapytana o to, dlaczego wyjechała do pracy na Zachód, odpowiada wprost:

– Po pierwsze, dlatego że kategorycznie nie chciałam jechać do Rosji. Po prostu. Nie było takiej opcji. Może tu trudniej załatwić sobie możliwość legalnej pracy, ale później jest już z górki – mówi.