Mołdawia

Tekst
Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kamil Całus
Mołdawia
Państwo niekonieczne


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Kamil Całus

Copyright © by Kamil Całus, 2020

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Monika Ples i Jadwiga Makowiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Karolina Księżyc / d2d.pl

Copyright © for the maps by d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-989-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Uproszczony sposób wymowy rumuńskich liter

Jak kwiaty niesione przez rzekę…

„Nigdy tu nie wrócę”

W teatrze lalkarza Vlada

Naród na granicy realności

Zjednoczenie, które dzieli

Mołdawskie skrzydła

Państwo konieczne?

Posłowie

Wybrana bibliografia

Przypisy

Kolofon

Rodzicom



Uproszczony sposób wymowy rumuńskich liter

ă – miękkie „a” przechodzące w „e” [æ]

â oraz î – to odpowiednik polskiego „y”; obydwie litery czyta się w ten sam sposób; „î” występuje tylko na początku i końcu, „â” zaś stosuje się jedynie wewnątrz wyrazów

ae – czytamy jako „ai”

ea – czytamy jako miękkie „e”

ț – to odpowiednik polskiego twardego „c”

ș – to odpowiednik polskiego „sz”

j – to odpowiednik polskiego „ż”

Pewnych kłopotów nastręczać może litera „c”. Co do zasady należy czytać ją jako „k”, jak na przykład w nazwisku Plahotniuc (czyt. Plahotniuk). Jeśli jednak następuje po niej samogłoska „e” lub „i”, to mamy do czynienia odpowiednio ze zgłoską czytaną jako „cze” (ce) oraz „czi” (ci). Co więcej, jeśli po literze „c” następuje litera „h”, a dopiero potem samogłoska „e” lub „i”, to zbitki takie czytamy odpowiednio jako „ke” (che) oraz „ki” (chi).

Podobna zasada dotyczy litery „g”. Samodzielnie stanowi ona odpowiednik polskiego „dż”. Jednakże wraz z samogłoską „e” oraz „i” tworzy odpowiednio zgłoskę „dże” (ge) i „dżi” (gi). Jeśli po literze „g” występuje litera „h”, to zbitkę taką – „gh” – wymawiamy jak polskie „g”. Oznacza to, że zbitki „ghe” oraz „ghi” czytać należy odpowiednio jako „ge” oraz „gi”.

Litera „i”, jeśli występuje na końcu wyrazu, pozostaje niema. W związku z tym nazwisko „Morari” odczytamy jako „Morar”. Pamiętajmy przy tym, że w razie obecności podwójnego „i” na końcu wyrazu tylko pierwsze z nich jest nieme.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Jak kwiaty niesione przez rzekę…
1

– Mówisz „mur berliński”?! Mur berliński to przy tym było nic! – oburza się Nicu, wskazując ręką na płynącą zaledwie kilka metrów przed nami rzekę.

Siedzimy na mokrym piasku i wpatrujemy się w przeciwległy, rumuński brzeg. W prawej dłoni mojego sześćdziesięcioletniego towarzysza tkwi zapalony przed chwilą papieros klasycznej, mołdawsko-sowieckiej marki Doina. „Że też oni je do tej pory produkują” – myślę, spoglądając na biało-czerwoną paczkę z charakterystycznie wykaligrafowaną nazwą nadrukowaną nad złotym paskiem z napisem „King Size”.

Nicu tak naprawdę nazywa się Nicolae, ale jak większość Mołdawian noszących to imię woli używać jego krótkiej formy. Zresztą tu właściwie każdy Vladimir to Vlad, Leonid to Leo, a Nicolae to Nicu. Jeszcze w drodze nad rzekę, gdy wolnym krokiem szliśmy zaniedbaną alejką przez park Francuski leżący na południowym skraju Ungheni, Nicu tłumaczył mi, dlaczego chce, by nazywać go właśnie w ten sposób:

– Jestem rumuńskim chłopem z dziada pradziada, a nie hospodarem mołdawskim, żebym się tytułował Nicolae jak car, co go komuniści zabili. Albo jak ten szewc, Słoneczko Karpat jego mać, co to go nasi bracia zza Prutu w końcu razem z tą jego babą rozstrzelali. Tylko prezydent Voronin był Vladimir, choć Mołdawianin. No, ale jego ojczym wychowywał. Rosjanin. Poza tym on chciał być jak oni. Ale czy to tylko on jeden? I dlatego prócz rosyjskiego imienia przejął też po ojczymie rosyjskie nazwisko. A przecież on był nasz, Bujeniță po ojcu! Wtedy wielu rodziców w Mołdawii nadawało dzieciom rosyjskie imiona. Żeby miały w życiu łatwiej.

Sam Nicu w życiu nie miał jednak łatwo. Jak wszyscy przeżył konsekwencje upadku Związku Radzieckiego. I przez kolejne lata biernie patrzył tylko, jak rzeczywistość wokół niego dosłownie rozpadała się na kawałki. Jego dzieci wyjechały za granicę jeszcze na początku XXI wieku. On wyjechać nie chciał, był u siebie. Twierdził też, że jest za stary. Zresztą, kto to widział, by emeryci poniewierali się po świecie? Czy był szczęśliwy? Cóż. Ostatni raz naprawdę szczęśliwy i pełen naiwnej nadziei był właśnie tu, nad brzegiem Prutu. W 1990 roku. Tak w każdym razie mówił Nicu.

Siedzimy więc i rozmawiamy o tym rzecznym berlińskim murze, który przez prawie pół wieku stanowił niemal nieprzekraczalną granicę dzielącą ludzi mówiących tym samym językiem. Murze, który jak ten w Berlinie odcinał rodziców od dzieci i dziadków od wnucząt. Za próbę jego przekroczenia, jak w podzielonej stolicy Niemiec, groziła właściwie pewna śmierć. Nikt nielegalnie nie mógł tak po prostu wjechać do Kraju Rad czy też – tym bardziej – wyjechać z niego. Nicu wzdycha przeciągle i gniecie w dłoni puste opakowanie po doinach, a potem rzuca je niedbale w nadrzeczny piach. Tu, w Ungheni, Prut rozlewa się szeroko, równomiernie obmywając rumuński i mołdawski brzeg. Płynie leniwie, wije się i meandruje, nadając dawnej południowo-zachodniej granicy Imperium Rosyjskiego, a później ZSRR kształt dziecięcej wycinanki. Rzadko bywa modry. Niekiedy, gdy światło padnie na niego pod odpowiednim kątem, wydaje się szmaragdowy. Na co dzień jednak muł niesiony przez rzekę zabarwia wodę na brunatno. Nad jej mętną tonią, na krańcu miejskiego parku, a właściwie uroczyska zwanego powszechnie parkiem Francuskim, góruje szare cielsko mostu kolejowego. Na pierwszy rzut oka nic wyjątkowego. Ot, prosta stalowa kratownica od niemal stu pięćdziesięciu lat łącząca dwa brzegi Prutu. Gdyby nie to, że most zaprojektował sam Gustave Eiffel, pewnie niewielu w ogóle by się nim zainteresowało. A tak przyciąga turystów. Pojawią się tu od czasu do czasu nieliczni pasjonaci, zrobią parę fotek, obejrzą i odjadą. Na most nie wejdą. Nie wolno, bo to wciąż obiekt strategiczny i posterunek pograniczników.

Nicu niby o tym, że to dzieło Eiffela, wie, ale raczej go to nie ekscytuje. Dla niego i dla setek tysięcy podobnych Mołdawian, którym dane było świadomie przeżyć przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ta niepozorna stalowa konstrukcja ważna jest z zupełnie innego powodu. To tu, gdy umierał stary sowiecki świat, zdarzyło się coś zupełnie niemożliwego. Coś, co przez pewien czas było spełnieniem najskrytszych snów sporej części mieszkańców tego prowincjonalnego kawałka radzieckiego imperium. Na kilka godzin szczelna granica chroniąca Kraj Rad od południowego zachodu zniknęła, a Mołdawię i Rumunię obok wąskiego stalowego mostu połączył także most nadziei, złożony z setek tysięcy rzuconych w nurt Prutu kwiatów. I przez krótką chwilę tym, którzy stali po obu stronach rzeki, wydawać się mogło, że strumień kwiatów nigdy nie ustanie. Że mosty, których do tej pory strzegli uzbrojeni po zęby pogranicznicy, zawsze już pozostaną otwarte. Że teraz będzie już tylko lepiej.

 

Nicu ma rację. Mur berliński wobec granicy, jaką stanowił w czasach zimnej wojny Prut, nie robi szczególnego wrażenia. Rumunię, mimo że była przecież państwem realnego socjalizmu i formalnie stanowiła część bloku wschodniego oraz Układu Warszawskiego, Moskwa traktowała z historycznie motywowaną nieufnością i rezerwą. Rumuni odwdzięczali się jej tym samym. Nauczeni doświadczeniem od końca wojny odczuwali wobec przybyszów ze Wschodu zarówno strach, jak i nienawiść. Naród ten, choć oficjalnie „bratni”, nie zapominał o konsekwencjach paktu Ribbentrop–Mołotow, na mocy którego w 1940 roku ZSRR zaanektował rumuńskie „kresy wschodnie”: północną Bukowinę oraz ciągnącą się od Chocimia przez Kiszyniów i Białogród nad Dniestrem aż ku brzegom Morza Czarnego Besarabię. Niedługo później północną Bukowinę wraz z jej największym miastem, Czerniowcami, ziemię chocimską oraz południowy skraj Besarabii zwany Budziakiem włączono w skład sowieckiej Ukrainy. Pozostała część zagrabionych ziem stała się zaś podstawą dla nowo powołanej Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (MSRR).

– Tak, tak. Wam się czasem wydaje, że tylko wyście stracili swój Lwów na tym rosyjsko-niemieckim porozumieniu – rzuca Nicu, kiwając w przeczącym geście palcami, między którymi trzyma nieodłączną doinę.

Ucieleśnieniem trudnych relacji Bukaresztu z Moskwą była przebiegająca w znacznej części wzdłuż linii Prutu granica. Po stronie rumuńskiej dziesięciometrowy pas ziemi przylegający do brzegów rzeki został oczyszczony z jakiejkolwiek wysokopiennej roślinności. Wykarczowany i zaorany do cna teren ciągnął się przez 700 kilometrów od mołdawskiego miasteczka Criva na północy aż po leżące na południu Giurgiulești, gdzie wody dzielącej dwa kraje rzeki wpadały wąską strugą do Dunaju. Kolejne 90 metrów przylegającej do tego pasa ziemi pozbawione zostało jakiejkolwiek wyższej roślinności. Drzewa wycięto, a krzaki regularnie karczowano. Dopiero 400 metrów dalej można było natknąć się na pierwsze lipy i topole, za którymi zaczynały się pola uprawne i winnice. Linii tej czujnie strzegli odziani w oliwkowozielone mundury i ciemnozielone czapki grăniceri, których posterunki dzieliło od siebie zaledwie 200 metrów, może pół kilometra. Wszystkie te zabezpieczenia były jednak niczym wobec tego, jak odgrodzili się od Rumunów Sowieci. Cały obszar przygraniczny kończył się dopiero po dwudziestym drugim kilometrze w głąb terenów Mołdawskiej SRR. Wszyscy mieszkający na tych ziemiach cywile znajdowali się pod permanentną kontrolą lokalnego oddziału KGB i by w ogóle móc tam przebywać, musieli posiadać w swym paszporcie wewnętrznym, stanowiącym swoisty odpowiednik dowodu osobistego, specjalną pieczątkę. Prawo do niej można było zaś łatwo stracić. Na granicy nie tolerowano nieprawomyślnych, niepewnych obywateli. Nieposiadający pieczątki nieszczęśnik prosił się o poważne problemy, bo kontrole umundurowanych pograniczników zdarzały się tu często.

– Bardzo często. A i nieumundurowanych kagiebeszników można było tu spotkać bez trudu. Zresztą po drugiej stronie granicy też. Szpiegowali. Ja ich oczywiście nie widziałem, ale plotki chodziły po wsiach – potwierdza Nicu.

Do tego fortyfikacje wszelakiej maści. A co 200–300 metrów wyposażony w karabin maszynowy bunkier. I wieże wartownicze między nimi. Na szczycie każdej z nich zaś szperacz i jeszcze jeden karabin. Tak na wszelki wypadek. No i drut kolczasty. Dużo drutu kolczastego, między którym ukryto specjalnie przygotowane pułapki. Ich uruchomienie natychmiast odpalało racę sygnalizacyjną, dając pogranicznikom znać, gdzie trzeba szukać uciekiniera z radzieckiego raju.

– Przypominam sobie tę granicę w tamtych latach i myślę… Cholera, trudna była ta „miłość” między narodami naszego postępowego obozu, skorośmy się tak musieli zabezpieczać, co? Sowiecka antykoncepcja, jej mać – dodaje Nicu, po czym zanosi się szczerym śmiechem.

2

Ach, doina i ten jej paskudny zapach. Nieco tylko lepszy od aromatu znanych w całym ZSRR i pozbawianych filtra biełomorkanałów, które palił notorycznie między innymi Wilk ze znanej sowieckiej bajki. Gdy dziś wspominam Nicu siedzącego nad Prutem, nie potrafię go sobie wyobrazić bez tego mołdawskiego, taniego i niebywale podłego w smaku papierosa, nazwanego tak na cześć melancholijnych dumek wyśpiewywanych przed wiekami przez hajduków od Cisy aż po Dniestr. Doiny pasowały do niego, do jego zmarszczonej, zmęczonej twarzy, na którą cień rzucał niezmiennie modny po obu stronach granicznej rzeki słomkowy kapelusz z wąskim rondem. Nicu niewątpliwie był melancholikiem, jak zresztą wielu przedstawicieli jego narodu. Mimo to pozostawał w tej melancholii na swój sposób wesoły, jak gdyby permanentne poczucie rezygnacji i pewnego łagodnego przygnębienia zdejmowało z jego barków ciężar wszelkich trudnych decyzji i wątpliwości, balast odpowiedzialności za przyszłość. Paradoksalnie uczucie to czyniło go więc wolnym. Tak w każdym razie twierdził.

Choć chyba nie tak wolnym, jak owego 6 maja 1990 roku. O godzinie trzynastej władze Mołdawskiej SRR, wciąż formalnie stanowiącej przecież część Związku Radzieckiego, na sześć godzin otworzyły granicę republiki dla obywateli sąsiedniej Rumunii. Na oścież. Pogranicznicy otrzymali polecenie niekontrolowania ludności przekraczającej Prut. Mając przed oczami obraz niemal fortecznego muru, w jaki przekształcono rumuńsko-mołdawskie pogranicze w czasach zimnej wojny, łatwo mi było pojąć niedowierzanie towarzyszące świadkom wydarzeń tamtego dnia. Otwarcie rzecznej granicy wydawało się cudem porównywanym ze starotestamentowym rozstąpieniem się Morza Czerwonego. Już od rana na zachodnim i wschodnim brzegu rzeki, wzdłuż całej granicy zbierały się dziesiątki tysięcy ludzi. Równo o godzinie dwunastej po obu stronach rzeki rozdzwoniły się cerkiewne dzwony. Mało kto pamiętał, kiedy ostatni raz biły one razem o tej samej porze. Na ten sygnał wszyscy stojący po obu stronach Prutu ludzie zaczęli rzucać w jego spokojną toń kwiaty. Całe naręcza kwiatów. Setki, potem tysiące. Płynęły z północy na południe, tworząc wielobarwny, pachnący most. Najpiękniejszy most świata, który w kilka minut miał symbolicznie zasypać dzielącą naród rumuński od niemal półwiecza przepaść. A potem zaczęło się szaleństwo. Punktualnie z wybiciem godziny trzynastej pogranicznicy radzieccy zeszli ze swoich posterunków. Szlabany uniesiono i milion zgromadzonych na granicy rumuńsko-radzieckiej ludzi ruszyło na wschód. Niektórzy biegli co sił w nogach, chcąc czym prędzej trafić na drugi brzeg. Inni, pobożnie śpiewając cerkiewne pieśni, przekraczali rzekę w procesjach prowadzonych przez lokalnych popów.

Rumuni zebrani przy granicznych mostach nie zamierzali marnować historycznej szansy, by choć na chwilę spotkać się z ludźmi, których uważali za część swojego narodu. Część przepływała na drugi brzeg na łódkach i pontonach, a co odważniejsi rzucali się w toń Prutu, by przebyć ją wpław. Dla wielu z nich była to pierwsza od końca wojny szansa na odwiedzenie krewnych, którzy pozostali po wschodniej stronie rzeki, w zaanektowanej przez ZSRR Besarabii. Tak pisał o tym mołdawski poeta i świadek tamtych dni Grigore Vieru:

[Tego dnia[1]] do mojej wioski przyjechał pewien lekarz z Kiszyniowa wraz z czteroletnim synem. Jeszcze w stolicy ojciec obiecał mu pokazać, jak wyglądają Rumuni. Ci, którzy przybywali z drugiego brzegu, byli cali przemoczeni. Ludzie z Pererîty [rodzinnej wsi Vieru] pospiesznie pobiegli więc po suche rzeczy dla wyczekiwanych gości, mówiących w naszym wspólnym języku – rumuńskim[2].

Vieru wspomina, że już po dwóch–trzech kieliszeczkach țuiki, rumuńsko-mołdawskiej śliwowicy, gdy przybysze rozgrzali się nieco i odpoczęli, zaczęły się wspólne pieśni. Szybko okazało się, że mieszkańcy Mołdawskiej SRR oraz Rumuni nie tylko mówią tym samym językiem, ale też śpiewają te same ludowe przyśpiewki. Nad głowami biesiadujących rozbrzmiały doiny o miłości, tęsknocie i wolności. A potem te znacznie radośniejsze, tradycyjne przyśpiewki poświęcone wspólnemu piciu wina, które intonuje się obowiązkowo zarówno na hucznych weselach, jak i przy co swobodniejszych spotkaniach z przyjaciółmi. Sakramentalne „sus paharul”, czyli „w górę kielichy”, rozbrzmiewało coraz głośniej w kolejnych refrenach. Zaczęły się tańce. Nie w parach, bo tak zwykle nie tańczy się na zachodnim ani na wschodnim brzegu Prutu. Miejscowi i przybysze zza rzeki zupełnie intuicyjnie, bez trudu, jakby czekali na to od lat, schwycili się za ramiona i w pachnącym țuicą, tytoniem i rozgrzaną majowym słońcem ziemią półkręgu odtańczyli szaloną, wykonywaną w rytmie 2/2 syrbę. Nikt nie musiał nadawać tancerzom rytmu, nikt nie musiał uczyć ich kroków. Wszyscy doskonale znali ten radosny taniec, który nazwę swą wywodzi od słowa „sărbătoare”, czyli „święto”. To w bok, to w górę – krok, podskok, krok, podskok. Kto nie próbował syrby, nie zrozumie poczucia wspólnoty i ekstatycznej przyjemności, jaką daje zatopienie się w tym tańcu.

Syn kiszyniowskiego lekarza przyglądał się tej scenie z coraz większym rozczarowaniem. Nudziła go, tak jak zabawy dorosłych zwykle nudzą dzieci. Czym ludzie ci różnili się od tych, których znał? Na czym polegać miała wyjątkowość sceny, którą obserwował? Ileż to razy widział podobne uroczystości w swoim rodzinnym Kiszyniowie? Ileż razy sam w swym krótkim życiu zatańczył już syrbę? W końcu zirytowany pociągnął kilkukrotnie za rękaw swego ojca i gdy w końcu udało mu się oderwać go od gorącej dyskusji z jednym z przybyszów z sąsiedniego państwa, zapytał krótko: „Tato, obiecałeś mi pokazać Rumunów. Jacy oni są?”. Wedle Vieru i wielu jego rodaków syn kiszyniowskiego lekarza tym jednym naiwnym pytaniem przekreślił całe dekady sowieckiej propagandy, próbującej tłumaczyć mieszkańcom wschodniego brzegu Prutu, że są kimś innym niż ich rumuńscy sąsiedzi. Chłopiec, niczym niewinne dziecko z baśni Andersena o nagim królu, nie zauważył żadnej różnicy między swoimi rodakami a przybyszami z zachodu. Przed oczami młodego Mołdawianina, choć ten nie mógł wówczas tego wiedzieć, pękała od dźwięków wspólnej mowy, wspólnych pieśni i rytmu wspólnych tańców powtarzana od czterdziestu pięciu lat sowiecka mantra o tym, że mieszkańcy Mołdawskiej SRR i Rumuni są dla siebie obcy.

Wzdłuż całego Prutu tych kilka pierwszych godzin w nowym wspaniałym świecie pozbawionym granic świętowano podobnie. Rozmawiano, tańczono i wspólnie biesiadowano. Z czasem, gdy cichły rytmiczne gwizdy i odgłosy strzelania obcasami towarzyszące syrbie, jej miejsce zajmował inny znany po obu stronach Prutu taniec, hora. Ten, choć przypomina swojego szalonego kuzyna, jest spokojniejszy, bardziej liryczny, nastrojowy lub – gdy trzeba – podniosły. Właściwie zawsze tańczy się go w kręgu. Trzy kroki w przód, jeden w tył. Hora to ciągły i nieposkromiony ruch, najczęściej przeciwny do biegu wskazówek zegara. Krąg hory jest zaś metaforą życia. Wiruje, zwija się do środka, a potem z całą mocą rozkwita niczym pąk kwiatu. Jest rozedrgany, głośny i ekspansywny. Im dłużej trwa, tym więcej potrzebuje dla siebie miejsca, bo kolejne osoby w biegu dołączają się do już tańczących. Horę nie tylko się tańczy, ale także odśpiewuje. Co więcej, wyśpiewywany w trakcie jej wykonywania tekst ma szczególne znaczenie. Niektóre wersje hory tańczy się i śpiewa tylko na specjalne okazje. Chyba najbardziej doniosłą z hor jest Hora unirii [Taniec zjednoczenia], do której słowa w 1856 roku ułożył pochodzący z Mołdawii poeta Vasile Alecsandri. Dla Rumunów to niemal drugi hymn narodowy, swoista karpacka Rota, której dźwięki towarzyszyły narodzinom zjednoczonego państwa rumuńskiego w 1859 roku. To credo, które w połowie XIX wieku miało wykrzyczeć – i wytańczyć – całemu światu, że Wołosi i Mołdawianie są jednym i niepodzielnym narodem.

Niech ci, w których piersi biją rumuńskie serca, złączą swe ręce i na rumuńskiej ziemi zatańczą w kręgu braterski taniec. Niechaj złe nasienie przepadnie i wrogość niech zginie w naszym kraju. Niech pozostaną między nami jedynie kwiaty i wzajemna dobroć. […] Jesteśmy z tej samej matki, z tego samego ciała i tego samego rodzaju. Jak dwie jodły wyrastające ze wspólnego pnia, jak jedno światło tlące się w parze dwojga oczu. Nosimy to samo imię i jednaki dzielimy los. Jam twym bratem, a ty moim i wspólne serce bije w naszych piersiach.

 

Słowa o braterstwie, jednej matce i wspólnym imieniu oraz alegoria rozkwitających kwiatów przykrywających całe zło pasowały jak ulał do tamtych majowych dni 1990 roku. Nic więc dziwnego, że 6 maja Horę unirii można było usłyszeć i oglądać aż od granicy republiki z Ukraińską Socjalistyczną Republiką Radziecką na północy po ujście Prutu na południu. Tańczono ją nawet w nurcie granicznej rzeki. Jak wspomina George Vieru, na jego oczach jeden z mieszkańców Pererîty rzucił się w pewnej chwili przed siebie, ku rumuńskiemu brzegowi. Za nim podążyli inni. To samo uczynili stojący po drugiej stronie rzeki uczestnicy tego niezwykłego wydarzenia. Po chwili wszyscy spotkali się pośrodku Prutu i w ekstatycznym szaleństwie, łapiąc się za ręce, zaczęli wśród unoszących się na wodzie kwiatów tańczyć horę. Tego dnia, przynajmniej na moment, słowa pieśni Vasile Alecsandriego stały się rzeczywistością. Złe nasienie przepadło, a tancerzy zupełnie dosłownie dzieliły jedynie barwne, majowe kwiaty. Vieru po latach przyznawał, że nigdy później nie widział ani nie słyszał już niczego podobnego.