Jasne Słońce o brzasku. Birma

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Strach, strach,

wszędzie czai się strach.

Aung San Suu Kyi

© Copyright by Kacper Soszka, 2020

© Copyright by Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o., 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone.Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacjizabronione bez pisemnej zgody autora.

Redaktor prowadzącyJustyna Maluga

Redakcja i korektaJanina Małas

FotografieKacper Soszka

Opracowanie graficzneMichał Mierzejewski

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 16

bernardinum@bernardinum.com.pl

www.bernardinum.com.pl

Skład, druk i oprawaDrukarnia Wydawnictwa „Bernardinum” Sp. z o.o., Pelplin

ISBN 978-83-8127-483-8

Konwersja do epub i mobi: A3M


Kilka słów pierwszych

Przeglądając od godziny nagrania hotelowego monitoringu, uświadomiłem sobie, w jakże innym świecie teraz przebywam. Innym od tego, który znam od urodzenia. Od tego europejskiego, oświeconego, pozbawionego – przynajmniej w teorii – demoralizacji, politycznego bezprawia, korupcji i mnóstwa innych rzeczy, które nierozerwalnie łączymy z miejscami ugrzęźniętymi cywilizacyjnie w zeszłych wiekach. Wszystko, co mnie otacza w ojczyźnie, jest uporządkowane, wyliczone, wręcz dopieszczone. Czasem mam wrażenie, jakby każdy aspekt mego życia był już przez kogoś posortowany, przydzielony do danej szufladki, a każda szufladka obwarowana uchwałami, rozporządzeniami i regulaminami. Systematyzacja wszystkiego i wszystkich. I z drugiej strony czuję, jak często mnie to mierzi: popisowy perfekcjonizm, pedantyczna biurokracja, wymuszona pożyteczność itp. Być może jest to następstwo rozwoju technologicznego (niczym narzucony konsumpcyjny styl życia) albo nawet idzie z postępem w parze, jest jego nieodłączną częścią, spójną nietykalnością. Przerost formalistyki i zbyteczna buchalteria wpływa na moje poczucie braku swobody. Bez względu na prawidłowość czy konieczność ustaw, dodaje się je do i tak już skomplikowanego prawa. Prawa, które nie tylko nam zabrania, zezwala i nakazuje, ale zmusza do pewnych zachowań, niekorelujących z naturą człowieka. A te z kolei nie współgrają z myślą, że tak być powinno. I choć jesteśmy świadomi, że jest to potrzebne, to rodzą się pytania, czy dane rozwiązanie jest dobre i najlepsze, jak jest w innym miejscu i jak byśmy się tam odnaleźli.

Od miesiąca mam do czynienia z drugim biegunem. Ze światem o zupełnie nieznanej mi kodyfikacji. Całkowicie innym organizmem. Inaczej wyglądającym, oddychającym, o innym tętnie i tempie życia. Niepodobnym do znanych mi istot. Nie sprowadzam sprawy wyłącznie do kodeksów. One tylko w pewnym sensie kształtują naszą świadomość – odgórnie. Chodzi o etykę, moralność, sposób myślenia. Podejście do życia, do innych ludzi, do siebie samego. Bywa, że w zderzeniu z innym światem mam wrażenie wylądowania nie na podwórku sąsiada, lecz na zupełnie obcej planecie. I choć możemy porozmawiać nawet tym samym językiem, używać tych samych słów i zdań, to kompletnie nie potrafimy siebie zrozumieć. Na mnie te różnice działają oczywiście jak magnes, taki wabik dla podróżnika. Ta niepodobność do niczego stanowi zachętę i zaproszenie do nauczenia się czegoś nowego, do odbycia wspaniałej przygody. Nie zawsze bezpiecznej, nie zawsze przyjemnej, nie zawsze kończącej się szczęśliwie, ale zawsze poszerzającej światopogląd i wiedzę oraz dającej możliwość odnalezienia innych wartości, pozwalających zrozumieć życie na tym nieznanym lądzie.


Mija druga godzina bezproduktywnej pracy. Cały czas wpatruję się wnikliwie w obraz z taśm wideo, na którym nie dzieje się nic. Pusty, dobrze oświetlony korytarz pierwszego piętra. W prawym dolnym rogu ekranu widać wejście do pokoju, który zamieszkiwałem od ponad tygodnia. Mocne, drewniane drzwi zamarły w bezruchu o godzinie 21:17. To wtedy wróciłem z łazienki. W lewym górnym rogu monitora czasomierz – wskazuje 00:12 i pędzi. Tylko zmiana cyferek w galopującym tempie świadczy o upływie nocy. Wokół mnie cisza. Zauważam, że jedyny ruch to mozolny obrót wiatraka nad głową, który próbuje rozgęścić wpadające przez moskitiery orientalne powietrze. Ma ono wszelkie cechy gorącej zupy. Oblepia ciało ciepłą wilgocią, oddycha się powoli, czuję zmęczenie. Wiatrak jednak wytraca swoją prędkość, poruszał nim przeciąg. Ponownie czysty bezruch. Przeglądam czarno-biały film na większym przyspieszeniu. Nie zamierzam spędzić tu kolejnych kilku godzin – przyspieszam przewijanie jeszcze bardziej. Obok w recepcji zasiada gospodyni lokalu, olbrzymie babsko. Zahipnotyzowanym wzrokiem wpatruje się w wejście, oczekując nowych gości. Zdaje się w ogóle nie przejmować kradzieżą pod jej dachem. Jakby nie wydarzyło się nic, jakby i mnie tu nie było. Totalne zobojętnienie i bagatelizacja obecnej afery. Siedzi i czeka…

Pełna nazwa Bangkoku brzmi: „Miasto aniołów, wielkie miasto, rezydencja świętego klejnotu Indry (Szmaragdowy Budda), miasto Boga nie do zdobycia, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga, miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana”. Została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa z racji swojej długości, ale mało kto o tym wie. Po prostu Bangkok. Dotarłem tu po przebyciu całej południkowej rozciągłości Malezji. A właściwie dotarliśmy. Ruda i Ja. Cztery tygodnie podróży przez południową część Półwyspu Indochińskiego zakończyły się dla nas dłuższym postojem w stolicy Tajlandii – mieście grzechu. Stereotypu „sex, drugs and rock’n’roll” dziesięciomilionowej metropolii nie łamią nawet setki buddyjskich świątyń i pałaców. Co prawda każdego zachwyci kulturalna twarz miasta, jednak to dzielnice rozrywkowe stanowią o jego sile, przez co bezustannie przepocone są turystami. Świątynne poranki, kulinarne południa i narkotyczne wieczory – taką zasadę wyznaje wielu przyjezdnych. Koloryt całej aglomeracji i wyzwolony charakter przyciągają wyzwolonych z kolorytem umysłu – albo odwrotnie. A nawet jeśli nie, to zmiana nastąpi szybko, owa atmosfera wzionie nas pierwszego wieczoru. Tejże nocy zostaniemy pożarci wynaturzoną paszczą, która wyssie z nas wszelkie zasady i przejawy skrępowania, żenady czy pruderii. Zostaniemy przesiąknięci bezwstydnym klimatem miasta.

Oczekiwaliśmy w Bangkoku wiz do Birmy. Wnioski złożone, zapłacone, pozostaje liczyć na akcept aplikacji. Bilety samolotowe do Yangonu już kupione, bo lot to jedyna możliwość dotarcia. Wszystkie granice lądowe naszego następnego punktu podróży są zamknięte, w grę wchodzi wyłącznie droga powietrzna i tylko jedno lotnisko. W innych kierunkach – istna pajęczyna połączeń. Siatka tutejszych tanich linii jest tak gęsta, że decyzję o przelocie w inny rejon Azji Południowo-Wschodniej można podjąć dzień przed startem. Wietnam, Korea, Indonezja… Air Asia zdominowała tutejszy rynek i tylko szkoda, że zlikwidowano komunikację z Europą.

Przez ostatnie dni, zbliżając się do Bangkoku, byliśmy nieustannie przestrzegani przed czyhającym tu niebezpieczeństwem. „Uważajcie na kieszonkowców! Na pewno was okradną, wszystkich okradają” – mówiono. Secret belty1, nerki, pieniądze chowane w majtkach – pomysłów, ile głów. Nasłuchaliśmy się dziesiątek historii, również od osób poszkodowanych. Istnieje tu jakieś odgórne przyzwolenie na stosowanie złodziejskich praktyk. Uliczni kieszonkowcy i inni drobni przestępcy są w zmowie z przedstawicielami hoteli i pracownikami sklepów, ci z kolei ze swoimi szefami i z właścicielami, a ci z policją. Jedna wielka klika, jedna wielka gangsterka. Przerażająca jest skala zjawiska, której bezmiar ugruntował poczucie normalności. Gdy ujrzałem motłoch gnieżdżący się na głównym deptaku Khao San, zrozumiałem, jak nietrudno o stratę pieniędzy. Tłumy ludzi przeciskające się przez siebie, przelewające niczym oceaniczne fale podczas sztormu. Ktoś wpada w toń z impetem, trzymając w jednym ręku aparat, a w drugim kurczowo ściskając portfel. I nagle po zderzeniu z buzującą falą zostaje goły, bez niczego. Nim wynurzy się na powierzchnię, by zaczerpnąć tlenu, cwana ryba wyszarpie mu niezauważalnie przynętę. Nie ma nawet czasu na reakcję. Już jest za późno, by się odwrócić, rozejrzeć, krzyknąć. Poprzednia fala jest już daleko, a zaraz wchłonie następna. A cwana ryba przerzuca pokarm dalej, i dalej, i dalej, i w końcu trafia do kierowcy skutera, który w mrowisku aut mknie już do swojej dziupli. Tak właśnie wygląda Khao San. W tłumaczeniu oznacza zmielony ryż i choć etymologia prowadzi najprostszą drogą, to metaforycznie nie nazwałbym trafniej tego, co się tutaj dzieje. Podczas zakupów ulicznych każdy jest otoczony kilkoma lokalsami, jeden rozmawia, pięciu robi sztuczny tłum. I tylko w eterze błądzą powtarzane te same pytania: „Gdzie moja sekretna saszetka? Nic nie poczułem. Chyba coś mi zginęło?”. Ale dużo osób na własne życzenie traci. Alkohol leje się strumieniami, a jego woń miesza się z zapachem marihuany. Dla Polaków jest tanio, dla Zachodu – grosze. A pijana, przećpana młodzież, przylatująca tu na niepomierną zabawę, odskocznię od zrutyniałego życia czy gap year2, jest łatwym kąskiem. Szybko można przehulać wszystko: pieniądze, miłość, życie – przez własną nieuwagę i przez własne słabości. Rdzenni mieszkańcy mawiają, że Bangkok wciąga. A jak wchłonie, to nie wypuści. I potem leżą gdzieś obcy poukrywani w cieniach zaśmieconych, w upustach zaszczurzonych uliczek. Uzależnieni od narkotyków, bez pieniędzy, bez przyszłości, bez nikogo – Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy… Ale są tacy, którym jeszcze blisko do dna, mają resztki energii do oddania miastu – jeden struga w egzotycznym drewnie posążki Buddy, drugi gra na gitarze światowe przeboje, trzeci siedzi obok odwróconej czapki. Jeden zbiera na bilet powrotny, drugi na zabawę z transseksualistą, trzeci na kolejną porcję haszu.

 

My uważaliśmy. Przynajmniej na ulicach. Wpływu nie mieliśmy na wydarzenia w hotelu. Z racji niskiego budżetu podrzędnym, ale znamy przypadki zaginionych kosztowności w sejfach pięciogwiazdkowych kurortów. Nie ma reguły, gdy cała reszta jest po drugiej stronie barykady. Nie da się walczyć, gdy nie ma szans na obronę, trzeba wkalkulować porażkę w koszty. Cztery dni przed wyjazdem do Birmy Ruda rozmawiała z gospodynią o naszych planach. Niby nic w tym dziwnego nie ma, rozmawiasz z innymi o tym, gdzie jedziesz, co zrobisz. Niby nic w tym dziwnego, szczególnie dla Rudej, socjologa, który łaknie kontaktu ze społeczeństwem innych kultur i który potrafi wymienić się życiorysami z panią z kiosku. Ale tutaj każdy wie, że w Birmie nie ma bankomatów, nie ma instytucji, w których można pozyskać gotówkę, całość kasy wieziesz ze sobą. Jedziesz na tydzień – trzymasz w kieszeni przewidywane tygodniowe wydatki. Jedziesz na dwa tygodnie – trzymasz w kieszeni wydatki na dwa tygodnie. Do tego zabezpieczenie na wypadek problemów zdrowotnych lub kupna wcześniejszego powrotnego biletu lotniczego. Wszystko w skrytkach, saszetkach, przy sobie, na cały pobyt. My jechaliśmy na miesiąc.

Feralnej nocy spaliśmy jak zabici. Wcześniej, rytualnie przejrzałem pieniądze i schowałem ich większą część przy głowie w łóżku oraz zamknąłem drzwi na zasuwę, którą, gdy rano sprawdziłem, można było sprytnie z zewnątrz otworzyć. I padliśmy. Nagle. Niczym trafiona na łowach kulą bezbronna zwierzyna niespodziewająca się zagrożenia. Zwaliło nas z nóg dużo szybciej niż zwykle, w dodatku nie pamiętamy momentu zdarzenia. Może to senność, może zmęczenie, znużenie i przesyt przytłaczającym szaleństwem miasta i ekscentryczną egzotyką. A może to coś innego? Nad ranem pieniędzy nie było. W portfelu pozostały tajskie bahty – częsta praktyka, by uniewiarygodnić rabunek. Brak dolarów i karty płatniczej. Byłem w szoku. Szybkie przeszukanie pokoju, bieg do recepcji, Ruda udała się na komisariat. Nie mogłem w to uwierzyć. Jakim sposobem ktoś to zrobił? Pewne było jedno – zdarzyło się w nocy. Nagrania nie wskazywały na to, by ktoś wpuścił pod drzwiami gaz, a następnie wszedł i okradł. Ale nagraniami zajmowali się mali chłopcy, teraz z bezczelnymi uśmieszkami na twarzy. Spędzają cały dzień przed komputerem, doskonale znali możliwości oprogramowania. Cały system monitoringu był zresztą dość prymitywny, o czym świadczy fakt, iż mogłem go obsłużyć bez niczyjej pomocy, robiąc to pierwszy raz w życiu. Nawet nie wiem, czy nagrania były z dzisiaj. Gospodyni nie chciała w ogóle prowadzić z nami dialogu. Dopiero po pojawieniu się policji (po trzech godzinach namawiania funkcjonariusza; posterunek po drugiej stronie ulicy) przeprowadziła rozmowę, ale po tajsku! Zostaliśmy wykluczeni już na wstępie. Policja również nie chciała współpracować. Zarzucono nam chęć wyłudzenia odszkodowania. Podobno wielu Europejczyków po roztrwonieniu oszczędności udaje się w ostatni dzień swego pobytu na policję turystyczną, by uzyskać zaświadczenie o rzekomej kradzieży. Potem w ojczyźnie walczą o rekompensatę za nieutracone skarby. Policja turystyczna także nie pomogła. Mundurowy, który nas przesłuchiwał, zaproponował łapówkę, by ktoś się sprawą zainteresował. Oznajmił, że nic nie może zrobić, gdyż „relacje z przełożonym na to nie pozwalają”. W grę wchodziła pomoc z ambasady i rozpoczęcie własnego śledztwa. W międzyczasie zastrzegłem kartę płatniczą, chociaż konto było już ogołocone. Ktoś, nie znając PIN-u, wyzerował saldo. Dopiero za niespełna dwa miesiące wyjdzie na jaw, że rabusie byli w zmowie z kasjerami w hipermarketach i na stacjach benzynowych – robią zakupy, tankują paliwo. Wystarczy mieć kartę, żadnych danych – wszystko sfilmowane przez sklepowe kamery. Teraz było za wcześnie, by sprawdzić, w jakich miejscach przeprowadzono transakcje. Bank potrzebował na tę „skomplikowaną” czynność trzech dni. Sprawa stanęła w miejscu. Tkwiła w impasie, oczekując dobrej woli drugiej strony i przełamania biurokratycznych barier. My natomiast zastanawialiśmy się, co robić dalej, przecież jutro z rana mamy lot do Birmy. Czy w tej sytuacji w ogóle można myśleć o kontynuowaniu podróży? Ruda stwierdziła, że przy takiej stracie gotówki należy wrócić do kraju. Dla mnie była to ostateczność, tym bardziej że pozostały oszczędności na drugim koncie. Nie mogłem pogodzić się z faktem samego rozważania zakończenia pobytu w Azji. Kompletnie nie chciałem o tym słyszeć i jednoosobowo zadecydowałem, by ruszyć dalej. Najwyżej wrócimy za miesiąc, dwa, a nie jak zakładaliśmy – w przyszłym roku.

Decyzja zapadła, ale wraz z nią zaczęły się kolejne problemy. Przede wszystkim potrzebowaliśmy pieniędzy na cały następny miesiąc – wszystkich i od razu. Przez witrynę internetowego banku nie było możliwości zmiany limitów karty, ustawionych na równowartość stu USD. Jak to!? Internetowy bank i nie można zmienić ograniczeń? Dzwonimy do Polski, do oddziału. Koszty połączenia pozostawiam bez komentarza. Bezduszny głos w słuchawce oznajmia, że jedyną możliwością zmiany jest pojawienie się w placówce. Koszmar! Posiadacz konta internetowego w największym polskim banku nie może zmienić limitów! Na nic kody SMS i weryfikacja telefoniczna. Na pytanie, jaką bank proponuje pomoc, gdy za granicą potrzebujemy wypłacić większą gotówkę niż ustalony dzienny limit (na przykład wobec konieczności kupna biletu powrotnego z powodu choroby), pada odpowiedź: „Nie możemy rozwiązać pani problemu, nie możemy pomóc, zapraszamy do banku”. Zakończyliśmy rozmowę. Sytuacja rysowała się więc następująco: dzisiaj możemy wypłacić z bankomatu sto USD, jutro kolejne sto i na tym koniec. Nieskradzione, pochowane w zakamarkach plecaka – ponad dwieście USD, reszta bahtów po przewalutowaniu – pięćdziesiąt, razem wszystkiego – niewiele ponad czterysta USD. Może nie będzie tragedii? Może damy radę? Jeden miesiąc, dwie osoby, czterysta osiemdziesiąt zielonych, dwieście czterdzieści na głowę. Kurs dolara leci na łeb i przybliża się do trzech złotych, to też jakieś pocieszenie. W przeszłości nie z takim budżetem przemierzałem Europę. Bywało, że i bez grosza. Ale to była Europa! Autostop – trzy dni z jakiegokolwiek zakątka – i jestem w domu! Teraz jadę do kraju, który dopiero otwiera się na świat. O którym niewiele wiemy, a na pewno nie wiemy, czego się spodziewać. Do kraju o niestabilnej sytuacji politycznej. Nie działają tam telefony komórkowe, brak Internetu. Brak możliwości pozyskania dodatkowych finansowych środków. Brak możliwości wydostania się wcześniej, jeśli ich zabraknie – granice lądowe są zamknięte, a na bilet lotniczy nie starczy pieniędzy. A jak coś się wydarzy, coś złego? Skąd pieniądze? W dodatku nasza rodzina i przyjaciele bez słowa z Azji przez następne dwadzieścia osiem dni. Będą się martwić. Niewątpliwie było sporo obaw. Ale – pomyślałem – im więcej obaw, tym więcej zebranego doświadczenia. Niektórzy mawiają głupota, niektórzy odwaga, a jeszcze inni po prostu pasja. Utwierdziłem się w przekonaniu, że podjęta decyzja jest dobra. Jedziemy.

Po odprawie bagażowej przeszliśmy do wydzielonej salki-poczekalni, by wypatrywać samolotu. Strasznie tutaj jasno. Przez szklane ściany oddzielające nas od pasów startowych wpada niezmierzona ilość światła. Potęga Słońca oddaje wrażenie niezwykłej szklistości, klarowności tego miejsca. Jak w surrealistycznych filmowych wizjach, gdy zmarły człowiek budzi się w niebie. Pomimo wysokiej temperatury daje się odczuć wręcz lekko szpitalny klimat. Naprzeciwko okien rząd krzesełek. Zajęty od pierwszego do ostatniego, już wszyscy się odprawili. Podróżni znacznie ubarwiają to sterylne miejsce. Zakłócają równowagę przejrzystości i monotonii czystoty. A to olbrzymi kapelusz – kupiony na największym na świecie rynku Chatuchak, a to nieforemna, kilkukilogramowa torba na sprzęt fotograficzny. Na końcu rzędu siedzi grupa backpackerów w brudnych ciuchach i z zakurzonymi plecakami. Zapewne, jak my, mają po jednej parze spodni i butów. Poza naszym pomieszczeniem wszyscy wyróżniliby się z tłumu. Tutaj jednakowi. Nie widać ludzi wyszykowanych, elegantów, którzy jadą do nadmorskiego hotelu przeleżeć całe wakacje w basenie. Raczej chętni przeżycia wielkiej przygody podróżnicy, którzy kosztem wygód chcą odkryć to, czego próżno szukać w folderach biur podróży. Nie ma nas dużo, może ze czterdzieści osób. Biorąc pod uwagę, że jest to jedyny samolot dziennie udający się do Yangonu, a tym samym do Birmy, można śmiało stwierdzić, że kraj jest turystycznym Trzecim Światem. Większość z podróżujących wykorzysta zapewne „księżycowe” zezwolenie pobytu i spotkamy się ponownie za miesiąc w identycznym składzie.

Obserwując mozolne zbliżanie się rękawa lotniczego, wspominałem wczorajszy dzień. Czy mogłem temu zapobiec, zabezpieczyć się jakoś? Co mogłem zrobić? Nic? Teraz pozostaje czekać na odzew banku i założyć, że po powrocie do Tajlandii uda się doprowadzić sprawę do końca. Ale może tak właśnie miało być, może tak właśnie miała wyglądać moja birmańska przygoda, na której kształt bezpośrednio mają wpływ wczorajsze wydarzenia. A wydarzeń takich tutaj bez liku. Mnożą się historie o ukrytych rabusiach w autobusowych lukach bagażowych, o wyrzucaniu turystów w środku nocy na bezdrożach. Ba! Osobiście znam podróżnika, który w sąsiednim Wietnamie został uśpiony wraz z całą wycieczką autokarową. Kierowca zatrzymuje autokar pod pretekstem awarii. Wysiada wraz z pilotem. Wpuszczają gaz usypiający, a następnie opróżniają zawartość portfeli. Pasażerowie nieświadomi zdarzenia. Nawet jeśli ktoś zgłosi kradzież lub nawet złapie złodzieja za rękę, to nie ma pewności, że wymiar sprawiedliwości się tym zajmie. Droga do tego daleka, męcząca i kosztowna. Jedni z drugimi mają żelazny układ, przecież jesteśmy dla nich żyłą złota. W Tajlandii za kradzież odcina się rękę. Na posterunku w Bangkoku spędziłem kilka godzin. Drzwi nie zamykały się od obrabowanych. Tysiące spraw dziennie. W całej syjamskiej krainie nie widziałem człowieka bez dłoni.

Wylądowaliśmy w nowym kraju w godzinach popołudniowych – na przedmieściach Yangonu. Wielkość lotniska adekwatna do zerowego ruchu lotniczego. Jeden mały budynek, ale nowoczesny. Prawdopodobnie przy takim rozkwicie stosunków i relacji zagranicznych, za dwa-trzy lata nastąpi rozbudowa. Kontrola paszportowo-wizowa przebiegła w zaskakująco ekspresowym tempie. W sumie tylko czterdzieści osób. Wychodząc na zewnątrz, usłyszeliśmy nagle polski głos. Obowiązkowo nawiązaliśmy kontakt. Dwie pary poznały się przez Internet i wspólnie spędzają wakacje. Chociaż mnogość portali podróżniczych sprawia, że każdy może odszukać kompana do wojaży, to osobiście nie wiem, czy odważyłbym się na taki ruch, na urlop z zupełnie obcym człowiekiem. Podziwiam ludzi, którzy nie znając temperamentu czy usposobienia drugiej strony, podejmują się takiego wyjazdu. Pokazuje to przede wszystkim, jak bardzo są świadomi swojej otwartości, życzliwości, umiejętności w osiąganiu kompromisów i jakim zaufaniem potrafią obdarzyć innych. Szybko przypadli sobie do gustu i rzucało się to w oczy od pierwszych chwil. Z nami również od razu załapali wspólną nić porozumienia – pojechaliśmy razem do centrum. W międzyczasie, jak to bywa podczas takich spotkań, wymieniliśmy się doświadczeniem. Opowiedzieliśmy wczorajszą historię.

Gdy znaleźliśmy się w jednym z niewielu guesthouse’ów, zderzyliśmy się z brutalną rzeczywistością. Po pierwsze: miejsc oferujących noclegi było dosłownie kilka, w stolicy są cztery, które mogą legalnie przyjmować turystów, reszta jest przeznaczona dla lokalsów. Tu krótkie wtrącenie. „Lokalsami” zwykłem nazywać wszystkich autochtonów. Lokals może być dziki, może być miastowy, ważne, że tubylec. Stanowi antonim „obcego”. A obcy to wszyscy przyjezdni, głównie turyści i podróżnicy. Tak więc w kwestii noclegów – lokalsi przed obcymi. Są jeszcze hotele rządowe – drogie i obskurne. Przypominają urzędowe budynki z salami do przesłuchań. Po drugie: nigdzie nie ma wolnych pokoi. Hermetyczny kraj wynurzył się z mroku jarzma junty, zaprosił świat. I nagle okazało się, że jeden samolot dziennie z kilkudziesięcioma pasażerami jest w stanie sparaliżować i zatkać całą bazę noclegową. Po trzecie: ceny galopująco ruszyły w górę. Przemiany ustrojowo-gospodarcze ostatnich lat, a przede wszystkim odnalezienie złoża turystycznych sakiewek spowodowało, że tylko przez parę ostatnich miesięcy opłaty za pokój wzrosły dwukrotnie. Na to wszystko nie byliśmy przygotowani. Kraj jawił się nam jako jedno z najuboższych państw świata. Znaliśmy ceny z zeszłorocznych przewodników: dzienne wyżywienie za przysłowiowego dolara, nocleg za dwa-trzy, publiczny transport – grosze. Z ogołoconymi kieszeniami dalibyśmy radę. Nasz budżet zakładał około ośmiu na dobę. Teraz było trochę inaczej. O ile jedzenie faktycznie jest prawie darmowe, to przemieszczanie się po kraju, a w szczególności nocowanie, stanowią spory wydatek. W guesthousie, pod którym koczowaliśmy, oraz drugim, sąsiednim, trzymano okazyjną cenę ośmiu USD od osoby, czyli jedyną do zaakceptowania. Ale od tygodni nie było pustego łóżka. Można zapłacić pięć i spać w przejściu na klatkowych schodach. Noc spędzona na betonie, będąc trącanym co chwilę butami przechodniów, brzmiała kusząco – ale też nie było miejsc! Ludziska okupowały każdy wolny zakątek kamienicy! Wyglądało to jak pomór mieszkańców, jak masowy grób jakiejś sekty, której wyznawcy popełnili samobójstwo. Teraz ich ciała staczają się schodami z trzeciego piętra i wylewają bramą na zewnątrz. Pozostał nam rządowy hotel. Obecnie tylko takie mogą oficjalnie gościć turystów. Cena – dziesięć dolarów! Zdzierstwo! Mogłoby zdziwić niektórych, czemu tę kwotę uważam za horrendalnie wysoką. Wątpliwości rozwiewa standard pokoju. Drewniana prycza ledwo mieszcząca się w pomieszczeniu z narzuconą zapchloną derą. Ściany z dykty, brak okna. Wszystko zatęchłe, duszne, ciemne – jakby wzorowano się na celach tajskich więzień. Łazienka na zewnątrz – betonowy zagrzybiały rezerwuar, tak tu popularny, gromadzi wodę tygodniami i pełni funkcje zlewu. Gdy spytaliśmy o ciepłą wodę, recepcjonista skwitował to uśmieszkiem. Czasami montowane są termy, ale prąd jest zbyt cenny, by go marnotrawić na podgrzanie wody. Zresztą w całym kraju istnieje ogromny deficyt mocy. W wielu górskich miasteczkach i małych wioskach w dżungli do dzisiaj nie ma elektryczności. Najlepiej radzą sobie osady położone nad rzekami. Wykorzystując złomowane materiały, budują prymitywne hydroelektrownie. Turbiny z przerobionych części samochodowych generują prąd, by przez kilka późnych godzin móc cieszyć się oświetleniem z żarówki czy radiową muzyką.

 

W tym momencie zapadł hebanowy, nienaruszalny zmrok. Słońce zaszło i wszystko przesiąkło głęboką czernią. Ucichł gwar, zniknęli piesi. Nie tylko „wszyscy wrogowie uciekli” – jak w wolnym tłumaczeniu brzmi nazwa miasta. Brak kulturalno-towarzyskich wieczornych atrakcji potęgował pustkę, będącą konsekwencją totalnych ciemności. Ino nieliczne restauracyjki i sklepiki tliły się bladym płomieniem. Na głównej arterii Anawrahta było ich najwięcej, czyli kilka, ale każda boczna ulica ginęła już w mroku zupełnym. Na jednej z nich znaleźliśmy chętnego do wymiany paru dolarów cinkciarza. Właśnie zamykał sklep z kapeluszami. Na początku z wielką ostrożnością przeglądaliśmy każdy banknot. Z jeszcze większą czynił to Birmańczyk. Ostatecznie zaakceptował kilkadziesiąt dolarów, wymieniając je na reklamówkę pieniędzy. Droga powrotna wiodła między kolonialnymi zabudowaniami. Kiedyś musiało tu być pięknie – pomyślałem. Gwałtowny rozrost miasta na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku pozostawił, na szczęście, odcisk w architekturze. Dzisiaj niewiele przypomina, że było to swego czasu najświetniejsze miasto tej części globu, prawdziwa metropolia, do której każdy chciał przyjechać. Gdy wróciliśmy do reszty ekipy, polscy znajomi, znając naszą sytuację finansową, zaproponowali ratunek w postaci noclegu. Przez grzeczność odmówiłem, choć świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, że oszczędność dwudziestu USD jest sporą kwotą. Alternatywą dla nas był nocleg na lotnisku, na co nowi przyjaciele nie chcieli się zupełnie zgodzić. Nalegali na propozycję, argumentując ją naszą pomocą przy organizacji ich dalszej podróży. Chwilę po wylądowaniu musieli nabyć bilety lotnicze wewnętrznego przewoźnika i dostać się w inny rejon kraju. Nie znając dobrze języka, nie byli w stanie porozumieć się z agencyjnym biurem. Do tego dochodziły kwestie organizacyjno-logistyczne. Przystaliśmy na ich propozycję, licząc, że kiedyś się odwdzięczymy. Tej nocy w rządowym hotelu zajęte były trzy pokoje – przez trzy polskie pary.


O wczesnej godzinie krajanie wyruszyli. Żegnaliśmy się ciepło i serdecznie. Po polsku. Uświadomiliśmy sobie, że nadszedł czas zmierzenia się z niespotykanymi dotąd przeciwnościami losu. Brak tanich noclegów (w rozumieniu backpackerskim), ograniczony niski budżet oraz problem z transportem. Pierwszą decyzją był zamiar zwiania na północ, na prowincję. Choć ucieczka przeważnie nie jest dobrym rozwiązaniem, to w tym przypadku dawała nadzieję na odizolowanie się od praw miejsc cywilizowanych, praw rządów autorytarnych. Jeśli w ogóle w kategoriach cywilizowanych miejsc można rozpatrywać Birmę. Potrzebowaliśmy na początek większej ilości kyatów. Z wymianą wartości dewizowych nie ma najmniejszego problemu, pytanie jednak brzmi: Ile? I tu dylemat się jawi. Mając daną sumę pieniędzy, musimy ze znaczną dokładnością zaplanować wydatki i tym samym jaki jej procent wymienić. Bo, na przykład, za noclegi płacimy wyłącznie w dolarach (rzecz oczywista – władza łaknie amerykańskiego papierka, a inflacja rośnie), ale już za zakupy w sklepie wyłącznie w miejscowej walucie. Transport kolejowy – znowu dolary. Transport drogowy – w zależności od trasy. Gdy uciekniemy tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nikt nie wymieni nam pieniędzy. Jeśli skończy się jedna waluta – nie będzie jak wrócić, jeśli druga – nie będzie co jeść. A wymiana tylko w kilku największych miastach. W dodatku im dalej od Yangonu, tym kurs gorszy i to znacznie. A dla nas każdy pya3 się liczy. Do niedawna obowiązywał przelicznik sześć kyatów za dolara, więc tylko krezusi przyjeżdżali, a junta pławiła się w bogactwie. Choć oficjalny kurs nadal tyle wynosi, to na czarnym rynku (działającym tu w pełni legalnie) dostaje się ponad osiemset kyatów! Ponad sto razy tyle! Przerażające mechanizmy funkcjonują w krajach odciętych od finansowego świata.

Na placu Sule Pagoda zawsze panuje spory ruch. Bliskość małego dworca autobusowego sprawia, że znajdujemy się w centrum komunikacyjnego chaosu. Uwagę przykuwają mężczyźni „w ciąży”. Jest ich kilkudziesięciu, może setka. Wszyscy w białych, rozciągniętych tiszertach. Każda koszulka na wysokości pępka skrywa kilogramy miejscowej waluty, liczonej w dziesiątkach tysięcy. Zapewne kraju nawet nie byłoby stać na przeprowadzenie denominacji. Z zewnątrz niczego nie widać, bo pliki banknotów są zasłonięte naciągniętym od dołu materiałem. Faceci przypominają kangurzyce noszące małe w torbie na brzuchu. A brzuchy duże, krągłe i opasłe. Zdarzeniu przygrywają co sekundę powtarzające się słowa: „Change money? Change dolar?”.

Rozstawiono nam ogrodowy plastikowy stolik w jednej z bocznych uliczek. Tak na środku jezdni. Paradoksalnie czuliśmy się tu bezpieczniej, niż przy kamienicznych bramach – widzi nas z połowa dzielnicy. Zebrało się kilkunastu chłopa. Jeden nie miał równowartości dwustu USD. Po prostu by tego nie udźwignął. Zanim się wszyscy zebrali, wypiliśmy po szklance bawarki. I teatrzyk wystartował. Zboczenie na punkcie niezwichrzonych banknotów sięgnęło zenitu. Co drugi był odrzucany: lekko zagięty róg, przetarcie, wyblakłe kolory. Dopiero teraz zrozumiałem, czemu niektórzy turyści trzymali pieniądze w książkach, choć słyszałem nawet historie o ich prasowaniu! Nie można zatem złożyć banknotu na kilka części (ani nawet na pół) i ukryć w tajnym pasku – nikt go potem nie przyjmie, a jeśli nawet, to za ułamek wartości. Gdy pewna pula została przez waluciarza zaakceptowana, przeszliśmy do negocjacji. Wycena – w zależności od nominału i stanu technicznego. Jedna dziesiątka liczona po osiemset, a druga po siedemset pięćdziesiąt. Pięćdziesiątka w gorszym stanie, ale po osiemset trzydzieści – bo to Pięćdziesiątka! Jest bardziej pożądana niż pięć dziesiątek, a już na pewno dziesięć piątek. Przy czym „gorszy stan” oznacza banknot, który trafił raz do sklepu. Atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa i napięta, gdyż odrzucono połowę szmalu. Punktem kulminacyjnym i zarazem momentem doprowadzenia mnie do białej gorączki była licytacja kilku dwudziestek z podobizną siódmego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Na twarzy Andrew Jacksona pojawiła się ciemna smuga. Natychmiast mi je zwrócono. Wyglądały przecież na wyjęte prosto z drukarni – idealnie gładkie, równe, ale zwrócono. Przyjrzałem im się dokładnie. Smuga faktycznie była. Wziąłem pod lupę inne dwudziestki. Oblicze Jacksona posiadało fabryczny cień. Tak wyglądał banknot – to nie był brud! Pokazałem, że wszystkie papierki o tej wartości mają identyczny zarys, wiórek depresji rysujący się na prawym policzku. Być może spowodowanej odtrąceniem jego nominału. Pieprzony Andrew Jackson! Nie mógł wystąpić w lepszym oświetleniu!? Teraz przyszła kolej na mnie – ruszyłem do ofensywy. Wziąłem do ręki kilka kyatów i zacząłem się im uważnie przyglądać. Nie szanowali ich zupełnie. Zmiętolone, zwinięte w kulki niczym zużyta chusteczka. Porozrywane i zagniecione wyglądały jak produkty sztuki origami lub wycinankarstwa, przypominały ażurowe papierowe serwetki. Absolutnym hitem był banknot sklejony z dwóch takich samych połówek! I oni mieli czelność rezygnować z moich! Odrzucałem z nonszalancją – ten był dla mnie zbyt pognieciony, ten naddarty, ten nie pasował do koloru oczu. Towarzystwo oniemiało. Dosłownie ich wryło, co niestety przełożyło się na większe podenerwowanie. Kątem oka zauważyłem, że stojąca obok Ruda, będąca dotychczas oazą spokoju, zaczyna odpływać psychicznie. Mój kontrahent również. Gdyby ktoś miał kamerę, mógłby sfilmować w tym momencie jedną z lepszych scen do „Ojca chrzestnego”. Przecież w każdym momencie jeden z otaczających mnie chłopów, albo wszyscy razem, mógłby najzwyczajniej w świecie, beztrosko, wręcz grzecznie, wziąć wszystkie pieniądze i odejść w siną dal. Co mógłbym wtedy zrobić? Co najwyżej podrapać się w głowę. A różne myśli się w niej tworzyły w tak stresującej sytuacji. Pertraktacje prowadziliśmy od pół godziny i z każdą kolejną minutą, a nawet sekundą, powietrze niczym rozgrzana smoła robiło się cięższe i bardziej lepkie. Sinusoidalny charakter otaczającego stolik napięcia istniał tylko dzięki przerwom na łyki bawarki. Gdyby nie one, kortyzol przekroczyłby stan krytyczny i wybuchlibyśmy wszyscy z nerwów i podniecenia. Banknot za banknot, wymuszony uśmiech za uśmiech, do względnego konsensusu dobrnęliśmy. W ostatecznym rozrachunku ugrałem, co chciałem, a i druga strona była zadowolona. Choć zostało mi sporo dolarów „niewymienialnych”, nie mogąc kolejny raz uszczuplić budżetu, musiałem wierzyć we wciśnięcie ich komuś w przyszłości. Nie chciałem ich oddać za bezcen. Po transakcji, dla odmiany, poczęstowano nas zieloną herbatą.