W niewoli seksuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W niewoli seksu
W niewoli seksu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
W niewoli seksu
W niewoli seksu
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

W niewoli seksu

Saga

W niewoli seksuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2014, 2020 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726626919

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Noc inna niż wszystkie

Problemem, który nurtował mnie w tamtej chwili, było to, jak dyskretnie zdjąć z palca obrączkę. Od kilku minut próbowałem pod kontuarem baru, ale za nic nie dawałem rady. A naprawdę opłacało się to zrobić, bo barmanka wyglądała na wartą grzechu… Nie widziałem obrączki na jej palcu, więc uznałem, że i ja bez tego świecidełka będę miał większe szanse.

Ta pierdolona obrączka nie dawała się jednak zdjąć. Ostatni raz powędrowała do kieszeni wiele miesięcy temu, więc miała czas się zasiedzieć. No i się zasiedziała. Omal nie oderwałem sobie palca, zajadle z nią walcząc.

– Może dać ci mydło? – usłyszałem nagle.

– Słucham?

– No, do obrączki. Namydlisz palec i wtedy na pewno zejdzie.

– O cholera… Skąd wiesz?

– Myślisz, że pierwszy walczysz jak tygrys z tą błyskotką?

Chociaż, muszę przyznać, tobie wychodzi to najbardziej nieudolnie.

Chcesz posłuchać dobrej rady?

– Chętnie.

– Daj sobie z tym spokój, facet, bo nawet jak zdejmiesz to gównoz palucha, to i tak nie złapiesz u mnie żadnych plusów.

– Ooo…

– A co myślałeś? Że wskoczę ci do łóżka, gdy tylko zobaczę, że jesteś wolny? Z choinki się urwałeś czy może przyjechałeś z jakiejś zabitej dechami wiochy i nie wiesz, jak się zachowują w stosunku do kobiet chłopaki z miasta?

Uśmiechnąłem się przepraszająco, przez co musiałem wyglądać jak kretyn. Pierwszy raz w życiu jakaś kobieta od razu postawiła mnie pod ścianą. Potrzebowałem chwili, aby to przetrawić. Dla zyskania na czasie grzecznie poprosiłem o kolejne piwo. Taktyka nie rodzi się w mgnieniu oka. Zawsze można znaleźć sposób, aby dobrać się do damskich majtek. Trzeba tylko pomyśleć chwilę, zastanowić się trochę, w spokoju opracować plan.

Podała mi drugie piwo. Odebrałem je, zaglądając jej głęboko w oczy. Uwodzicielsko, czule, najpiękniej, jak potrafiłem… Ale to nic nie dało. Nie zaiskrzyło między nami nawet przez sekundę. A więc nie grała trudnej do zdobycia… Chyba faktycznie taka była. Jej chłodne oczy prześlizgnęły się po mnie jak po kimś niewartym najmniejszej uwagi. Próba „spojrzenia” okazała się fiaskiem. Niczego to jednak nie przesądzało. Wiedziałem, że na tę kobietę trzeba było po prostu poświęcić więcej czasu niż na inne.

Miałem go sporo. Dokładnie całą noc. Jeszcze wszystko mogło się zdarzyć. Nigdy nie poddawałem się szybko. I tym razem także nie miałem zamiaru. Czasem dojście do celu wymaga trochę wysiłku.

Chociaż z drugiej strony… jeszcze nigdy nie natrafiłem na tak dużą przeszkodę na tym etapie podrywu. Na samym starcie. Nieraz występowały w połowie drogi, ale zwykle potrafiłem je obejść. A jeśli nie potrafiłem, wycofywałem się z klasą, pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Tym razem jednak dostałem w ryja, gdy tylko wetknąłem łeb w szparę w drzwiach. Może nie był to jeszcze nokaut, ale bolało.

Ten chłód do niej nie pasował. Wyglądała na subtelną, sympatyczną babkę. Emanowała seksem. I to jeszcze jak! Wszystko w niej zdawało się mówić: „Weź mnie!”. Tylko nie usta. Postanowiłem jak najszybciej odzyskać kontrolę nad sytuacją. To, że wygrała pierwszą rundę, nic nie znaczyło. Zastosowała atak przez zaskoczenie.

Od razu z grubej rury. I teraz, gdy się już wiedziało, jaką ma taktykę, należało ją wypunktować. Cios za ciosem. Powoli przebijać się przez jej obronę i w końcu zapędzić do narożnika.

– Nie widzę powodu, żebyś mnie traktowała tak obcesowo – zacząłem. – Chciałem tylko…

– Co chciałeś?! – przerwała mi ostro.

– Chciałem tylko być miłym facetem – dokończyłem. A blask uśmiechu, którym ją obdarzyłem, rozwaliłby mury Jerycha skuteczniej od trąb. W każdym razie wielu babkom na jego widok same opadłyby majtki. Ale jakoś jej nie opadły.

– Słuchaj, matole, skończ te pierdoły. JA TU PRACUJĘ. Od rana do nocy. I mam po dziurki w nosie wszelkich dupków, którzy próbują zrobić na mnie żenie swoją wrodzoną głupotą, licząc, że mnie przelecą. Trochę szacunku!

– O, o, właśnie o tym mówię. Ja do ciebie z uśmiechem, a ty z miejsca traktujesz mnie z buta. Za uśmiech. Za zwykły, niewinny uśmiech – powiedziałem i ponownie się uśmiechnąłem. Jeśli nie była lesbą i od czasu do czasu uprawiała z mężczyznami seks, musiała istnieć jakaś droga, choćby ledwie wydeptana ścieżka, wiodąca do jej łóżka. Trzeba ją było tylko odnaleźć. Chyba że ta kobieta doświadczyła kiedyś czegoś okropnego, na przykład gwałtu. W takiej sytuacji mogłem otrzymać od niej jeszcze nie tylko parę obelg, ale także prawdziwego kopa. Byłem gotów podjąć to ryzyko.

– Gdyby twój uśmiech był bezinteresowny, nie traktowałabym cię w ten sposób – odparła. – Ale nie jest. Tak samo uśmiechałby się twój ptaszek, gdyby miał twarz. I nie muszę chyba mówić na widok czego…

„O Boże – pomyślałem. – Stoję twarzą w twarz z koszmarem każdego podrywacza”. Tyle że ja byłem podrywaczem małej rangi.

Takim knajpianym Don Juanem, radzącym sobie nieźle, acz nie wybitnie. Jak dotychczas nie narzekałem. Teraz też nie miałem zamiaru. W końcu ta niemiła krowa nie była warta wyrywania sobie włosów z głowy. Była sexy, ale co druga Polka taka jest. Wystarczy wyjść na ulicę, stanąć gdzieś z boku i trochę poobserwować przechodniów, żeby się przekonać. Polskie ulice pełne są potencjalnych gwiazd filmowych, modelek czy też spikerek telewizyjnych. I nawet jeśli te potencjalne kandydatki ledwie idą, obładowane siatkami z zakupami, ciągnąc za sobą dzieci, nie przeszkadza to wcale w dostrzeżeniu ich urody i zachwycaniu się nimi. Rzecz nie do pomyślenia w Danii, Szwecji czy Niemczech. Tam chodniki pełne są ubranych w workowate łachy fanek hamburgerów i kolczyków w nosie. Wszelkie wyjątki z miejsca są odławiane i rozpoczynają pracę dla mediów, z dnia na dzień stając się rozchwytywanymi gwiazdami w swoich krajach. Okrzykuje się je pięknościami lansującymi światowy styl i trendy, stawia za wzór do naśladowania. Weźmy chociażby

Claudię Schiffer. Tę niedawną topmodelkę, z urodą przereklamowaną na maksa, którą pod tym względem pobiłaby co druga polska, ukraińska czy czeska dziewczyna, gdyby tylko ktoś dał im szansę.

Rosjanki także, chociaż te z reguły źle się ubierają i za ostro malują, co często zabija ich naturalny wdzięk.

Miałem więc wybór. Musiałem tylko ruszyć się z tej knajpy i trochę poszukać. Mogłem spokojnie olać tego niesympatycznego barowego kurwiszona. Szkoda było na niego czasu. I postanowiłem tak zrobić. Szybko dopić piwo i poszukać szczęścia gdzie indziej.

Uniosłem kufel i wlałem w siebie to, co jeszcze w nim zostało.

Potem podniosłem się ze stołka i ruszyłem do drzwi. Gdzieś w połowie drogi zatrzymał mnie jej głos.

– Nie lubisz trudnych wyzwań?

– Słucham?

– Pytam, czy nie lubisz trudnych wyzwań. Takich jak kobieta, która nie daje się poderwać na sprawdzone metody i na dodatek jeszcze pyskuje.

– No cóż… Muszę przyznać, że faktycznie jest to dla mnie nowość.

– Aż taki dobry w tym jesteś?

– W czym?

– W uwodzeniu.

– Niezły. Siedem punktów na dziesięć.

– To dlaczego teraz dajesz nogę?

– Nie daję nogi, tylko wychodzę.

– A ja myślę, że spieprzasz jak szczur z tonącego okrętu, bo sprawa cię przerosła.

– Nie wiem, o czym mówisz, i szczerze mówiąc, nie chcę wiedzieć. Do widzenia. – „Durna krowo”, dodałem w myślach i odwróciłem się w stronę drzwi. Ale jej kolejne słowa znowu były jak szpilki.

– Przyznaj się, za wysoka poprzeczka, co?

– Nigdy nie wisiała nisko, jeśli mamy być szczerzy – odparłem. – Nie interesuje mnie byle co.

– Nie jestem byle czym – oznajmiła.

– Może, ale wybacz, nie przekonam się o tym.

– Dlaczego? Chyba musiałam ci się spodobać, skoro straciłeś tyleczasu na kombinowanie z obrączką.

– Owszem, jesteś atrakcyjna. Nawet bardzo. Ale, niestety, na mnie już czas.

– A więc nie lubisz trudnych wyzwań… Mimo wszystko wydajesz się fajnym facetem i może dałabym ci szansę.

Uśmieszek, którym mnie obdarzyła, należał do tych ciepłych i uznałem go za lekkie uchylenie drzwi. Postanowiłem sprawdzić, czy uda mi się otworzyć je szerzej.

– Mnie się natomiast wydaje, że czujesz do mnie odrazę. W ogóle do facetów…

– Odrazę? Ależ skąd. Mam po prostu dosyć rozmaitych kretynów, którzy myślą, że skoro pracuję w knajpie i podaję trunki, to jestem idiotką, którą mogą traktować jak łatwą szmatę. Nic z tego.

– Nie miałem zamiaru tak cię traktować. A tę obrączkę…

– Tylko mi nie mów, że chciałeś ją zdjąć, bo uwierała cię w palec

– przerwała mi, ponownie miło się uśmiechając. – To najgłupsze wytłumaczenie.

– Zdjąłem ją, ponieważ ty jej nie masz. Uznałem więc, że nasza rozmowa przebiegnie łatwiej, kiedy i ja nie będę jej miał– odparłem, czując, że szczerość jest najskuteczniejszym chwytem w zapasach z nią. Wszystkie kobiety zwykle prowadzą z mężczyznami jakieś swoje gierki. Każda ma jakiś sposób na odparcie ataku i na kontrę, a czasami same z miejsca przechodzą do ofensywy i to facet musi się bronić. Na świecie nic nikomu nie przychodzi łatwo, o wszystko trzeba się starać.

 

O pieniądze, szacunek, seks. To ostatnie co prawda najłatwiej można sobie kupić, ale mnie nie interesowały płatne numerki. Na tym polu lubiłem wyzwania. Nawet jeśli wiązały się ze sporym wysiłkiem.

– A tak poza tym to lubię trudne wyzwania – dodałem po chwili i uśmiechnąłem się do tej głupiej pindy za barem, tak jak Bóg zapewne uśmiechnął się, gdy stworzył świat i nim zrozumiał, że popełnił błąd.

– No to mnie uwiedź – odparła, spoglądając mi prosto w oczy.

Zimno, wręcz lodowato, jakby to, co właśnie mi zaproponowała, nigdy nie miało szans na spełnienie. Odniosłem wrażenie, że ta rzucona właśnie propozycja znaczyła dla niej dokładnie tyle, jakby powiedziała mi: „Zerwij dla mnie gwiazdkę z nieba”. W każdym razie wszystko wskazywało na to, że jest nieźle zakręcona i że jeśli uda mi się ją przelecieć, skoczę w rankingu o kilka punktów. Poskromić szaleńca potrafi byle osiłek, wystarczy, że zdzieli go porządnie w łeb, ale wyleczyć go udaje się jedynie specjalistom. Ja chciałem wyleczyć tę wariatkę. Pokazać jej, że w łóżku można się również nieźle bawić, nie tylko spać. Dotychczas musiała w nim chyba wyłącznie kimać. Taka była moja diagnoza.

– Nie ma sprawy – odparłem, wróciłem na barowy stołek i przystąpiłem do dzieła. – Twoje oczy są jak górskie jeziora, w których co rano przegląda się słońce, a twój uśmiech jak bajeczna dolina wiodąca do raju. No i jak na początek? – Puściłem do niej oko.

– Harlequin w najgorszym wydaniu – odparła.

– A to…? – zapytałem i dla żartu nadałem jej podobną gadkę.

– Jeszcze gorzej – stwierdziła, kręcąc głową. Jezu, ona naprawdę myślała, że serwuję jej te teksty na poważnie.

– OK, a więc w ten sposób… – Wziąłem głęboki oddech i podałem jej kolejne banały. Cały repertuar ckliwości, namiętność, achów i ochów. Tym razem przez dobrych kilka minut gadałem do niej to, co pragnęłaby co dzień słyszeć każda kobieta. Rozwinąłem wyobraźnię na całego. Miód spływał ciurkiem z moich ust i każda inna spijałaby go z nich z wdzięcznością… Ale ta pierdolona, nieczuła, oschła krowa wcale nie miała zamiaru.

– Nie żyjemy w baroku – skomentowała, gdy skończyłem się produkować – ale na początku XXI wieku. Na żadną kobietę nie podziała już coś takiego, chyba że na wyjątkowo głupią.

Powiedziała to bezdusznie i z taką powagą jak sędzina skazująca właśnie kogoś na karę śmierci. Od razu odechciało mi się wszystkiego.

Drzwi do niej, które być może wcześniej nieznacznie uchyliłem, jebnęły właśnie przede mną z głośnym trzaskiem.

– Dobra – rzekłem zrezygnowany. – Poddaję się.

– Och?

– Tak. Miałaś rację. Ta sprawa mnie przerasta. Jest ponad moje siły. Niech zgadnę, lubisz kobiety, prawda?

– Oho! Widzę, że sympatyczna maska zaczyna powoli opadać.

Nie, nie jestem lesbijką.

– Taaa, a mnie się wydaje, że gdybym był laską z wielkim cycami, już dawno obmacywalibyśmy się gdzieś na zapleczu.

– Nie rób z siebie bydlęcia. Po prostu uznaj, że przegrałeś. Że są na świecie kobiety, na które nie działa twój urok.

– O tak, jest ich pełno. W barach dla lesbijek. Cholera, a może to właśnie jeden z nich?

– Nie. W tym barze pracuje po prostu kobieta, która ma dosyć upokarzania ze strony mężczyzn.

– Czy ja cię upokarzam, do kurwy nędzy?!

– Tak, zacząłeś mnie upokarzać, gdy zabrałeś się do majstrowania przy obrączce, i poszedłbyś dalej, ale nie pozwoliłam ci na to.

– He, he. Nie wiem, skarbie, co za facet zrobił ci krzywdę, ale uwierz, nie wszyscy są do niego podobni – powiedziałem, wstając od baru. – A przynajmniej ja nie jestem.

– Owszem, skrzywdziło mnie wielu mężczyzn – przyznała. – Słowem, czynem. Wszyscy jesteście tacy sami! Tylko bierzecie, niczego nie dając. A jeśli już coś z siebie dajecie, to jedynie ochłapy!

Brać, nic nie dając, tylko to potraficie! Wszyscy jesteście tacy sami!

– Gdy zbliża ci się okres, to może powinnaś wziąć sobie wolne wpracy – poradziłem, machnąłem na nią ręką i ruszyłem do drzwi.

Postanowiłem, że tym razem nie zatrzyma mnie żadne jej słowo, żadna obietnica, nawet dziki, seksowny striptiz, który zaczęłaby dla mnie wykonywać. Życie trwało zbyt krótko, aby tracić czas na jakieś oziębłe wariatki. Świat pełen był normalnych, miłych kobiet, spragnionych towarzystwa takich fajnych facetów jak ja. I pewnie wiele z nich było barmankami. A na tej ulicy aż roiło się od knajp – lubiłem knajpy. Nie próbowała mnie zatrzymać. Tylko gdy otwierałem drzwi, usłyszałem jej szyderczy śmiech.

Była noc. Późna, cicha, ciemna. Księżyc otaczał harem gwiazd.

Mnie otaczała pustka. Przynajmniej na razie.

Ruszyłem w głąb ulicy, zaglądając przez okna do mijanych barów. Środek tygodnia nie sprzyjał frekwencji. Większość z nich świeciła pustkami.

W końcu natrafiłem na bar pełen ludzi. Wypatrzyłem nawet kilka kobiet. Z wnętrza co rusz dochodził ich śmiech, więc wziąłem to za dobry znak. Poza tym w środku grała muzyka. Kiedy wcześniej wszedłem do baru prowadzonego przez tę wariatkę, przywitała mnie cisza jak w grobie. To powinno dać do myślenia każdemu szanującemu się pijakowi. Mnie nie dało. Już nigdy więcej nie miałem zamiaru popełnić tego błędu. I postanowiłem zawsze wybierać lokale, które atmosferą nie przypominają cmentarzy.

Kładłem właśnie rękę na klamce, kiedy usłyszałem klakson. Tuż obok mnie. Odwróciłem się i ujrzałem samochód. Starego poloneza. A w okienku kierowcy znajomą twarz.

– Wsiadaj – rozkazała.

Uśmiechnąłem się i wsiadłem.

– No i na cholerę była ta pełna nienawiści, feministyczna paplanina? – zapytałem.

– Mam nadzieję, że w pieprzeniu jesteś równie dobry, jak w gadaniu – odparła i ruszyła.

W milczeniu przejechaliśmy kilka ulic i zajechaliśmy pod hotel.

Znałem go. Raz czy dwa posunąłem w nim przygodnie poznane kobiety. Dziś miałem przelecieć w nim kolejną.

Hotel słynął z tanich pokojów na godziny. Masowo oblegały go prostytutki, ale także skryci kochankowie i gejowskie pary, którym znudziły się zabawy w dworcowych szaletach. Nikt w nim o nic nie pytał, a w pokojach rzadko kiedy ktoś sprzątał. Pewnie zarazki wszystkich istniejących chorób wenerycznych baraszkowały sobie na łóżkach, żerując na milionach martwych plemników, których zresztą co dzień przybywało. Dlaczego wybrała właśnie ten?

Nie zapytałem. Czasami lepiej nic nie wiedzieć, tylko płynąć z prądem, nawet jeśli huk pobliskiego wodospadu nie wróży niczego dobrego.

W recepcji to ona wynajęła pokój. Po prostu wyciągnęła z torebkiszmal i rzuciła go obleśnemu recepcjoniście, nim sam zdążyłem sięgnąć do kieszeni. Odebrała klucz od tego zboczeńca i ruszyliśmy schodami na górę.

Potem był obskurny pokój i seks. Dziwny seks. Brała ode mnie wszystko, w zamian nie dając nic. Najnormalniej mnie gwałciła. Jej wagina co chwilę przemieszczała się z mojego penisa na usta, nie dając mi chwili wytchnienia. Nie dane mi było nawet popieścić jej wspaniałych piersi. Nie dała mi na to czasu. Od chwili wejścia do pokoju i błyskawicznego pozbycia się przez nas ubrań byłem tylko przedmiotem w jej rękach. Wielkim wibratorem, z którym robiła, co tylko chciała.

Wiem, nie powinienem narzekać. Wielu pewnie by tak chciało, ale ja nie chciałem. Zawsze lubię kontrolować w łóżku sytuację. A wtedy nawet nie było o tym mowy. Od samego początku to ona przejęła stery. To, co wyczynialiśmy, było najzwyklejszym pieprzeniem. Rżnięciem odartym ze wszystkiego, co zwykle sprawiało w łóżku radość dwojgu ludziom. Nawet jeśli ci ludzie nie widzieli się wcześniej na oczy, ale byli dla siebie atrakcyjni fizycznie, mieli ochotę na chwile przyjemności, a w grę nie wchodziły pieniądze. Było to pieprzenie bez odrobiny namiętności, sprowadzone do zwykłego zwierzęcego kopulowania. Czułem się jak pies pierdolący się na trawniku. Gdy się w końcu spuściłem, poczułem tylko nieznaczną ulgę. Nie miałem najmniejszej ochoty chociaż na chwilę przytulić tej kobiety do siebie ani zapalić papierosa. Chciałem jak najszybciej zmyć się z tej nory i zapomnieć o całym tym wieczorze.

Ale ona znowu mnie ubiegła. Wstała z wyra i zaczęła ubierać się w pośpiechu.

– Co jest? – zapytałem, a raczej nie ja, tylko moja zdeptana męska duma.

– Nic.

– Spieszysz się do męża, dzieci?

– Nie mam męża ani dzieci.

– Co więc cię tak goni?

– Nic.

– To może teraz trochę poleżymy obok siebie i porozmawiamy?

– Nie.

– Nie zachowuj się, kurwa, jakbym był twoim klientem, bo przecież nie o to chodzi.

– Chodzi właśnie o to – odparła i, już kompletnie ubrana, zaczęła grzebać w torebce. Po chwili stuzłotowy banknot, złożony na pół, wylądował obok mnie na łóżku.

– A to, kurwa, co niby ma znaczyć? – zapytałem, unosząc się na łokciach.

Uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.

Amerykańskie rżnięcie

W czasie swojego pobytu w Stanach łapałem same gówniane roboty, za które płacono marnie i na które wywalali lachę nawet Latynosi. Ale trzeba było z czegoś żyć. Poza tym – opłacać tę nędzną klitkę, którą wynajmowałem w dzielnicy Greenpoint, wśród rodaków. Ci „rodacy” byli większymi skurwysynami od rodowitych Amerykanów. Potrafili wycisnąć z ciebie ostatniego centa. Nie mieli litości. Na przykład mój gospodarz. Miał głęboko w dupie, że dopiero co przyjechałem z Polski i że forsy ledwie wystarczyło mi na życie. Miałem płacić mu za pokój w każdą niedzielę albo wypierdalać. „Do tej całej twojej Polski”, jak mawiał z sarkazmem. „To również pana Polska”, powiedziałem mu kiedyś. „Ja tam sram na nią”, odparł mój rodak, machając pogardliwie ręką. „Moja jest Ameryka. I dolary, które w niej zarabiam. Polska jest dla takich nieudaczników jak ty”.

Gdzieś pod koniec pierwszego miesiąca miałem już wszystkiego dosyć i chciałem wracać do Polski. Do żony i dzieci. Przez cały czas miałem wrażenie, że Statua Wolności zamiast pomagać mi urealniać amerykański sen, szczała mi tylko na głowę. A tak pięknie wyglądała z okna samolotu ta pieprzona dziwka.

Zawsze kończyło się jednak tylko na chęci powrotu. Nie mogłem wracać z pustymi rękoma. Z paroma nędznymi dolarami w kieszeni.

Nie tego oczekiwała moja rodzina. Zbyt dużo wysiłku i wyrzeczeń kosztowało nas przygotowanie mojego wyjazdu, żebym wrócił zza tego pieprzonego oceanu pokonany. Nie, nic z tego, powtarzałem sobie w każdej chwili zwątpienia, muszę się wziąć w garść i stanąć na nogi.

Uciułać jakoś te parę tysięcy i dopiero wtedy wracać do kraju. Marzył

mi się mały sklep. Warzywniak lub spożywczy. Sprzedawałbym sobie

w nim jabłuszka i cytrynki. Naprawdę niewiele chciałem od życia, a

akurat to marzenie było w zasięgu ręki.

Ale żeby je zrealizować, potrzebowałem kasy. Nie tych nędznychgroszy, które zarabiałem, zrywając azbest z dachów, ale konkretnej gotówki. Jednak nie było na nią żadnych widoków. Mimo że doskonale znałem angielski, nie byłem głupi i bardzo chciałem pracować. Ameryka jednak pełna była takich ambitnych frajerów z różnych stron świata. Natykałem się na nich na każdym kroku. Konkurencja była więc duża. Trzeba było mieć naprawdę wiele szczęścia, żeby załapać się na coś konkretnego. Awansować z „azbesta” na śmieciarza albo taksówkarza. Wielu emigrantów marzyło o którejś z tych fuch. Ale niewielu się udawało. Większość od początku do końca swojego pobytu w Stanach tyrała przy azbeście, zwiększając na przyszłość swoje szanse na nowotwór.

Byłem już bliski poddania się, kiedy nagle nastąpiła zmiana.

Robota w firmie wykańczającej wnętrza. Płacili co prawda niewiele więcej niż przy zrywaniu azbestu, ale przynajmniej przestałem dokarmiać swojego raka. Był to zawsze jakiś awans.

Już sama robota była przyjemniejsza. Pracowało się w pomieszczeniu, z dachem nad głową, co się liczyło zwłaszcza w deszczowe dni, których w Nowym Jorku nie brakowało. Przy azbeście przemakało się wtedy do suchej nitki, ponieważ nawet w ulewę nie można było przerwać pracy. Gdy boss zobaczył, że ktoś się chroni przed deszczem pod jakimś zadaszeniem, z miejsca wyrzucał delikwenta z roboty. Miał w dupie, że się przeziębimy, dostaniemy zapalenia płuc i zdechniemy. Jak często nam powtarzał, cała kupa polaczków, ruskich czy meksykańców tylko czeka, żeby zająć nasze miejsca, więc mamy zapierdalać nawet w tornado, jeśli nie chcemy stracić tej pracy.

Przydzielono mnie do brygady, w której chyba wszyscy pracowali na czarno. I z tego, co zdążyłem stwierdzić przez kilka pierwszych dni, była to zbieranina zmontowana na szybkiego, oprócz jednej czy dwóch osób, niemająca pojęcia o budowlance, kładzeniu terakoty i tym podobnych rzeczach. Ale od czego są chęci. Gdy się nie ma pracy, a chce się zarabiać, człowiek szybko nauczy się wszystkiego.

 

I po dwóch tygodniach umieliśmy już dużo. Chyba nikt postronny, widząc, jak uwijamy się przy robocie, nie mógłby stwierdzić, że jeszcze kilkanaście dni wcześniej byliśmy w tym fachu równie zieloni jak pierdolone żaby kumkające nad stawem. Ameryka uczyła szacunku dla pracy. W moim kraju w życiu nie chciałoby mi się uczyć tego wszystkiego, a przynajmniej nie w takim tempie. A najpewniej wywaliłbym na taką robotę lachę i poszukał sobie lżejszego zajęcia. Ale tam nie mogłem. BO TO BYŁO LEKKIE ZAJĘCIE. I trzeba je było sumiennie wykonywać, aby Panowie Prezydenci uśmiechali się do ciebie z zielonych papierków.

Pracowałem w tej firmie ze dwa miesiące, kiedy trafiliśmy pod ten adres. Znajdował się tam dom szefa. Wielka landara, którą nasz boss postanowił bardziej powiększyć, dobudowując jeszcze jedno piętro. Robota zapowiadała się na dobrych kilka tygodni.

Zaczęliśmy z kopyta. Boss, gruby niski łysielec o obleśnej mordzie, wpadał do nas zawsze tylko raz dziennie, przeważnie z rana, oceniał wykonaną robotę, warczał: „Robić, robić, nie lenić się”, a potem na resztę dnia dawał nam spokój. W całym domu, na czynnych piętrach, zostawała tylko jego żona. Tleniona, ładna blondynka.

Czasami przynosiła nam coś do picia. Widziałem ją też parę razy przez okno, w bikini, gdy opalała się albo pływała w basenie. Co tu dużo gadać, mimo dobrej czterdziechy na karku – była jeszcze niezłą szprychą, na widok której od razu stawała pała.

Pewnego dnia, gdy przynosiła nam napoje, zagadnąłem ją.

– Świetnie pani wygląda, pani Stewart – powiedziałem czystą angielszczyzną. Wydała się zaskoczona, ale zaraz uśmiechnęła się ładnie.

– A pan świetnie mówi po angielsku – odparła po chwili. – Jestem ciekawa, gdzie się pan tak dobrze go nauczył.

Powiedziałem jej więc. Na poczekaniu wymyśliłem bajkę, że jestem nauczycielem, a ich w moim kraju się nie docenia, wypłaca się im głodowe pensje i dlatego przyjechałem tu za chlebem. To brzmiało znacznie lepiej niż prawda, że nauczyłem się języka na zwykłych kursach i że w kraju pracowałem jako ochroniarz w sklepie.

Powiedziałem jej też, że tyram u jej gburowatego męża dla dobra swoich dzieci, że za nimi tęsknię i tego typu rzeczy. Kobiety lubią litować się nad mężczyzną. Najlepiej, kiedy widzą w nim zagubioną, biedną, ale godną osobę, zwłaszcza kiedy same mają pieniądze. Te bogate zawsze ciągną do przystojnych nieudaczników, którymi chcą się opiekować. Nie wiem, czy myślałem właśnie o takiej opiece ze strony pani Stewart, kiedy żeniłem jej te wszystkie kity. Myślę po prostu, że zbyt długo nie miałem już kobiety, a ona miała ładne cycki i w tym momencie to mój fiut przejął inicjatywę. Tak to już jest, kiedy nosi się między nogami ten narząd, obdarzony własnym – choć bardzo małym –rozumem.

Bajer zadziałał. Moja przystojna morda pewnie też. Odtąd Ruth (bo tak miała na imię pani Stewart) częściej niż zwykle przynosiła nam napoje i na dłużej zostawała na poddaszu. Po kilku dniach naszych rozmówek nawijaliśmy ze sobą tak, jakbyśmy się znali całe życie.

Pewnego dnia weszła na górę i zaprosiła mnie do siebie na drinka.

– A co powiesz swojemu mężowi, kiedy wejdzie i zobaczy, że popijasz z jego pracownikiem? – zapytałem dla przyzwoitości, choć już dobrze wiedziałem, że jej tego drinka nie odmówię.

– Będę się tym martwić, jak przyjdzie – odparła, uśmiechając się seksownie. – Ale ten dupek zwykle wraca późno, więc nie ma powodu do niepokoju.

Jej odpowiedź spodobała mi się tak bardzo jak to, co nosiła pod bluzką i co zwykle podsuwała mi pod sam nos.

Dwie minuty później znaleźliśmy się w jej salonie.

Nie dostałem żadnego drinka.

Od razu wylądowała mi na kolanach.

A potem zaprowadziła do sypialni.

Okazała się demonem seksu. Gorącym, dzikim, niespożytym.

Numerki z nią to były maratony. Codzienne, mordercze maratony, bo od tego pierwszego razu posuwałem ją już każdego dnia.

Kumple z brygady nas kryli. Byli poczciwymi chłopakami z różnych biednych krajów świata, mieli swój honor i nie włazili nikomu w dupę. Gdy Ruth zabierała mnie na dół, zasuwali dwa razy bardziej, wykonując moją robotę tak, że gdy boss do nas zaglądał i oceniał wyniki, nigdy nie mógł się do mnie przyczepić. Nawet przez myśl palantowi nie przeszło, że gdy wsiadał co rano do swojego jaguara, ja już zaczynałem dmuchać jego żonę.

Chłopaki z brygady też zresztą mieli coś z tego. Za moją namową Ruth prawie co dzień zaczęła zamawiać im jedzenie. Pizze, kurczaki, hamburgery. I dzień w dzień skrzynkę piwa.

Myślę, że po jakimś czasie zaczęli nawet dziękować za to losowi. Za to, że postawił mnie na drodze Ruth. Za jej wielką chcicę i za mojego fiuta nie do zdarcia, który tak dzielnie sobie z nią radził.

Po dwóch tygodniach ja i Ruth stanowiliśmy już nierozłączną parę. Bardziej wyglądałem na jej męża niż ten prawdziwy. Doszło do tego, że zacząłem się z nią również spotykać po pracy. Chodzić z nią na zakupy, do kina i restauracji. Przedstawiła mnie nawet paru swoim zaufanym koleżankom. Oczywiście zapominała im wspomnieć, że pracowałem u jej męża. Przedstawiała mnie zawsze jako swojego przyjaciela sprzed lat. Mój amerykański akcent stał się już wtedy na tyle dobry, że nigdy żadna z nich nie poddała tego w wątpliwość.

Do żony dzwoniłem regularnie. I za każdym razem, gdy słyszałem w słuchawce jej głos, serce podchodziło mi do gardła, a z oczu płynęły łzy. Każde serwowane jej kłamstwo bolało mnie jak cholera. Z moich gadek mogło wynikać, że już niedługo zostanę milionerem. Ani razu nie powiedziałem jej, jak się naprawdę sprawy mają. Że czas nieubłaganie ucieka, a ja wciąż zarabiam grosze. Ani tego, że przysięgłą jej przed Bogiem wierność już dawno szlag trafił. Że pewna cycata amerykańska nimfomanka dzień w dzień obdzierała mi fiuta do żywego mięsa. Że coraz bardziej moralnie staczałem się na dno… Moja żona kochała mnie, ufała mi bezgranicznie i naiwnie wierzyła, że kiedy w końcu wrócę z tej ziemi obiecanej, definitywnie odmieni się nasze życie…

Ruth zaczęła mnie niepokoić gdzieś pod koniec roboty w domu szefa. Seks z nią był nadal wspaniałym przeżyciem, ale jej zachowanie poza łóżkiem stało się inne. Im bliżej było naszej brygadzie do zwinięcia żagli z jej domu, tym stawała się bardziej przygnębiona. Jej stary mógł mnie upchnąć gdziekolwiek w mieście albo nawet i poza nim, front robót prowadzonych przez jego firmę był bardzo duży, i nasze spotkania mogły drastycznie się ograniczyć albo nawet definitywnie zakończyć. Jeśli chodzi o mnie, ta przygoda mogła już przejść do historii, wyrzuty sumienia czasami zjadały mnie żywcem, ale Ruth miała inne zdanie. Chciała mieć mojego zaganiacza do ciągłej dyspozycji. Co prawda nie powiedziała mi tego wprost, tylko wyznała, że mnie kocha i nie wyobraża już sobie beze mnie życia.

– Co takiego? – zapytałem wtedy, myśląc, że moja znajomość angielskiego po raz pierwszy spłatała mi figla.

– Miłość, Chris, miłość – odparła Ruth, sięgając po papierosa. – Chyba tak naprawdę pierwszy raz czuję ją do mężczyzny.

– A twój mąż? – zapytałem. – Wyszłaś za niego dla ładnych oczu?

– Piękne dziewczyny wychodzą za takich palantów wyłącznie dlapieniędzy. Chyba sam zauważyłeś, że Harold nawet oczu nie ma ładnych.

– Słuchaj, Ruth. Nie chcę już więcej słyszeć, że się we mnie zabujałaś.

– Ale to prawda.

– A ja to pierdolę. Mam żonę i dzieci. Nie mam zamiaru się na nich wypiąć.

– Kiedy już będziemy RAZEM, załatwimy i tę sprawę – oznajmiła Ruth Stewart, zaciągając się marlboro. – Twoja polska rodzinka to akurat najmniejszy problem.

– Najmniejszy problem?! – ryknąłem, wyskakując nagusieńki z wyra. – Może dla ciebie. Ale to moje dzieci. Moja żona. Co ty sobie myślisz, że dla twoich dużych cycków i mistrzowskiego robienia laski dam im wszystkim kopa?!

Ruth wydawała się niewzruszona.

– Pieniądze załatwią sprawę – odparła obojętnie.

– Jakie, kurwa, pieniądze? – wrzasnąłem, najpierw po polsku, bo się zapomniałem, ale zaraz się poprawiłem. – What fucking money?!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?