Brudne historieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Brudne historie
Brudne historie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Brudne historie
Brudne historie
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

Brudne historie

Saga

Brudne historie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2006, 2021 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726911190

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Recenzje

Świetne! Mamy drugiego Hłaskę! Twarda, ostra, męska proza. Czasem chropawa, ale prawdziwa. Rzecz godna polecenia!

Jacek Głębski, prozaik, dziennikarz Powiedzielibyśmy: ostra jazda bez trzymanki. Powiemy: świetna literatura. Ostrość widzenia, precyzja narracji, robi wrażenie – nawet jeśli denerwuje. Salon Promocji Talentów Parnas.pl

K. S. Rutkowski to kontestator współczesnej mdłej rzeczywistości. Prześmiewca o ostrym piórze, którego twórczość nie jest przeznaczona dla ksenofobów lubujących się w wytyczaniu granic...

M. Grossman, pisarz publikujący pod godłem literackim, autor m.in. mocnej, bulwersującej powieści erotycznej Dwanaście Nie jesteś taki słaby! To instynkt i krzywda dochodzą do głosu, a te namiętności nie są słabościami. Tak do czytelnika krzyczy K. S. Rutkowski. I boleśnie opisuje, jak to co pozostawione i nieukojone dochodzi do głosu. Powolnie, brutalnie, świadomie. Na przykład z prostej historii o nauczycielce autor potraf zbudować przekonującą historię o namiętnościach mroków podświadomości objawiających się przy „kolejnym spotkaniu", które bez ostrzeżenia nadchodzi. W narracji dawna krzywdzicielka staje się podmiotem Wielkiego Niewiadomego. Właśnie bez ostrzeżenia. A kim staniemy się my, gdy zaufamy nieprzeciętnemu stylowi Autora? Co odgadniemy? Michał Pabian, dramaturg i literaturoznawca

Samoobsługowy drink-bar, w którym siedzę, nie jest w moim stylu. Zbyt cichy, jasny i za mało przydymiony. Z za drogim piwem oraz ze zbyt grzeczną barmanką. Czuję się tutaj nieswojo. Jak buszmen w samym środku miasta. Na szczęście w pobliżu siedzi dziewczyna, na której mogę chociaż zawiesić wzrok. Ładna oraz apetyczna. Popija kawę, spoglądając w okno. Na dworze leje deszcz i chyba schroniła się tu właśnie przed nim.

Jest dużo młodsza ode mnie, więc raczej nie mam szans na przygodę. Zresztą nie będę próbował. Nie szukam towarzystwa. Czekam na wydawcę, któremu wysłałem jakiś czas temu swoją książkę i który wczoraj telefonicznie umówił się tu ze mną. Prawdopodobnie zwróci rękopis oraz poradzi, żebym zajął się czymś innym.

Dziewczyna nie tylko mnie się podoba. Nie tylko ja ją obcinam. Pewien facet także lampi się na nią z głębi sali. Jest młody oraz przystojny. Ma wyćwiczony, arogancki, pewny siebie uśmiech oraz oczy rasowego podrywacza. Poza tym podobny jest do pewnego amerykańskiego aktora, nie znam nazwiska, ale z pewnością na topie. Ona na pewno od razu skojarzy jego gębę z konkretnym gwiazdorkiem flmowym, kiedy w końcu przysiądzie się do niej. Gdybym miał rywalizować z nim o tę małą, miałby zwycięstwo w kieszeni. Jestem raczej niezbyt twarzowy, ze sporym brzuchem i ubrany jak lump. Zwłaszcza dzisiaj, z kacem oraz z opuchniętą gębą, wyglądam jak stały bywalec melin i przytułków. On niczym książę z bajki. W przypadku naszej trójki historia z „Pięknej i bestii" z pewnością by się nie powtórzyła.

Otwierają się drzwi. Pojawia się w nich łysy, niski tłuścioch w wymiętym garniturze Mam przeczucie, że to facet, na którego czekam. Z pewnością są w tym kraju wydawcy przystojni i nienagannie ubrani, lecz ja zawsze trafam na byle kogo. Zwykle na kogoś z wykoślawionymi butami oraz tłustymi plamami z obiadu na koszuli, przy której na dodatek brakuje guzików, ale za to z dostojną miną literackiego guru, który pozjadał wszystkie rozumy. Tak, nie mylę się. To on. Dostrzegam, że trzyma pod pachą teczkę z moimi opowiadaniami. Przywołuję go więc ręką do stolika. Nadchodzi sapiąc, z głupkowatym uśmiechem.

– Miło mi pana poznać, panie Rutkowski – mówi, podając mi dłoń.

– A mnie pana – odwzajemniam uprzejmość, przypatrując się jego gębie, na której aż nazbyt czytelnie ma wypisane postanowienie, żeby mnie szybko spławić.

Siada naprzeciwko i kładzie przed sobą maszynopis mojej książki.

– A więc tak... – zaczyna i zacina się. Przez chwilę waży w myślach słowa. Układa dyplomatyczne przemówienie. Teraz, gdy mnie zobaczył, nie powie mi już wprost, jak zamierzał, idąc tutaj – że jestem do niczego. Kultura? Takt? Maniery? Nie. Po prostu nie wyglądam na przyjemniaczka. Mówiąc mi bez ogródek, że jestem gówno wart, mógłby sobie nagrabić. Nie zna mnie, więc nie będzie narażał dupy. Powie mi to lawirując, wyjaśniając pokrętnie, pierdoląc farmazony. Ładnie i składnie. Poradzi popracować nad sobą, da mi nadzieję. Poklepie przyjacielsko po plecach. Potem grzecznie się pożegna, mówiąc, że kiedyś coś jeszcze mojego z przyjemnością przeczyta i jeśli będzie lepsze, wyda. A gdy zamkną się za mną drzwi baru, od razu o mnie zapomni.

– W zasadzie te teksty są niezłe. Rzekłbym nawet, dobre. Tak, dobre. Mają coś w sobie. Widać po nich, drogi panie, że ma pan talent. Bez wątpienia. Duży talent. Ale... No cóż... Trzeba jednak nad nim trochę popracować. Jest jak nieoszlifowany diament. Drogocenny, lecz surowy. Właśnie tak najtrafniej można go określić.

Zaczęło się. Atakuje mnie tyralierą swojego wydawniczego bełkotu. Serwuje oklepaną gadkę, pieprząc trzy po trzy. Założę się, że nawet nie przeczytał wszystkich opowiadań. Intuicja podpowiada mi, że to kolejny zakuty wydawniczy łeb, tradycjonalista wychowany na rozwlekłych i nudnych powieściach Żeromskiego, którymi nieustannie jeszcze torturuje się w szkołach, i innych, przesiąkniętych wzniosłymi ideałami oraz patriotyzmem, nie nadających się do czytania przeżytkach. A moja twórczość w tym kraju nie ma żadnych korzeni. Słucham go więc jak zdartej płyty, jednym okiem łypiąc na dziewczynę i chłopaka. Jakąś minutę temu przysiadł się do niej i uskutecznia bajer.

– Przede wszystkim musi pan zmienić tematykę utworów – ciągnie dalej wydawca. – Nie może pan wciąż pisać tylko o brudach, zepsuciu, destrukcji. Wokół przecież tyle piękna, tyle radości. Tylu wspaniałych, dobrych, ciekawych ludzi. O nich, o nich należy prawić, o nich tworzyć literaturę... Na świecie żyją nie tylko pijacy i narkomani, nie wszystkie kobiety to damy lekkich obyczajów. Życie nie składa się wyłącznie z brudnych historii. W pańskiej prozie za dużo jest seksu odartego z czaru, uroku, intymności, bardzo wulgarnego, rzekłbym, całkowicie świńskiego, a za mało czułości i piękna. Pan wszystko widzi na czarno.

Chłopak przy sąsiednim stoliku jest dobry. Bardzo dobry. Widać, że zna się na rzeczy. Ma gadulca i to, co nawija, musi być miłe, bo trafa do dziewczyny i odpowiednio ją nastraja. Jej szeroki uśmiech nie jest wymuszony ani fałszywy. Naiwny owszem, ale nie fałszywy. Jest bardzo młoda, nie zna życia, więc nie zdaje sobie sprawy, że chłopak ma tylko ochotę coś zdymać i że akurat padło na nią.

– Tak pisać nie można. Nie wypada. Jest pan przecież człowiekiem inteligentnym. Stać pana na więcej. Proszę spróbować wyjść z tego literackiego dołka, w którym sam się pan umieścił i sięgnąć wyżej, w inne, przyjemniejsze sfery życia. Tyle jest tam tematów. Dobrych tematów. Ktoś z pańskim talentem będzie potrafł umiejętnie przelać je na papier – gość nawija dalej, a ja obserwuję rozwój sytuacji.

Chłopak ujmuje dłoń dziewczyny. Niby niechcący, nieświadomie. W przyjacielskim, niezamierzonym i nie w pełni kontrolowanym geście. Nie jest podrywaczem. Jest przyjacielem. Dobrą, bratnią duszą, której zrobiło się żal jej samotności. Aniołem zesłanym z niebios, żeby nie było jej źle i smutno. Dziewczyna ma urodę, ale nie rozum. Odbiera jego grę dokładnie tak, jak on tego chce. – W pana prozie brak wyczucia, proporcji. Jest nazbyt męska. Niesmaczna. Nachalna. Obrazoburcza. Lubi pan obrażać. Ludzi, instytucje. Nie ma dla pana żadnych świętości. Często stawia pan słowa „kurwa" i „fut" obok słowa Bóg. Obok słowa Jezus. Tak nie można, panie Rutkowski, nie można. W ten sposób nie tylko butnie wypina się pan na religię, przede wszystkim okrutnie masakruje pan naszą mowę ojczystą, zabija całe jej piękno. Wulgaryzacja literatury to złe przykłady pisarstwa rodem z Ameryki. Kraju zepsucia. Demoralizacji. Czytuje pan złe lektury. Jest pan pod ich wyraźnym wpływem. Może gdzieś tam w Ameryce jest tak, jak pan to opisuje, ale nie tutaj. Nie w Polsce. To kraj nie z pańskich opowiadań. Ludzie są tu inni, lepsi. Jeszcze, na szczęście, nie tak zepsuci. Nie tak wyrachowani. Młodym ludziom u nas nie zawsze chodzi tylko o seks. Potrafą być dla siebie mili i czuli. Kochają również dusze, nie tylko ciała. O, chociażby ta sympatyczna para... – Pokazuje na chłopaka i dziewczynę. – Wyglądają jak kochankowie ze słynnych literackich romansów. Czyż nie przyjemnie się na nich patrzy?

O tak, przyjemnie... Oczy chłopaka rozbierają tę małą. Dla niego już jest bez kiecki, bez majtek. Leży na łóżku. Rozkłada nogi. Tak, rzeczywiście patrzy się na nich z przyjemnością. Boże, komu oddałem pod ocenę swój talent?!

– W nich jest całe piękno miłości. Jej esencja. Czuje się, że to, co ich łączy, jest doniosłe, wielkie. A pary w pańskich opowiadaniach są takie szare i nijakie, często zezwierzęcone. Ciągle tylko kopulują, obrażają się wzajemnie każdym słowem, piją. Nie wyznają żadnych zasad moralnych, tarzają się w brudzie oraz zepsuciu. Widzi pan świat w krzywym zwierciadle, panie Rutkowski. Źle, źle go pan postrzega. To, jak mówiłem, wpływ złej, bardzo złej literatury. Inaczej mówiąc, czytuje pan śmiecie. Ale to nie jest tunel bez wyjścia. Musi pan po prostu zacząć czytać lepsze rzeczy. Pod ich wpływem z pewnością zacznie pan pisać inaczej. Lepiej. Uszlachetni pan swój niemały talent i już prostą drogą podąży do sukcesu.

 

Dziewczyna jest już omotana i usidlona. Bajery chłopaka, które musiały być naprawdę dużej klasy, błyskawicznie i całkowicie ją zakręciły. Wygląda, jakby brakło jej tchu. Chłopak wciąż jednak nie przestaje się produkować. Wie, że nie wolno spoczywać na laurach. Że trzeba kuć żelazo, póki gorące. Na tym etapie w każdej chwili dymanko może jeszcze uciec mu spod futa. To fachowiec. Kowal jak się patrzy. Mistrz nad mistrzami. Jestem przekonany, że nie spaprze roboty.

– Żeby zostać dobrym pisarzem, przede wszystkim trzeba odbierać świat takim, jakim faktycznie jest, a nie takim, jakim chce się go widzieć. W każdym człowieku jest pesymizm i optymizm. Pisarz powinien je w sobie równoważyć, w żadnym razie nie pozwolić któremuś siebie zdominować. W pańskim przypadku, panie Rutkowski, wziął górę pesymizm. Proszę jego nadmiar z siebie wyrzucić, a zobaczy pan, że od razu świat przestanie panu śmierdzieć i straszyć szarością. Wtedy pańskie utwory nabiorą blasku. Bo na razie... No cóż... Na razie to one go nie mają. Są ponure i przygnębiające. Czarne jak bezksiężycowa, pochmurna noc.

Dziewczyna wstaje, chłopak podrywa się niemal równocześnie. Zapewne powiedziała, że musi już iść, a on zaproponował, że ją odprowadzi. Dżentelmeńsko odsuwa jej krzesło. Pomaga nałożyć płaszcz. Jest zachwycona. Pierwszy raz ma do czynienia z takim facetem. Owszem, chodziła wcześniej na randki, ale z nieokrzesanymi małolatami, chcącymi ją tylko macać. A tu taki ułożony gość. Taki przystojny. Szarmancki. Koleżanki pękną z zazdrości, gdy ją z nim zobaczą.

Łapie u dziewczyny kolejnego plusa, kiedy wychodząc, usłużnie otwiera jej drzwi. Przechodzi przez nie dumna jak księżniczka. Nie widzi tego co ja. Że chłopak uśmiecha się pod nosem, szacując jej fgurę okiem starego jebaki. Jest zadowolony. Laska naprawdę warta jest grzechu i potu, który on jeszcze z siebie wyciśnie, nakręcając ją na numer. Musi tylko dalej być grzeczny, czarujący i delikatny. Sam się już chyba połapał, że to najlepszy na nią sposób. Są już przed barem. Patrzę przez okno. Widzę, jak przechodzą na drugą stronę ulicy. Romantycznie przemykają między kroplami deszczu. I zbliżają się do jakiegoś menela, który pod przykrywką żebraka zbiera pod sklepem na wino. Wygląda tak, jak ja będę wyglądał za kilka lat, gdy dalej będzie takie wzięcie na moje utwory. Ludzie mijają go obojętnie. Są spracowani, zmęczeni, wkurwieni pogodą i mają w dupie miłosierdzie. Lecz nie chłopak. On oczywiście jest wyjątkowy. Nigdy nie przechodzi obojętnie obok ludzkiej krzywdy. To właśnie daje dziewczynie do zrozumienia, gdy z perfekcyjnie opanowanym grymasem smutku zerka na nędzarza. Zatrzymuje się przy nim i sięga po portfel. Bez wahania, z ochotą, jakby sensem jego życia było pomaganie biednym. Wyjmuje banknot. Nie bilon, a banknot. I to duży nominał. Specjalnie trzyma go dłuższą chwilę w ręku, żeby dziewczyna mogła zobaczyć, ile daje i w pełni docenić tę nadzwyczajną hojność. Dopiero kiedy ma pewność, że ta dostrzegła cyferki na banknocie, podaje go żulowi. Uśmiecha się przy tym do niego jak równy do równego. Żul łapczywie chwyta forsę, nie mogąc uwierzyć w swego farta.

Pomysł z jałmużną to strzał w dziesiątkę. Dziewczyna spogląda na chłopaka z jeszcze większym zachwytem. Teraz jestem już całkowicie pewny, że uda mu się z nią wszystko, co sobie zaplanował.

Tymczasem grubas nawija dalej: – Tych opowiadań – kładzie rękę na teczce – niestety nie wydamy, panie Rutkowski. Choć są oparte na dobrych, ciekawych pomysłach, za ostro jednak są napisane, za brutalnie. Nasze wydawnictwo nie zajmuje się twórczością aż tak marginalną. W proponowanych nam przez autorów pozycjach szukamy przede wszystkim wartości humanistycznych. Niestety, w pańskiej prozie jest ich niewiele. Lecz kiedyś, kiedyś... Kto wie? To zależy od pana. Tylko i wyłącznie od pana.

Kończy z żałobną miną i wygląda, jakby naprawdę było mu przykro. Oczywiście nie zapomina mi po chwili posłać nikłego uśmiechu, który ma mnie zapewnić, że jeszcze nic straconego. Również odpowiadam mu uśmiechem. Najsłodszym i najmilszym, na jaki mnie tylko stać. Mówiącym: „No cóż, przykro mi, ale nie mam żalu". Wstaję i wyciągam do wydawcy rękę.

– Proszę być ze mną w kontakcie – mówi, ściskając ją. – Było mi miło. Naprawdę miło.

Chce zabrać dłoń, lecz ją przytrzymuję.

– Gdy za trzydzieści lat dostanę Nobla, znajdę cię i sfekuję ryja. Za to, że przez takich dupków jak ty dostałem go o dwadzieścia lat za późno – mówię, patrząc mu w twarz i nie przestając się uśmiechać. Potem puszczam jego spoconą łapę, zabieram ze stolika teczkę i wychodzę. Z nieba wciąż leci woda. Mam nadzieję, że zatopi to zasrane miasto. Przechodząc przez ulicę, mijam uszczęśliwionego menela, który ciągle jeszcze miętoli w ręku banknot, w dalszym ciągu nie może uwierzyć, że są jeszcze na świecie tak wielcy frajerzy. Jest mi smutno. Z moim fatalnym nastawieniem do ludzi nigdy nie znajdę wydawcy.

ŁÓŻKOWA GRA

Wyszedłem od lekarza i prawie po omacku dotarłem do tej knajpy. Nigdy w niej nie byłem. Miałem kilka bliżej domu, zawsze pełnych znajomych i w których barmani witali mnie od progu. Jednak teraz szybko potrzebowałem jakiegoś trunku. Wszedłem więc, a gdy doczłapałem do kontuaru, natychmiast zamówiłem potężnego stakana.

– Już od południa tak ostro pan zaczyna? – zapytał barman. Był młody, więc wybaczyłem mu ten brak taktu.

– Jeszcze jeden – zażądałem, gdy wypiłem. Młodzian uśmiechnął się i dodał, podając mi drugą porcję: – Nikt tu nie wali nigdy wódy szklankami. – Nie było w tym sarkazmu, kpiny czy pogardy, dlatego nie przypierdoliłem mu w mordę.

Wychyliłem drugą porcję, odetchnąłem i dopiero wtedy poczułem, że powracam do życia. Śmierć musiała jeszcze trochę na mnie poczekać. Od kwadransa wiedziałem, że jest blisko, lecz z całą pewnością nie miała mnie dopaść tego dnia. Chociaż akurat z nią nigdy nic nie wiadomo.

– Góra pół roku – powiedział do mnie lekarz, a potem bąknął coś w stylu, że bardzo mu przykro. Wyrok śmierci na mnie leżał przed nim na biurku, dopiero co przysłany z laboratorium, w którym wykryto to, co już niedługo miało mnie wykończyć.

Przyjąłem diagnozę nadzwyczaj spokojnie. Sam się sobie dziwiłem. Jedynie owionął mnie dziwny chłód. Być może sama kostucha przyszła obejrzeć swoje następne trofeum. W każdym razie przełknąłem to, jak przystało na mężczyznę.

– Cóż mogę jeszcze powiedzieć... – westchnął lekarz, patrząc na mnie ze współczuciem. – Chyba powinienem poradzić, żeby się pan oszczędzał, nie pił i takie tam pierdoły, ale sam na pana miejscu robiłbym zupełnie odwrotnie.

Wyszedłem od niego, a resztę już znacie. Teraz siedziałem w knajpie i piłem. Ciężko jest zapijać coś, czego nie można się pozbyć, tego robaka, który ma ci towarzyszyć aż do grobu. Jednak próbowałem, chociaż bezskutecznie. Słowa doktora cały czas dźwięczały mi w uszach. Pół roku wydawało się tak krótkim dystansem. Może nawet tylko pięć miesięcy albo krócej. Lekarze zawsze trochę dokładają, żeby pacjenci mieli czas na oswojenie się z tą myślą. Na pozałatwianie wszystkich spraw. Żeby do samego końca uważali, że ciągle jeszcze przed nimi kawałek drogi, Aż tu nagle śmierć się pojawia i spycha ich z urwiska.

Nie wiedziałem, co robić w oczekiwaniu na koniec. Nie miałem do załatwienia żadnych spraw i nikogo, kogo żal byłoby zostawić. Żadnej kochanej kobiety ani dzieci, którym mógłbym kiedyś wskazać właściwą drogę czy też udzielić paru dobrych rad. Nie miałem do załatwienia żadnych spraw i nikogo, kogo żal byłoby zostawić. Żadnej kochanej kobiety ani dzieci, którym mógłbym kiedyś wskazać właściwą drogę czy też udzielić paru dobrych rad. Nie miałem takiego życia, z którym ciężko byłoby się rozstać, lecz wciąż miałem na nie apetyt. Przecież miałem dopiero trzydzieści lat. A więc, kurwa, śmierć nie była tym, czego oczekiwałem od losu! Ale właśnie to dostawałem od niego w prezencie. Jebanego raka, który miał mnie wykończyć lada dzień.

Siedziałem tak, co rusz kazałem sobie dolewać, rozmyślałem i nawet nie zauważyłem, że ktoś wszedł do lokalu i przysiadł się tuż obok. Dopiero gdy poczułem ostry zapach perfum, odwróciłem głowę.

Była w nieokreślonym wieku i wyglądała jak róża w pełnym rozkwicie. Zapragnąłem jej od razu, mimo że już niedługo miałem umrzeć i przynajmniej dzisiaj nie powinienem myśleć o takich rzeczach.

– Napiję się jakiegoś dobrego drinka – powiedziała kobieta, co dziwne, nie do barmana, lecz do mnie. Kazałem więc podać tej pani coś dobrego.

– Ma pan bardzo sympatyczną twarz – stwierdziła, kiedy już drink pojawił się przed nią.

– A pani niezwykle piękną – odwzajemniłem komplement, delektując się jej urodą.

To nie do uwierzenia, ale wystarczy odrobina piękna w polu widzenia, żeby zapomnieć o troskach i smutkach. Jeśli gdzieś w planach jest jeszcze seks, to już w ogóle życie na powrót nabiera rumieńców. Tak było właśnie w moim przypadku. W jednej chwili zapomniałem, że mam umrzeć. Tak jakbym wcale nie był u lekarza i nie dowiedział się strasznej prawdy. Dziękowałem w duchu tej kobiecie, że się pojawiła w moim życiu i wyrwała mnie ze szponów rozpaczy. Miałem nadzieję, że na tym nie poprzestanie. Że poprowadzi mnie dalej w zapomnienie. Na przykład do swojego mieszkania.

– Coś pana gryzie, prawda? – zapytała, przyglądając mi się badawczo.

– Ależ skąd – odparłem.

– Niech pan nie udaje. Widzę takie rzeczy. Potrafę odgadnąć stan ducha każdej osoby. Pana coś gryzie. To widać. Pańskie usta się uśmiechają, a dusza płacze.

– Tak, ma pani rację. Jestem smutny. Kilka godzin temu samochód przejechał mojego ukochanego psa.

– To przykre – powiedziała ona – jeśli, oczywiście, to prawda. – Dlaczego pani w to wątpi?

– Nie wiem... Wygląda pan na kogoś, kogo opuściła ukochana kobieta, komu zmarła matka albo... kto sam ma niedługo umrzeć.

Spojrzałem na nią zimno. Po plecach przeszedł mi dreszcz.

– Skąd pani to przyszło do głowy? – zapytałem, siląc się na uśmiech.

– Co?

– To... to ostatnie?

– Nie wiem. Tak tylko powiedziałam. Na pewno nie życzę panu źle.

– Mam nadzieję. Nie zniósłbym, gdyby taka piękna kobieta pragnęła mojej śmierci.

– Nie mogłabym. Przecież nawet pana nie znam.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mnie pani poznała.

– To prawda. Nic nie stoi.

– Zacznijmy więc... Nazywam się Krzysztof Rylski – przedstawiłem się, wyciągając rękę. Podała mi swoją i powiedziała z uśmiechem: – Jestem... „Pani X".

– „Pani X"...? Brzmi bardzo tajemniczo.

– Jest pan na tyle duży, aby wiedzieć, że kobiety lubią być tajemnicze.

– A więc, droga „Pani X"... Jakie ma pani plany na resztę dnia? – Przypuszczam, że takie same jak pan – odrzekła.

Mój plan na resztę dnia nie był skomplikowany. Zwłaszcza od kiedy ujrzałem tę kobietę. Już godzinę później zaprosiłem ją do swojego mieszkania, na co zgodziła się bez żadnego problemu. Czasami, acz bardzo rzadko, wszystko układa się tak, jak to sobie wymarzymy. Nie spieszyłem się. Nie chciałem nicze go spieprzyć. Byłoby ironią losu, gdyby ta doskonała kobieta, którą tak łatwo udało mi się poderwać, uciekła mi w ostatnim momencie. Jednak wcale nie miała zamiaru uciekać. Ani czekać na mój pierwszy krok. Od kiedy przekroczyła próg mojego mieszkania, sama przejęła inicjatywę.

– A zatem to jest twoja sypialnia – powiedziała, otwierając drzwi do pokoju. – Bardzo ładna. Łóżko wydaje się niezwykle wygodne. – Jest wygodne – potwierdziłem, stając za nią i obejmując ją w pasie.

– Nie uwierzę, dopóki sama się nie przekonam.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś to zrobiła – szepnąłem do jej cudownych włosów. Działała na mnie jak żadna. Jak na kandydata na trupa, czułem się nadzwyczaj żywy. Zwłaszcza w tym szczególnym miejscu, z sześć cali poniżej pępka.

– Niestety, ale stoi na przeszkodzie – odrzekła i delikatnie odsunęła się ode mnie.

„Cholera..." – pomyślałem, nie mogąc uwierzyć, że tak blisko celu czeka mnie niespodzianka.

Podeszła do fotela, na którym leżała jej torebka. Podniosła ją, otworzyła i wyjęła ze środka talię kart.

– Wiesz, co to jest? – zapytała, pokazując mi je.

– Karty – odrzekłem.

 

– Owszem. Jednak niezwyczajne – powiedziała tajemniczo.

– Nie bardzo rozumiem... Co w nich jest takiego nadzwyczajnego? I co one mają wspólnego z tym, co mieliśmy właśnie zamiar zrobić. Czyżbyś, skarbie, lubiła sobie rozegrać partyjkę pokera przed numerkiem?

– Coś w tym stylu – odrzekła.

Z wprawą zawodowego pokerzysty rozłożyła karty w piękny wachlarz. Zrobiła to błyskawicznie, jak magik w cyrku. Następnie zbliżyła się do mnie i pokazała mi ich awersy. Faktycznie były niezwykłe. Nigdy takich nie widziałem, ale domyślałem się, do czego służyły. Była to talia do tarota.

– Czyżbyś chciała mi powróżyć?

Połączenie owych kart z tym, jak się przedstawiła, wydało mi się teraz bardzo na miejscu. „Pani X" jak ulał pasowało do wróżki.

– Nie, nie będę ci wróżyła. Bo nie da się przewidzieć przyszłości. Ci, co uważają, że potrafą to robić za pomocą kart, zwyczajnie kłamią – odparła z wielkim przekonaniem.

– Po co więc te karty?

– To moja szczęśliwa talia. Tak jak dla kogoś innego szczęśliwa moneta, rozumiesz?

– Szczerze mówiąc, nie.

– Zdaję się na te karty, kiedy chcę się przespać z facetem, który mi się podoba. To one decydują, czy to zrobię.

– Ooo! A w jaki sposób o tym decydują? – W bardzo prosty. Wybierzesz trzy karty, a ja przetasuję je wraz z innymi. Będziesz losował trzy razy. Jeśli ponownie trafsz chociaż jedną, będę twoja.

– Czy nie ma innego sposobu, żebyś była moja?

– Nie.

– Nigdy nie miałem szczęścia ani w grach, ani w życiu. Może jednak moglibyśmy darować sobie tę farsę, wskoczyć do łóżka i przez chwilę zapomnieć o całym świecie? Miałem naprawdę ciężki dzień. Proszę...

– Nie. To moja łóżkowa gra. Zawsze ją stosuję. Wskoczę z tobą pod kołdrę, dopiero gdy wygrasz.

– A jeśli nie uda mi się wyciągnąć żadnej z tych kart?

– Pójdę sobie. Karty od zawsze żądzą moim seksem i jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Wybacz, ale ja naprawdę wierzę w ich osąd w tej kwestii.

– No cóż... Skoro tak mówisz... Chyba nie mam wyjścia. Raz kozie śmierć, dawaj te karty!

Znów rozłożyła talię przede mną. Kolejno wyjąłem trzy karty i podałem jej, nawet im się nie przyglądając. Nie wierzyłem, że za chwilę uda mi się ponownie na którąś z nich trafć. Ktoś, kto dowiaduje się, że umiera na raka w wieku trzydziestu lat, przestaje już wierzyć w cokolwiek.

Pani X" przyjrzała się wylosowanym przeze mnie kartom i wsunęła je z powrotem do talii. Następnie przetasowała wszystkie. Umiała to robić. Wprost fruwały jej w dłoniach. Patrząc na ten profesjonalizm, jeszcze bardziej stałem się pewny rychłej przegranej. Wreszcie ponownie rozłożyła mi przed oczami wachlarz z kart, tyle że tym razem rewersami do mnie.

– Losuj – powiedziała.

Z rezygnacją sięgnąłem po pierwszą z brzegu. Wyciągnąłem, spojrzałem na nią, lecz i tak nie pamiętałem, czy to jedna z tych właściwych. Jednakże „Pani X" pamiętała... Uśmiechnęła się i rzekła: – Gratuluję. Jestem już twoja.

Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Nie wiedziałem, śmiać się czy płakać. Dzisiaj otrzymałem od losu swoją śmierć, ale także seks z najładniejszą kobietą, jaką w życiu spotkałem. Najwyraźniej drań kpił sobie ze mnie. Jeszcze przez kilka godzin mogłem mu to jednak wybaczyć.

– No to chodźmy już do łóżeczka – poprosiłem.

– Jeszcze nie – odrzekła.

– Przecież wygrałem...

– Zaraz pójdziemy. Ale mam do ciebie kolejną prośbę. Wylosuj następne dwie karty.

– W umowie było, że wystarczy jedna taka sama.

– Wiem. Jednakże jestem ciekawa, czy uda ci się wylosować jeszcze chociaż jedną. Nikomu to się nigdy nie udało. Żadnemu mężczyźnie ani żadnej kobiecie.

– Z kobitkami też sypiasz? – zapytałem pół żartem, pół serio.

– Owszem – odparła. – Czy masz coś przeciwko temu?

– Ależ skąd... Jestem nowoczesny.

– No, losuj. Ciekawa jestem, jak ci pójdzie.

– Na pewno fatalnie. Cud, że miałem szczęście za pierwszym razem. W totka nie trafłem nigdy nawet trójki. A tak w ogóle... Jaka będzie nagroda, jeśli uda mi się wyciągnąć jeszcze jedną? Zadzwonisz po równie piękną koleżankę?

– Wzbudzisz mój podziw – odrzekła „Pani X" takim tonem, jakby jej podziw był największą nagrodą, jaką mogła komukolwiek ofarować. Mnie nigdy kobiety nie podziwiały, więc taką nagrodę mogłem przyjąć. Pod warunkiem że wygram i oczywiście w drugiej kolejności po jej ciele. Lecz na taki nadmiar szczęścia nie liczyłem.

Znowu sięgnąłem po karty. Wyciągnąłem pierwsze dwie, na jakie natrafła ręka. Nie spoglądając na nie, pokazałem je „Pani X". Nie musiała nic mówić, w jej oczach zobaczyłem, że wygrałem. Były zdumione. Szczerze zdumione.

– Jest wśród nich któraś z tych wcześniej wybranych? – zapytałem.

– Obie są nimi – odparła i zaraz dodała – jeszcze nikt nie wylosował trzech kart. Nikt nigdy tego nie dokonał.

– No to jestem pierwszy. Bardzo się z tego cieszę. Teraz czas na nagrodę. Mam zamiar cię schrupać jak słodziutkiego ptysia.

– Dostaniesz nagrodę, jakiej jeszcze nikt nigdy ode mnie nie dostał – wyrzekła uroczyście. Rozrzuciła karty po całym pokoju i przywarła namiętnie swoimi wargami do moich.

Boże, co to był za pocałunek! Jej język był jak świder wkręcający się w głąb mojego gardła. Wił się w mych ustach niczym jadowity wąż. To było coś! To naprawdę było coś! Potem było jeszcze więcej i jeszcze wspanialej. Jej ciało uwolnione z więzów ubrania zaczęło tańczyć w mojej sypialni taki taniec miłości, jakiego nigdy jeszcze nie oglądały moje oczy. I jakiego nigdy jeszcze nie doznało moje ciało. To również był kopniak od losu. Żartowniś dawał mi na koniec taki seks, o jakim przez całe życie wyłącznie marzyłem. Nawet nie zauważyłem, kiedy skończyło się to wszystko. Wycieczka poprzez raj. Zasnąłem. Nie wiem, kiedy, jak i dlaczego zmorzył mnie sen, gdy u mojego boku leżała TAKA kobieta. Musiałem być naprawdę zmęczony całym tym dniem... Śnił mi się mój grób. Leżałem w trumnie, płakałem i próbowałem się z niej wydostać. W końcu udało mi się podważyć wieko. Zacząłem rozgrzebywać ziemię. Spadała mi na twarz, zasypywała oczy, wpadała do gardła, mimo to usilnie parłem w górę. Czułem, że jestem już blisko, bardzo blisko powierzchni i że zaraz się na nią wydostanę... gdy zadzwonił telefon.

Otworzyłem oczy i instynktownie spojrzałem obok. Nie było jej. Pościel wciąż pachniała jej perfumami. Rozejrzałem się po pokoju, ale nigdzie jej nie ujrzałem. Na podłodze nie poniewierały się już jej rzeczy. Nie było nawet rozrzuconych wszędzie kart. Mieszkanie wyglądało, jakby ten demon seksu nigdy go nie odwiedził. Telefon ciągle dzwonił. Wrzynał się hałasem w mój mózg, a jednak nie odbierałem go przez długi czas. Myślałem o tej kobiecie. Dała mi coś, czego nigdy jeszcze nie miałem i wiedziałem, że dostałem to nie tylko pierwszy raz, lecz także ostatni. Dzwonek telefonu zaczął mnie w końcu irytować. Miałem zamiar wyłączyć aparat z gniazdka, ale w nagłym odruchu nadziei, że to może ona, sięgnąłem po słuchawkę.

– Pan Rylski? – usłyszałem jakiś znajomy głos, niestety nie kobiecy.

– Tak – odpowiedziałem.

– Tu doktor Górski. Rozmawialiśmy wczoraj rano.

– Witam, doktorze. Czyżbym miał wykitować wcześniej niż za sześć miesięcy?

– Nie! Nie! – wykrzyknął doktor Górski. – Dzwonię, żeby powiedzieć, że nie umrze pan wcale! To znaczy, nie teraz! Kiedyś, za trzydzieści, czterdzieści lat umrze pan na pewno, jednak nie teraz!

– Nic nie rozumiem, doktorze – wydukałem cicho. – Wcale nie jest pan chory. Dzisiaj jeszcze raz przejrzałem pańskie wyniki i... No cóż... Naprawdę nie wiem, jak to się stało. W jaki sposób mogłem się aż tak pomylić? Dlaczego odczytałem je na pańską niekorzyść? Nigdy wcześniej to mi się nie zdarzyło. Przepraszam. Nie wiem, może to wina rutyny.

– Chce mi pan powiedzieć, że...

– Że jest pan zupełnie zdrowy. Nie ma pan raka. Całe życie przed panem.

Doktor Górski coś jeszcze mówił, lecz odłożyłem słuchawkę. Usiadłem na brzegu łóżka, ukryłem twarz w dłoniach i zacząłem płakać. A potem się śmiać. I tak na przemian, przez długi czas... Nie co dzień umarli zmartwychwstają...