Bóg nie ma ptaszkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bóg nie ma ptaszka
Bóg nie ma ptaszka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Bóg nie ma ptaszka
Bóg nie ma ptaszka
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
19,99  15,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

Bóg nie ma ptaszka

Saga

Bóg nie ma ptaszka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2015, 2021 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726911206

. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Ona i on

Późny wieczór. Kawiarnia była pusta. Ci dwoje weszli do środka i usiedli pod oknem. Ona odezwała się pierwsza.

– Posłuchaj...

– Nie.

– Wysłuchaj mnie, proszę.

– Nie mam zamiaru.

– Dlaczego?

– Bo wszystko już wiem.

– Nic nie wiesz...

– Wiem, że go kochasz. I tyle mi wystarczy.

– A nie obchodzi cię, jak do tego doszło?

– Nie, ani trochę.

– Dlaczego?

– Bo to niczego nie zmieni.

– Masz rację. Ale chciałabym, żebyś sobie uświadomił, że trochę na to zapracowałeś.

– Może i tak. Jednak proszę cię, choćby przez wzgląd na uczucie, które nas łączyło, nie wbijaj mi tego noża.

– Już jest wbity.

– Na razie do połowy. Może go jeszcze z siebie wyciągnę bez większego szwanku. Jeśli usłyszę to, co chcesz powiedzieć, pewnie wbijesz go głębiej i wtedy, kurwa, z bólu pęknie mi serce.

– Przecież ty nie masz serca.

– Mam. Muszę je mieć, skoro boli mnie jak cholera.

Próbowała dotknąć twarzy mężczyzny, lecz delikatnie odtrącił jej dłoń.

– Nie rób tego – poprosił.

– Kiedyś to lubiłeś.

– Teraz nie lubię.

– Dlaczego?

– Dotykasz tymi rękoma innego.

– Tylko dlatego?

– To wystarczy.

– Ty nigdy nie dotykałeś innej kobiety, a zaraz później mnie?

– Nie porównuj tego.

– Dziś nie zaprzeczasz, a kiedyś szedłeś w zaparte, gdy pytałam o wszystkie twoje zdziry.

– To nie to samo.

– A czym się różni?

– Nic do nich nie czułem.

– Ale je dotykałeś?

– Tak, dotykałem. Nawet robiłem więcej. Znacznie więcej. Tyle że to nic nie znaczyło. Za każdym razem wracałem do ciebie. Ty byłaś najważniejsza.

– Czyli jednak miałeś kochanki?

– Miałem.

– Wiedziałam... zawsze wiedziałam.

– Nie wiedziałaś. Jedynie się domyślałaś. A to duża różnica.

W tym momencie podeszła kelnerka i zapytała, czy czegoś sobie życzą. Odprawił ją gestem ręki. Życzyli sobie wiele, lecz nie mogła im tego przynieść. Nikt nie mógł. Napięcie między nimi było tak bardzo wyczuwalne, że dała im spokój. Kiedyś też rozstała się w kawiarni ze swoim facetem, dlatego od razu poczuła zapach umierającej miłości. Z oddalenia przyglądała się mężczyźnie. Barczysty, łysy, z tatuażem na szerokim ramieniu. Wyglądał na drania, na pewno wszystko to jego wina. Znalazł sobie jakąś małolatę, dla której stracił głowę. Piękną, cycatą i głupią. Potem przyjrzała się kobiecie. Znała to spojrzenie zbitego psa. Współczuła jej. Miała nadzieję, że coś zaraz zamówią, najlepiej gorącą herbatę. Wtedy niby niechcący wyleje ją skurwysynowi na spodnie, kiedy tylko im ją przyniesie. Chociaż tyle mogła dla dziewczyny zrobić.

Kobieta przy stoliku zakryła twarz dłońmi. On patrzył na nią z kamiennym obliczem, jakby był jakimś monstrum całkowicie pozbawionym emocji. Ani jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy, nawet gdy znów spojrzała na niego z wielkim smutkiem w oczach. „Co za nieczuły skurwiel...” – pomyślała kelnerka, która wciąż im się przyglądała.

– No i co teraz? – zapytała kobieta.

– Nic – odparł mężczyzna.

– Nic?

– Nic. Ty stąd wyjdziesz i pójdziesz do niego. Ja tu zostanę i zamówię coś do picia.

– Nie będziesz o mnie walczył?

– Słucham?!

– Nie spróbujesz mnie zatrzymać?

– Nie mam takiego zamiaru. Wybrałaś.

– No tak, ale...

– Ale co?

– Myślałam, że nie poddasz się bez walki.

– Walka skończyła się w momencie, gdy przeniosłaś do niego swoje rzeczy. Wtedy ją przegrałem.

– Nawet nie próbowałeś ze mną rozmawiać, przekonać, żebym została.

– Twoja wyprowadzka nie była spontaniczna. On czekał przed domem w samochodzie. Zaplanowaliście to, dlaczego więc miałem się z tobą szarpać. Zresztą...

– Co zresztą?

– Tamtego wieczoru nie spodziewałaś się zastać mnie w domu. Miałem interes do załatwienia. Wróciłem, bo czegoś zapomniałem. Gdyby nie to, przywitałyby mnie puste wieszaki i głupia karteczka pożegnalna, którą zostawiłaś w kuchni: „Już cię nie kocham”. Przypadek sprawił, że musiałaś spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, jak się sprawy mają. Pewnie i tak byś mnie wkrótce o tym poinformowała, tylko przez telefon, bo prosto w twarz nie miałabyś odwagi.

– Bałam się ciebie.

– Rozumiem, ale po sześciu wspólnych latach należało mi się chociaż tyle.

– Bałam się, że mnie uderzysz.

– Nigdy cię nie uderzyłem.

– I że pobijesz jego.

– Tego nadal powinnaś się bać.

– Pobijesz go?!

– Nie wiem. Ciągle się nad tym zastanawiam.

– On nie jest winien.

– I tu się mylisz. Zakochałaś się w nim. Pieprzył cię, kiedy byłaś ze mną. Rżnął cię, mając świadomość, że do kogoś należysz. Zatem to wyłącznie jego wina.

– Proszę, zostaw go w spokoju...

– Tego nie mogę obiecać.

– Dlaczego?

– Bo sam jeszcze nie wiem, co zrobię.

– Ty też pieprzyłeś inne. Sam się przyznałeś.

– Tak, ale one nie wiedziały o tobie, nie zakochałem się w żadnej i do żadnej nie wywiozłem swoich gratów.

– Błagam, nie rób mu nic złego!

– Nie.

– Spodziewam się jego dziecka...

– W takim razie wasze dziecko będzie mieć tatę kalekę.

– Nie mówisz teraz poważnie...

– Mówię. To, że pogodziłem się z rozstaniem, nie oznacza, że odpuściłem gnojowi, który do tego doprowadził.

– Daruj mu, proszę...

– Raczej nie licz na moją łaskawość. Zadzwoń do niego i powiedz, że nic nie wskórałaś. Polowanie wciąż trwa.

– On nie wie o naszym spotkaniu.

– Nie kłam. Przysłał cię tutaj. Rozpuściłem wici, że jest do odstrzału, pewnie coś usłyszał i trzęsie dupą, bo uświadomił sobie, czyją kobietę posuwał.

Ponownie schowała twarz w dłoniach. Płakała. Teraz już zanosiła się od szlochu. Kelnerka przy barze zrobiła kwaśną minę. Miała ochotę podejść do nich i zdzielić faceta w pysk.

– Powiedz prawdę: wiedział, kim jestem? – zapytał mężczyzna.

– Nie – odparła.

– I ani razu nie zapytał?

– Zapytał. Okłamałam go. Od razu mi się spodobał i nie chciałam, żeby zrezygnował ze mnie ze strachu.

– Trzeba było mu powiedzieć. Facet powinien mieć wybór, jeśli po drugiej stronie stoi ktoś taki jak ja. Źle zrobiłaś.

– Wiem.

– Teraz pewnie jest na ciebie wściekły?

– Trochę.

– No cóż... Psy zostały spuszczone. A on słyszy ich szczekanie, coraz bliżej i bliżej... Dziwne, że jeszcze cię nie zostawił i nie uciekł za granicę.

– Nie zrobi tego.

– Masz pewność? Jest aż tak odważny?

– Kocha mnie.

– Dlaczego więc tu przyszłaś?

– Aby wyjaśnić parę spraw.

– Nieprawda. Przyszłaś, bo ci kazał. Boi się. Dowiedział się, w co wdepnął. I robi w gacie ze strachu. Jesteś tu, żeby uratować mu tyłek.

– Po to też, jednak...

– Posłuchaj! Nie wiem, co z nim zrobię. Mam ochotę go zabić. Wpakować mu kulkę w ten durny łeb. Albo połamać ręce i nogi... Zresztą nawet gdybym chciał się nad nim zlitować, nie mam wyboru. Miasto aż huczy. Wszyscy wiedzą, że odeszłaś do fagasa. I czekają na mój ruch. Konkretny, jeśli nie chcę, by mnie wzięli za miękkiego chuja. Na to nie mogę sobie pozwolić, skoro jestem na świeczniku.

– Chcę tylko, żebyś pogodził się z moim szczęściem, pozwolił nam spokojnie żyć.

– Myślisz, że nie będziesz szczęśliwa z ukochanym na wózku inwalidzkim?

– Proszę, nie mów tak... nie mam siły tego słuchać... Błagam!

– Musisz. Wiedziałaś, jak w moim świecie załatwia się takie sprawy. Czego więc dzisiaj ode mnie żądasz?!

– Wybaczenia.

– Jedynie Bóg wybacza.

– Przecież jesteś jak Bóg dla tych wszystkich oprychów.

– Ale oni nie oczekują ode mnie, że wam wybaczę. Czekają na waszą krew. I muszą ją zobaczyć, aby mogli mnie dalej szanować.

– Czy aż tak ci zależy na ich szacunku?

– Tak, bo to moje życie. A ty właśnie podpiłowałaś jego konstrukcję.

– Nie chciałam.

– Wiem. Wyszło, jak wyszło.

– Co teraz ze mną będzie?

– Z tobą nic. Wiele dla mnie znaczyłaś. Nie mógłbym cię skrzywdzić.

– A z nim?

– Mam dylemat. Zapewne go załatwię, jeszcze tylko nie wiem jak...

Przez długą chwilę milczeli. Ona patrzyła na niego, on na nią. A kelnerka zerkała na nich oboje. Za oknem padał deszcz. Krople smutno uderzały o szybę.

– Dobrze, wrócę do ciebie – powiedziała w końcu.

– Wrócę, ale obiecaj, że nie spadnie mu włos z głowy.

– Nie chcę, żebyś wróciła – stwierdził. – Nie po tym, co zrobiłaś.

– Posłuchaj.... Kłamałam z ciążą, więc jeśli o to chodzi...

 

– Kłamałaś? Dlaczego?

– Myślałam, że cię rozmiękczę.

– I prawie ci się udało.

– Dałbyś nam spokój?

– Takie rozwiązanie chodziło mi po głowie.

– A teraz?

– Już mi po niej nie chodzi.

– Chcesz, żebym wróciła?

– Nie.

– Już mnie nie kochasz?

– Sam nie wiem.

– Mogłoby być między nami jak dawniej.

– Dobrze wiesz, że tak nigdy by już nie było.

– Moglibyśmy spróbować wszystko naprawić.

– Gówno by z tego wyszło.

– Tak, wiem – przyznała – nic by z tego wyszło. Westchnął cicho i zamyślił się. Kochał ją, nawet bardzo, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia. Świat, w którym funkcjonował, nie sprzyjał uczuciom. Nie było w nim na nie miejsca. W jego świecie nosiło się broń, zażywało się kokainę i bardzo nie lubiło się policji. Tutaj nikt nie wiązał się z kobietami, którym takie życie nie odpowiadało.

Od początku zdawał sobie sprawę, że ona jest z innej bajki i pewnie długo tu nie wytrzyma. Jednak cały czas miał nadzieję, że może jakimś cudem wytrwa przy nim, nasiąknie tym światem i w końcu go zaakceptuje. Nie dała rady, wygrał jej romantyczny charakter. Nie winił jej za to. Winił wyłącznie siebie. Wciągnął ją przecież w miejsce, do którego zupełnie nie pasowała. I kiedy w końcu się stąd wydostała, miał zniszczyć jej szczęście, aby zachować twarz. Nie chciał, żeby cierpiała. Nie wiedział, co robić. A musiał podjąć zdecydowane kroki, bo za drzwiami kawiarni trwała walka na śmierć i życie, w której wciąż jeszcze wygrywał. Jak długo? Liczne stado wilków czyhało, by rzucić mu się do gardła, gdy tylko okaże choć odrobinę słabości. Ona była jego czułym punktem. Wiedzieli o tym i niecierpliwie czekali na to, co zrobi.

– Słuchaj – odezwał się po długiej chwili.

Podniosła wzrok, jej oczy były bez życia. Umarły wraz z nadzieją, że wszystko będzie dobrze.

Żałował, że zagnał ją w ślepy zaułek. Delikatną, czułą istotę zamknął w ciasnej i cuchnącej rozkładem klatce. Okazał się sukinsynem. Miał ochotę wyciągnąć pistolet i palnąć sobie w łeb.

– Słuchaj – powtórzył – posłuchaj mnie uważnie...

– Tak... – wyszeptała.

– Daję mu dwa dni, by zwinął żagle. Po tym czasie zacznę go szukać i jeśli znajdę gdzieś w tym mieście, będzie z nim źle. Rozumiesz, co mówię? Będzie z nim naprawdę źle!

– On nie ma dokąd wyjechać. Tu jest całe jego życie. Praca, rodzina, przyjaciele...

– Nie obchodzi mnie to. Tyle mogę dla niego zrobić, dać mu dwa dni. Potem niech Bóg ma go w swojej opiece, jeżeli wpadnie w moje łapy.

– W takim razie wyjadę razem z nim.

– Rób, jak chcesz, moje ultimatum dotyczy wyłącznie jego. Tobie nic nie zrobię.

– Wyjadę.

– OK. I nigdy nie wracaj. W mieście, w którym jestem, nie będziesz szczęśliwa.

– Wiem o tym.

– Wszyscy spodziewają się, że go kropnę, więc jeśli naprawdę go kochasz, to zabierz go jak najdalej stąd. Nie chcę więcej o nim słyszeć. Nie ma tu miejsca dla nas dwóch.

Kiwnęła głową, wstała od stolika i powoli wyszła. W drzwiach odwróciła się i posłała mężczyźnie nikły uśmiech, który mógł być podziękowaniem lub pożegnaniem albo jednym i drugim. On go jednak nie odwzajemnił. Do końca grał rolę twardziela. Dopiero gdy za kobietą zamknęły się drzwi, na jego twarzy pojawił się ból. Kelnerka z głębi sali widziała ten grymas, ale stała za daleko, by móc odpowiednio go zinterpretować.

Mężczyzna przywołał ją do stolika i wreszcie złożył zamówienie. Nie było już po nim widać rozpaczy. Wciąż wyglądał jak ostatni drań. Dlatego postanowiła niechcący wylać na niego zmówionego drinka, kiedy tylko mu go przyniesie. Przynajmniej tyle mogła zrobić dla tej biednej dziewczyny, która wyszła stąd z miną zbitego psa.

Żyć bez miłości

Poznałem kiedyś dziewczynę. Studiowaliśmy razem na jednym roku. Nie była ładna, ale miała to „coś”. Przez dłuższy czas próbowałem się do niej zbliżyć, aż wreszcie się udało. Poszliśmy na randkę, później drugą, trzecią. Zostaliśmy parą. Jednak nie było w naszym życiu łóżka. Nie nalegałem, choć bywały momenty, kiedy nie mogłem się tego doczekać. Nie proponowałem jej niczego wprost, ale delikatne aluzje robiłem. Pewnego wieczoru powiedziała, że nie jest jeszcze gotowa i żebym się nie gniewał. Byłem zatem cierpliwy. W końcu nadszedł dzień, w którym zdecydowaliśmy się pójść dalej...

Starałem się to rozegrać tak, jak należy. W tych sprawach ważne są przecież szczegóły. Odpowiedni nastrój, muzyka, no i miejsce, gdzie nikt nagle nie przeszkodzi. To akurat był najmniejszy problem, bo miałem własne mieszkanie, bez zarzutu poradziłem też sobie z całą resztą. Pieczołowicie wymościłem nasze miłosne gniazdko i niecierpliwie czekałem. Przyszła. Piękniejsza niż kiedykolwiek, nieśmiała, nieco wystraszona. A potem było wino, pocałunki i powolna droga do celu...

Jednak nic z tego nie wyszło. Gdy już wylądowaliśmy nadzy pod kołdrą, jej początkowy zapał nagle się skończył.

– Nie mogę, nie mogę... – wyszeptała z przerażeniem, spychając mnie z siebie. Po czym wstała i nago pobiegła do łazienki.

Nie była moją pierwszą dziewczyną, więc miałem pewność, że niczego nie spieprzyłem, że zachowałem się, jak powinienem. Delikatnie i bez pośpiechu. Mimo to coś poszło nie tak, a ja nie wiedziałem co. Nie czułem się dobrze z tego powodu. Gwałtowna ucieczka kobiety z łóżka chyba żadnego faceta nie nastraja optymistycznie.

Po kilku minutach wróciła i przysiadła obok, odwrócona do mnie plecami.

– To nie twoja wina – powiedziała, szybko się ubrała i wyszła. Nie próbowałem jej zatrzymać. Byłem zły. Zraniła moją męską dumę, dlatego nie potrafiłem inaczej się zachować.

Trwały wakacje, więc nie spotykaliśmy się na uczelni. Nie zadzwoniłem, choć myślałem o niej bez przerwy. Ale uważałem, że po tym, co zaszło, do niej należał pierwszy krok.

Zrobiła go kilka dni później. Nie osobiście ani nawet przez telefon, tylko listownie. Właśnie ten tradycyjny sposób wybrała, żeby mi wszystko wyjaśnić.

„Wiem, że czujesz się zawiedziony tym, co się stało, i z pewnością jesteś na mnie wściekły. Masz do tego pełne prawo. W Twoich oczach zachowałam się jak cnotliwa gówniara, a nie dwudziestoletnia dziewczyna, która powinna znać życie na tyle, żeby się TEGO nie bać. I, uwierz mi, znam je, znam aż za dobrze...

Nie jestem już dziewicą. Od bardzo, bardzo dawna. Niestety nie straciłam cnoty z chłopcem o Twojej aparycji (przystojnym, miłym, czułym i delikatnym), lecz z kimś, kto był całkowitym Twoim przeciwieństwem. To dramat mojego życia... Jesteś pierwszą osobą, której o wszystkim opowiem...”

Tak rozpoczynał się list. Przypominam sobie, jak zatrzymałem się właśnie w tym miejscu i nabrałem głęboko powietrza. Zanim zacząłem czytać dalej, uświadomiłem sobie, że cokolwiek by w nim nie napisała, decyzja, żeby to zrobić, musiała ją bardzo wiele kosztować.

„Moje życie jedynie przez pierwszych osiem lat wyglądało normalnie. Ponieważ tylko do tego czasu była przy mnie mama. Ojca prawie nie znałam, bo rzadko bywał w domu, a jeśli już się pojawiał, to kłócił się i robił awantury. Swoich kumpli stawiał wyżej od rodziny, więcej godzin spędzał z nimi w knajpach niż ze mną i mamą. Gdy nagle umarła na raka, wszystko kompletnie się zmieniło... Zostałam sama z ojcem alkoholikiem. Z ojcem, którego od zawsze się bałam, choć nigdy nie podniósł na mnie ręki.

Moja wieloletnia gehenna rozpoczęła się w dniu pogrzebu, przy pierwszej wspólnej kolacji. Siedzieliśmy w kuchni, w półmroku i nienaturalnej ciszy. Słychać było jedynie brzęk talerzy i sztućców. Pamiętam ten wieczór jak dzisiaj... Starałam się na ojca nie patrzyć. Krępował mnie bijący od niego chłód. Jadłam więc z pochyloną głową, wpatrując się w talerz, na którym stygła marna, niesmaczna jajecznica. W pewnym momencie rozległ się jakiś głośny dźwięk i coś wstrząsnęło stołem. Drgnęłam nerwowo. Chwilę zajęło mi zrozumienie, że to ręka ojca ściśnięta w pięść wylądowała obok talerzy.

– Spójrz na mnie! – rozkazał.

Na dźwięk jego głosu podskoczyłam w miejscu. Głowa sama lękliwie uniosła się do góry, a oczy spojrzały w ojca twarz. I dostrzegły, że jest jeszcze bardziej obca.

– Od dzisiaj, rozpieszczona gówniaro, będziesz bez marudzenia żreć to, co ci daję, rozumiemy się? – wycedził przez zęby, wbijając we mnie wzrok pełen wściekłości. – Ta kurwa zdechła i wszystko się zmienia! Teraz ja tu rządzę!!!

Zastygłam w bezruchu i z na wpół otwartymi ustami patrzyłam na niego ze strachem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Ojciec chwycił mnie za ramię i boleśnie je ścisnął.

– Rozumiemy się, cholerna smarkulo? – wysyczał, szarpiąc mną i potrząsając.

Przytaknęłam lękliwie, drżąc na całym ciele i popłakując.

– No i, mały głupku – stwierdził zadowolony, puszczając moje ramię – pierwsza lekcja życia za tobą. Wyćwiczę cię tak, że będziesz chodzić jak szwajcarski zegarek. A teraz jedz! Żryj! Talerz ma być pusty!

Nie spoglądając już na mnie, pałaszował swoją porcję. Ja, przerażona, zaczęłam robić to samo. Płakałam i napychałam usta obrzydliwymi, rzadkimi jajkami, siedząc w kałuży własnych sików.

Każdy następny dzień był podobny... Ojciec okazał się wariatem. Psychopatycznym typem uwielbiającym przemoc. W jego oczach widziałam szaleństwo. Wielkie i głębokie jak ocean. I tak samo nieprzewidywalne. Raz ciche, przyczajone, ukryte za maską dobrego humoru, innym razem głośne niczym burza z piorunami. Szaleństwo opanowało go całego, bezpowrotnie zabijając w nim człowieka.

Strach przed jego gniewem był nie do pokonania. Nigdy nie wiedziałam, czy w przypływie złego humoru mnie zbije, czy tylko skrzyczy, żyłam więc w ciągłym lęku. I wydawało mi się, że nie może być gorzej.

Myliłam się... Przekonałam się o tym pewnego dnia, trzy lata po śmierci mamy. Niepokojące zwiastuny pojawiły się znacznie wcześniej. Otóż zauważyłam, że ojciec zaczął patrzyć na mnie inaczej. Nie jak na córkę, a jak na kobietę, i to kobietę, która mu się podoba... Na początku patrzył tak wyłącznie po pijanemu, ale z czasem również wtedy, kiedy był trzeźwy. W takich chwilach starałam się zejść mu z oczu. Przeważnie zaszywałam się w swoim pokoju, bo wydawał się bezpiecznym schronieniem. Ojciec nigdy mnie tam nie nachodził. Niestety okazało się, że nawet we własnych czterech ścianach nie mogłam czuć się bezpiecznie.

Stało się to jesienią. W deszczowy, wietrzny wieczór. Ojciec przywołał mnie do siebie. Był trzeźwy, dlatego nie bałem się go aż tak bardzo. I w dobrym humorze, gdyż od przyjścia z pracy nie wrzasnął na mnie ani razu. Siedząc w fotelu, delikatnie ujął mnie za rękę i uważnie mi się przyglądał.

– Wydoroślałaś – stwierdził w końcu. – Jesteś już dużą panną.

Nie wiedziałam, co miało znaczyć to wszystko. W obawie, żeby nie zepsuć jego dobrego humoru, uśmiechnęłam się.

– Usiądź tacie na kolanach – powiedział milutko, klepiąc się po udach, jakby zachęcał małego pieska, żeby na nie wskoczył. – No, śmiało. Nie wstydź się.

Z wielkimi oporami zrobiłam, o co prosił.

– Wygodnie ci? – zapytał.

Potwierdziłam skinieniem głowy. Czułam jego ciepły oddech na szyi i śmierdzący zapach potu. Obrzydliwy, kręcący w nosie. Nie patrzyłam mu w twarz.

– Słuchaj, córeczko... – zaczął, gładząc mnie po włosach. – Wiem, że bywam dla ciebie niedobry, krzyczę i nieraz cię uderzę, ale od dziś, kochanie, to się zmieni. Nie mogę przecież traktować jak smarkuli już prawie kobiety.

Ręka ojca zjechała z włosów i zaczęła mnie głaskać po karku. Czując na ciele dotyk jego zimnych palców, zesztywniałam jeszcze bardziej.

– A zatem powinienem teraz obchodzić się z tobą jak z osobą dorosłą. Nie mam wyjścia – mówił. – Natura czyni swoje, wyrastasz, wkrótce nie będziesz wymagać mojej opieki. W końcu ode mnie odejdziesz i zaczniesz prowadzić samodzielne życie. Najpierw jednak musisz się do niego przygotować. Czegoś się nauczyć. I ja ci w tym pomogę. Przygotuję cię do dojrzałości. Oczywiście, jeśli tego chcesz, córeczko, a chyba chcesz, prawda?

Jego głos był delikatny, troskliwy i czuły. Ojciec nigdy dotąd tak do mnie nie mówił. Dłoń pogładziła mnie po policzku, po chwili nagle opadła na pączkujące piersi, zatrzymując się na nich dłużej.

– Chcesz, żeby tatuś nauczył cię kilku dorosłych, przyjemnych rzeczy? Prawda, że chcesz, córeczko?

Ręka ojca przestała głaskać przez bluzkę moje piersi i opadła niżej... na moje uda. Zmartwiałe, sztywne, spięte, osłonięte jedynie materiałem sukienki... Brutalnie się między nie wsunęła.

 

Zeskoczyłam mu z kolan i przerażona uciekłam do swojego pokoju. Zapłakana, schowałam się pod łóżko. Pragnęłam zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Ale ojciec zaraz przybiegł tam za mną. Po tonie jego głosu i tym, jak do mnie mówił, wiedziałam, że już przestał być miłym tatusiem.

– Gdzie jesteś, wredna gówniaro?! Nie chcesz, żeby ojciec był dobry, więc będzie po staremu! Wyłaź! Wyłaź spod łóżka! Nauczyłem cię posłuszeństwa i pokory, to teraz nauczę cię czegoś innego!

Wyciągnął mnie za nogi. Płacząc, wierzgałam i próbowałam się przed nim bronić, lecz moja rozpaczliwa walka na niewiele się zdała. Tylko jeszcze bardziej go rozwścieczyła. Przywalił mnie całym ciałem i zaczął zrywać ubranie. Gdy byłam goła, sam zdjął spodnie. A potem... Potem zadał mi ból... Wielki ból, którego nawet nie potrafię opisać i który od tej pory śni mi się po nocach. Budzę się wtedy z krzykiem...

Koszmar trwał wiele lat. Ten pierwszy raz był początkiem istnego piekła. Przechodziłam przez nie tak często, że w pewnym momencie zaczęłam wcale nie uważać tego za piekło, ale za normalną, zwyczajną część życia. Nie wiem, czy potrafisz to zrozumieć... Czy w ogóle ktokolwiek potrafi? Po prostu z czasem zobojętniałam. Jak te wszystkie prostytutki w filmach gapiące się bez żadnych emocji w sufit, kiedy faceci robią na nich swoje…

Nie mogłam nikomu powiedzieć o tym, co wyczyniał ze mną ojciec. Bałam się. Wielokrotnie groził, że jeśli komuś się poskarżę, zabije mnie.

Aż w końcu umarł. Spadł po pijanemu ze schodów i skręcił kark. Miałam wówczas piętnaście lat. Tym samym uwolnił mnie od całego zła, które mi wyrządzał, lecz nie uwolnił od nienawiści. I Ty, mój drogi, stałeś się jego ofiarą. Czy teraz rozumiesz? Mam nadzieję, że tak... Po tym, co Ci wyznałam, chyba już tak...

Od dnia śmierci ojca byłeś jedynym mężczyzną, któremu pozwoliłam się do siebie zbliżyć. Pojawiłeś się w okresie, kiedy postanowiłam spróbować dać życiu szansę i wyjść na prostą. Marzyłam o tym, by stać się normalną kobietą. Później może żoną i matką. Ale najbardziej pragnęłam poznać intymną sferę życia (wypaczoną przez ojca) z zupełnie innej strony...

Po tym pamiętnym wieczorze u Ciebie w mieszkaniu zrozumiałam, że nigdy nie stanę się normalna. Choć tak bardzo chciałam... Wybacz mi. Dla żadnego mężczyzny nie ma sensu związek z kobietą, która podczas zbliżenia zamiast ukochanego widzi swojego oprawcę. W łóżku zawsze byłbyś dla mnie... moim ojcem, a miłym i fajnym chłopakiem wyłącznie poza sypialnią. Nie chcę krzywdzić ani Ciebie, ani siebie.

To, co robił mi przez lata ten zwyrodnialec, zabiło we mnie kobietę. Nie mam już szans, żeby stać się nią w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlatego muszę nauczyć się żyć bez miłości, wierząc, że i takie życie ma jakiś sens.

Wiem, powinnam być z Tobą szczera i wyznać Ci wszystko dużo wcześniej, ale pragnęłam normalności. Wierzyłam, że mi się uda. Jednak próba się nie powiodła. Żadnej więcej nie podejmę, ani z Tobą, ani z nikim innym. Pozostała nam więc tylko przyjaźń, bo o miłości nie może być mowy...

Proszę, zostańmy chociaż przyjaciółmi, jeśli los nie daje nam szansy stać się kimś więcej...

Twoja przyjaciółka Dorota”.

Właśnie trzymam ten list w ręku. Pożółkł trochę, lecz wciąż bije z niego wielka rozpacz. Czuję się tak, jakbym właśnie przed chwilą go dostał i czytał po raz pierwszy.

Wtedy też długo trzymałem go w dłoni. Przyniósł rozstanie, ale nie ono mnie bolało. Sam nie wiem, co. Nawet dzisiaj nie potrafię tego określić. Dziwny ból... Może to wynik wstrząsu. Bo list od Doroty mną wstrząsnął. Zapewne tak jak teraz wami.

Spotkaliśmy się dopiero jesienią na uczelni. Miłość uleciała (choć nie bez problemów), pozostała przyjaźń. I trwała przez wiele lat. Przetrwała moje trzy dziewczyny, zahaczyła o żonę, doczekała pierwszego dziecka. Potem Dorota wyjechała i pozostały nam tylko telefony i korespondencja. Przez kilka lat uczyła w szkole, w małej miejscowości pod Warszawą, po pewnym czasie nagle telefony się skończyły, a listy przestały przychodzić. Z nieznanego powodu urwał nam się kontakt. Lecz jeśli moja dawna przyjaciółka przeczyta przypadkiem to opowiadanie, niech wie, że często o niej myślę. I że przechowuję w sercu jej wspomnienie wraz z innymi dobrymi chwilami życia, wierząc, że szczęście w końcu uśmiechnęło się do niej. Zasłużyła sobie na to jak mało kto.

Pamiętaj o tym, Boże, ilekroć spojrzysz przychylnym okiem na ten padół, na którym ojcowie gwałcą własne dzieci. Jesteś draniem, wielkim draniem i tyle jest w Tobie świętości, co we mnie. Jednak wybaczę Ci to, jeśli przynajmniej ją uszczęśliwisz. I może nie obiję Ci mordy, gdy już mnie powołasz przed swoje oblicze.