Wyższe sferyTekst

Z serii: Efekt Ericka #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyższe sfery
Wyższe sfery
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Wyższe sfery
Wyższe sfery
Audiobook
Czyta Gabriela Całun
21 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Roz­dział 1

2  Roz­dział 2

3  Roz­dział 3

4  Roz­dział 4

5  Roz­dział 5

6  Roz­dział 6

7  Roz­dział 7

8  Roz­dział 8

9  Roz­dział 9

10  Roz­dział 10

11  Roz­dział 11

12  Roz­dział 12

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 Kata­rzyna Nowa­kow­ska

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Koor­dy­na­cja pro­jektu: Marta Kor­dyl

Redak­cja: Słowne Babki/Anna Jasiń­ska

Korekta: Jolanta Kuchar­ska, Agnieszka Mańko/e-dytor.pl

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: Svy­ato­slava Vla­dzi­mir­ska/Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-640-0

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

O wpół do ósmej obu­dziła mnie mama – popro­si­łam ją o to poprzed­niego wie­czoru. Musia­łam jechać do pracy. Na szczę­ście tata obie­cał, że mnie pod­wie­zie, bo mój samo­chód na­dal stał na par­kingu przy Evans Cars. Zja­dłam szyb­kie śnia­da­nie; tata miał ważne spo­tka­nie z klien­tem i też się śpie­szył. Wycho­dząc z domu, spoj­rza­łam na tele­fon. Nie mia­łam żad­nego połą­cze­nia od Ericka ani żad­nej wia­do­mo­ści. Szybko odpu­ścił, ale jedy­nie to dowo­dziło, że nie byłam dla niego taka ważna, jak zapew­niał. Ja też nie mia­łam pew­no­ści, co dokład­nie czu­łam. Byłam roz­darta.

Restau­ra­cja Smi­thów była otwarta od jede­na­stej, więc musia­łam być na miej­scu godzinę wcze­śniej. Przy­wi­ta­łam się z Betty i Kevi­nem, który jak zwy­kle się na mnie gapił i rzu­cał dziwne uwagi na mój temat. Była środa, nie cze­kał nas żaden event ani ban­kiet, więc odwie­dziło nas nie­wielu klien­tów. Sze­fo­stwa nie było, a Lau­ren i Clark mieli wolne. Wygłu­pia­ły­śmy się z Betty w kuchni, a ja co chwila spraw­dza­łam tele­fon z nadzieją, że Erick w końcu zadzwoni. Tele­fon mil­czał. Betty zauwa­żyła, że coś mnie trapi, nie była jed­nak jedną z tych osób, które o wszystko wypy­tują. Powie­działa tylko, żebym się nie zamar­twiała, bo szkoda życia na smutki.

Co ona mogła wie­dzieć o smutku? Była w moim wieku, miała wspa­nia­łego męża i dom na Long Island, koń­czyła wła­śnie naj­lep­szą szkołę kuli­narną w Sta­nach. Z tego, co wiem, byli z mężem ide­alną parą. Ni­gdy nie pozna­łam Carla, ale zawsze dobrze o nim mówiła. Chyba ni­gdy się nie kłó­cili, a przy­naj­mniej Betty ani razu nie wspo­mniała o żad­nej sprzeczce. Przy­po­mniało mi się, że dzwo­nił John, więc posta­no­wi­łam się do niego ode­zwać.

– Cześć, poże­ra­czu euro­pej­skich serc! – zaczę­łam i od razu się roze­śmia­łam.

– No, Megan, w końcu się ode­zwa­łaś! – odpo­wie­dział, a w jego gło­sie sły­chać było radość.

– Wró­ci­łeś już?

– Nie, nie wró­ci­łem, ale dosta­łem zapro­sze­nie na ślub Kim i posta­no­wi­łem przy­le­cieć na kilka dni. Bar­dzo chęt­nie pójdę z tobą jako osoba towa­rzy­sząca! – zawo­łał, czym ogrom­nie mnie zasko­czył.

Fak­tycz­nie, w zeszłym tygo­dniu zapro­po­no­wa­łam mu to w mailu, tyle że wtedy nie było w moim życiu Ericka Evansa. Pew­nie byłby strasz­nie zły, gdyby wie­dział, że poszłam na ślub z kimś innym, nawet jeśli to tylko przy­ja­ciel.

„Meg, uspo­kój się, prze­cież Evansa już nie ma” – upo­mnia­łam się w myślach.

– Cudow­nie, że przy­je­dziesz, Kim­berly na pewno się ucie­szy, ja też, będziemy się świet­nie bawić na ślu­bie… – wymam­ro­ta­łam.

– A skąd ten zre­zy­gno­wany głos? Już mnie nie kochasz? – zapy­tał w żar­tach i zaczął się śmiać.

– Kocham, kocham, jak brata… – odpar­łam – ale pozna­łam kogoś i przez chwilę było miło, ale się skoń­czyło – wyja­śni­łam.

Nastą­piła chwila ciszy, po czym John zasy­pał mnie lawiną pytań: kto to, gdzie go pozna­łam, czym się zaj­muje, czy jest star­szy, gdzie mieszka i tak dalej. Wielu odpo­wie­dzi sama nie zna­łam. Wie­dzia­łam nie­wiele o jego inte­re­sach, nie potra­fi­łam nawet powie­dzieć, ile ma lat, bo ni­gdy go o to nie zapy­ta­łam.

– Nie wiesz, ile ma lat? – zapy­tał zasko­czony John.

– No wła­śnie nie. Oj, John, nie wypy­tuj tak, to już nie­ak­tu­alna sprawa. Przy­le­cisz, to poroz­ma­wiamy na spo­koj­nie. Kiedy będziesz? – Pró­bo­wa­łam zmie­nić temat.

– W środę, trzy dni przed ślu­bem, więc będziemy mieli tro­chę czasu na poga­du­chy. Stę­sk­ni­łem się za tobą, piękna. – Mówił tak do mnie od dawna.

– Ja też nie mogę się docze­kać spo­tka­nia. Muszę już koń­czyć, jestem w pracy. Będziemy w kon­tak­cie!

– Kończ, kończ, Meg. Ode­zwę się, gdy wylą­duję w Nowym Jorku. Ści­skam cię mocno i trzy­maj tego faceta na dystans, niech wie, że musi na cie­bie zasłu­żyć – powie­dział, a mnie serce ści­snęło na myśl o Ericku. Nie widzia­łam go dopiero dobę, ale tęsk­ni­łam za nim, za jego doty­kiem, czu­ło­ścią.

– Pa, waria­cie! – poże­gna­łam się, uda­jąc wesołą. Roz­łą­czy­łam się i zaczę­łam chli­pać. Dla­tego on się nie odzy­wał? Widocz­nie uznał, że nie będzie się za mną uga­niał – prze­cież mógł mieć każdą kobietę, więc dla­czego miałby wybrać mnie? Może jestem dla niego tylko kolejną zali­czoną dziew­czyną, tak, zapewne oszu­ki­wał mnie tymi czu­łymi słów­kami, by zacią­gnąć mnie do łóżka, a potem zosta­wić. Ale, kurwa, to nie może być prawda. Widzia­łam w jego oczach żar i tro­skli­wość, czu­łam, że jestem dla niego wyjąt­kowa. Boże, Meg… To samo myślała pew­nie każda kobieta, z którą się prze­spał. Jesteś naiwna i głu­pia. Facet cię nie chce, dostał to, na czym mu zale­żało, i poszedł dalej.

„A może coś mu się stało?” – pomy­śla­łam prze­ra­żona.

Poszłam do biura i na kom­pu­te­rze przej­rza­łam wszyst­kie wia­do­mo­ści. Gdyby Erick miał wypa­dek czy coś podob­nego, na pewno infor­ma­cja prze­cie­kłaby do mediów. Nic jed­nak nie zna­la­złam. Dotar­łam do infor­ma­cji, które zna­łam już od Kim: że Erick ma trzy­dzie­ści dwa lata, z wykształ­ce­nia jest praw­ni­kiem i skoń­czył Harvard z wyróż­nie­niem. Poza tym dowie­dzia­łam się, że jego matka jest lekarką, ojciec popeł­nił samo­bój­stwo, gdy Erick miał sie­dem lat. Matka wyszła ponow­nie za mąż za poten­tata budow­la­nego, wła­ści­ciela Ran­der Inter­na­tio­nal Indu­stries.

„Pew­nie dla­tego jest taki bogaty” – pomy­śla­łam.

Nie było wiele infor­ma­cji o jego rodzi­nie ani życiu pry­wat­nym. Kim miała rację, żad­nych skan­dali czy kom­pro­mi­tu­ją­cych zdjęć. Było za to sporo fotek z ban­kie­tów, na któ­rych oto­czony był pięk­nymi kobie­tami, biz­nes­me­nami oraz całą śmie­tanką towa­rzy­ską. Na ten widok zro­bi­łam się zazdro­sna i ponow­nie spoj­rza­łam na tele­fon z nadzieją, że zoba­czę jakąś wia­do­mość od Ericka.

Restau­ra­cję zamy­kamy o pół­nocy, a gdy są goście, jesz­cze póź­niej. Na szczę­ście udało mi się wyrwać wcze­śniej i wró­cić do miesz­ka­nia. Wezwa­łam tak­sówkę, która pod­wio­zła mnie pod drzwi kamie­nicy. Byłam tak wykoń­czona trzy­na­sto­go­dzin­nym mara­to­nem w pracy, że marzy­łam tylko o tym, by pójść spać. Dopiero myjąc zęby, uświa­do­mi­łam sobie, że oprócz szyb­kiego śnia­da­nia u rodzi­ców nic dziś nie jadłam. Żołą­dek mia­łam zaci­śnięty, co chwilę patrzy­łam ner­wowo na tele­fon. Dalej mil­czał. Dupek! Pomy­śla­łam i zaczęła ogar­niać mnie złość. Na szczę­ście jutro mia­łam być w pracy tylko na chwilę, by pomóc Betty, a potem mia­łam wolne na zor­ga­ni­zo­wa­nie wie­czoru panień­skiego Kim. Weszłam szybko na Face­bo­oka, utwo­rzy­łam wyda­rze­nie i zapro­si­łam na nie jej kole­żanki. Tak było naj­pro­ściej, nie chciało mi się do nich wszyst­kich dzwo­nić. Wie­czór panień­ski miał się odbyć osiem­na­stego maja, tydzień przed ślu­bem, w naj­mod­niej­szym klu­bie w Nowym Jorku, któ­rego wła­ści­cie­lem był Erick. To był wybór Kim­berly, nie mój, i w sumie się cie­szy­łam, bo mia­łam nadzieję, że może tam będzie. Może uda nam się poroz­ma­wiać? Chyba że nie chce mnie już znać i się nie zjawi.

 

„Prze­stań, Donell!” – skar­ciło mnie moje wewnętrzne „ja”. Za dużo o tym wszyst­kim myślę.

Roz­dział 2

Dzień zaczę­łam mono­ton­nie, tak jak wczo­raj. Zja­dłam śnia­da­nie, poje­cha­łam do pracy. Pomo­głam Betty w restau­ra­cji i o dru­giej byłam już wolna. Umó­wi­łam się z Kim w Star­buck­sie nie­da­leko Cen­tral Parku na kawę i ciastko, by obga­dać szcze­góły. Tele­fon dalej mil­czał.

– Megan, musisz to dla mnie zro­bić. Ja wiem, że jest późno, ale zadzwoń do niego i załatw nam lożę dla VIP-ów! Pro­szę! – powie­działa, upi­ja­jąc łyk bez­ko­fe­ino­wej latte.

– Nie ma mowy, Kim, nie będę go o nic pro­siła! – obu­rzy­łam się. Ona nie ma poję­cia, co ja teraz prze­ży­wam.

– Ale ina­czej nie dasz rady tego zała­twić. Loże rezer­wuje się tam z pół­rocz­nym wyprze­dze­niem. Nawet pokaźny napi­wek nie zała­twi sprawy. Takie mają zasady. A ja nie chcę zwy­kłego sto­lika wśród tłumu, tylko ele­gancką lożę! – Nabur­mu­szyła się jak mała dziew­czynka i skrzy­żo­wała ręce na piersi.

– Możemy iść do innego klubu, gdzie indziej na pewno znaj­dzie się loża od ręki dla sza­now­nej pani roz­piesz­czo­nej! – odpar­łam wku­rzona tym, że pró­buje na mnie swo­ich sztu­czek.

– Ale Meg, to jest naj­mod­niej­szy klub w mie­ście i to tam chcę iść! Bez zna­jo­mo­ści nie da rady zała­twić loży VIP, Han­nah mi mówiła. Jej kole­żanka chciała zapła­cić za nią kilka tysięcy, a i tak ode­szła z kwit­kiem. Pro­szę cię, nie bądź jędzą!

– Nie wiem, zoba­czę, co da się zro­bić. Zadzwo­nię tam i zapy­tam, ile to w ogóle będzie kosz­to­wało. Przy­po­mi­nam ci, że jestem na stażu, a od taty na twój panień­ski nie wezmę ani centa – zga­si­łam ją.

– No dobra, dobra, ale jeśli to zała­twisz, będę twoją dłuż­niczką do końca życia, Meg! To nasze ostat­nie wyj­ście razem, potem zostaną mi pie­lu­chy i kaszki! Chcę się zaba­wić jak ni­gdy! – stwier­dziła pod­eks­cy­to­wana.

– Zro­bię, co w mojej mocy – ucię­łam ten draż­liwy temat i ruszy­ły­śmy na przy­miarkę mojej sukienki. Oka­zała się ład­niej­sza, niż zapa­mię­ta­łam. Pod­kre­ślała moje krą­gło­ści, ale nie odsła­niała za dużo. Byłam do niej jed­nak fak­tycz­nie za blada, więc poje­cha­ły­śmy na opa­la­nie natry­skowe, które miało bez pro­blemu prze­trwać do ślubu. Pra­wie wszystko było zała­twione. No wła­śnie, pra­wie. Co ja mam zro­bić z tym cho­ler­nym klu­bem? Zadzwo­nić do niego czy nie? Posta­no­wi­łam, że na stro­nie inter­ne­to­wej znajdę numer do mene­dżera i posta­ram się z nim coś zała­twić. Wró­ci­ły­śmy do mojego miesz­ka­nia. Tata miał ode­brać Kim wie­czo­rem, więc mogły­śmy zadzwo­nić do klubu.

– Dzień dobry, nazy­wam się Megan Donell, zamie­rzam urzą­dzić w waszym klu­bie wie­czór panień­ski dla sio­stry i chcia­łam zapy­tać, czy jest moż­li­wość zare­zer­wo­wa­nia loży VIP na sobotę osiem­na­stego maja – zaczę­łam spo­koj­nie. Kim sie­działa obok i ści­skała z ner­wów moją dłoń.

– Witam panią, panno Donell! – przy­wi­tał się mene­dżer, jakby znał moje nazwi­sko i wie­dział, z kim roz­ma­wia. – Zaraz spraw­dzę, co mogę dla pani zro­bić. Pro­szę pocze­kać – powie­dział uprzej­mie, a w tele­fo­nie roz­brzmiała muzyczka, która miała umi­lić ocze­ki­wa­nie.

– I co? – spy­tała cicho Kim, cie­kawa jak dziecko w Boże Naro­dze­nie.

– Jesz­cze nic. Ma spraw­dzić, pocze­kaj! – odpo­wie­dzia­łam, macha­jąc na nią ręką.

– Jak ci się uda, to… – zaczęła Kim, ale prze­rwał jej mene­dżer klubu.

– Halo, jest pani jesz­cze? – Zasło­ni­łam ręką usta sio­stry, dając jej do zro­zu­mie­nia, że ma być cicho.

– Tak, tak, jestem – ode­zwa­łam się z nadzieją, że się uda.

– Na pole­ce­nie pana Ericka Evansa zare­zer­wo­wa­łem dla pań naj­więk­szą lożę w naszym klu­bie.

Erick mu kazał? A skąd on wie­dział, że będziemy chciały lożę? Prze­cież dopiero wczo­raj usta­li­łam to z Kim. Zamu­ro­wało mnie.

– Pan Evans? – zapy­ta­łam.

– Tak, wła­ści­ciel klubu. Uprze­dził mnie, że może pani dzwo­nić w tej spra­wie.

Byłam zaszo­ko­wana, ale i szczę­śliwa. Myślał o mnie, ale dla­czego się nie odzy­wał?

– To miło z jego strony. A jaki jest koszt wie­czoru w loży?

– Pan Evans pokrył już wszyst­kie koszty, łącz­nie z limu­zyną, która przy­wie­zie panie do klubu z dowol­nego miej­sca.

– A to dobre… – powie­dzia­łam, patrząc na Kim. – Prze­pra­szam, to nie do pana. W takim razie dzię­kuję za pomoc i infor­ma­cje. Pro­szę pozdro­wić ode mnie pana Evansa – powie­dzia­łam i zakoń­czy­łam roz­mowę. Pozdro­wić pana Evansa! Donell, ale z cie­bie idiotka!

– I co? – zapy­tała moja sio­stra, pra­wie wycho­dząc z sie­bie.

– Erick już wcze­śniej zare­zer­wo­wał dla nas lożę, mamy wszystko za darmo, w tym limu­zynę do dys­po­zy­cji na ten wie­czór – wyja­śni­łam, wciąż nie wie­rząc w to, co usły­sza­łam.

– Meg, kocham cię! Jesteś wielka! – Rzu­ciła mi się na szyję i uści­skała.

– Uwa­żaj, wariatko! – ochrza­ni­łam ją. – Nie ma za co – doda­łam i poca­ło­wa­łam ją w brzuch.

Wkrótce przy­je­chał tata. Kim od razu się wyga­dała, dokąd idziemy, i pochwa­liła się, że Erick wszystko zała­twił. Tata znowu zaczął wypy­ty­wać, kiedy go pozna i tak dalej, a ja nie potra­fi­łam mu odpo­wie­dzieć. Nawet nie wie­dzia­łam, czy jeste­śmy jesz­cze razem. Czy w ogóle kie­dyś byli­śmy parą? Tele­fon dalej mil­czał, ale fakt, że Erick zare­zer­wo­wał lożę i limu­zynę, uświa­do­mił mi, że jed­nak o mnie myśli i trosz­czy się, by nic mi się nie stało. Na pewno nie cho­dziło mu tylko o dobrą zabawę Kim i kole­ża­nek – dbał o moje szczę­ście. Mia­łam nadzieję, że pojawi się w klu­bie. Było już późno, więc wzię­łam prysz­nic i poszłam spać.

Kolejny tydzień minął szybko. Erick nie dawał żad­nego znaku. Pra­co­wa­łam, zała­twia­łam z Kim ostat­nie sprawy, spo­tka­łam się z rodzi­cami na lunch i zanim się obej­rza­łam, była już sobota, dzień naszej imprezy. Erick do tej pory się nie ode­zwał, więc albo o mnie zapo­mniał, albo szy­ko­wał jakąś nie­spo­dziankę, by się pogo­dzić. Mia­łam nadzieję, że cho­dzi o to dru­gie.

Roz­dział 3

Poprzed­nią noc ja, Kim i jej sie­dem­na­ście kole­ża­nek, które zapro­si­łam na Face­bo­oku, spę­dzi­ły­śmy w domu rodzi­ców na wstęp­nych przy­go­to­wa­niach do imprezy. Robi­ły­śmy mani­cure, pedi­cure i nakrę­ca­ły­śmy włosy na wałki. Jedna z kole­ża­nek była wiza­żystką, więc na nią spa­dło zada­nie poma­lo­wa­nia nas w dniu imprezy. Kim miała wło­żyć białą obci­słą mini, która pod­kre­śliła jej coraz bar­dziej zaokrą­gla­jący się brzu­szek – była już w pią­tym mie­siącu.

– Wyglą­dam jak słoń – stwier­dziła, sto­jąc przed lustrem.

– Daj spo­kój, jesteś w ciąży, Kim­berly! Zobacz, jakie masz zabój­cze nogi i jaki dekolt! – pocie­szyła ją Han­nah, jedna z dru­hen.

– Nie za krótka ta sukienka? – zapy­tał zatro­skany tata, zaglą­da­jąc dys­kret­nie do pokoju. – Cześć, dziew­czyny! Ale was dużo!

– Dzień dobry, panie Donell! – odpo­wie­działy chó­rem.

– Jestem gruba, tato! – pod­nio­sła głos Kim, po czym usia­dła nabur­mu­szona na łóżko.

– Gdzie? – spy­tał i zaczął się śmiać.

– Tato, nie dołuj mnie jesz­cze bar­dziej. Zobacz, wyglą­dam jak sło­nica! – rzu­ciła i nakryła brzuch poduszką.

– Jesteś naj­pięk­niej­szą panną młodą na całym świe­cie, kocha­nie. Robert ma ogromne szczę­ście, że zosta­niesz jego żoną!

No tak! Dla niego zawsze będziemy naj­pięk­niej­sze i naj­cu­dow­niej­sze.

– Dobra, tato, nie prze­szka­dzaj nam w bab­skich przy­go­to­wa­niach, mamy jesz­cze dużo roboty – wtrą­ci­łam i poca­ło­wa­łam go w poli­czek.

– O któ­rej ma przy­je­chać ta wasza limu­zyna? – dopy­tał przed wyj­ściem.

– O ósmej, tatku.

– Zawo­łam was na obiad, kiedy będzie gotowy. Mama popro­siła kucha­rza, żeby zro­bił coś spe­cjal­nego. A ja mam butelkę cri­stala na dobry począ­tek wie­czoru.

– Dobrze, dobrze, ale idź już! – wygo­ni­łam go ze śmie­chem.

W końcu udało nam się prze­ko­nać Kim­berly, że wygląda osza­ła­mia­jąco w tej sukience, i zde­cy­do­wała się nie prze­bie­rać. Dziew­czyny miały bar­dzo podobne czarne błysz­czące mini­su­kienki tak krót­kie, że nie­któ­rym było widać majtki. Ja, jako że byłam główną druhną i świad­kową, mia­łam wło­żyć wyzy­wa­jącą czer­woną kre­ację, w któ­rej czu­łam się – przy­znaję – nie­ziem­sko. Wie­dzia­łam, że kiedy Erick mnie w niej zoba­czy, osza­leje. Na­dal jed­nak mil­czał, więc nie mia­łam pew­no­ści, czy w ogóle tam będzie.

Rodzice nie pozwo­lili mi goto­wać, bo mia­łam zająć się Kim, a ja nie chcia­łam, by mama stała cały dzień w garach, więc zde­cy­do­wa­li­śmy się zatrud­nić kucha­rza. Obiad był pyszny, tak się naja­dłam, że nie byłam pewna, czy zmiesz­czę się w sukienkę. Kucharz przy­go­to­wał ulu­bione danie Kim: polę­dwicę wołową z opie­ka­nymi warzy­wami w śmie­ta­nowo-cytry­no­wym sosie i mar­chewki gla­zu­ro­wane. Dziew­czyny wychwa­lały umie­jęt­no­ści naszego kucha­rza. Powta­rzały też, jakich mamy cudow­nych i wylu­zo­wa­nych rodzi­ców. Dosko­nale wie­dzia­łam, o czym mówią – pomimo pie­nię­dzy nasi rodzice są nor­malni. Ale wylu­zo­wani nie są. Cie­kawe, ile razy tata zadzwoni do nas w trak­cie imprezy, by się upew­nić, że wszystko jest w porządku. Po chwili odpo­czynku zaczęły się wiel­kie przy­go­to­wa­nia.

Wśród sztucz­nych rzęs, dopi­nek wło­sów, pudru i lakieru do wło­sów szy­ko­wa­ły­śmy się jak na galę roz­da­nia Osca­rów. Chcia­łam się sama uma­lo­wać, jed­nak Kim uznała, że nie potra­fię nawet cie­nia do powiek nało­żyć, więc nie pozo­stało mi nic innego, jak liczyć na Mor­gan. Koło siód­mej były­śmy gotowe, wszyst­kie wyglą­da­ły­śmy bosko i były­śmy w bar­dzo impre­zo­wych humo­rach. Wypi­ły­śmy szam­pana i mogły­śmy już ruszać. Limu­zyna przy­je­chała równo o ósmej. Dziew­czyny na jej widok piały z zachwytu. Długa na kil­ka­na­ście metrów, dwu­dzie­sto­oso­bowa różowa limu­zyna Lin­coln. Wycho­dząc z domu, spoj­rza­łam w lustro w holu. Wow. Sama się sobą zachwy­ci­łam. Czer­wona krótka sukienka wyglą­dała na mnie obłęd­nie, a pasu­jące do stroju czarne plat­formy spra­wiły, że moje sto­sun­kowo krót­kie nogi wyda­wały się nie mieć końca. Poń­czo­chy paso­wały do czar­nej koron­ko­wej bie­li­zny, a ciemny maki­jaż pod­kre­ślał moje zie­lone oczy. Deli­kat­nie pokrę­cone włosy upię­łam w sek­sowny kok, do tego lek­kie czarne bolerko i koper­tówka. Wyglą­da­ły­śmy jak dziew­czyny „Play­boya”. Sza­leń­stwo zaczęło się już w limu­zy­nie, szam­pan lał się stru­mie­niami. Choć Kim ska­zana była na soki i drinki bez­al­ko­ho­lowe, widać było, że bawi się świet­nie. Mia­łam nadzieję, że nie upiję się za bar­dzo, bo to był wie­czór mojej sio­stry i musia­łam wszyst­kiego dopil­no­wać. Kie­rowca włą­czył muzykę i ruszy­ły­śmy w szam­pań­skich nastro­jach. Kim roz­pa­ko­wała pre­zenty, w któ­rych było wszystko, od jej ulu­bio­nych per­fum po gadżety ero­tyczne i sek­sowną bie­li­znę. Mia­ły­śmy przy tym nie­zły ubaw. Droga zajęła nam około pół­to­rej godziny, więc gdy pod­je­cha­ły­śmy pod klub, byłam już lekko wsta­wiona. Przed klu­bem cią­gnęła się kolejka. Było koło dzie­sią­tej i impreza zaczęła się roz­krę­cać. Wysy­pa­ły­śmy się z limu­zyny, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę wszyst­kich. Dzie­więt­na­ście pięk­nych lasek musiało robić wra­że­nie! Pode­szłam do sto­ją­cej przy drzwiach kobiety, by się przed­sta­wić i wejść od razu. Selek­cjo­ner spraw­dził, czy jeste­śmy na liście, i wpu­ścił nas do środka. Zauwa­ży­łam kilku cele­bry­tów. Kel­ner zapro­wa­dził nas do naszej loży. Na jej widok dziew­czyny znowu zaczęły pisz­czeć i sza­leć z zachwytu. Młody kel­ner, który miał obsłu­gi­wać nasz sto­lik przez całą noc, przy­niósł nam drinki i przy­stawki. Ericka ni­gdzie nie widzia­łam. DJ zaczął grać gło­śniej, gdy ludzie wysy­pali się na par­kiet. Sexy Chick Davida Guetty roz­grzało klub do czer­wo­no­ści. Ruszy­ły­śmy na par­kiet i chwilę póź­niej już na nim kró­lo­wa­ły­śmy. Kobiety patrzyły na nas z zazdro­ścią, a faceci pró­bo­wali nam dorów­nać. Spoj­rza­łam na Kim – była zachwy­cona, ja też nie­źle się bawi­łam. Gdy DJ puścił I Could Be the One, a zaraz po tym The Busi­ness Tiësta, klub osza­lał. Szu­miało mi w gło­wie, ale tań­czy­łam jak opę­tana, zapo­mi­na­jąc o wszyst­kich pro­ble­mach. Z transu wyrwała mnie Kim, która popro­siła, bym poszła z nią do toa­lety. Był straszny tłok, więc musia­ły­śmy chwilę pocze­kać. Cią­gle się roz­glą­da­łam, ale ni­gdzie nie dostrze­głam Ericka. Zaczę­łam się wku­rzać, bo nie wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Alko­hol też swoje robił i zaczę­łam mieć głu­pie myśli. Było już po pół­nocy, gdy kel­ner przy­niósł kolejną por­cję kolo­ro­wych drin­ków i zaką­sek. Wie­dzia­łam, że będę tego żało­wała, ale wzię­łam drinka i ponow­nie ruszy­łam na par­kiet, do dziew­czyn. Gdy scho­dzi­łam po scho­dach z naszej loży, zauwa­ży­łam, że jakiś koleś się na mnie gapi. Spoj­rza­łam na niego, a on zaczął iść w moim kie­runku. Wyglą­dał jak model, wysoki, wyspor­to­wany. Cał­kiem nie­zły, ale daleko mu było do Ericka.

 

– Witaj, Megan! – zagaił. Skąd wie, jak mam na imię, do jasnej cho­lery?

– Hej! – rzu­ci­łam chłodno.

– Dobrze się bawisz? – kon­ty­nu­ował.

– Wyśmie­ni­cie. Znamy się? – uda­wa­łam nie­wzru­szoną, jed­nak w środku czu­łam nie­po­kój.

– Nie, nie znamy, jestem Matt. Sły­sza­łem o tobie, Megan. Jestem zna­jo­mym Ericka Evansa. – No tak, mogłam się domy­ślić. Nie odzy­wał się już pół­tora tygo­dnia, a roz­po­wia­dał o mnie zna­jo­mym. Dupek!

– Oczy­wi­ście, to prze­cież logiczne – wymam­ro­ta­łam, prze­wra­ca­jąc oczami. – On tu gdzieś jest? – zapy­ta­łam, uda­jąc, że mnie to nie obcho­dzi. Tak naprawdę pra­gnę­łam go jed­nak zoba­czyć i rzu­cić się w jego ramiona.

– Kto, Erick? Nie, jest w Dubaju, ale mówił, że pew­nie tu będziesz. Mogę zapro­po­no­wać ci drinka?

Że co? W jakim Dubaju? Co on chrzani? Nie mogłam jed­nak oka­zać, że mnie to zain­te­re­so­wało. Poczu­łam ucisk w żołądku, a serce zaczęło mi walić jak mło­tem.

– Nie, dzię­kuję, mam jesz­cze swój – odmó­wi­łam, poka­zu­jąc mu napój, który trzy­ma­łam w dłoni.

– To może zaszczy­cisz mnie tań­cem? Widzia­łem, jak sza­la­łaś z kole­żan­kami – zapy­tał i obli­zał wargi.

„O nie! Nie rób tak, tak może do mnie robić tylko Erick!” – pomy­śla­łam i ponow­nie odmó­wi­łam.

– Wiesz, dziś jest wie­czór mojej sio­stry, obie­ca­ły­śmy sobie, że bawimy się tylko w gro­nie zna­jo­mych. – Patrzył na mnie lekko wku­rzony. Zmru­żył oczy, po czym zła­pał mnie za rękę, poca­ło­wał w nad­gar­stek i powie­dział:

– Nie chcę się narzu­cać. Jeśli zmie­nisz zda­nie, będę przy głów­nym barze, Megan.

I zgi­nął w tłu­mie klu­bo­wi­czów. Rozej­rza­łam się. Kim z dziew­czy­nami sza­lały na par­kie­cie, dołą­czy­łam do nich i znowu się zre­lak­so­wa­łam. Leciały naj­lep­sze taneczne hity ostat­nich mie­sięcy. W pew­nym momen­cie pode­szła do mnie moja sio­stra i zapy­tała:

– Gdzie jest Erick?

– W Dubaju! – odpo­wie­dzia­łam gło­śno z nadą­saną miną i prze­wró­ci­łam oczami.

– Gdzie?! – Kim spoj­rzała na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

– W Dubaju! – powtó­rzy­łam, prze­krzy­ku­jąc gło­śną muzykę.

– Skąd wiesz? Ale dupek z niego. Byłam pewna, że tu będzie! – powie­działa i posłała mi pocie­sza­jące spoj­rze­nie.

– Spo­tka­łam jego zna­jo­mego i mi powie­dział. Nie chcę o tym roz­ma­wiać, chodź tań­czyć. – Mach­nę­łam ręką, uda­jąc, że mnie to nie rusza, ale serce mia­łam ści­śnięte.

Dołą­czy­ły­śmy do reszty dziew­czyn i znowu sza­la­ły­śmy na par­kie­cie. W pew­nym momen­cie, kiedy tań­czy­łam do kolej­nego prze­boju Davida Guetty, poczu­łam na swo­ich bio­drach czy­jeś dło­nie. Odwró­ci­łam się gwał­tow­nie, z nadzieją, że to Erick, wpa­dłam jed­nak w ramiona Matta.

– Może teraz dasz się namó­wić na taniec! – krzyk­nął mi do ucha, pró­bu­jąc prze­drzeć się przez gło­śną muzykę. Spoj­rza­łam na niego nie­pew­nie…

„A co mi tam!” – pomy­śla­łam. Jeden taniec to nic złego.

– Jedną pio­senkę! – zawo­ła­łam, poka­zu­jąc palec. Zaczę­li­śmy poru­szać się powoli, w rytm muzyki. Nie był natar­czywy i mnie nie obma­cy­wał, pew­nie wie­dział, co mu za to grozi. Gdy zaczął lecieć kolejny hit, nachy­lił się do mnie i powie­dział:

– Erick tu jest!

Spoj­rza­łam na niego zasko­czona. Skoro tu jest, dla­czego do mnie nie pod­szedł? W tym tłu­mie nie byłam w sta­nie go wypa­trzyć.

– Gdzie? – zapy­ta­łam cie­kawa i pod­eks­cy­to­wana.

– Chodź, zapro­wa­dzę cię. Na pewno się ucie­szy, gdy cię zoba­czy – powie­dział, po czym zła­pał mnie za rękę i popro­wa­dził mię­dzy ludźmi.

Krzyk­nę­łam do Kim, że zaraz wra­cam i że Erick tu jest. Mach­nęła ręką na znak, że wszystko jest okej. Matt pro­wa­dził mnie krętą drogą wśród roz­tań­czo­nych pija­nych ludzi.

– Daj namó­wić się na jed­nego drinka, Megan! – Odwró­cił się i zło­żył ręce jak do modli­twy.

– Dobrze jeden szybki drink i zapro­wadź mnie do niego, pro­szę! – zgo­dzi­łam się naiw­nie. Pra­gnę­łam ujrzeć mojego Ericka. Tak bar­dzo za nim tęsk­ni­łam.

Pode­szli­śmy do baru, Matt zamó­wił drinki i chwilę poga­da­li­śmy o niczym. Czu­łam, jak alko­hol znowu ude­rza mi do głowy, i chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w ramio­nach mojego uko­cha­nego. Wzię­łam kilka łyków i poszłam za Mat­tem. Prze­szli­śmy przez cały klub, salki VIP-ów, by wejść na pię­tro wyżej. Były tam loże, w któ­rych sie­dzieli cele­bryci. Roz­po­zna­łam kilka zna­nych twa­rzy. Zaczęło krę­cić mi się w gło­wie od buzu­ją­cego w żyłach alko­holu. Weszli­śmy do pry­wat­nej sali, w któ­rej znaj­do­wały się czarne sofy oraz bar. Matt popro­sił, żebym usia­dła i pocze­kała chwilę. Sączy­łam drinka, cho­ciaż wie­dzia­łam, że nie powin­nam wię­cej pić, a w gło­wie mia­łam coraz więk­szy mętlik. Cze­ka­łam dłuż­szą chwilę i zaczę­łam roz­glą­dać się po sali. Sie­działo tam kilka niezna­nych mi osób, jed­nak mia­łam wra­że­nie, że przy barze Matt roz­ma­wia z Fili­pem! Kurwa, chyba mam zwidy. Chcia­łam wstać i podejść bli­żej, żeby się upew­nić, czy to rze­czy­wi­ście on, ale nogi odmó­wiły mi posłu­szeń­stwa i osu­nę­łam się na sofę. Wie­dzia­łam, że z moim cia­łem dzieje się coś nie­do­brego. Matt pod­szedł do mnie, zła­pał wpół i zaczął szep­tać do ucha jakieś dziwne rze­czy. Pró­bo­wa­łam zacho­wać spo­kój, czu­łam jed­nak, że jest ze mną coraz gorzej. Po chwili odpły­nę­łam…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?