3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Singielka

Tekst
Z serii: Efekt Ericka #5
Z serii: Pink Book
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Singielka
Singielka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Singielka
Singielka
Audiobook
Czyta Gabriela Całun
21 
Szczegóły
Singielka
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Pro­log

2  Roz­dział 1

3  Roz­dział 2

4  Roz­dział 3

5  Roz­dział 4

6  Roz­dział 5

7  Roz­dział 6

8  Roz­dział 7

9  Roz­dział 8

10  Roz­dział 9

11  Roz­dział 10

12  Roz­dział 11

13  Pole­camy

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 Kata­rzyna Nowa­kow­ska

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Redak­tor kre­atywna ds. pro­jek­tów książ­ko­wych: Anna Kubal­ska

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Koor­dy­na­cja pro­jektu: Marta Kor­dyl

Redak­cja: MODE­STIA Kata­rzyna Sarna

Korekta: Słowne Babki

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: Svy­ato­slava Vla­dzi­mir­ska/Shut­ter­stock, Just dance/Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-745-2

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

Na lot­ni­sko popro­szę… – powie­dzia­łam i zapła­kana poda­łam kie­rowcy kartę kre­dy­tową.

Ruszył bez słowa. Po dro­dze minę­li­śmy miej­sce, gdzie wła­śnie trwał kon­cert Beyoncé. Zaci­snę­łam powieki i zdu­si­łam jęk roz­pa­czy.

Nie mia­łam poję­cia, ile zajął nam dojazd na lot­ni­sko. Gdy tam dotar­łam, od razu uda­łam się do kas.

– Dobry wie­czór, czym mogę słu­żyć? – zapy­tała mnie ubrana w gra­na­towo-biały uni­form młoda kobieta.

– Popro­szę bilet na naj­bliż­szy lot do Nowego Jorku – szep­nę­łam, sta­ra­jąc się nie zwra­cać na sie­bie uwagi, co jed­nak mi się nie udało.

Kobieta zaczęła przy­pa­try­wać mi się uważ­nie, dostrze­gła łzy na moich policz­kach. Nie trwało to jed­nak długo, po chwili znowu spoj­rzała w kom­pu­ter i bez słowa wpi­sała moje dane.

– Klasa biz­nes czy tury­styczna? – zapy­tała.

– Wszystko jedno, byle dziś, naj­le­piej zaraz – powie­dzia­łam, ner­wowo się roz­glą­da­jąc. Mia­łam wra­że­nie, że za moment wpad­nie tu Erick i będę musiała zmie­rzyć się z tym, co przed chwilą nawy­ra­bia­łam.

– Moment, zaraz spraw­dzę, co mogę dla pani zro­bić! – Kobieta uśmiech­nęła się uprzej­mie i się odda­liła. Pode­szła do sie­dzą­cej obok kole­żanki i z nią chwilę poroz­ma­wiała. Nie­ba­wem wró­ciła z wia­do­mo­ścią: – Za dwa­dzie­ścia minut star­tuje samo­lot do Nowego Jorku, mamy tylko miej­sca w pierw­szej kla­sie, jeśli nie ma pani bagażu, uda nam się wpi­sać panią na listę pasa­że­rów.

– Cudow­nie! – Poda­łam jej kartę kre­dy­tową i prawo jazdy.

Wypeł­niła szybko jakieś rubryczki i popro­siła ochro­nia­rza, by odpro­wa­dził mnie na odprawę.

– Nie ma pani nawet torebki? – zapy­tał pra­cow­nik lot­ni­ska, który spraw­dzał moje doku­menty.

– Nie, nie mam – powie­dzia­łam cicho, prze­cho­dząc przez bramkę.

– Panno Donell, wszystko jest gotowe, ter­mi­nal numer trzy – oznaj­mił. – Życzymy miłego lotu!

Zmu­si­łam się do uśmie­chu i popę­dzi­łam do ter­mi­nala, by w ostat­niej chwili wpaść do tunelu pro­wa­dzą­cego na pokład. Ste­war­desa powi­tała mnie przy wej­ściu do samo­lotu i zapro­wa­dziła do pierw­szej klasy. Zaję­łam miej­sce przy oknie. Obok sie­dzieli sami biz­nes­meni, patrzyli na mnie dziw­nie, ale mia­łam to gdzieś. Zapię­łam pas i w tej samej chwili samo­lot zaczął koło­wać. Nie­na­wi­dzi­łam latać! Kiedy musia­łam sko­rzy­stać z tego środka trans­portu, Erick zawsze trzy­mał mnie za rękę… Myśl o nim spra­wiła, że zaczę­łam cicho pła­kać.

Samo­lot tym­cza­sem ode­rwał się od ziemi i po kilku minu­tach pilot oznaj­mił, że możemy się poru­szać swo­bod­nie. Odpię­łam pas, a ste­war­desa, widząc mnie zapła­kaną, podała mi chu­s­teczki higie­niczne.

– Potrze­buje pani cze­goś jesz­cze? – spy­tała uprzej­mie.

– Nie, dzię­kuję – odpo­wie­dzia­łam cicho. – Ile będzie trwał lot?

– Będziemy lecieć sześć godzin i pięt­na­ście minut, pro­szę pani. W Nowym Jorku wylą­du­jemy około trze­ciej rano czasu lokal­nego.

– Och. – Wes­tchnę­łam. Tak długi lot napa­wał mnie prze­ra­że­niem. – Dzię­kuję – powie­dzia­łam jed­nak, siląc się na uśmiech.

By nieco zapo­mnieć o tym wszyst­kim, zaczę­łam wyglą­dać przez okno. Nad pusty­nią zapa­dał zmrok, a w oddali widać było migo­czące świa­tła Las Vegas. Zasło­ni­łam usta dło­nią, by nie wydo­stał się z nich nagły jęk roz­pa­czy. Zsu­nę­łam ze stóp buty i pod­ku­li­łam nogi, by zwi­nąć się w kłę­bek. W gło­wie mia­łam miliardy myśli. Moje włosy były jesz­cze wil­gotne od prysz­nica i prze­cho­dziły mnie nie­przy­jemne dresz­cze.

Boże, co ja naj­lep­szego naro­bi­łam? Dla­czego? Dla­czego nie poje­cha­łam na ten cho­lerny kon­cert? Dla­czego upi­łam się winem? Nie mia­łam wytłu­ma­cze­nia na to, co się stało. To wszystko, co się wyda­rzyło, to była wyłącz­nie moja wina. Nale­żało się spo­dzie­wać, że Filip nie odpu­ści. Jak mogłam pozwo­lić sobie na utratę kon­troli nad sobą, zwłasz­cza gdy zosta­li­śmy tylko we dwoje? To oczy­wi­ste, że on tego chciał i dążył do tego od dawna. Wyko­rzy­stał moment mojej sła­bo­ści. Nie­na­wi­dzi­łam go za to i nie­na­wi­dzi­łam samej sie­bie, a naj­gor­sze było to, że już ni­gdy nie będę mogła spoj­rzeć Eric­kowi w oczy. Patrzy­łam na swoją prawą dłoń, na palcu błysz­czał pier­ścio­nek od niego. Zdję­łam go szybko i scho­wa­łam do kie­szeni spodni.

W końcu z emo­cji i myśli zasnę­łam. Obu­dził mnie nagły wstrząs samo­lotu. Pode­szła do mnie ste­war­desa.

– Pro­szę zapiąć pas, panno Donell, przez kilka minut mogą wystę­po­wać tur­bu­len­cje. – Mówiąc to, uśmiech­nęła się łagod­nie. Potem zajęła swoje miej­sce i rów­nież zapięła pas.

Ści­snę­łam pod­ło­kiet­niki tak mocno, że zabo­lały mnie palce. Samo­lot zaczął pod­ska­ki­wać i drżeć, a mnie żołą­dek i serce pode­szły do gar­dła. Poczu­łam para­li­żu­jący strach, gdy poga­sły świa­tła. Na szczę­ście po kilku sekun­dach ponow­nie się zapa­liły. Zauwa­ży­łam, że ste­war­desy były zde­ner­wo­wane, co nie doda­wało mi otu­chy. Zamknę­łam oczy i modli­łam się w myślach, bądź co bądź nie chcia­łam teraz zgi­nąć, ale może to byłoby dobre wyj­ście? Nie musia­ła­bym mie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią.

„Nie możesz tak myśleć, Donell!” – zga­ni­łam samą sie­bie. „Nawa­rzy­łaś piwa, to teraz je wypi­jesz”. Wie­dzia­łam, że muszę znik­nąć i o wielu spra­wach zapo­mnieć.

Po kolej­nych tur­bu­len­cjach usły­sza­łam z gło­śni­ków głos pilota, który poin­for­mo­wał nas, że musimy awa­ryj­nie lądo­wać w Saint Louis. Chry­ste Panie, tylko nie to! Wie­dzia­łam, że jak tylko Erick się dowie, że wyszłam z hotelu, natych­miast zacznie mnie szu­kać. To nie byłoby dobre, musiał o mnie zapo­mnieć. Nie wie­dzia­łam, czy Filip powie mu, co się stało. Ja z pew­no­ścią nie byłam w sta­nie tego zro­bić. Zacho­wy­wa­łam się jak tchórz, ale mia­łam to gdzieś. Byłam mu winna wyja­śnie­nia, jed­nak nie mia­łam siły spoj­rzeć mu w oczy. Może kie­dyś się na to zdo­będę, ale na pewno nie teraz.

Tur­bu­len­cje stały coraz sil­niej­sze, byłam tak spa­ni­ko­wana, że ledwo oddy­cha­łam. Chyba ni­gdy się tak nie bałam jak w tej chwili. Kiedy samo­lot dotknął płyty lot­ni­ska, ode­tchnę­łam z ulgą. Ste­war­desa popro­siła nas, byśmy zostali na lot­ni­sku, a potem oznaj­miła, iż na bie­żąco będzie prze­ka­zy­wać wia­do­mo­ści o wzno­wie­niu lotu.

Sły­sząc to, wszy­scy pasa­że­ro­wie wyszli powoli do tunelu. Szłam w tłu­mie ludzi, w pół­mroku, nie mia­łam poję­cia, która była godzina, chyba dawno minęła pół­noc. Usie­dli­śmy w pocze­kalni, część osób udała się do restau­ra­cji, by coś zjeść. Wybra­łam naj­bar­dziej odosob­nione miej­sce i zer­k­nę­łam na wielki okrą­gły zegar, zawie­szony nad wej­ściem do hali odpraw. Poka­zy­wał pierw­szą w nocy.

 

Na lot­ni­sku nie było zbyt wielu pasa­że­rów. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że Erick zaczął mnie już szu­kać. Minęły cztery godziny, więc na pewno wró­cili już z kon­certu. Wie­dzia­łam, że może mnie z łatwo­ścią namie­rzyć, bo uży­wa­łam karty kre­dy­to­wej. Zaj­rza­łam do port­fela i prze­ko­na­łam się, że nie mam gotówki. Cho­lera! Obok mnie prze­szedł star­szy męż­czy­zna, zapy­ta­łam go o ban­ko­mat. Powie­dział, że znaj­duje się w hali odlo­tów. Uda­łam się więc tam i wycią­gnę­łam z konta tysiąc dola­rów, a potem pode­szłam do punktu infor­ma­cji.

– Dobry wie­czór, w czym mogę pomóc? – zapy­tał męż­czy­zna sto­jący za kon­tu­arem.

– Chcia­łam poin­for­mo­wać, że nie będę kon­ty­nu­owała lotu do Nowego Jorku, zatrzy­mam się tutaj.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie zasko­czony, jed­nak o nic nie zapy­tał. Poda­łam mu prawo jazdy.

– Nie ma pani żad­nego bagażu?

– Nie – rzu­ci­łam szybko, a on zaczął mi się uważ­nie przy­glą­dać.

– Nie­stety, nie zwró­cimy pani pie­nię­dzy za lot – poin­for­mo­wał.

– To nie pro­blem. – Mach­nę­łam ręką, w tej chwili nie miało to dla mnie żad­nego zna­cze­nia. To tylko pie­nią­dze, które i tak co do centa zamie­rza­łam oddać ojcu. Na kon­cie mia­łam około miliona dola­rów, ale nie wie­dzia­łam, ile z tego do tej pory wyda­łam. Posta­no­wi­łam, że prze­ślę mu wszystko, co mam. Nie chcia­łam jego pie­nię­dzy, nie zasłu­gi­wa­łam ani na nie, ani na Ericka.

Po chwili męż­czy­zna poin­for­mo­wał mnie, że wszystko zała­twione. Zapy­ta­łam o postój tak­só­wek i wyszłam na zewnątrz. Wsia­dłam do jed­nego z aut. Kie­rowca, star­szy pan, odwró­cił się do mnie, uśmiech­nął uprzej­mie i zapy­tał z dziw­nym akcen­tem, któ­rego nie mogłam roz­po­znać:

– Dokąd jedziemy, dzie­cinko?

– Pro­szę zawieźć mnie do jakie­goś hotelu – popro­si­łam i spu­ści­łam nie­śmiało wzrok.

– Któ­re­go­kol­wiek? – spy­tał nieco zdzi­wiony.

– Tak, pro­szę pana – potwier­dzi­łam. Gdy ponow­nie na niego spoj­rza­łam, kątem oka zauwa­ży­łam, że obser­wo­wał mnie w lusterku.

O nic wię­cej nie pytał. Ruszył bez słowa i zawiózł mnie do hotelu w cen­trum mia­sta. Pła­cąc za kurs, nie zapo­mnia­łam o napiwku.

Hotel był bar­dzo nowo­cze­sny, Eric­kowi by się spodo­bał. Na tę myśl znowu zebrało mi się na płacz. Weszłam przez obro­towe drzwi do środka, wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie recep­cjo­nistki i boya. Zapewne rzadko mie­wali gości o tej porze.

– Dobry wie­czór, czym mogę słu­żyć? – zapy­tała uprzej­mie recep­cjo­nistka.

Odnio­słam wra­że­nie, że była nieco zasko­czona moją obec­no­ścią.

– Ile kosz­tuje u was pokój ze śnia­da­niem dla jed­nej osoby?

– Sto sześć­dzie­siąt dola­rów, a każda kolejna doba sto pięć­dzie­siąt, pro­szę pani – odpo­wie­działa recep­cjo­nistka.

– W takim razie popro­szę.

– Muszę panią zamel­do­wać. Czy ma pani jakiś doku­ment?

Poda­łam jej dowód.

– Pro­szę nie udzie­lać infor­ma­cji, jeśli ktoś będzie o mnie pytał – oznaj­mi­łam poważ­nie.

Sły­sząc moje słowa, recep­cjo­nistka unio­sła wzrok znad moni­tora i poki­wała głową. Odnio­słam wra­że­nie, że była nieco zasko­czona moją obec­no­ścią.

– Pokój trzy­sta cztery, panno Donell. Boy panią zapro­wa­dzi. Ma pani jakieś walizki? – Recep­cjo­nistka rozej­rzała się po holu.

– Nie, nie mam bagażu. Dzię­kuję – powie­dzia­łam i podą­ży­łam za chło­pa­kiem w stronę windy.

Wkrótce wje­cha­li­śmy na trze­cie pię­tro. Szłam za swoim prze­wod­ni­kiem dłu­gim kory­ta­rzem, któ­rego ściany wyło­żono maho­nio­wym drew­nem, a pod­łogę wyście­lono bor­do­wym dywa­nem. Moją uwagę zwró­ciły zawie­szone na ścia­nach repro­duk­cje obra­zów zna­nych mala­rzy, mię­dzy innymi Vin­centa van Gogha i Gustava Klimta. W końcu doszli­śmy do mojego pokoju. Prze­cią­gnę­łam kartę, drzwi się otwo­rzyły i weszłam do środka. W podzię­ko­wa­niu dałam chło­pa­kowi dwa­dzie­ścia dola­rów.

– Dzię­kuję, jeśli będzie pani cze­goś potrze­bo­wała, pro­szę dzwo­nić do recep­cji. – Uśmiech­nął się i odszedł.

Zapa­li­łam świa­tło. Moim oczom uka­zał się nie­duży pokój, wykła­dzina w kolo­rze butel­ko­wym ide­al­nie paso­wała do zasłon, pod oknem stała nie­wielka dwu­oso­bowa kanapa obita brą­zo­wym zamszem, w rogu dostrze­głam poje­dyn­cze łóżko i sto­lik nocny. Szafa na ubra­nia usy­tu­owana była zaraz obok drzwi, a po dru­giej stro­nie wisiało duże lustro. Ściany miały odcień cie­płego beżu. Obok łóżka zauwa­ży­łam drzwi do łazienki. Weszłam do środka i włą­czy­łam świa­tło. Narożna wanna, umy­walka i muszla klo­ze­towa – pro­sto i bez prze­py­chu. Ważne, że było czy­sto i świeżo.

Poło­ży­łam port­fel na sto­liku noc­nym, a potem pode­szłam do okna, które wycho­dziło na ulicę. Kilka minut wcze­śniej minęła druga, więc na zewnątrz pano­wała cisza, nie widzia­łam ani jed­nej osoby. Zasta­na­wia­łam się, która godzina była teraz w Las Vegas, a która w Nowym Jorku. Nie mia­łam poję­cia, w jakiej stre­fie cza­so­wej się znaj­do­wa­łam, kom­plet­nie się w tym nie orien­to­wa­łam.

Poło­ży­łam się na łóżku i zakry­łam głowę poduszką. W tym momen­cie nie mia­łam siły o niczym myśleć. Czu­łam przej­mu­jący ból w skro­niach, chyba dopa­dał mnie kac. Zaj­rza­łam do barku i zna­la­złam proszki prze­ciw­bó­lowe. Połknę­łam dwie tabletki, popi­ja­jąc wodą. Na widok małych bute­le­czek alko­holu wzdry­gnę­łam się ze wstrę­tem i z impe­tem zatrza­snę­łam barek. Potem wsu­nę­łam się pod koł­drę i wtu­li­łam głowę w poduszki.

Sta­ra­łam się nie myśleć o tym, co się stało. Z każdą chwilą mój oddech coraz bar­dziej się uspo­ka­jał i wkrótce udało mi się zasnąć.

Roz­dział 1

Rano nie­mi­ło­sier­nie bolała mnie głowa. Z tru­dem roz­chy­li­łam powieki, przez kilka minut moje oczy nie mogły przy­zwy­czaić się do pro­mieni sło­necz­nych wpa­da­ją­cych przez okno. Wyda­łam z sie­bie pomruk nie­za­do­wo­le­nia i zakry­łam głowę koł­drą.

„Gdzie ja jestem?” – zapy­ta­łam samą sie­bie, a potem powoli przy­po­mnia­łam sobie wczo­raj­szy dzień i feralny wie­czór.

Nagle dozna­łam olśnie­nia: byłam w Saint Louis! Nie mia­łam komórki, więc nie wie­dzia­łam, czy ktoś w ogóle zda­wał sobie sprawę z tego, gdzie się zna­la­złam. Erick na pewno mnie szu­kał. Wie­dział, że wsia­dłam do samo­lotu do Nowego Jorku i że wylą­do­wa­li­śmy awa­ryj­nie wła­śnie tutaj. Praw­do­po­dob­nie usta­lił też, że zre­zy­gno­wa­łam z dal­szego lotu.

Na tę myśl zerwa­łam się z łóżka i chwy­ci­łam tele­fon sto­jący obok mnie na sto­liku noc­nym. Wykrę­ci­łam numer do rodzi­ców, musia­łam ich powia­do­mić, gdzie jestem; cho­ciaż oni musieli wie­dzieć, że nic mi się nie stało. Roz­mowa nie trwała długo, na szczę­ście tata nie był docie­kliwy. Powie­dzia­łam, by się nie mar­twili, i obie­ca­łam, że ode­zwę się nie­długo. Na koniec jesz­cze raz powtó­rzy­łam, że jestem cała i zdrowa. Przez cały czas powstrzy­my­wa­łam łzy. Tato pytał o powód mojej decy­zji, a ponie­waż domy­ślał się, że pła­czę, tym bar­dziej zaczął się nie­po­koić. Nie mogłam prze­cież powie­dzieć mu prawdy, więc poin­for­mo­wa­łam go tylko, że musia­łam wyje­chać, i tyle. Nie dopy­ty­wał już wię­cej, dobrze mnie znał i wie­dział, że tego nie lubię. Byłam prze­ko­nana, że i tak będzie się teraz zamar­twiał. Nie­spo­dzie­wa­nie, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, jakie to wywrze na mnie wra­że­nie, powie­dział, że dzwo­nił do nich Erick z pyta­niem, czy nie wie­dzą, gdzie jestem. Po jego tele­fonie pró­bo­wali się ze mną skon­tak­to­wać, ale bez skutku, bo prze­cież nie wzię­łam komórki. Najbar­dziej prze­ko­nu­ją­cym tonem, na jaki było mnie stać, odpar­łam, że nie cho­dzi o nic poważ­nego. Zapew­nia­łam, że nic mi nie jest, i szybko skoń­czy­łam roz­mowę.

Potem wzię­łam szybki prysz­nic i zje­cha­łam na dół na śnia­da­nie. Mój żołą­dek na­dal był ści­śnięty od nie­ustan­nego stresu, więc prze­łknę­łam tylko kilka kęsów bagietki z dże­mem i upi­łam łyk her­baty. Potrze­bo­wa­łam świe­żych ubrań, a przede wszyst­kim bie­li­zny. Zapy­ta­łam w recep­cji o jakiś sklep i dowie­dzia­łam się, że nie­da­leko hotelu znaj­duje się cen­trum han­dlowe; recep­cjo­ni­sta twier­dził, że tam powin­nam zna­leźć wszystko, czego potrze­buję. Była godzina dzie­siąta rano, więc sklepy powinny już być otwarte.

Fak­tycz­nie, po kwa­dran­sie doszłam do dużego cen­trum, gdzie szybko kupi­łam kilka kom­ple­tów bie­li­zny, T-shirty, dwie pary jean­sów oraz małą walizkę. Zapła­ci­łam gotówką i wró­ci­łam do hotelu, by odświe­żyć się i prze­brać w czy­ste ubra­nia. Póź­niej wymel­do­wa­łam się, a następ­nie popro­si­łam o tak­sówkę na lot­ni­sko. W cen­trum han­dlo­wym wybra­łam kolejny tysiąc dola­rów z ban­ko­matu, na razie powinno mi tyle wystar­czyć. Nie mogłam pła­cić kartą, by nie zosta­wiać śla­dów.

– Chce pani lecieć do Lon­dynu? – zapy­tała kobieta sprze­da­jąca bilety.

– Tak, ale mam przy sobie tylko dowód oso­bi­sty, nie wzię­łam pasz­portu.

– To nie pro­blem, na tere­nie Europy pasz­port nie jest wyma­gany. – Uśmiech­nęła się uprzej­mie i zaczęła wpi­sy­wać coś do kom­pu­tera. – Z Saint Louis nie mamy bez­po­śred­niego połą­cze­nia, panno Donell, prze­siadka jest w Nowym Jorku albo w Fila­del­fii.

– Który lot jest wcze­śniej? – zapy­ta­łam.

– Z prze­siadką w Fila­del­fii, wylot dziś o pięt­na­stej pięć­dzie­siąt.

– W takim razie popro­szę bilet.

– Zostały tylko miej­sca w kla­sie eko­no­micz­nej – powie­działa kobieta prze­pra­sza­ją­cym tonem.

– Nic nie szko­dzi. – Uśmiech­nę­łam się lekko i po chwili trzy­ma­łam w ręku bilet do Lon­dynu.

Nie mia­łam poję­cia, co będę tam robiła, po pro­stu to miej­sce jako pierw­sze przy­szło mi do głowy. Zawsze chcia­łam tam pole­cieć, co prawda nie w takich oko­licz­no­ściach, ale cóż. Tam mnie nie znajdą, przy­naj­mniej w naj­bliż­szym cza­sie. Erick chyba nie miał aż takich zna­jo­mo­ści, by namie­rzyć mnie poza Sta­nami.

Usia­dłam w hali odlo­tów, zostały mi jesz­cze dwie godziny ocze­ki­wa­nia.

Kilka minut przed odlo­tem pod­szedł do mnie pra­cow­nik lot­ni­ska i popro­sił, bym z nim poszła. Jego prośba nieco mnie zdzi­wiła, wsta­łam jed­nak i podą­ży­łam za nim. Wkrótce weszli­śmy do gabi­netu dyrek­tora lot­ni­ska. Za biur­kiem sie­dział męż­czy­zna koło czter­dziestki, spoj­rzał na mnie uważ­nie.

– Pro­szę usiąść, panno Donell. – Uśmiech­nął się życz­li­wie i wska­zał krze­sło sto­jące obok biurka.

Usia­dłam i nieco prze­ra­żona zasta­na­wia­łam się, o co cho­dzi.

– Dla­czego chce pan ze mną roz­ma­wiać? Jest jakiś pro­blem z moim bile­tem? – zapy­ta­łam, z tru­dem opa­no­wu­jąc emo­cje.

– Pan Erick Evans dzwo­nił do nas i pro­sił, by zatrzy­mać panią na lot­ni­sku. Nie wiem, o co cho­dzi, ale dał nam do zro­zu­mie­nia, że mamy zro­bić wszystko, by nie pozwo­lić pani wyle­cieć z kraju.

Z wra­że­nia aż otwar­łam usta.

– Pan Evans chciałby z panią poroz­ma­wiać… – Męż­czy­zna podał mi słu­chawkę tele­fonu i wstał od biurka. – Będę za drzwiami – oznaj­mił, po czym opu­ścił swój gabi­net.

Byłam kom­plet­nie zszo­ko­wana, błęd­nym wzro­kiem wpa­try­wa­łam się w słu­chawkę. Tak bar­dzo pra­gnę­łam usły­szeć jego głos… Waha­łam się chwilę, w końcu jed­nak powie­dzia­łam cicho:

– Halo. – Głos mi drżał, a serce waliło jak sza­lone.

– Aż tak mnie nie­na­wi­dzisz, że musia­łaś uciec? – Głos miał smutny.

Zasło­ni­łam dło­nią usta, by nie wybuch­nąć pła­czem, do oczu napły­wały mi łzy.

– Tak będzie lepiej, lepiej dla cie­bie. – Żołą­dek mi się zaci­snął, naj­wi­docz­niej Filip nie wyja­wił mu prawdy.

– Kto tak uważa? – Ton miał spo­kojny, choć byłam pewna, że tak jak ja z tru­dem pano­wał nad emo­cjami.

– Nie mogę teraz roz­ma­wiać, Ericku – powie­dzia­łam sta­now­czo i zaci­snę­łam powieki.

– Kurwa, Megan! Czy naprawdę jestem aż taki okropny, że posta­no­wi­łaś uciec bez słowa?! Dla­czego? Wyja­śnij mi. Co takiego się stało? To przez tę głu­pią kłót­nię przy obie­dzie? Masz do mnie żal, że powie­dzia­łem, że nie możesz pić, póki nie zjesz?

Z jesz­cze więk­szą mocą dotarło do mnie, co zro­bi­łam.

 

– Muszę koń­czyć – powie­dzia­łam. Mój ton był bez­na­miętny, oschły. Wie­dzia­łam, że ta roz­mowa do niczego nie pro­wa­dzi, rani nas oboje. Zde­cy­do­wa­łam więc się roz­łą­czyć.

– Zawszę będę na cie­bie cze­kał. Kocham cię i nic tego nie zmieni! – krzy­czał do słu­chawki Erick, a ja, sły­sząc te słowa, wybuch­nę­łam pła­czem. – Cze­kaj tam na mnie, nie wyla­tuj, bła­gam! – pro­sił. – Przy­lecę za kilka godzin, tylko bła­gam, nie wyla­tuj! – powta­rzał.

Mia­łam roz­darte serce. Nie mogłam dłu­żej tego słu­chać.

– Żegnaj, Ericku… – szep­nę­łam do słu­chawki i się roz­łą­czy­łam.

Wybie­głam szybko z gabi­netu dyrek­tora. Dostrze­głam go sto­ją­cego nie­opo­dal, obej­rzał się za mną, lecz nic nie mówił.

„Polecę do Lon­dynu, nikt mnie nie powstrzyma” – prze­ko­ny­wa­łam samą sie­bie w myślach.

Gdy nade­szła chwila odlotu, zaję­łam miej­sce w fotelu i wyglą­da­łam przez okno. W kla­sie eko­no­micz­nej pano­wał spory tłok, sie­dzia­łam obok hała­śli­wej rodzinki z dziećmi. Śmiali się i żar­to­wali, jed­nak nie zwra­ca­łam na nich uwagi. Zasta­na­wia­łam się, co zro­bić ze swoim życiem. Spie­przy­łam je naj­bar­dziej, jak to tylko moż­liwe, i nie mogłam cof­nąć czasu.

Wykoń­czona zasnę­łam.