Na szczycie. Gra o miłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wiem! Kurwa, wiem, i kompletnie tego nie rozumiem… – powiedział, mocno ściskając moją dłoń.

– Nie musisz tego rozumieć, Sed, po prostu to uszanuj. To była ich decyzja…

– Tak, jasne! Decyzja po pijaku w Vegas!

– Sed, błagam, odpuść. Odpuść i daj im spokój…

– Dam im spokój, ale…

– Nie! Nie ma żadnego ale, po prostu niech sobie żyją i robią, co chcą. Erick nie skrzywdzi Jess…

– Zawiedliście mnie, Reb. Wszyscy! – Podniósł głos.

– Wiem i najmocniej cię przepraszam, skarbie. Ja naprawdę…

– Nic mnie nie boli tak, jak kłamstwa najbliższych osób. Ufałem Erickowi bezgranicznie, tobie zresztą też… a teraz…

Spojrzałam na niego smutno. Wiedziałam, że ma rację.

– Co mam zrobić, by to odzyskać? Musisz mi ufać, skoro zaraz wyjeżdżacie w trasę…

– Nie wiem, Rebeko. Naprawdę nie wiem, jak teraz będzie. W ogóle nie mam ochoty jechać, chciałbym zostać z tobą i zostawić to wszystko w pizdu…

– Co?! Nie, rany, Sed, nie możesz zostawić chłopaków! – pisnęłam.

– Wiem. Po prostu mówię, czego bym chciał, a nie co zrobię. Nie zostawię ich…

– To dobrze. Nie zniosłabym faktu, że zrezygnowałeś ze swoich marzeń przeze mnie.

– Moje marzenia związane z zespołem już dawno się zrealizowały, mała – powiedział i dotknął mojej twarzy, muskając kciukiem policzek.

– A teraz? Jakie masz marzenia? – spytałam, wtuliwszy się w jego dłoń.

– Chcę, byś została moją żoną, byśmy byli szczęśliwi i poradzili sobie ze wszystkim razem. Poradzimy sobie, prawda?

– Chcę tego samego… – szepnęłam i nachyliłam się, by dosięgnąć jego ust.

– Boże, tak cię kocham! – Sedrick chwycił mnie i jednym ruchem przesadził na swoje kolana.

Zrzuciłam czółenka, by usiąść na nim okrakiem, a on w sekundę zawładnął moimi ustami. Jęknęłam głośno. Czułam ogromną ulgę. Musiałam mu tylko udowodnić, że może mi ufać… Nie! Nie tylko, musiałam mu aż udowodnić, że może mi ufać.

– Powinnam już iść. Tata pewnie czeka… – przypomniałam i niechętnie oderwałam się od mojego cudownego narzeczonego.

– Odprowadzę cię… – Sed otworzył drzwi i wysiadł pierwszy, po czym założył mi buty jak Kopciuszkowi. Sedrick Mills, mój książę z bajki. Uśmiechnęłam się.

– Może pójdziesz z nami na ten lunch? – spytałam, kiedy ruszyliśmy w stronę wejścia.

– Nie. Na pewno chcesz pogadać z Jamesem sama. W niedzielę będę miał okazję z nim porozmawiać…

– Więc obiad aktualny? – zapytałam dla pewności.

– Tak, ale, Reb… – Sed chwycił mnie za dłoń i zatrzymał.

– Tak? – Spojrzałam na niego.

– Nie zrozum mnie źle, ale…

Oho! Nie podobał mi się taki początek.

– Ale?

– Ale poczekajmy z tym ślubem, aż skończy się trasa.

Jeszcze wczoraj sama tak myślałam, a wtedy? Wtedy zrobiło mi się dziwnie, gdy to powiedział. W sumie nie powinnam się dziwić po tym, co się stało.

– Też tak uważam – odparłam z wymuszonym uśmiechem, by się nie zorientował, że było mi smutno.

– To dobrze, maleńka! – powiedział, przytulił mnie i pocałował w czoło.

– No proszę! Jacy piękni! Jacy opaleni! – Usłyszałam zza pleców głos mego ojca. Odwróciłam się i uśmiechnęłam szeroko.

– Tato! – zawołałam i wyrwałam się z ramion jednego najważniejszego mężczyzny w moim życiu w ramiona drugiego, nie mniej ważnego.

Oderwał mnie od ziemi i uściskał mocno.

– Cześć, córciu! – James ucałował mnie i spojrzał badawczo na Seda. – Witaj, Sedricku! Miło was widzieć! – powiedział, wyciągając dłoń do swojego przyszłego zięcia. Zięcia! Ha! Ale to brzmiało.

– Ciebie też, James. Ja niestety muszę jechać, mam w domu zamieszanie.

– Stało się coś? – zapytał badawczo tata.

– Nie. Brian przyleciał z rodziną i wiesz, jak to jest…

– Brian? Cholera, dawno go nie widziałem, ostatnio chyba jak Jill była w drugiej ciąży…

– Teraz jest w czwartej! – wtrąciłam, krzywiąc się. Kompletnie sobie tego nie wyobrażałam.

– Czwartej? – Tata spojrzał na Seda, a potem na mnie.

– Tak. Mój braciszek to maszynka do robienia dzieci. Dobrze, że chociaż produkują takie ładne sztuki… przynajmniej do tej pory! – Sed się roześmiał.

– A wy? – zagadnął tata.

– Co? Co: my? – zapytałam głupio.

– No kiedy wy sobie zrobicie słodkiego bobasa?

Spojrzałam na Seda, który uśmiechnął się bezczelnie.

– Za dziesięć lat, tato! – pisnęłam.

– Ustaliliśmy dwa lata, kochanie! – oświadczył mój narzeczony, a potem podszedł i objął mnie, całując w policzek.

– Mam czekać dwa lata na wnuki? – James skrzywił się przesadnie.

– Miałeś już jechać. Do później, Sedricku! – powiedziałam i uszczypnęłam go w tyłek, by się nie rozgadywał.

– Zrobimy sobie dziś w nocy małego Seda? – szepnął mi do ucha.

Nie miałam pojęcia, czy to żart. Moje spojrzenie odpowiedziało za mnie.

– Jedź już, Sed!

– Zadzwoń, jak będziesz chciała wracać. Przyjadę po ciebie…

– Sedricku, nie trzeba, odwiozę Rebekę wieczorem całą i zdrową… – obiecał tata, poklepał Seda po ramieniu i spojrzał prosząco.

– Bądź grzeczna, mała. Do później… – powiedział Sedrick, po czym klepnął mnie w tyłek, aż podskoczyłam.

– Sed! – zganiłam go. Cholera, no, mógł tego nie robić przy moim ojcu.

James uśmiechnął się tylko.

– Do zobaczenia, Sedricku. Rozumiem, że obiad w niedzielę aktualny?

Uścisnęli sobie dłonie.

– Oczywiście, że tak. Na razie! – Sed cmoknął mnie jeszcze i ruszył w stronę auta.

Na szczęście rano ostatecznie nie zdążył napić się wina, więc teraz mógł prowadzić.

– Napisz mi esemesa, jak dojedziesz! – krzyknęłam za nim. – I jedź ostrożnie! – dodałam.

Sed uniósł rękę, a gdy odjeżdżał, zatrąbił kilka razy. Pokręciłam głową, bo widziałam, że uśmiecha się bezczelnie.

– Bardzo charakterystyczny ten twój narzeczony… – powiedział tata. Objął mnie i uśmiechnął się szeroko.

– Oj, nawet nie wiesz, jak bardzo!

– Czyli między wami wszystko w porządku? Bo przez telefon… – zaczął, ale nie skończył, tylko chwycił mnie za obie dłonie.

– Wyjaśniliśmy sobie jedną sprawę i jest okej.

– Chodźmy, bo zimno. Pogadamy na miejscu!

– A dokąd idziemy?

– Do fajnej knajpki! Chodź, Rebeko!

Objął mnie i ruszyliśmy, oddalając się od budynku sądu. Przeszliśmy przez ogromny dziedziniec i znaleźliśmy się na jednej z głównych ulic Manhattanu. Matko kochana! Jak tam można żyć? Korki na kilka przecznic, hałas, mnóstwo ludzi, którzy prawie na siebie wpadają. Tata przeprowadził nas przez pasy na drugą stronę ulicy i weszliśmy do restauracji na rogu. To była przyjemna włoska knajpa urządzona właśnie w takim stylu. Pachniało cudownie, aż zaburczało mi w brzuchu. Z tego wszystkiego nie jadłam przecież śniadania.

– Dzień dobry, panie Donovan. Stolik dla dwóch osób? – przywitała nas młoda dziewczyna o egzotycznej urodzie.

– Tak, poproszę, Bianko.

– Paul, weź od państwa płaszcze! – powiedziała do kelnera, który doskoczył do nas w momencie.

Mimo pełnej sali dostaliśmy stolik w najlepszym miejscu, przy samym oknie, skąd można było oglądać, co dzieje się na zewnątrz. Właśnie zaczął padać śnieg i mieliśmy naprawdę ładny widok. Kelner odsunął mi krzesło, usiadłam i wzięłam do ręki menu. Tata zajął miejsce naprzeciwko mnie i zrobił to samo.

– Mam nadzieję, że lubisz włoską kuchnię? – zapytał, widząc, jak wertuję kartę dań.

– Lubię, lubię… Nie wiem, czy mam ochotę na spaghetti, czy lasagne.

– Polecam cannelloni ze szpinakiem. Mają najlepsze na Manhattanie…

– Nie lubię szpinaku… – Skrzywiłam się.

– Jest zdrowy… – Ojciec spojrzał na mnie karcąco.

Uśmiechnęłam się.

– Wolę mięso i sos pomidorowy!

– Dobrze, że chociaż normalnie jesz. Soph i Gab wymyśliły sobie jakąś dietę i ostatnio praktycznie nic nie jedzą…

– Uwielbiam jeść, tato.

– Jakoś nie widać…

Znowu to karcące spojrzenie. Och, Boże! Całe życie czekałam na to, by mój tata mnie za coś opieprzył albo zrobił mi kazanie.

– Zamówmy na spółkę pizzę i to twoje cannelloni. Dasz mi spróbować, okej?

Uśmiechnął się szeroko.

– Jasne. A na deser tiramisu?

– Yhy! – Pokiwałam twierdząco głową, a tata chwycił mnie za dłoń.

– Tak bardzo się cieszę, że dziś do mnie zadzwoniłaś.

– Ja też.

– Mogę przyjąć od państwa zamówienie? – Do naszego stolika podszedł ten sam chłopak, który zabierał nasze płaszcze.

– Tak. Poprosimy dużą pizzę, cannelloni ze szpinakiem, lasagne i spaghetti…

Spojrzałam zaskoczona.

– Jaką pizzę? – zapytał kelner.

– Jaką lubisz, Rebeko?

– Z ananasem lubię…

Wiem! Wiem, że wszyscy zawsze się dziwili, że lubiłam pizzę z ananasem. Chyba nikt z moich znajomych jej nie lubił.

– Naprawdę? – James się roześmiał.

– Tak, ale jeśli nie lubisz…

– Uwielbiam. To moja ulubiona…

Oboje uśmiechnęliśmy się szeroko.

– Więc pizza tropicana z szynką i ananasem, tak? – zapytał dla pewności kelner.

– Tak, i z podwójnym serem! – pisnęłam podekscytowana.

– Coś do picia?

– Poprosimy dwa razy wodę, dwa razy sok…

– Pomarańczowy – dokończyłam, bo tata spojrzał na mnie pytająco.

– To wszystko?

– Tak.

– Potrzebują państwo popielniczkę?

– Palisz, Rebeko?

Cholera! Miałam się przyznać, że tak? Nawet Sed nie bardzo o tym wiedział, bo na Barbadosie starałam się przed nim chować, by nie wysłuchiwać kazań.

 

– Tak, palę, ale nie przy jedzeniu.

Tata spojrzał krzywo, a mnie znowu zachciało się śmiać. Kelner się oddalił, więc czekałam na to, co zaraz powie.

– Palenie nie jest zdrowe…

Zasłoniłam usta dłonią, by nie parsknąć śmiechem.

– Wiem, tato, ale palę od piętnastego roku życia i trudno mi się oduczyć…

– Od piętnastego?! – Podniósł głos, aż ludzie na nas spojrzeli.

– Tak. Trey mnie nauczył, jak się zaciągać… – roześmiałam się. Nie mogłam tego opanować. Nigdy nie zapomnę, jak przyłapali nas na szkolnym boisku, gdy próbował mnie tego nauczyć.

– Trey? Jakiś twój były chłopak?

– Nie, tato. Trey to mój przyjaciel. Poznasz go w niedzielę na obiedzie…

– Och! Masz przyjaciela mężczyznę?

Uniosłam brew.

– Tak. Znam go od ósmego roku życia…

– Jest w twoim wieku?

Oho! Zaczęło się przesłuchanie.

– Nie, jest dwa lata starszy, tato. Chodziliśmy razem do szkoły średniej…

– I on nauczył cię, jak się zaciągać?

– Tak! – odparłam i znowu się roześmiałam.

– Mało to rozsądne…

– My nie jesteśmy rozsądni, tato. Na pewno wiesz, ile razy i za co mnie aresztowano, za co dostawałam mandaty i w ogóle…

– Właśnie się zastanawiałem, co to za Trey zawsze pakował się z tobą w tarapaty. Myślałem, że to twój były chłopak…

– Nie. Nigdy nie byliśmy razem. Trey jest dla mnie jak brat…

– Będę musiał z nim pogadać… – stwierdził.

Pomyślałam, że chyba nie żartował. O matko!

– To stare czasy tato, daj spokój…

– Sprowadzał cię na złą drogę.

– Wręcz odwrotnie. Zawsze ratował mi tyłek…

– Nawet wtedy, gdy kąpaliście się w zakazanym miejscu, w nocy… nago?

Spojrzałam na niego. O rany! Ale przypał.

– Oj, tato, no…

– Ja rozumiem, że młodość, alkohol… głupota! – powiedział i znowu rzucił mi to surowe spojrzenie.

Och, czułam, że kocham to spojrzenie!

– No właśnie! Ty też byłeś młody i na pewno robiłeś głupoty…

– Oczywiście, że tak, ale nie dałem się za nie aresztować.

– Bo ci pewnie twój tata tyłek ratował!

James się roześmiał.

– Niestety, masz rację. Mój ojciec, a twój dziadek, miał przeze mnie dużo problemów…

– Więc już wiadomo, po kim taka jestem! – Również się roześmiałam.

– Twoja mamusia też nie jest święta…

– A, to na pewno!

– Raz też nas prawie aresztowali, jak baraszkowaliśmy na plaży.

– Tato! – Skrzywiłam się. Nie chciałam wysłuchiwać o ich życiu miłosnym.

– No przecież jesteś dorosła! Wiesz, że rodzice uprawiają seks…

Chyba rozbawiło go moje zażenowanie.

– Nie chcę o tym myśleć!

– Ty przecież też go uprawiasz…

– Jejku, tato, błagam cię! – jęknęłam.

– Co z tymi wnukami?

– Tato! – pisnęłam. Nie miałam pojęcia, czy on się ze mnie nabijał, czy co.

– Oj, Rebeko, daj spokój! Tylko tak sobie głośno myślę. Tayler mówi, że nie chce mieć dzieci przez najbliższe dwadzieścia lat, Gabriela i Sophia to mam nadzieję jeszcze w ogóle o tym nie myślą, więc liczyłem na ciebie…

– Jesteś za młody, by zostać dziadkiem!

– Wcale nie. Już bym pobawił takie maleństwo… – powiedział rozmarzonym głosem, zrobił z rąk kołyskę i zabujał w niej niewidzialne dziecko.

– Ile ty właściwie masz lat, tato?

– A na ile wyglądam? – Uśmiechnął się komicznie.

– Czterdzieści?

– To pytanie czy stwierdzenie?

– Nie wiem. – Roześmiałam się.

– Mam czterdzieści trzy lata, Rebeko.

– To tyle, ile mama…

– Tak. Jesteśmy z tego samego roku… – powiedział, a oczy mu zabłysły, gdy o niej wspomniałam.

– Czy ty ją nadal kochasz, tato?

Cholera! Ja naprawdę o to zapytałam?

– Zbyt wiele lat minęło, córeczko…

– Chyba nie będzie jej w niedzielę.

– Ona wie, że się poznaliśmy?

– Nie, ja jej nie mówiłam. Liczyłam, że się zjawi w niedzielę i będzie musiała nam to wszystko wyjaśnić. Nie odezwała się jednak do mnie od chwili, w której zadzwoniłam powiedzieć o zaręczynach.

– No właśnie! Powinienem wam pogratulować na parkingu, gdy byliście razem! – Ojciec chyba chciał zmienić niewygodny dla siebie temat. Może i lepiej, że matka nie miała zamiaru się pojawić… Podświadomie czułam, że tata nadal ją kochał. Mimo tych lat i tego, co mu zrobiła.

– Dziękuję. Sed się wygadał, że i tak prosił cię o zgodę… – Roześmiałam się. To naprawdę było słodkie z jego strony, że się przejmował takimi rzeczami.

– No tak! Byłem zaskoczony, gdy to zrobił, ale bardzo pozytywnie.

– I co? Zgodziłeś się tak od razu?

– No wiesz, gdybym to ja miał wybierać ci kandydata na męża, nie sądzę, że byłby to menedżer zespołu rockowego, ale że wybranka znalazłaś sobie sama, to co miałem do gadania? – odparł i mrugnął do mnie żartobliwie.

– Właściwie to on znalazł mnie i to ja nie miałam za wiele do gadania. – Zachichotałam. Szkoda, że nie pamiętałam tego, jak się z Sedem poznaliśmy. To była naprawdę ciekawa historia…

– Opowiesz mi o tym?

– Wiem tylko z opowiadań…

– No tak. Wybacz, skarbie… – powiedział cicho i pogładził moją dłoń.

– Nie szkodzi, tato.

– Nie przypomniałaś sobie nic nowego, co?

– Nie.

– Wiesz, że wpadli na trop tego wspólnika?

Zrobiłam wielkie oczy.

– Co?! – pisnęłam kompletnie zaszokowana.

– Sedrick ci nie powiedział? – Ojciec uniósł brwi.

– Nie! Nic mi nie powiedział! On wie?!

– Tak. Dzwoniłem do niego, jak byliście na wakacjach… Jakiś tydzień temu – odpowiedział, patrząc na mnie badawczo.

– Aha, świetnie! Nic mi nie powiedział na ten temat… – warknęłam.

– Może nie chciał cię martwić – pocieszył mnie tata. Dotknął mojej dłoni i pogładził ją, bym się uspokoiła.

– Oczywiście! To najlepsza wymówka!

Żołądek ze złości zacisnął mi się na supeł. Dlaczego mi nie powiedział, do cholery? Oczekiwał ode mnie szczerości, a sam jak się zachowywał?!

– Prosiłem, by ci przekazał… – dodał ojciec, widząc, jaka jestem wściekła.

– Nie zrobił tego!

– W takim razie ja ci powiem. Jakieś dwa tygodnie temu pewien mężczyzna, niejaki Michael Bloom, zaczął sprawdzać twoje akta, które są utajnione.

– A kto to w ogóle jest? – zapytałam, marszcząc nos.

– To policjant. Przyjaciel Scotta Davisa… – odpowiedział tata, wciągając głośno powietrze.

– I podejrzewacie, że to on?

– Rozmawiałem z szefem policji w Los Angeles i on uważa, że to ma sens. Davis i Bloom przyjaźnili się od lat. W czasie gdy byłaś przetrzymywana, Davis niby wracał na noce do domu, ale sprawdzono to i on w tym czasie często jeździł do Pasadeny. Tam, gdzie cię więził ten psychopata…

– Ale macie jakieś dowody? Cokolwiek?

– Na razie sprawdzają wszystko, co może mieć związek z tą sprawą. Ja osobiście to nadzoruję, Rebeko.

– A ten cały Bloom? Ktoś z nim w ogóle rozmawiał?

Podrapałam się po głowie. Cholera! W głębi duszy wolałam, by tego wspólnika w ogóle nie było.

– Na razie jest pod obserwacją.

– I mogę spokojnie wrócić do L.A.?

– Oczywiście, że tak. Jesteś przecież pod ochroną…

– No… na Barbadosie byliśmy praktycznie sami i nawet nie myślałam o ochronie.

– I ja, i Sedrick zadbamy, by nic ci się więcej nie stało, córeczko. Nie martw się… – powiedział uspokajająco i ponownie pogładził moją dłoń.

– Mogłabym zobaczyć tego mężczyznę? – zapytałam nagle.

– Blooma?

– Tak.

– W domu mam zdjęcia i całą teczkę tej sprawy. Jeśli chcesz, mogę ci pokazać…

– Co w niej jest? – Głos mi zadrżał.

– Całe akta, zdjęcia…

– Zdjęcia z tego domu?

– Też, ale ich ci nie pokażę.

– Moglibyśmy jechać dziś? Teraz?

Nie wiem, co mnie naszło. Pomyślałam nagle, że może gdy zobaczę zdjęcie tego człowieka, coś mi się przypomni i uda się wszystko wyjaśnić do końca.

– Rebeko, naprawdę chcesz się w to zagłębiać? Daj nam pracować…

– Po prostu chcę się upewnić, czy sobie coś przypomnę, czy nie…

– Rozumiem, ale nie dziś, dobrze? Spędźmy to popołudnie razem, tylko ty i ja… – poprosił i ścisnął mocniej moją dłoń.

Spojrzałam na mojego ojca i uśmiechnęłam się.

– Dobrze, tato. Gdzie to jedzenie? Jestem głodna… – odpowiedziałam, spoglądając w stronę kelnera, który właśnie niósł naszą pyszną pizzę z ananasem. Zastawił cały stolik jedzeniem, a ja nie wiedziałam, za co mam się zabrać. Wszystko wyglądało po prostu pysznie.

Zapamiętałam tę chwilę do końca życia. Mój pierwszy wspólny lunch, a raczej obiad, z ojcem. Nie mogliśmy się nagadać. James opowiadał mi o rodzinie, jak poznał swoją żonę Alice, jak budował więź z Taylerem, jej synem, a potem jak urodziły się dziewczynki. Ja też opowiedziałam mu trochę o Treyu, by nie miał o nim takiego złego zdania. Zaczął wypytywać o moje wczesne dzieciństwo, ale wyłgałam się, że niewiele pamiętam. Na myśl, że ojciec dowiedziałby się o Gregu, pomyślałam, że to nigdy nie może wyjść na jaw. Nie chciałam do tego wracać i obarczać go moim koszmarem z przeszłości. Nie chciałam, by nasza relacja skomplikowała się tylko dlatego, że James zapewne czułby się w jakiś sposób winny tego, co spotkało mnie w dzieciństwie.

Spędziliśmy w tej knajpce całe popołudnie. Oboje straciliśmy poczucie czasu i zeszliśmy na ziemię dopiero, gdy zadzwonił telefon taty. Okazało się, że od dwóch godzin powinien być w swoim biurze, bo miał ważne spotkanie. Zaśmiałam się, gdy zaczął zwalać na korki i odwołał wszystkie dzisiejsze rozmowy.

– Pierwszy raz w życiu odwołałem spotkanie – oświadczył, spojrzał na mnie i się roześmiał.

– Ale z jakiego ważnego powodu! – zawołałam, widząc minę mego ojca.

– Z najważniejszego pod słońcem.

– Jestem dla ciebie ważna, tato? – zapytałam wprost. Chyba nigdy nawet nie pomyślałam, że mogę być dla kogoś ważna. Tak bezwarunkowo, jak dziecko może być ważne dla swego rodzica.

– Oczywiście, że tak. Wiem, jakie to wszystko jest dla ciebie trudne i niezrozumiałe, ale jesteś dla mnie ważna tak samo jak dziewczyny czy Tayler – powiedział to naprawdę szczerze.

Zrobiło mi się ciepło na sercu.

– Dziwniejsze jest to, że praktycznie cię nie znam, a czuję, że jesteś mi bliski, tato…

– Bardzo mnie to cieszy! Zbieramy się? – powiedział, spoglądając na zegarek.

– Jasne. Sed pewnie już wariuje, że mnie nie ma… – Roześmiałam się.

– Zapłacę i możemy iść. Musisz skorzystać z łazienki?

– Tak.

– Poczekam przy wyjściu.

Wstałam i poszłam do ubikacji. Poprawiając włosy, wyjęłam z torby telefon, by sprawdzić, która godzina. Była prawie ósma wieczorem! Matko kochana, spędziliśmy w tej knajpie prawie pięć godzin! Zobaczyłam esemesa od Seda, że dojechał do domu, i dwa inne sprzed godziny i dwóch z pytaniem, o której wracam. Cholera! Odpisałam, że dopiero wyszliśmy, a nie wiem, o której będę w domu. Sedrick oddzwonił praktycznie od razu.

– Mała, nie dojedziecie do nas. – Usłyszałam w tle odgłosy dzieciaków.

– Co?

– No, zasypało drogi i jest jakiś gigantyczny korek na moście. Nie wyjedziecie z Manhattanu.

Faktycznie, przez cały czas, kiedy tu siedzieliśmy, padał śnieg.

– O rany, i co?

– Śpij u Donovana. Przez noc na pewno opanują ten chaos i przyjadę po ciebie jutro rano, okej?

– Sed, ale… – O rany!

– Co? Wolisz spać w hotelu? Mogę zarezerwować…

– Najpierw musiałabym zapytać, czy w ogóle mogę u niego spać – przerwałam mu w pół zdania.

– Nie sądzę, by miał coś przeciwko…

– Dobra, zapytam i dam ci znać, co i jak, dobrze? – Wywróciłam oczami. Ta jego pewność siebie czasami mnie dobijała. Nie chciałam się człowiekowi pakować na siłę do domu, a ten mój Sed próbował decydować za wszystkich.

– Dobrze, a tak w ogóle jak było?

– Miło. Pogadaliśmy sobie, zjedliśmy…

– I wszystko jest w porządku? – zapytał niepewnie.

– Tak, Sed, wszystko jest w porządku. No, może oprócz tego, że nie powiedziałeś mi o tym drugim podejrzanym… – wygarnęłam, bo nagle mi się to przypomniało.

– Miałem ci powiedzieć, jak wrócimy, byś nie zamartwiała się na wakacjach…

Innej odpowiedzi się nie spodziewałam.

– Pogadamy o tym jutro, okej?

 

– Okej – odpowiedział cicho.

Dobrze, że chociaż wiedział, że źle zrobił.

– Dam ci znać, jak coś ustalę z ojcem.

– Dobra, mała. Czekam na telefon…

– Pa! – Rozłączyłam się. Dopiero teraz zorientowałam się, że mam też ememesa od Simona ze zdjęciem małej w kąpieli. Uśmiechnięta wyszłam z łazienki i podeszłam do ojca.

– Zobacz, tato, to moja chrześnica! – powiedziałam i pokazałam mu zdjęcie, by się pochwalić. Spojrzał na ekran telefonu i się uśmiechnął.

– Jakaś twoja koleżanka urodziła?

Oho! Do tematu, czyje to dziecko, jeszcze nie przeszliśmy. Zapomniałam też wspomnieć, że Trey był biseksualny.

– Nie. To dziecko Simona, perkusisty zespołu…

– Nie wiedziałem, że chłopaki mają rodziny i żony – zdziwił się.

– To bardzo nietypowa rodzina, tato… – Roześmiałam się. Nie wiedziałam, czy to zrozumie.

– A dlaczego?

– Bo Simon nie jest z matką Charlotte i będzie wychowywał małą z Treyem, a raczej ja będę się nią opiekować, zanim oni wrócą z trasy…

Tata zmarszczył brwi i spojrzał na mnie, kompletnie nie rozumiejąc, co mówię.

– Simon będzie wychowywał dziecko z Treyem? – zapytał z taką miną, że się roześmiałam.

– Tak. Obaj są biseksualni, tato… – wyjaśniłam.

– W sensie, że…

O rany! Myślałam, że zaraz parsknę śmiechem.

– Tak. Tworzą związek jako dwaj mężczyźni…

„Swoją drogą bardzo przystojni mężczyźni” – dodałam w duchu.

– I będą razem wychowywać dziecko? – Tata nadal w to nie dowierzał.

– Tak, to znaczy teraz ja się zajmę małą, bo oni jadą w trasę…

– Zajmiesz się takim małym dzieckiem? – Ojciec spojrzał na mnie zaskoczony.

– Tak, tato! Zostanę jej opiekunem prawnym…

– A co z matką? – Skrzywił się dziwnie.

– Zrzekła się praw w szpitalu. Tato, mam sprawę… – zmieniłam temat, by się nie rozgadywać. To nie był czas na taką rozmowę. James nałożył mi płaszcz na ramiona i ruszyliśmy do wyjścia.

– O rany, ale śniegu! – zawołał.

Moje czółenka zapadły się w miękkim puchu prawie do kostek.

– Właśnie w tym problem. Podobno tak napadało, że nie można wyjechać z Manhattanu… – zagaiłam, spoglądając na sznur samochodów stojących zderzak w zderzak. Wszyscy trąbią i nikt ani drgnie.

– No właśnie widzę…

– Mogę spać u was? – wydusiłam z siebie.

– U nas? – Ojciec uniósł brwi.

– No… u ciebie w domu, tato. Sed powiedział, że nie przejedziemy przez most…

– Córciu, ale ja też mieszkam na Long Island. Pójdziemy do mieszkania Taylera – odparł z uśmiechem.

To chyba oznaczało, że mogłam tam spać, prawda?

– Pójdziemy?

– To dwie przecznice stąd, a taksówką będziemy jechać pewnie ze dwie godziny.

Spojrzałam z politowaniem na moje czółenka, w których miałam brnąć w tym śniegu przez dwie przecznice. No i nie wiedziałam, ile to jest dwie przecznice, do cholery!

– Tato, ale ja nie chcę się narzucać Taylerowi. Tu jest jakiś hotel na rogu… – bąknęłam i pokazałam w tamtą stronę.

– Daj spokój. Ucieszy się, że w końcu cię pozna… Chodź! – powiedział stanowczo, wziął mnie pod łokieć i zaczęliśmy przedzierać się przez śnieg.

Już po kilku krokach poczułam, że mam mokro w butach. Dobrze, że nie było jakoś bardzo zimno. Tata po drodze kupił nam dwie gorące czekolady i dotarliśmy do wysokiego apartamentowca. Zadarłam głowę, by spojrzeć na okazały, nowoczesny budynek.

– Tayler wynajmuje tu mieszkanie? – zapytałam.

– To jego mieszkanie, to znaczy kupiliśmy mu je z Alice, jak poszedł na studia…

O, łał! Ile takie mieszkanie na Manhattanie musiało kosztować?

– Chodźmy, Tayler powinien być w domu – ponaglił, otworzył mi drzwi i weszliśmy do środka, do przestronnego lobby.

Po prawej stronie była recepcja, po lewej poczekalnia, a przez środek szło się do wind. Dotarcie na jedno z najwyższych pięter zajęło nam windą kilkanaście sekund. Myślałam, że zwymiotuję, tak byłam najedzona. Wyszłam z windy i położyłam dłoń na brzuchu, by to opanować. O matko! Mogłam darować sobie ten kawałek tiramisu.

– Nie denerwuj się tak, córko! – Tata spojrzał na mnie rozbawiony.

– Nie denerwuję się, tato. Chyba zaraz puszczę pawia przez tę windę… – sapnęłam, oparłam się o barierkę i wzięłam głęboki oddech.

– Okropne, co? Też mnie zawsze od niej mdli, mogłaby być wolniejsza.

– Dobra, już lepiej – powiedziałam.

Wyprostowałam się i poprawiłam płaszczyk. Przyszła pora, by poznać mojego przyszywanego brata, bardzo byłam go ciekawa. James zaprowadził nas na sam koniec korytarza i nie pukał, tylko otworzył wielkie, nowoczesne, matowe, szklane drzwi, a następnie weszliśmy do środka.

– Tayler, masz gości! – zawołał od progu i uśmiechnął się do mnie pocieszająco, widząc, że jestem przerażona.

Ujrzałam nowoczesny apartament, salon połączony z kuchnią. Był, cholera, ogromny…

– Co?!

Zza ściany wyszedł chłopak. Nie wiem dlaczego, ale od razu się uśmiechnęłam. Był wysoki, miał cudowne, ciemne, krótkie włosy i czekoladowe oczy.

– Masz dziś starego i siostrę na głowie, młody! Zmieniłeś chociaż pościel w gościnnym? – Tata podszedł do Taylera i uścisnął go czule.

– Yyy… Cholera, tato, ale ja… – jąkał się i patrzył na mnie z niedowierzaniem w oczach.

– Cześć, Tayler. Miło cię w końcu poznać… – odezwałam się i wyciągnęłam do niego dłoń.

Bardzo się zawstydził i zaniemówił.

– No, synu, nie rób mi wstydu! – James klepnął go w plecy.

– Cz-cześć, Rebeko… – bąknął, uścisnął delikatnie moją dłoń i przyjrzał mi się dokładnie.

Ja jemu zresztą też. Był przystojny, naprawdę przystojny, i te jego oczy… No jak u Bambi!

– Wychodzisz gdzieś, synu? – James przeszedł do kuchni, gdzie zdjął płaszcz i powiesił go na oparciu wysokiego krzesła.

– Tak, tato. Dziś w końcu piątek… – Tayler pokazał, bym przeszła z nimi, i zabrał mój płaszczyk.

– Oj tam, piątek! Możesz sobie raz darować… – rzucił, zaglądając mu do lodówki. Nie wiem, dlaczego zachciało mi się śmiać. Wyglądało na to, że mieli chyba dość luźne relacje.

– Umówiłem się… – Przyszywany brat spojrzał na mnie przepraszająco.

– Z kim się niby umówiłeś? Śniegu nasypało po pas… – James wyjął z lodówki piwo i rzucił nam po jednym, spojrzeliśmy po sobie z Taylerem.

– Ze znajomymi, tato.

– Wypij piwo z ojcem i siostrą! No już, siadajcie, dzieciaki… – rozkazał, wskazując krzesła przy kuchennej wyspie.

– Tato, ale skoro Tayler ma plany, to może damy mu spokój… – odezwałam się.

– Nie zostaniesz w domu? – James zmierzył wzrokiem syna, a ja znowu się roześmiałam.

– Nie, tato, nie zostanę, ale wy możecie sobie tutaj siedzieć. Mnie to nie przeszkadza…

– No widzisz, Rebeko! Posiedzimy sobie, a na tym czarnym czarodziejskim pudełku pogramy w golfa…

Skrzywiłam się. Na czym mieliśmy pograć?

– Tata ma na myśli Xboxa, Rebeko – wyjaśnił Tayler, widząc moją minę.

– Reb, mów mi, proszę, Reb – poprosiłam z uśmiechem.

– Dobra, Reb, a może zostawimy starego w domu i poszłabyś ze mną? – zapytał i podszedł do mnie z otwieraczem do piwa.

– Nie, chyba nie bardzo jestem ubrana, by iść do klubu… – zaprotestowałam, spojrzawszy na swoje przemoczone nogi.

– Jaki nosisz rozmiar buta? – Tayler wyszedł na korytarz i otworzył szafeczkę.

– Szóstkę…

– Soph ma taki sam numer, na pewno są tu jakieś jej szpilki! – powiedział radośnie i wygrzebał z niej parę czarnych klasycznych louboutinów na platformie i wręczył mi je. Szesnastolatka nosiła takie buty? Cholera!

– W sumie to dobry pomysł! Idźcie sobie potańczyć, ja muszę trochę popracować.

O rany! Nie miałam chyba na to ochoty, w dodatku jak sobie pomyślałam, że musiałabym powiedzieć o tym Sedowi…

– Nie… chyba sobie daruję… – odparłam i postawiłam buty na podłodze.

– Reb, no coś ty! Idziemy do najlepszego klubu na Manhattanie! Będzie ekstra, a ja, odkąd się dowiedziałem, że mam pełnoletnią siostrę, chciałem się z tobą napić! – przekonywał Tayler. Objął mnie i uśmiechnął się szeroko. Miałam naprawdę przystojnego i miłego brata.

– Tak! Tak! Idźcie, dzieciaki! Nawet możecie skorzystać z mojej karty kredytowej. Zabawcie się… – Tata wyjął z kieszeni portfel, po czym wyciągnął platynową kartę Amex i podał Taylerowi. Nawet nie miałam szans, by zaprotestować, bo Tayler poszedł tylko po marynarkę i już zjeżdżaliśmy windą. Cholera, dlaczego nie byłam bardziej asertywna? W sumie to pewnie nic złego, że miałam zamiar iść z bratem na imprezę, ale Sed… Pomyślałam o nim i właśnie w tym momencie zadzwoniła moja komórka.

– Cześć, Sed… – powiedziałam niepewnie.

Tayler spojrzał na mnie i pokazał, bym spokojnie pogadała.

– No, mała, miałaś się odezwać! Gdzie jesteście? – zapytał spokojnie.

Zamknęłam oczy, by od razu mu powiedzieć, że idę na imprezę.

– Skarbie, ja właśnie wychodzę z Taylerem na drinka… – Nagięłam prawdę. W sumie przecież to nic takiego…

– Z kim?!

– No, z Taylerem, moim bratem…

Tayler spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Jego komórka też zadzwoniła.

– Poznałaś go?! – zapytał z niedowierzaniem.