Na szczycie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tak.

O rany. A ja co? Ledwo ukończyłam liceum przez problemy z matką, potem jedna nieudana próba studiów, rezygnacja po pierwszym semestrze i praca striptizerki. Właśnie w tym momencie zaczęła dopadać mnie rzeczywistość.

– Więc kiedy zostałeś menadżerem chłopaków?

– Jeszcze na studiach. Pożyczyłem pieniądze od ojca i obiecałem, że w dwa lata oddam mu dwa razy tyle. Udało się, bo akurat wypuściliśmy pierwszy singiel.

– Nothing last forever – wypowiedziałam tytuł tamtej piosenki.

– Dokładnie tak.

– To był hit!

– Oddałem ojcu trzy razy tyle, ile pożyczyłem.

– Rodzice muszą być z ciebie bardzo dumni – spojrzałam na niego z podziwem. Ten facet ma być moim mężem, a ja tak mało o nim wiem.

– Teraz są, ale wtedy, gdy powiedziałem im, że zamierzam zainwestować w zespół rockowy, to nie byli szczęśliwi.

– Ale im pokazałeś, że miałeś rację.

– Moja mama kocha chłopaków jak własne dzieci, ojciec ma większy dystans i nigdy się nie przyzna ani mi tego nie powie, ale myślę, że tak, że jest dumny.

– A twoja siostra?

– To znaczy?

– No, opowiedz coś o niej. – Byłam bardzo ciekawa.

– Jest rok młodsza od ciebie, ma pstro w głowie i bzika na punkcie mody. Studiuje to… – odpowiedział z taką czułością. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak się przedrzeźniają, a tak naprawdę on za nią przepada i bardzo ją kocha. To takie słodkie.

– Fajnie. Jak ma na imię?

– Jessica.

– Jest śliczna – stwierdziłam przypominając sobie dziewczynę ze zdjęcia. Brunetkę o oczach identycznych jak brat.

– Nie tak jak ty.

Dotknął mojego policzka. Och!

– Mieszkają w Los Angeles? – pytałam dalej, mimo jego oczywistych chęci. Postanowiłam przecież przetrzymać go z seksem do ślubu. O rany! Jak to brzmi.

– Jess tak, studiuje tutaj. Rodzice mieszkają w Nowym Jorku.

– Pochodzisz z Nowego Jorku?

– Tak, a ty?

– Z Portland, a raczej z małej miejscowości pod Portland. – Nie wiem, czemu poczułam się głupio, mówiąc o tym.

– Jak się znalazłaś w Los Angeles?

– Wyjechaliśmy z Treyem zaraz po skończeniu liceum. Poczekał na mnie dwa lata, odłożyliśmy wszystkie pieniądze na bilety, wsiedliśmy w samolot i przylecieliśmy tutaj z zamiarem podbicia świata. No wiesz, jak każdy…

Uśmiechnął się.

– Wiem. No i co? Udało się?

– Chyba tak, za niecałe trzy tygodnie zostanę żoną menadżera najlepszego zespołu rockowego w branży – puściłam do niego oczko.

– Nie myślałaś o powrocie na studia?

O nie! Znowu się zaczyna.

– Sed, proszę…

– Pomogę ci, opłacę wszystko…

– Ruszamy w trasę.

– Wiem, nie mówię, że teraz. Ale za rok, jak to szaleństwo się skończy…

– Nie wybiegam myślami tak daleko, Sed.

– Może powinnaś.

– Na razie jestem przerażona tym, co się dzieje. Tydzień temu tańczyłam w klubie, a teraz jestem tutaj…

– To chyba korzystna zmiana? – spojrzał niepewnie.

– Niech pomyślę. Taniec w klubie czy pławienie się w luksusach? Trudny wybór.

Trącił mnie ramieniem.

– Żartownisia z ciebie.

– Pokażesz mi w końcu resztę domu?

– Nie wypakowujesz się?

– Zajmie mi to jakieś siedem minut, zrobię to później.

– Jak długo lekarz kazał ci poczekać z seksem? – wypalił z tym błyskiem w oku.

– Co najmniej dwa tygodnie – skłamałam. Jak mu powiem, że tydzień, to będę się z nim użerała przez dwa, a tak to tylko tydzień. Może jakoś uda mi się go przetrzymać.

– Dwa tygodnie? – skrzywił się z niezadowolenia.

– No co ja ci poradzę – wzruszyłam ramionami i próbowałam się nie roześmiać.

– Myślałem, że dwa, no może trzy dni…

– Może jakoś wytrzymasz. – Poklepałam go pocieszająco po ramieniu.

– To będą ciężkie dwa tygodnie! – westchnął głośno i w końcu oprowadził mnie po domu. Miał wszystko! Dosłownie wszystko. W piwnicy kino, saunę i wielki zapas alkoholu. Na parterze oprócz kuchni, salonu i jadalni były trzy łazienki i dwa pokoje gościnne, na piętrze sypialnia główna i cztery dodatkowe, a także gabinet i biblioteka. Obok domu głównego drugi, mniejszy, choć to pojęcie względne, bo i tak ogromny. Urządził w nim studio nagrań i salę prób. Garaż na pięć samochodów. O basenie już wspominałam. Byłam w lekkim szoku. Nie! W ogromnym szoku.

Trey od razu się zadomowił. Dostał pokój na parterze, własną łazienkę i garderobę. Gdy wróciliśmy z oglądania, siedział w salonie z chłopakami i grali na xboksie.

– Cześć, Reb! – krzyknęli chórem.

– Cześć – pomachałam i klapnęłam obok Ericka.

– Jak tam? Podoba ci się dom? – Wciągnął mnie na swoje kolana.

– Jest ogromny. Można się tu zgubić.

– Tylko nie pomyl sypialni któregoś razu! – odezwał się Nicki i puścił mi oczko.

– Do mojej możesz się zabłąkać! – Simon spojrzał na mnie wymownie.

– Zapomnij, stary! Nie słyszałeś najnowszych ogłoszeń parafialnych? – wypalił Alex.

– Coś tam słyszałem, ale to chyba jakaś ściema, co Reb?

No i co ja mam mu powiedzieć? O rany!

– Będziesz nam sypał kwiatki do ołtarza, Simon! – Na szczęście przyszedł Sed. Ten Simon faktycznie jest napalony na wszystko. Przeraża mnie.

– W tamtym tygodniu już byłem na jednym twoim ślubie, Sed! Znowu masz zamiar spierdolić? – roześmiał się, a chłopaki razem z nim.

– Jeśli to zrobi, to będzie największym idiotą na świecie. – Trey wstał i ściągnął mnie z kolan Ericka, widząc moją zniesmaczoną minę.

– Nigdzie się nie wybieram. – Sed chyba opanował wybuch gniewu.

– To gdzie ten pierścionek? – Nicki chwycił mnie za dłoń i zaczął oglądać moje palce.

– Będzie i pierścionek. Nie wasza sprawa, gnojki!

Rany, nie chcę tego słuchać. Teraz będą mu dogryzać cały czas. Mnie też?

– Pójdę się wypakować. – Uciekłam jak najszybciej. Na szczęście ani Trey, ani Sed, ani żaden z chłopaków za mną nie przyszedł. Dobrze, bo chyba potrzebuję pobyć sama. Czuje się tym wszystkim przytłoczona.

***

Usiadłam na środku garderoby, na dywanie i obleciałam wzrokiem puste pułki i szuflady. Dziwnie tak zajmować czyjeś miejsce. Tydzień temu były tu przecież rzeczy Kary, przygotowania do ślubu szły pełną parą, a teraz… Przeczuwam, że będą z nią problemy. Jak się dowie, że mamy zamiar się pobrać w Vegas, pewnie oszaleje ze zazdrości. Wyrzuciłam z walizki wszystkie swoje ubrania i zaczęłam je składać. Nie jest tego dużo, mam sporo bielizny, ale ubrań tylko tyle, żeby zmieniać na bieżąco. W piątek ubyła mi jedna para nowych dżinsów. Cholera, szkoda mi ich, bo kosztowały prawie dwieście dolców. Nigdy nie przepadałam za strojeniem się, bo nigdy nie było mnie stać na drogie ubrania. Gdy sobie kupiłam coś ładnego, bo po prostu czegoś potrzebowałam, zawsze miałam wyrzuty sumienia, że te pieniądze powinnam przeznaczyć na coś innego albo wysłać matce. Wiele razy zwracałam ubrania do sklepów, bo czułam się winna, gdy matka dzwoniła i prosiła o pomoc. Powiesiłam swoje dwie sukienki do szafy, ustawiłam kilka par butów, bieliznę wrzuciłam do szuflady, koszulki poukładałam obok dżinsów. Zajęło to nieco więcej miejsca, niż myślałam, ale w porównaniu do strony Seda moja część i tak świeci pustkami. No cóż…

Usłyszałam dźwięk mojej komórki. Zanim zlokalizowałam, że dzwoni z sypialni, ktoś zdążył się rozłączyć. To moja matka. O rany! Dzwoniła z piętnaście razy dziś, wczoraj przez cały dzień…

– Mamo, stało się coś? – oddzwoniłam szybko. Ostatnim razem, gdy tak do mnie wydzwaniała, wylądowała w szpitalu, bo potrącił ją jakiś rowerzysta.

– Cześć, córciu! – odebrała wesołym głosem.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, marszcząc brwi.

– No, chyba w jak najlepszym. Właśnie widzę artykuł w gazecie o tobie i tym menadżerze. Powiedz, że to prawda? – aż pisnęła podekscytowana. A więc o to chodzi. Kompletnie zapomniałam, że moja matka to największa materialistka na świecie.

– Tak, mamo, spotykamy się – odpowiedziałam, wywracając oczami, bo wiem, co ma na myśli. Eh…

– To cudownie! Jest bogaty?

– Obrzydliwie bogaty. Właśnie leżę na łóżku w jego wielkiej sypialni, a z okien widać ocean i basen… – zawarczałam w złości, bo chodzi jej tylko o pieniądze.

– Pamiętaj, żeby wynegocjować jak najlepsze warunki intercyzy, kochanie.

Kochanie? Aż zrobiło mi się niedobrze, jak to powiedziała.

– Mamo…

– Więc teraz, jak już się tak ustawiłaś, możesz chyba pomóc matce, co? Potrzebuję kilku tysięcy na otwarcie nowego biznesu. Pomożesz mi, prawda?

Zniechęcona zasłoniłam oczy dłonią i westchnęłam głośno:

– Mamo, ja nie mam pieniędzy.

– Twój narzeczony je ma, chyba to dla niego nie problem dać teściowej trochę gotówki? – zachichotała, a mnie zemdliło.

– To nie moje pieniądze i nie jesteś jego teściową.

– Ale będę! Tutaj piszą, że już całkiem niedługo. Zaprosisz mnie na ślub, prawda?!

Mój Boże, niech spłonę. Ta kobieta mnie wykończy.

– Ile ci potrzeba? – zmieniłam temat, bo nie miałam ochoty jej zapraszać. Choć pewnie i tak to zrobię.

– Jakieś pięć tysięcy…

– Na co ci pięć tysięcy? – pisnęłam. Już zapomniała, że kilka dni temu chciała ode mnie dwa tysiące, bo podobno jest chora?

– Chcę otworzyć sklep, poznałam faceta który ma lokal, ale potrzebuje, by ktoś był jego wspólnikiem.

– Co to za facet? – skrzywiłam się.

– A, taki jeden, stary znajomy. Ma mercedesa i zabrał mnie na kolację.

Czy ja rozmawiam z matką, czy z nastolatką? Jezu!

– I chcesz zainwestować w jego sklep, prawie go nie znając?

– A ty wyjdziesz za faceta, w ogóle go nie znając…

No fakt. Tu ma rację.

– Nie wiem, czy uda mi się ci pomóc, nie chcę prosić Sedricka o pieniądze…

– Jesteś jego narzeczoną…

Tak? Jestem?

– Postaram się i dam ci znać, dobrze?

– Jasne. Czekam na telefon, kochanie.

– Pa, mamo.

– Kocham cię, córeczko.

 

Aż mnie zamurowało. Chyba nigdy… Nie! Nigdy mi tego nie powiedziała. Moim sercem targnął niepohamowany szloch. Rozłączyłam się, nie mogąc uwierzyć, że to powiedziała. Czekałam na to dwadzieścia jeden lat. Czy ja mogę prosić Sedrica o takie pieniądze? Może wezmę zaliczkę z mojego wynagrodzenia za trasę? Cholera, sama nie wiem, co zrobić? Przycisnęłam telefon do piersi, napawając się chwilą, w której w końcu usłyszałam, że moja mama mnie kocha. Nie jestem dla niej najgorsza, nie jestem ciężarem. Kocha mnie.

– Śpisz? – zapytał szeptem Sed, patrząc, jak leżę na łóżku. Podniosłam głowę i ze szczęścia nie mogąc pohamować uśmiechu, odpowiedziałam:

– Nie. Dzwoniła moja mama.

– I z tego się tak cieszysz? – zdziwił się moją reakcją.

– Mam do ciebie prośbę – zmieniłam temat.

– Co tylko chcesz.

– Czy mogłabym jednak dostać tę zaliczkę z mojego wynagrodzenia?

– Zaliczkę? – zrobił jeszcze bardziej zdziwioną minę.

– No mówiłeś, że…

– Reb, nie musisz brać żadnej zaliczki, ile ci potrzeba? – Pokręcił głową i wyjął portfel.

– Pięć tysięcy – spojrzałam niepewnie. Zastygł na chwilę i schował portfel.

– Nie mam tyle gotówki przy sobie. Masz tu dwa tysiące, zaraz przyniosę ci resztę. – Wcisnął mi w dłoń plik banknotów i wyszedł z sypialni. Poszło łatwiej, niż się spodziewałam, nawet nie zapytał, na co potrzebuję. Wrócił po chwili i przyniósł jeszcze trzy tysiące w kopercie.

– Dziękuję – spojrzałam niepewnie, nie czując się najlepiej z tym, że biorę od niego pieniądze.

– Nie ma za co. Co masz zamiar za to kupić?

Podeszłam i pocałowałam go w podzięce w policzek. Uśmiechnął się.

– Muszę mówić? – skrzywiłam się, bo pewnie by się wkurzył, gdyby znał prawdę.

– Nie, ale chciałbym wiedzieć, na co potrzeba ci pięć tysięcy… Chyba nie masz jakiś problemów, co? – spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Nie. Nie mam długów u podejrzanych ludzi, jeśli o to pytasz – obróciłam wszystko w żart.

– To dobrze, ale w razie czego powiedziałabyś mi, prawda?

Nie.

– Oczywiście, że tak – skłamałam. Pocałował mnie w czoło.

– Co zakładasz na dzisiejszy wieczór? – zapytał, wchodząc do garderoby. Weszłam za nim, prawie na niego wpadając, bo zatrzymał się w pół kroku. Wyminęłam go i zobaczyłam, że patrzy zaskoczony na moją część garderoby.

– Nie ma tego za wiele, co? – Zmarszczyłam nos, widząc jego minę.

– No… – aż zaniemówił.

– Mówiłam, że nie lubię zakupów.

– Okej, rozumiem – jakby odetchnął. Wszedł dalej i wybrał jeden ze swoich garniturów.

– Ty to zakładasz? – zdziwiłam się.

– Tak, „Sunset Boulvard” to specyficzne miejsce. Nawet mnie nie wpuszczą tam w podartych dżinsach i koszulce…

O cholera! A ja co założę?

– Mogę tam iść w tym? – Zdjęłam z wieszaka sukienkę, tę, której nie zdecydowałam się założyć tamtego wieczoru. To granatowa z baskinką, taka bardziej elegancja z półokrągłym kołnierzykiem. Sed spojrzał i chyba próbował się nie skrzywić. No świetnie! W takim razie nie mam się w co ubrać.

– Trochę taka… nauczycielska.

Jaki on słodki. Nie chce mnie urazić, mówiąc, że sukienka jest okropna. W sumie miałam ją na sobie tylko raz, na rozpoczęciu roku akademickiego. Faktycznie, jest jak z szafy nauczycielki.

– Wiem, paskudna – odwiesiłam ją prędko i starałam się sobie przypomnieć, czy przypadkiem nie mam jakiejś innej. No nie… nie mam. Mam tylko te dwie, czarną i granatową.

– Pojedźmy na zakupy – zaproponował, widząc moje skrępowanie.

– To bez sensu, Sed. Nie oszukujmy się, nie mam się w co ubrać i nie nadaję się do tego, żeby chodzić z tobą do takich lokali jak „Sunset Boulvard”.

– Jak to się nie nadajesz? – zmarszczył brwi i odwiesił garnitur.

– Ja nie jestem damą, nie zakładam nogi na nogę, nie potrafię elegancko jeść i dobrze się zachowywać…

– Kto ci tak powiedział? – ewidentnie się wkurzył.

– Nikt, po prostu to wiem. Zjeść hamburgera – proszę bardzo, ale w McDonaldzie, a nie w eleganckiej restauracji.

– Wolisz iść na fast food? – zdziwił się.

– Nie wolę, ale tylko tam pasuję i nie mam wrażenia, że wszyscy się gapią.

– Mam odwołać rezerwację?

– Tak chyba będzie lepiej.

– Reb, ja naprawdę chciałbym cię tam zabrać… – Podszedł i chwycił mnie za rękę.

– Może innym razem, okej? Jak już się trochę do tego wszystkiego przyzwyczaję.

– Przytłoczyło cię to wszystko?

– Nie powiem, że nie. Widzę, że Trey super się odnalazł, a ja chyba nadal nie mogę uwierzyć…

– Może teraz uwierzysz – zanim się zorientowałam, już mnie całował. Nie wiem, jak to jest, ale nie mogę mu się oprzeć. Żaden facet tak na mnie nie działał, nigdy. A spotykałam się z wieloma… Nasz pocałunek przerwał Erick.

– O, przepraszam, że przeszkadzam, gołąbeczki, ale jest jakaś przesyłka do ciebie, Reb. – Wszedł bez skrępowania.

– Przesyłka? Do mnie? – zrobiłam zaskoczoną minę.

– No, jest napisane Rebeka Staton, więc chyba tak – wzruszył ramionami i spojrzał na Seda.

Zbiegłam na dół, by odebrać wielkie pudło od kuriera. Było zaskakująco lekkie, jak na taki rozmiar. Zaniosłam je do salonu i postawiłam na dywanie, by je otworzyć. Nie ma żadnego nadawcy ani liściku na zewnątrz.

– Co to? – zapytał Clark, wychodząc z kuchni z pełną buzią.

– Nie wiem, przyszło do mnie właśnie.

– Ktoś już wie, że tu mieszkasz?

– No właśnie nie. Nikomu nie mówiłam.

– No to otwieraj! – Podszedł i podekscytowany bardziej niż ja otworzył karton. W środku cała przestrzeń wypełniona jest białymi, zabezpieczającymi kuleczkami. Dziwne. Spojrzeliśmy na siebie.

– To chyba jakiś żart – stwierdziłam.

– Pewnie coś jest na samym dole. – Chwycił karton i wysypał wszystko na dywan. O rany! Kto to wszystko posprząta? Lekkie kuleczki rozsypały się prawie po całym salonie. A z samego dna wypadło zdjęcie. Clark był szybszy i podniósł je z podłogi.

– Co to? – zajrzałam mu przez ramię i zobaczyłam zdjęcie.

– Chyba jakieś usg – przyglądaliśmy się, jakby cokolwiek było widać.

– Jest coś napisane, pokaż! – wyrwałam mu je i przeczytałam dzisiejszą datę, nazwę szpitala oraz nazwisko „Petersen”, ale nic mi to nie mówiło.

– Znasz jakiegoś Petersena? – zapytałam.

– Znam, Kara się tak nazywa… – odpowiedział, a mnie olśniło. O mój Boże! To usg ciąży, dopiero teraz dostrzegłam malutki punkt na środku zdjęcia. Dane liczbowe po boku nic mi nie mówią, ale nie trzeba być lekarzem, by się zorientować, co to jest.

– O kurwa – zaklęłam, robiąc wielkie oczy.

– Czy to jest to, co myślę? – zapytał, patrząc na mnie.

– Chyba tak.

– O kurwa – powtórzył za mną.

– Co to za zabawa z tymi kulkami, dzieciaki? – do salonu wparował Alex i rzucił się na stertę kulek, które uniosły się, robiąc jeszcze większy bałagan. Zobaczył, jak stoimy z Clarkiem zamurowani, i podszedł, wyrywając mi zdjęcie z ręki.

– Jesteś w ciąży, Reb? – zapytał zaskoczony.

– Jezu, nie! – odpowiedziałam.

– Nie ona! Kara, Kara jest w ciąży – wtrącił Clark.

– Z kim? – aż odrzuciło go do tyłu.

– Jak, kurwa, z kim? Z Sedem! – warknęłam wkurwiona. Jak mógł mi nie powiedzieć? Jak mógł zostawić dziewczynę w ciąży? Co za bydlak! Chwyciłam zdjęcie i poszłam na górę cała roztrzęsiona. Wpadłam do sypialni, potem do garderoby, gdzie Erick nadal gadał z Sedem. Rzuciłam mu zdjęcie na komodę i krzyknęłam:

– Co to, kurwa, jest?!

– Co? – Spojrzeli po sobie kompletnie zaskoczeni moim zachowaniem.

– To! – Wzięłam zdjęcie i podetknęłam mu prosto przed oczy. Odsunął się i chwycił zdjęcie.

– Nie wiem, co to jest, Reb – odpowiedział, patrząc na mnie.

– To ja ci powiem, to zdjęcie twojego dziecka! I dziecka kobiety, którą zostawiłeś! – wykrzyczałam wkurwiona, wbijając mu palec w klatkę piersiową.

– Co ty pieprzysz? – Wyrwał mi zdjęcie i zagniewany przyjrzał się uważnie.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że Kara jest w ciąży?!

– Bo nie jest! – wrzasnął w obronie. Erick stał i przyglądał się nam zszokowany.

– Jak nie jest?! Tu jest jej nazwisko i dzisiejsza data! – Pokazałam róg zdjęcia.

– Co? – przyjrzał się i mina mu zrzedła. – Reb, ja…

– Lepiej nic nie mów! – Wyciągnęłam dłoń, by do mnie nie podchodził.

– Ale ja…

– To największe skurwysyństwo zostawić kobietę w ciąży, wiesz? – Łzy napłynęły mi do oczu, bo mam do tego stosunek bardzo osobisty. On przecież wie, mówiłam mu, że mój ojciec zostawił matkę, gdy tylko się dowiedział o ciąży.

– Ale ja, kurwa, nic nie wiedziałem! – wrzasnął na mnie.

– Jasne! Bo ci uwierzę!

– To na pewno jakaś pomyłka! Kara nie jest w ciąży!

– Oj, weź… – Miałam ochotę mu przywalić.

– Reb, uspokój się – interweniował Erick.

– Okłamałeś mnie! Gdybym wiedziała, że… Mój Boże, ale z ciebie dupek! – Opuściłam ręce, próbując się uspokoić.

– Jezu, weź jej wytłumacz, że nie miałem o tym pojęcia! – Sed złapał się za włosy i odwrócił. Chyba też próbował się opanować.

– Który to tydzień? – zapytał Erick.

– Nie wiem, tu na zdjęciu nic nie jest napisane. – Spojrzałam na niego. Do oczu cisnęły mi się łzy.

– Sed, zadzwoń do niej, to chyba jakiś żart – powiedział z nadzieją.

– Jaki żart? Przecież widać. – Pokazałam na zdjęcie.

– To pewnie nie twoje dziecko – stwierdził Erick.

– Cholera ją tam wie, czyje… – odpowiedział wkurwiony.

– Jak nie jego? – spojrzałam na Seda. Mężczyźni wymienili spojrzenia.

– To może być dziecko każdego, łącznie ze mną… – odpowiedział Erick. O rany. No tego to się nie spodziewałam. Kara sypiała ze wszystkimi chłopakami z zespołu? I Sed o tym wiedział?

– Chyba czegoś tu nie rozumiem – podrapałam się po głowie.

– To dość skomplikowane – powiedział zażenowany Erick.

– Skomplikowane? – Sed aż krzyknął ze złości. – Nie, Erick, to bardzo proste. Kara dawała każdemu i za każdym razem wracała do mnie, błagając o wybaczenie! A ja jej wybaczałem!

Moje oczy zrobiły się wielkie. Więc to prawda? O rany! Nie wiem, czy mam się roześmiać, rozpłakać, czy może przeprosić Seda, że znowu wyzwałam go od najgorszych?

– Przepraszam. – Zdecydowałam się na trzecią opcję. Spojrzałam na Sedricka, który aż kipiał ze złości, i zrobiło mi się cholernie głupio. Dlaczego tak zareagowałam? Jestem zazdrosna?

– Erick, możesz nas…

– Jasne. – Uciekł szybko, nawet nie czekając, aż Sed dokończy zdanie.

– Naprawdę przepraszam… – Podeszłam i chwyciłam go za ramię.

– Nie miałem pojęcia o tej ciąży.

– Wiem. – Spojrzał na mnie taki smutny. Och, Boże. Serce mi zamarło.

– Kara… my… byliśmy specyficzną parą. Ona myślała, że ja sypiam z fankami, była o to chorobliwie zazdrosna i w przekonaniu, że ją zdradzam, robiła głupie rzeczy.

– Pieprzyła się z chłopakami? – zapytałam wprost. Zamknął oczy, jakby go to bardzo bolało. Zapragnęłam go przytulić.

– Sypiała z całym zespołem, z chłopakami z ekipy. Czasami zgadzałem się na trójkąt z którymś z nich, ale o tym, że sypiała z nimi za moimi plecami, dowiedziałem się dopiero przed ślubem.

– Jesteś zły na zespół?

– Nie, wiem, jacy są. Wiem, że nie zrobili tego na złość mnie… Kara jest… jest piękną kobietą, więc się nie dziwię, że żaden jej nie odmówił, skoro sama wskakiwała im do łóżka.

– To dlatego się z nią nie ożeniłeś?

– Między innymi. Stwierdziłem, że chyba zasługuję na coś więcej. Niby obiecała, że to się więcej nie powtórzy, że nigdy więcej mnie nie zdradzi, ale ja miałem dość.

– Rozumiem. Przykro mi. – Objęłam go mocno.

– Dlatego ci mówiłem, byś uważała na Simona i Nickiego.

– Ale Erick mówił…

– Wiem, ale Clark, Alex i Erick nie mają aż takiego tupetu. Wątpię, by któryś odważył się sam do ciebie wystartować, a Simon i Nicki nie mają oporów.

– Tylko ty tak na mnie działasz – wyszeptałam.

– Jak? – spojrzał i uśmiechnął się lekko. Poczułam przyjemny skurcz w dole brzucha.

– Tak, że zapominam o całym świecie, gdy mnie całujesz i dotykasz, że mam motyle w brzuchu, jak posyłasz mi ten swój psotny uśmiech, że pod twoim spojrzeniem czuję się piękna…

– Jesteś piękna. – Objął mnie i oderwał od podłogi.

– Boję się tego wszystkiego, co ma być, ale dzięki tobie jest mi… łatwiej. Nie potrafię tego wytłumaczyć, nie znamy się, prawie nic o sobie nie wiemy, a ja naprawdę chcę wziąć ten ślub w Vegas. Przeraża mnie to i ekscytuje, i… – przerwał mi pocałunkiem. Wdarł się w moje usta aż jęknęłam. Zaczął łapczywie, namiętnie ssać mój język, moje wargi. Oplotłam go rękami, nogami i odwzajemniłam się. Posadził mnie na białej komodzie i zdjął przez głowę koszulkę. Och, Boże!

– Jesteś taka ponętna, pragnę cię – zasyczał w moje usta, gdy przejechałam delikatnie paznokciami po jego gołych plecach. Chwycił moje włosy i oplątał je sobie na nadgarstku odchylając moją głowę do tyłu.

 

– Sed – zajęczałam zaskoczona jego gwałtownością.

– Jesteś moja, rozumiesz? – spojrzał na mnie tak, że zabrakło mi tchu.

– Tak – jęknęłam.

– Tylko moja! – Znowu zawładnął moimi ustami. Zatraciliśmy się w pocałunku na dłuższą chwilę. Sed na szczęście nie próbował niczego więcej, mając na względzie zalecenia lekarza. Gdy w końcu oderwał się od moich ust, kręciło mi się w głowie. Uśmiechnęłam się głupawo.

– Właśnie o tym mówiłam.

– Masz pojęcie, jak bardzo namieszałaś mi w życiu?

– Mogę zapytać o to samo ciebie.

– To najlepsze zamieszanie, jakie mogło mi się przytrafić.

Znowu się uśmiechnęłam. Sed potrafi być taki słodki. Uda nam się? Czy to w ogóle możliwe? Patrząc w jego oczy, zaczynam wierzyć, że tak…