DziedziczkaTekst

Z serii: Efekt Ericka #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziedziczka
Dziedziczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Dziedziczka
Dziedziczka
Audiobook
Czyta Gabriela Całun
21  15,54 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Roz­dział 1. Czwar­tek, 2 maja

2  Roz­dział 2. Pią­tek, 3 maja

3  Roz­dział 3. Sobota, 4 maja

4  Roz­dział 4. Nie­dziela, 5 maja

5  Roz­dział 5. Ponie­dzia­łek, 6 maja

6  Roz­dział 6. Wto­rek, 7 maja

7  Podzię­ko­wa­nia

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 Kata­rzyna Nowa­kow­ska

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Koor­dy­na­cja pro­jektu: Marta Kor­dyl

Redak­cja: Słowne Babki

Korekta: Edy­to­rial.com.pl Iza­bela Jesio­łow­ska, Jolanta Kuchar­ska

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: CURA­pho­to­gra­phy/Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-616-5

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1. Czwar­tek, 2 maja

ROZ­DZIAŁ 1

Czwar­tek, 2 maja

Na pewno chcesz różową limu­zynę? – zapy­ta­łam Kim­berly z nadzieją, że może się roz­my­śli. To w końcu miało być auto na ślub, a nie na wie­czór panień­ski.

– Zawsze o takiej marzy­łam, będzie różowa, czy wam wszyst­kim się to podoba, czy nie. – Zaśmiała mi się w twarz. Dosko­nale wie­działa, że nie zno­szę tego koloru.

Był piękny majowy pora­nek. Wio­sną Nowy Jork wyda­wał mi się nieco bar­dziej przy­ja­zny, szcze­gól­nie po ostrej zimie, którą nam zafun­do­wał.

– Ciesz się, że nie kaza­łam wam wło­żyć różo­wych bufia­stych sukie­nek. – Poka­zała mi język i głę­boko wes­tchnęła, pod­kre­śla­jąc, że się dąsa, na co było ją stać jak mało kogo.

– No jasne, tego by jesz­cze bra­ko­wało – odpo­wie­dzia­łam i spoj­rza­łam na jej cią­żowy brzu­szek. To poto­czyło się tak szybko. – Zawsze musisz wszystko robić w innej kolej­no­ści niż cała reszta – doda­łam z deli­katną iro­nią.

– Daj­cie już spo­kój, stało się. Może Robert nie jest zię­ciem, jakiego wyma­rzyli sobie rodzice, ale muszą go zaak­cep­to­wać. To jego wybra­łam i on jest ojcem mojego dziecka.

Robert był narze­czo­nym Kim­berly. Poznali się rok temu pod­czas dłu­giego week­endu w New Jer­sey i od razu wpa­dli sobie w oko. A teraz, rok póź­niej, przy­szło nam wybie­rać limu­zynę, którą za nie­całe trzy tygo­dnie miała poje­chać do ślubu, już w zaawan­so­wa­nej ciąży. I myślę, że gdyby nie ta wpadka, moja młod­sza sio­strzyczka ni­gdy nie wybra­łaby Roberta na męża. Był faj­nym face­tem, a do tego bar­dzo przy­stoj­nym i wła­ści­wie wszy­scy go lubili, miał jed­nak jedną „maleńką” wadę. Nie pocho­dził z wyż­szych sfer, a o jego rodzi­nie nie pisał „For­bes”. Mówiąc wprost, nie był takim boga­tym sno­bem jak ludzie, z któ­rymi się wycho­wy­wa­łam. Jed­nym z naj­więk­szych boga­czy w tym śro­do­wi­sku był mój ojciec, choć aku­rat jemu daleko było do snoba. Może dla­tego, że tata na każ­dego dolara ciężko zapra­co­wał, nikt nie dał mu niczego za darmo, a że miał głowę na karku i szczę­ście do biz­nesu, już w wieku trzy­dzie­stu ośmiu lat miał na kon­cie miliony, a teraz, kiedy zbli­żył się do pięć­dzie­siątki, miliony zamie­niły się w miliardy, przez co sta­ły­śmy się z sio­strą bar­dzo kuszą­cymi kąskami dla łow­ców posa­gów. Kim ni­gdy nie miała z tym pro­blemu, bogac­two było dla niej czymś natu­ral­nym, lubiła – zresztą tak samo jak nasza mama – wszystko, co dro­gie i luk­su­sowe. Zupeł­nie ina­czej było ze mną. Mnie pie­nią­dze szczę­ścia nie dawały, już w szkole wsty­dzi­łam się tego, że jeste­śmy tacy bogaci. Na stu­diach korzy­sta­łam z panień­skiego nazwi­ska mamy, żeby nikt nie sko­ja­rzył, że jestem dzie­dziczką for­tuny. Nie chcia­łam, by ludzie myśleli, że dosta­łam się do pre­sti­żo­wej szkoły kuli­nar­nej, bo tatuś zaspon­so­ro­wał ele­wa­cję głów­nego budynku. Sama na to zapra­co­wałam. A już szcze­gól­nie nie chcia­łam, żeby ludzie przy­jaź­nili się ze mną, mając nadzieję, że mój tata coś im zała­twi. Jako zwy­kła ambitna stu­dentka czu­łam się zde­cy­do­wa­nie lepiej i marzy­łam o tym, żeby to nie było tylko prze­bra­nie…

– Dobrze wiesz, że go lubię, ale moje zda­nie znasz. Nie powin­ni­ście się tak spie­szyć ze ślu­bem. Ja bym pocze­kała, aż maleń­stwo się uro­dzi, a nie ugi­nała się pod pre­sją rodzi­ców.

Kim spoj­rzała na mnie z dez­apro­batą i nie odpo­wie­działa. Zro­biła tylko tę swoją obra­żoną minkę.

Eh, córeczka tatu­sia.

W sumie jej się nie dzi­wi­łam – ile można słu­chać tych wszyst­kich rad mamy, cio­tek, babć, no i moich? Kim­berly zawsze miała swoje zda­nie, już od naj­młod­szych lat ze wszyst­kimi się kłó­ciła i w każ­dej sytu­acji potra­fiła posta­wić na swoim.

– Nie mają tu różo­wej, widzę tylko białe i czarne. Musimy jechać gdzieś indziej – oznaj­miła.

Byłam już tak zmę­czona tym ślub­nym mara­to­nem, że nie mia­łam naj­mniej­szej ochoty ni­gdzie jej wozić. Tego dnia od rana zała­twia­ły­śmy pra­wie wszyst­kie szcze­góły: kwiaty, tort, wybra­ły­śmy całe menu weselne i opła­ci­ły­śmy salę. Kosz­to­wała for­tunę, ale nie było w tym nic dziw­nego – wszystko orga­ni­zo­wa­ły­śmy na ostat­nią chwilę, a moja nadą­sana sio­strzyczka nie chciała sko­rzy­stać z pomocy pro­fe­sjo­nal­nej firmy wed­din­go­wej. Oczy­wi­ście Kim i Robert za nic nie pła­cili, wszystko fun­do­wał nasz tata.

– Na bied­nych nie tra­fiło – mruk­nę­łam cicho pod nosem, żeby Kim mnie nie usły­szała.

– Idź i zapy­taj, czy mają różową limu­zynę, tam w środku jest jakiś facet z obsługi – powie­działa, wska­zu­jąc sie­dzą­cego w budynku męż­czy­znę.

– No dobrze, pocze­kaj chwilę i usiądź, tam jest ławka.

Mimo że cza­sami mnie dener­wo­wała i była samo­lubna, kocha­łam ją do sza­leń­stwa. W końcu to moja młod­sza sio­stra. Róż­nice mię­dzy nami były tak wiel­kie, że cza­sami zasta­na­wia­łam się, czy przy­pad­kiem nie jestem adop­to­wana. Kim była wysoką blon­dynką z brą­zo­wymi oczami, która nawet w pią­tym mie­siącu ciąży, gdy przy­było jej kilka kilo­gra­mów, wyglą­dała olśnie­wa­jąco, a ja – o wiele niż­szą od niej zie­lo­no­oką bru­netką z dość spo­rym biu­stem i okrą­głym tył­kiem. Cho­ciaż byłam star­sza, w pierw­szej chwili wszy­scy myśleli, że to ja jestem młod­szą sio­strą. Kim­berly w wieku trzy­na­stu lat zaczęła się malo­wać i robić te wszyst­kie dziew­częce rze­czy, a ja przez pra­wie całą szkołę śred­nią nie mia­łam nawet chło­paka. Dodat­kowo moja sio­strzyczka miała na kon­cie wię­cej pod­bo­jów miło­snych niż ja poca­łun­ków z języcz­kiem.

Poszłam w kie­runku oszklo­nego budynku, wewnątrz któ­rego stały naj­now­sze modele dro­gich mar­ko­wych aut, gotowe do sprze­daży. Udało mi się z gra­cją prze­sko­czyć kałużę, która roz­lała się miłej star­szej pani z wia­dra z mopem. Uśmiech­nę­łam się do niej ze współ­czu­ciem.

– Mary, pro­szę to szybko wytrzeć, zanim ktoś się pośli­zgnie i będzie nie­szczę­ście – upo­mniał ją surowo, ale z sza­cun­kiem męż­czy­zna ubrany w ciemne dżinsy i fir­mową nie­bie­ską koszulę z napi­sem „Evans Cars”, po czym spoj­rzał w moją stronę i przy­wo­łu­jąc wyuczony uśmiech, zapy­tał:

– Mogę w czymś pomóc sza­now­nej pani?

Odwró­ci­łam się w jego stronę i zro­bi­łam krok do przodu, po czym moja prawa noga pośli­zgnęła się na reszt­kach wody, stra­ci­łam rów­no­wagę, z hukiem wylą­do­wa­łam na ple­cach, ude­rza­jąc głową o posadzkę i… ogar­nęła mnie ciem­ność.

***

Naj­pierw usły­sza­łam prze­ra­żony głos mojej sio­stry.

– Megan, ale nam napę­dzi­łaś stra­cha, zaraz będzie tu pogo­to­wie!

Otwo­rzy­łam oczy i zoba­czy­łam nad sobą kaskadę blond wło­sów Kim­berly, która sie­działa obok mnie na skó­rza­nej kana­pie.

 

– Jakie pogo­to­wie? Prze­cież nic się nie stało, tylko się pośli­zgnę­łam – odpo­wie­dzia­łam, łapiąc się za obo­lałą głowę. – Nawet niczego sobie nie roz­cię­łam – doda­łam, jed­nak gdy chcia­łam się pod­nieść, zakrę­ciło mi się w gło­wie i opa­dłam z powro­tem na kanapę.

– Pro­szę się nie ruszać, pogo­to­wie pod­jeż­dża pod salon – usły­sza­łam nie­zna­jomy głos. Odwró­ci­łam głowę i na widok jego wła­ści­ciela musia­łam kilka razy zamru­gać.

Nie­da­leko kanapy, na któ­rej leża­łam jak idiotka, stał męż­czy­zna. I to jaki! Wysoki bru­net o tajem­ni­czych ciem­nych oczach, w któ­rych nie było widać żad­nych emo­cji. Miał atle­tyczną syl­wetkę, pod­kre­śloną przez ide­al­nie skro­jony gar­ni­tur. Jego palce prze­su­wały się po kra­wę­dzi biurka, o które opie­rał się – zapewne sek­sow­nymi – poślad­kami. Gdy nasze spoj­rze­nia się spo­tkały, męż­czy­zna się uśmiech­nął, uka­zu­jąc sze­reg ide­al­nie bia­łych zębów.

– Megan, leż spo­koj­nie i pocze­kaj. Nie rób wię­cej pro­ble­mów – zezło­ściła się Kim, trą­ca­jąc mnie ręką w kolano.

– Aua, daj już spo­kój, naprawdę nic się nie stało – skar­ci­łam wzro­kiem moją wku­rzoną i zestre­so­waną sio­strę.

– Pro­szę się nie kłó­cić, sza­nowne panie – powie­dział Pan Tajem­ni­czy i Uro­czy, po czym ruszył w moim kie­runku – Powinna się pani napić wody, panno Donell. – Mówiąc to, podał mi szklankę. Gdy bra­łam od niego naczy­nie, nasze palce się zetknęły, a mnie aż prze­szedł dreszcz.

– Nie jesteś już taka blada, więc może wszystko będzie okej? Musimy dziś zała­twić tę limu­zynę – przy­po­mniała Kim, a potem wstała i dodała: – Jestem strasz­nie głodna, może jak stąd wyj­dziemy, pój­dziemy coś zjeść?

– Zapra­szam panie na lunch w ramach rekom­pen­saty za tę nie­przy­jemną i nie­bez­pieczną sytu­ację – wtrą­cił przy­stoj­niak i pod­su­nął mojej sio­strze krze­sło. – Pro­szę usiąść, panno Donell, nie chcę, by pani także się coś stało.

– O, dzię­ku­jemy bar­dzo, panie Evans, będzie nam bar­dzo miło – odpo­wie­działa zado­wo­lona Kim­berly.

Na samą myśl o tym, że mia­ła­bym zjeść lunch w jego towa­rzy­stwie, zro­biło mi się gorąco i dosta­łam wypie­ków, nawet na dekol­cie. Tak już mia­łam. Rela­cje dam­sko-męskie nie były moją bajką.

– Kim, zostało nam jesz­cze sporo do zała­twie­nia. Nie możemy iść teraz na lunch, mamy przy­miarkę sukni – ode­zwa­łam się z nadzieją, że Kim­berly zro­zu­mie sytu­ację i przy­zna mi rację.

– Fak­tycz­nie, zupeł­nie o tym zapo­mnia­łam. W takim razie musimy prze­su­nąć nasz lunch na inny ter­min. Panie Evans, zosta­wię panu swój numer tele­fonu. Pro­szę zadzwo­nić po osiem­na­stej, może uda nam się zjeść kola­cję w ramach tej rekom­pen­saty, o któ­rej pan wspo­mniał. – Moja sio­stra bez naj­mniej­szych opo­rów pode­szła do biurka i zapi­sała numer na kartce.

– Będzie mi nie­zmier­nie miło towa­rzy­szyć paniom przy kola­cji, ale dziś wie­czo­rem mam spo­tka­nie biz­ne­sowe, więc muszę odmó­wić. Zadzwo­nię jutro i jeśli będą miały panie ochotę, możemy spo­tkać się innym razem w dogod­nym dla pań ter­mi­nie. – Przy­stoj­niak mówił do nas obu, ale patrzył tylko na mnie.

Było mi nie­zręcz­nie, ale jed­no­cze­śnie nie mogłam ode­rwać od niego wzroku.

– Świet­nie, w takim razie będę cze­kać na pana tele­fon – odpo­wie­działa Kim.

W tym momen­cie drzwi się otwo­rzyły i weszła ekipa ratow­ni­cza.

– Dzień dobry, co się stało? – zapy­tała ratow­niczka i pode­szła do mnie. Zaczęła zada­wać pyta­nia i badać mi głowę, świe­cąc latarką w oczy. – Musimy zabrać panią ze sobą. Nie widzę żad­nych ura­zów zewnętrz­nych, mogło jed­nak dojść do wstrzą­śnie­nia mózgu. W szpi­talu przej­dzie pani bada­nia i zosta­nie na obser­wa­cję.

– Czy to konieczne? Naprawdę dobrze się czuję, pani dok­tor, już nawet nie kręci mi się w gło­wie.

„A przy­naj­mniej nie z powodu upadku” – doda­łam w myślach, po czym ukrad­kiem spoj­rza­łam na Evansa.

On także cią­gle na mnie patrzył. W oczach męż­czy­zny było coś, co nie pozwa­lało uwol­nić się od jego spoj­rze­nia.

– Panno Donell, oczy­wi­ście może pani odmó­wić, jed­nak lepiej spraw­dzić, czy wszystko z panią w porządku. Jeśli tak będzie, jutro zosta­nie pani wypi­sana do domu. Pro­szę nie robić pro­ble­mów.

Kim wyszła z pokoju ode­brać tele­fon. Pew­nie dzwo­niła mama.

– No dobrze, ale moja sio­stra jest w ciąży i nie ma prawa jazdy. Jeśli pojadę do szpi­tala, nie dotrze na umó­wione spo­tka­nie.

W tym momen­cie wtrą­cił się Pan Tajem­ni­czy i zaofe­ro­wał, że jeden z jego kie­row­ców zawie­zie Kim tam, gdzie będzie trzeba, i do końca dnia pozo­sta­nie do jej dys­po­zy­cji. Moja sio­stra oczy­wi­ście zgo­dziła się bez waha­nia, więc pozo­stało mi tylko poje­chać do szpi­tala. Mimo sprze­ciwu poło­żyli mnie na noszach i zanie­śli do karetki. Pan Evans wyszedł z nami przed salon i odpro­wa­dził Kim­berly do samo­chodu, któ­rym miała dotrzeć na spo­tka­nie. Nachy­lił się do szyby po stro­nie kie­rowcy i prze­ka­zał sie­dzą­cemu w środku męż­czyź­nie, że ma zawieźć Kim­berly tam, gdzie sobie zaży­czy. Potem pod­szedł do karetki, by zapy­tać o coś ratow­nika, ale nie sły­sza­łam, o czym mówili. Pani dok­tor powie­działa, że jeste­śmy już gotowi do drogi.

– Do zoba­cze­nia, panno Donell, mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku – rzu­cił Evans, po czym uśmiech­nął się do mnie jak chyba nikt inny do tej pory. Nie zdą­ży­łam nic odpo­wie­dzieć, bo ratow­niczka zamknęła drzwi karetki.

Po dzie­się­ciu minu­tach doje­cha­li­śmy na Man­hat­tan do szpi­tala kli­nicz­nego miesz­czą­cego się na rogu 100th Street i Fifth Ave­nue. Na miej­scu od razu zabrano mnie na bada­nia: tomo­gra­fię głowy i pobra­nie krwi. Po około dwóch godzi­nach w końcu prze­wie­ziono mnie do sali, w któ­rej mogłam spo­koj­nie odpo­cząć. W środku były łóżko, sto­lik, szafka oraz biurko i trzy krze­sła. Zosta­łam sama. Za oknem malo­wał się piękny widok Cen­tral Parku. Wes­tchnę­łam i pomy­śla­łam, że takie rze­czy zawsze przy­tra­fiają się mnie.

Gdy mia­łam sie­dem lat, razem z Kim spę­dza­ły­śmy wio­senne ferie u babci w New Jer­sey. Pew­nego dnia poszły­śmy bez zgody na pro­me­nadę, by zoba­czyć wesołe mia­steczko. I oczy­wi­ście komu się coś przy­tra­fiło? Mnie. Gdy już wra­ca­ły­śmy i prze­cho­dzi­ły­śmy przez ulicę, jakiś wariat na rowe­rze wtar­gnął na pasy i we mnie wje­chał. Kim oczy­wi­ście nic się nie stało, a ja zła­ma­łam rękę i roz­bi­łam sobie głowę. Do tej pory mam bli­znę pod linią wło­sów, nad skro­nią. Było jesz­cze kilka takich sytu­acji. Można powie­dzieć, że Kim­berly to dziecko szczę­ścia, a ja – nie­zdara. Wszy­scy mnie za taką uwa­żali, w ich oczach byłam mało zaradną, wsty­dliwą małą Meg. Dopiero gdy w liceum posta­wi­łam się rodzi­com i powie­dzia­łam, że chcę iść na stu­dia, ale nie na ten kie­ru­nek, na który już od dziecka chcieli mnie wysłać, tro­chę spu­ścili z tonu i dali mi spo­kój. Teraz, mając nie­całe dwa­dzie­ścia cztery lata, koń­czy­łam stu­dia, o któ­rych zawsze marzy­łam, zaczę­łam staż w małej, ale zna­nej fir­mie cate­rin­go­wej, miesz­ka­łam i utrzy­my­wa­łam się sama. Do szczę­ścia bra­ko­wało mi jedy­nie faceta, jed­nak na zwią­zek nie star­czało mi czasu. Mia­łam kilku dobrych przy­ja­ciół i sporo zna­jo­mych, ale ni­gdy nie potra­fi­łam zaan­ga­żo­wać się w poważ­niej­szą rela­cję. Może dla­tego, że wszy­scy moi kole­dzy zwra­cali uwagę na moją młod­szą sio­strę. Ja nie mia­łam nawet oka­zji tak naprawdę i mocno się w kimś zako­chać. Sio­stra zawsze mi dogry­zała, że zostanę starą panną. Na szczę­ście nie wie­działa, że do tej pory spa­łam tylko z jed­nym męż­czy­zną.

Zaczę­łam przy­sy­piać, kiedy roz­bu­dził mnie dzwo­nek mojej komórki. Dzwo­niła mama.

– Megan, kocha­nie, jak się czu­jesz? Kim o wszyst­kim nam powie­działa. – Prze­wró­ci­łam oczami. Znowu się zacznie.

Moi rodzice, mówiąc krótko, są prze­wraż­li­wieni na naszym punk­cie.

– Hej, mamo. Nic mi nie jest. Leżę w szpi­talu kli­nicz­nym i już zro­bili mi wszyst­kie bada­nia. Teraz odpo­czy­wam. Jutro pew­nie wyjdę do domu.

– Meg, skar­bie, dziś wie­czo­rem do cie­bie wpad­niemy. Teraz jedziemy z tatą do Kim na przy­miarki, a potem na obiad. Czego potrze­bu­jesz, co ci przy­wieźć?

– Oj, mamuś, nie chcę nic jeść, możesz mi przy­wieźć tylko jakiś dres i szla­frok. A, i szczo­teczkę do zębów, i łado­warkę do tele­fonu.

– Dobrze, kocha­nie, to będziemy u cie­bie koło dzie­więt­na­stej. Prze­śpij się teraz i się nie martw. Tę limu­zynę już tata zała­twi, a swoją sukienkę przy­mie­rzysz, kiedy wyj­dziesz ze szpi­tala.

– Okej, mamo, do zoba­cze­nia. Kocham cię. Pa.

– Do zoba­cze­nia, Meg.

Zapo­mnia­łam o przy­miarce sukienki. Mia­łam nadzieję, że Kim­berly nie wyko­rzy­sta mojej nie­obec­no­ści i nie zmieni koloru i fasonu, bo chyba ją udu­szę. Mówi­łam jej, że nie chcę wyglą­dać jak beza. Ona upie­rała się przy fal­ba­nia­stej różo­wej lub brzo­skwi­nio­wej sukni do ziemi, bez ple­ców, w dodatku wyszy­wa­nej krysz­tał­kami, ja wybra­łam jed­nak skromną kre­mową sukienkę kok­taj­lową bez ręka­wów. Chcia­łam być kom­for­towo ubrana, a nie prze­brana.

Po dłuż­szej chwili roz­my­ślań znowu przy­snę­łam.

Obu­dziła mnie pie­lę­gniarka, która zmie­niała mi kro­plówkę.

– Prze­pra­szam bar­dzo – ode­zwała się mło­dziutka dziew­czyna, pew­nie sta­żystka. Włosy miała spięte w nie­chlujny koczek, a ubrana była w biały far­tuch do kolan. Miała cie­kawą urodę: bar­dzo jasną cerę, duże, pełne usta i rysy, które zdra­dzały hin­du­skie pocho­dze­nie.

– Nic się nie stało – zapew­ni­łam, spo­glą­da­jąc na nią przy­jaź­nie.

Był piękny nowo­jor­ski wie­czór. Minęła osiem­na­sta, czyli zaczęły się godziny szczytu. W Nowym Jorku o tej porze dotrzeć na czas można chyba tylko heli­kop­te­rem. Przy­znaję, że kilka razy sko­rzy­sta­łam ze śmi­głowca taty, kiedy strasz­nie się spie­szy­łam na ważny dzień w pracy czy na egza­min. Pie­lę­gniarka otwo­rzyła okno i dotarł do nas gwar ulicy.

– Ktoś przy­słał pani kwiaty, stoją w wazo­nie na biurku. Nie­długo przy­niosę kola­cję – poin­for­mo­wała mnie i szybko wyszła z sali.

Spoj­rza­łam na biurko. Fak­tycz­nie stał tam piękny duży bukiet bia­łych lilii, wymie­sza­nych z kwia­tami, któ­rych nazwy nie zna­łam. Był cudowny. Chcia­łam wstać z łóżka, jed­nak znowu zakrę­ciło mi się w gło­wie i osu­nę­łam się na poduszkę. Niech to szlag. Zabo­lało mnie też miej­sce wkłu­cia kro­plówki i dałam za wygraną. No trudno, przy­naj­mniej mogłam sobie popa­trzeć. Zauwa­ży­łam jed­nak dołą­czony do bukietu liścik i byłam bar­dzo cie­kawa, kto go przy­słał. Pew­nie tata albo ktoś ze zna­jo­mych. Kim na bank już wszyst­kich obdzwo­niła i opo­wie­działa, jaka ze mnie nie­zdara.

Się­gnę­łam po mojego iPhone’a, wzię­łam słu­chawki i włą­czy­łam swoją ulu­bioną pio­senkę, Every Tear­drop Is a Water­fall zespołu Cold­play. Znowu przy­snę­łam.

Obu­dziła mnie mama, narze­ka­jąca na jedze­nie, które chwilę wcze­śniej przy­nio­sła pie­lę­gniarka.

– Jak ludzie mają wyzdro­wieć, skoro daje­cie im takie świń­stwa? – sko­men­to­wała, spo­glą­da­jąc na talerz dziw­nej brą­zo­wej mazi z ryżem.

– To ryż z jabł­kiem, pro­szę pani – odparła pie­lę­gniarka i szybko wyszła na kory­tarz.

– Boże, co za per­so­nel, trzeba cię stąd zabrać, kocha­nie. I to jak naj­szyb­ciej – mruk­nęła pod nosem, po czym nachy­liła się, by poca­ło­wać mnie w czoło.

– Hej, skar­bie, jak się czu­jesz? – usły­sza­łam głos taty, który aku­rat wszedł do sali. Niósł wielki kosz owo­ców i walizkę z ciu­chami.

– Cześć, tato. Odkąd was zoba­czy­łam, do razu mi lepiej – powie­dzia­łam, prze­wra­ca­jąc oczami, na co mój tato tylko się uśmiech­nął.

Był bar­dzo spo­koj­nym czło­wie­kiem, w prze­ci­wień­stwie do mojej mamy. Nie wiem, jak wytrzy­mał z nią tyle lat, ale ich zwią­zek to dowód na to, że prze­ci­wień­stwa naprawdę się przy­cią­gają.

– Scar­lett, kocha­nie, daj jej spo­kój, niech sobie leży i odpo­czywa – powie­dział tata, po czym pod­szedł i też poca­ło­wał mnie w czoło.

– Gary, ale zobacz, co oni jej dali do jedze­nia. Dobrze, że przy­wieź­li­śmy owoce i jej ulu­bione ciastka.

Gdy widzia­łam, jak rodzice patrzą na sie­bie po dwu­dzie­stu pię­ciu latach mał­żeń­stwa, wie­rzy­łam w to, że kie­dyś i mnie spo­tka taka miłość. Nie zawsze było mię­dzy nimi ide­al­nie, ale potra­fili się doga­dać i poko­ny­wali wszyst­kie prze­szkody, które sta­wały im na dro­dze.

 

– No, sio­stra, ale dałaś dziś popis. Myśla­łam, że zawału dostanę, jak cię zoba­czy­łam na tej pod­ło­dze, a ten facet od samo­cho­dów latał jak popa­rzony i krzy­czał, że trzeba wzy­wać pogo­to­wie. Dobrze, że przy­szedł ten wła­ści­ciel, Evans, bo ina­czej…

Nie zdą­żyła skoń­czyć zda­nia, bo dostrze­gła sto­jący na biurku bukiet i nie omiesz­kała od razu tego sko­men­to­wać.

– Od kogo te kwiaty? Od Johna?

Cała rodzinka spoj­rzała na mnie. Żadne z nich nie chciało wie­rzyć, że John to naprawdę tylko mój przy­ja­ciel.

– Nie wiem, kto je przy­słał. Myśla­łam, że ty, tato.

Popa­trzy­łam na niego zna­cząco.

– Nie­stety nie ode mnie, kocha­nie, ale jest tu liścik, więc zaraz się dowiemy. – Wyjął bile­cik z bukietu i wycią­gnął dłoń, by mi go podać, jed­nak Kim wyrwała mu go z ręki i prze­czy­tała na głos:

Pro­szę przy­jąć te kwiaty w ramach prze­pro­sin za przy­kry incy­dent w moim salo­nie. Mam nadzieję, że następ­nym razem zoba­czę Panią w mil­szych oko­licz­no­ściach.

Erick Evans

Gdy usły­sza­łam te słowa, zamar­łam. Widzia­łam, że Kim i rodzice rów­nież nie wie­dzieli, co powie­dzieć.

– No, chyba masz wiel­bi­ciela, kocha­nie – stwier­dził mój tata.

– Tato, daj spo­kój, to wła­ści­ciel. Wysłał te kwiaty, żeby­śmy go nie pozwali – wtrą­ciła Kim, wyraź­nie zazdro­sna.

Wyma­chi­wała rękami i uda­wała, że kwiaty nie robią na niej wra­że­nia.

– Kim, zobacz, jakie piękne. Takich kwia­tów nie wysyła się ot tak sobie, sło­neczko – stwier­dziła mama, widząc, że Kim aż kipi z zawi­ści.

– Z tego, co pamię­tam, Robert chyba ni­gdy nie przy­słał ci takiego bukietu – burk­nę­łam zło­śli­wie.

– Ni­gdy nie miał też oka­zji zbie­rać mnie z pod­łogi na środku salonu samo­cho­do­wego, Meg – odgry­zła się moja sio­strzyczka, po czym usia­dła na krze­śle i się­gnęła po poma­rań­czę.

– Kim­berly, prze­cież przed chwilą zja­dłaś całą por­cję lasa­gne i szar­lotkę z lodami. Nie prze­sa­dzaj, bo na wła­snym weselu będziesz wyglą­dała jak wielka biała beza – skar­ciła ją mama i podała mi sok mar­chew­kowy.

– Napij się, Meg. W ogóle coś jadłaś? Blada jesteś, będziesz źle wyglą­dała na zdję­ciach w tej kre­mo­wej sukience, jeśli nie nabie­rzesz tro­szeczkę koloru.

– Oj, mamo, nie prze­sa­dzaj. Pójdę na opa­la­nie natry­skowe przed wese­lem i będzie dobrze.

– Scar­lett, Megan ma rację. Zresztą mamy tak piękne córki, że nie potrzeba im żad­nych dzi­wacz­nych zabie­gów – wtrą­cił się tata, po czym poca­ło­wał mamę w poli­czek z taką czu­ło­ścią, że zro­biło mi się cie­plej na sercu.

– Dobra, wystar­czy już tych uprzej­mo­ści. Tato, jedźmy już, Rob na mnie czeka – maru­dziła Kim.

Po dłuż­szej chwili rodzice się ze mną poże­gnali, a Kim, obra­żona na cały świat, wyszła bez słowa. Nie wiem, czy ona zawsze miała taki cha­rak­ter, czy to wina sza­le­ją­cych hor­mo­nów.

– Pa, córeczko. Daj znać jutro rano, czy cię wypi­szą, to po cie­bie przy­jadę.

– Pa, tatku. Dam znać – obie­ca­łam i posła­łam mu całusa.

Moja rodzinka była cał­kiem w porządku, ale cza­sami mia­łam jej ser­decz­nie dość, szcze­gól­nie mamy i Kim. Może dla­tego, że były do sie­bie tak podobne? Ja cha­rak­ter zde­cy­do­wa­nie odzie­dzi­czy­łam po tacie.

Wypi­łam sok, zja­dłam ciastka i chyba ze trzy poma­rań­cze. Dopiero wtedy uświa­do­mi­łam sobie, jak bar­dzo byłam głodna. Ostat­nie tygo­dnie upły­nęły mi na orga­ni­za­cji ślubu i wesela sio­stry, i to w sza­leń­czym tem­pie. Robert nale­żał do tych face­tów, któ­rzy nie lubią się anga­żo­wać w wybór kwia­tów, deko­ra­cji w kościele i na sto­li­kach, więc wszystko spa­dło na mnie i Kim. Głów­nie na mnie, bo to ja musia­łam wszę­dzie ją wozić i jej dora­dzać. Za to mama potra­fiła się tylko wtrą­cać. Świet­nie się bawiła ze swoją młod­szą córką, a dla mnie to był kosz­mar.

Koło dzie­wią­tej wie­czo­rem było już ciemno i Nowy Jork zaczy­nał świe­cić bla­skiem, który tak kocha­łam. Gwar zza okna zaczął prze­cho­dzić w miły szum pubów, restau­ra­cji i klu­bów. Powoli udało mi się wstać i pójść do łazienki tuż obok mojej sali. Wzię­łam szybki letni prysz­nic, który mnie roz­bu­dził. Mia­łam ochotę iść na spa­cer do Cen­tral Parku, ale wie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe. Przed snem przy­szła do mnie pie­lę­gniarka. Dowie­dzia­łam się, że nic mi nie dolega i jutro po połu­dniu wypi­szą mnie do domu, ale powin­nam na sie­bie uwa­żać, bo wyniki krwi nie wyszły naj­le­piej. Kobieta zro­biła mi poga­dankę o zdro­wym try­bie życia i odży­wia­niu się. Cho­lera, co oni mogli wie­dzieć o odchu­dza­niu się przed wese­lem wła­snej sio­stry, która wyglą­dała jak modelka z Vic­to­ria’s Secret, cho­ciaż była w ciąży. Ni­gdy nie uwa­ża­łam, że jestem gruba, ale moja krą­gła pupa i spory biust prze­szka­dzały mi już w okre­sie doj­rze­wa­nia. Rodzice zawsze nazy­wali mnie maleń­stwem, a potem, kiedy doro­słam, każdy zachwy­cał się moją kobiecą figurą, co mnie krę­po­wało. Dziwne „kom­ple­menty” wuj­ków czy kole­gów ojca wcale nie popra­wiały mojej samo­oceny.

Kilka chwil póź­niej zasnę­łam głę­boko przy pio­sence Adele o nie­speł­nio­nej miło­ści.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?