Akademia Mrocznych Zaklęć. Próby śmierciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Billy poczerwieniał.

– Jesteś po prostu zazdrosna, że mam więcej znajomych na Facebooku niż ty.

– Facebook jest dla staruchów.

– Szkoda, że nie mogę korzystać z telefonu zamiast tego starego rzęcha w bibliotece, bo mógłbym założyć sobie Snapchata – wymamrotał Billy.

Wykrzywiłam nerwowo usta, bo bardzo chciałabym kupić im błyszczące smartfony albo chociaż jakieś używane komórki. Nie mieliśmy żadnych telefonów czy komputerów – nie było nas na nie stać. Wszystko, co wymagało połączenia z internetem, musiało zostać załatwione w bibliotece albo w szkole. W to wliczała się też ich aktywność w mediach społecznościowych, które mnie kompletnie ominęły. Oczywiście nie miało to większego znaczenia. I tak nie miałabym z kim utrzymywać w ten sposób kontaktu.

– Kiedyś za niego wyjdę – stwierdziła Sam. – Zostanie twoim szwagrem. – Zadarła nos i popatrzyła na brata z góry. Ewidentnie prowokowała go do riposty.

– Wyjdź za niego jutro, żebym mógł już zająć twój pokój. – Billy wyszczerzył zęby i zabrał z blatu jabłko.

– Pewnie poprosi go, żeby zamieszkał tutaj, więc w ogóle stracisz pokój – rzuciłam, żeby go podręczyć.

Sam zmarszczyła brwi tak mocno, że nie byłam pewna, czy ma jeszcze otwarte oczy. Zatrzymali się na moment, niczym dwa koty mierzące się wzrokiem, po czym wybiegli z domu. Billy z przodu, Sam tuż za nim, wrzeszcząc, żeby przestał być dupkiem.

– Wyrażaj się! – krzyknęłam za nimi, chociaż nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia i nawet nie liczyłam, że zrobi. Niemniej mama próbowała wychować nas na kulturalne, nieprzeklinające dzieci i na pewno chciałaby, żebym przejęła pałeczkę.

Kompletnie mi to nie wychodziło. W sumie jej też nie, sądząc po tym, jak ja się zachowywałam.

Rzeczywistość mnie dogoniła i zaraz starła mi uśmiech z twarzy. Oparłam się o blat kuchenny. Należało skupić się na jednej rzeczy naraz. Obiad. Musiałam przygotować obiad. Nie mieliśmy zbyt dużych zapasów, ale sprawę załatwiał dostęp do bydła i obecność kilku zdolnych ogrodników w rodzinie. Zabiliśmy jedną ze starszych krów – Annabelle – i włożyliśmy mięso do zamrażarki jakiś miesiąc temu, co oznaczało, że byliśmy w lepszej sytuacji niż wiele innych osób cierpiących biedę.

Gotowałam na autopilocie, a mój umysł opracowywał plan działania.

– Tato?! – zawołałam, przerzucając steki na patelni z wgłębieniem na środku. Skoro bliźnięta wyszły z domu, żeby zająć się popołudniowymi obowiązkami, był to dobry moment na rozmowę z ojcem w cztery oczy. Może nawet jedyny, bo lubił wcześnie kłaść się spać.

– Co tam, Wild? – odpowiedział sennym głosem. Wiedziałam, że właśnie drzemał, co też zdarzało mu się regularnie o tej porze, ale sprawa koperty nie mogła czekać.

Zdjęłam patelnię z ognia i umyłam szybko ręce, po czym zabrałam ścierkę, żeby je wytrzeć w drodze do salonu, który znajdował się od frontu.

Tata siedział na swoim rozkładanym fotelu, z nogami na pufie i głową na poduszce.

– Właśnie miałem wstawać – mruknął z oczami otwartymi tylko do połowy, jednak nie ruszył się choćby o milimetr. Powtarzał to kłamstwo tak często, że wszyscy nauczyliśmy się zachowywać, jakby było prawdą.

Przełknęłam ślinę i przytaknęłam. Cholera, to było trudniejsze, niż mi się wydawało.

– Zamierzasz mnie tym udusić? – Ojciec uniósł drżący palec i wskazał ścierkę w moich rękach.

– Poczekam, aż odwrócisz się do mnie plecami. Tak będzie łatwiej. – Uśmiechnęłam się szeroko, żeby uzupełnić dowcip, ale wiedziałam, że moje oczy pozostały niewzruszone. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam: – Słuchaj, myślałam o Tommym i tym jego stypendium…

– Nie, nie będziemy o tym rozmawiać – rzucił tata.

– Ale musimy – odparłam cicho. Nie on jeden cierpiał z powodu śmierci Tommy’ego, więc byłam ostrożna. – Wiem, że nie chcesz, tato, ale naprawdę musimy. Nie jestem już dzieckiem. – Poczułam silne pragnienie, by chwycić jego dłoń, ale powstrzymałam się ze względu na widoczne u niego napięcie. Ewidentnie nie chciał mi powiedzieć, co zaszło.

– Dlaczego akurat teraz? – zapytał, marszcząc brwi. – I dlaczego musimy?

– Możesz mi po prostu zaufać? Wyjaśnij mi tylko, co się stało z Tommym i na jakich zasadach przyznali mu tamto stypendium.

Chociaż zbladł, zaraz się pozbierał.

– Nie mogę o tym rozmawiać, Wild. Nie tylko dlatego, że nie chcę tego znowu przeżywać. – Przeciągnął dłonią po twarzy i minęła dobra minuta, zanim znowu się odezwał. – W porządku, powiem ci to, co mogę. – Przełknął głośno ślinę i w ułamku sekundy jego napięcie przerodziło się w widoczne cierpienie. – Nie powinienem był go wypuszczać z domu – wyszeptał, a żal w jego głosie ugodził mnie w samo serce. Tata zamknął oczy. – Twoja matka od początku miała rację. Dałem się oślepić dumie i nadziei. To była najgorsza decyzja, jaką podjąłem w życiu. Uwierzyłem, że Tommy będzie bezpieczny. Że to on pokona system.

Serce zabiło mi szybciej. Ojciec wiedział, że Tommy znajdzie się w niebezpieczeństwie?

– Czy on… Czy dostał pieniądze za swój wyjazd? – zapytałam, chcąc się upewnić. – I zegarek, i kilka… rzeczy?

– Pieniądze nie były warte jego życia. Nie było warto go dla nich stracić. Ale nie chodziło tylko o kasę. Chodziło o próżność, Wild. Mojemu synowi zaoferowano coś, o czym ja mogłem tylko pomarzyć… Chciałem to przeżyć za jego pośrednictwem. – Jego ciemne oczy patrzyły na mnie błagalnie w półmroku panującym w salonie. – Chciałem, żeby osiągnął więcej niż jego niedołężny ojciec. Więcej niż ta kaleka, na którą patrzysz. Byłem ciekawy, czy okaże się taki, jak jego matka. Czy będzie dysponował podobną mocą. Ona była tak cholernie olśniewająca. Nie mogłem znieść tego, że musiała zrezygnować z powodu plotki o klątwie. Bo parę osłów… – Zacisnął mocno usta i znowu pokręcił głową. Opuścił ramiona. – Tylko że ona od początku miała rację. Powinienem był jej słuchać. Powinienem był dotrzymać obietnicy, wtedy Thomasowi nic by nie groziło. Wciąż byłby z nami, bezpieczny.

Patrzyłam na niego, robiąc wielkie oczy, i czułam, że za tymi słowami wiele się kryje. Zupełnie jakbym stała na czubku góry lodowej i zastanawiała się, ile z niej znajdowało się pod wodą. Chociaż tata powiedział mi na temat okoliczności śmierci Tommy’ego więcej niż kiedykolwiek wcześniej, tak wiele z jego przemowy nie miało dla mnie sensu.

– A gdyby pojawiła się kolejna koperta? – zapytałam cicho, wiedząc, co odpowie.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Ojciec mnie zaskoczył.

– Spodziewałem się jej wcześniej – powiedział z przekonaniem. – Matka od zawsze to w tobie wyczuwała, Wild. Od twojego pierwszego płaczu. U innych moc czasem rosła, czasem się zmniejszała, u ciebie tylko rosła, tylko się rozwijała. Matka chciała cię przede wszystkim ukryć. I próbowała. Przyjaciółka użyła jej krwi, żeby otoczyć naszą farmę cieniem. Jednak magia przestała działać po jej wypadku. Gdy tylko zgłosili się po Tommy’ego, wiedziałem, że będziesz następna. To była wyłącznie kwestia czasu.

Magia krwi. Czary. Moc. Jego słowa rezonowały we mnie, budząc strach i… ekscytację. Potem ich znaczenie wreszcie do mnie dotarło.

Musiałam chyba wyglądać jak osioł z tymi otwartymi ustami.

– To we mnie jest jakaś moc? – zapytałam, zupełnie zbita z tropu. Mama opowiadała mi historie o magii do snu, ale to były tylko bajki. Czyżby choroba taty miała jakiś wpływ na jego umysł?

Zignorował moje pytanie.

– Przyszedł?

Starałam się nadążyć, ale trudno było mi odnaleźć sens w jego słowach.

– Kto? Taki koleś z bokobrodami?

– Przyszedł ktoś z kopertą?

– Tak, ale…

Tata pokręcił powoli głową.

– Nie, Wild. Żadnych ale. Nie będziemy z nim rozmawiać. Wiesz, co się stało z Tommym. To zbyt niebezpieczne. Tommy był celem i ty też się nim staniesz, nawet szybciej od twojego brata. Matka opuściła tamto miejsce dla bezpieczeństwa. Ty będziesz się trzymać z dala od niego z tego samego powodu.

Nie pojmowałam, o czym on w ogóle mówił. Jego słowa były z rodzaju tych, które wywracają do góry nogami wszystkie twoje wyobrażenia o świecie. Pytania ustawiały się w szeregu w mojej głowie niczym plastikowe żołnierzyki. Z jakiego miejsca odeszła mama? Z tej samej szkoły, do której pojechał Tommy? Dlaczego było tam niebezpiecznie?

– Ale… – zaczęłam.

– Nie, Wild. Koniec dyskusji. – Podkręcił głośność telewizora, ucinając w ten sposób rozmowę. – Oddaj pieniądze. Oddaj wszystko. Nie dostaną więcej żadnego mojego dziecka. Nie dostaną!

Przeniósł wzrok na ekran, a ja wpatrywałam się w niego jeszcze przez chwilę, po czym wróciłam do kuchni. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Co ojciec mógł mieć na myśli, mówiąc, że moja moc „tylko rosła”? Chodziło o siłę fizyczną? Z pewnością byłam silniejsza od przeciętnej dziewczyny w moim wieku, jednak zawsze uważałam, że to zasługa ciężkiej pracy przy dużych zwierzętach. Kobiecie trzeba siły, żeby dawała sobie radę z bydłem i nie odstawała od mężczyzn.

Tylko co to wszystko miało wspólnego ze stypendium, które obejmowało grube zwitki banknotów, eleganckie zegarki i inne świecidełka? I dlaczego ja i Tommy byliśmy celem? Celem czego właściwie?

Nie widziałam w tym żadnego sensu, już wtargnięcie nieznajomego z bokobrodami wydawało się absurdalne. Nie mówiąc o tym, że koperta nie była przeznaczona dla mnie. Nie wiem, jak pewny swojej wiedzy czuł się ojciec, ale najwyraźniej się mylił. Oczywiście w jednej kwestii miał rację – nie powinien był wypuszczać Tommy’ego z domu.

Nagle poczucie winy, jakie widziałam u ojca przez te wszystkie lata, nabrało o wiele więcej sensu. Mama z jakiegoś powodu wiedziała, że Tommy zostanie wezwany do tego dziwnego college’u, i kazała tacie obiecać, że go tam nie puści. Tylko że ojciec dał się ponieść entuzjazmowi i pragnieniu, by Tommy spełnił jego własne marzenia.

 

Jedna myśl cały czas nie dawała mi spokoju – dlaczego ja nie dostałam koperty, skoro ojciec był przekonany, że chcieliby mnie w tej całej akademii? Zupełnie mnie pominęli.

„Wielka szkoda, że wykluczyli cię ze szkoły. Masz w sobie naturalny talent”.

Bokobrody tak powiedział, jakby to ode mnie zależało. Jakbym już zdążyła odrzucić zaproszenie. Ale przecież ojciec dałby mi znać, gdyby do mnie przyszło, prawda?

Odepchnęłam tę myśl. Przeszłość nie miała znaczenia. Liczyło się tylko to, że kopertę dostał Billy, o wiele za młody Billy.

Uderzyło mnie, że Sam również się swojej nie doczekała. Chociaż tata zdawał się uważać inaczej, moja wstępna ocena okazała się prawdziwa – ten college, ta dziwna akademia, upominała się o młodszych męskich przedstawicieli naszej rodziny. Zabierała ich jednego po drugim.

Przede wszystkim musiałam dowiedzieć się więcej na temat samej szkoły.

Rozdział 3

Dwie godziny później, gdy już podałam obiad i dosłownie zmusiłam bliźnięta do zjedzenia zieleniny, wycofałam się do ciszy swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Szara koperta wciąż leżała w mojej szafie, dokładnie tam, gdzie ją schowałam. Wzięłam ją i bezceremonialnie wytrząsnęłam zawartość na łóżko. Najpierw wypadło pięć bibelotów. Przywodziły mi coś na myśl, ale nie wiedziałam, co dokładnie. Każdy przedmiot był malutki, niewiele większy od ćwierćdolarówki, ale o innym kształcie. Nóż, nagrobek, odbicie zwierzęcej łapy, maleńki kij i czarna moneta. Obróciłam wszystkie w palcach, po czym rzuciłam z powrotem na łóżko. Nic mi nie mówiły.

Skupiłam się na liście w błyszczącej srebrnej kopercie. Jeśli miałam znaleźć jakieś odpowiedzi, to właśnie tam, byłam tego pewna.

Szybko rozcięłam papier nożykiem i wyciągnęłam ze środka gruby zasobnik kart z postrzępionymi krawędziami. Gdy dotknęłam jednej z nich, poczułam w palcach delikatne wibracje. Patrzyłam z niedowierzaniem, jak wytłoczone litery pojawiają się znikąd na kremowym papierze i tańczą, zmieniając położenie, by utworzyć słowa.

– Co to ma być, do cholery?

Ustawiłam kartę pod innym kątem do światła i nachyliłam się, lecz z bliska słowa wyglądały na nieruchome. Widocznie paplanie ojca o magii musiało uruchomić moją wyobraźnię. Przeczytałam pośpieszne wiadomość i z miejsca na czole wystąpił mi pot. Kropelka spłynęła po twarzy i wylądowała na papierze, zaraz obok słów, których nie mogłam już odzobaczyć. Słów, które nie mogły być gorsze.

Drogi Billy Johnsonie,

Zawiadamiamy o obowiązkowej obecności na Próbach śmierci.

To nie uczeń wybiera Akademię.

To Akademia wybiera ucznia.

Prosimy zgłosić się na poniższy adres w ciągu czterdziestu ośmiu godzin,

inaczej cała Twoja rodzina zginie.

Czas ucieka.

Gapiłam się na treść listu przez długą chwilę, dłuższą, niż powinnam, zważywszy na ostatnią linijkę tekstu, po czym potrząsnęłam kartką, zastanawiając się, czy litery rozsypią się i ułożą w coś bardziej optymistycznego. Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło. Wcześniej wzrok musiał spłatać mi figla. Odwróciłam kartkę w nadziei znalezienia numeru do obsługi klienta albo uwagi o pierwszym kwietnia. Była co prawda końcówka lipca, ale może ktoś w tym roku mocno się spóźnił. Zobaczyłam tylko pustą stronę, dziewiczo biały papier.

Przyjrzałam się adresowi zapisanemu pod listem.

Crystal Lake Wild Forest, Roscoe, Nowy Jork

To było gdzieś w górnej części stanu Nowy Jork. Atrament połyskiwał, jakby grożenie śmiercią mojej rodzinie stanowiło projekt na lekcje sztuki jakiejś dziewczynki.

Treść listu była absolutnie oburzająca. Jaki college grozi ludziom w ten sposób, żeby skłonić ich do zgłoszenia się na rekrutację? Na jakiej planecie uważa się to za racjonalne zachowanie?

Tej samej, na której tuszuje się śmierć uczniów.

Zacisnęłam zęby, słowa z listu wreszcie w pełni do mnie dotarły. Zupełnie jakbym poczuła intencje stojące za tymi wytłoczonymi literami: i tak się pojawisz, ale jeśli będziemy zmuszeni cię do tego skłonić, twoja rodzina zginie.

Popatrzyłam na zegarek leżący na łóżku, jego tarcza była martwa. Nawet wysłali własnego sędziego czasowego. Cóż za troska.

Gdyby Tommy otrzymał taki zegarek, zauważyłabym go. Duma nie pozwoliłaby mu trzymać go w szufladzie. Niemożliwe też, żeby dostał list o takiej treści – nie ma mowy, żeby tak się cieszył z faktu przyjęcia do szkoły, która groziła śmiercią jego rodzinie.

Prawda?

Zważywszy na te wszystkie trupy, które trzymaliśmy w szafie, niczego już nie byłam pewna. Nadszedł czas, żeby wywiercić ojcu porządną dziurę w brzuchu i poznać resztę historii.

Zeszłam po schodach szybko, ale po cichu, żeby bliźnięta nie wyszły z pokojów. Po dotarciu do salonu delikatnie obudziłam tatę. Okazało się, że nawet nie zadał sobie trudu położenia się do łóżka. Kolejny element jego codzienności.

– Tato.

– Hmm? – Zatrzepotał powiekami i otworzył oczy. Po chwili skupił wzrok na karcie, którą trzymałam dziesięć centymetrów od jego twarzy. – Co to ma być?

– Tato, czy w tamtej szarej kopercie, którą Tommy otrzymał z akademii, było zaproszenie?

– Czy… co? – Potarł oczy i z trudem usiadł.

Pomachałam kartą, zwracając uwagę ojca na błyszczącą wiadomość.

– Czy Tommy otrzymał coś takiego? – powtórzyłam.

Zmarszczył brwi i cała senność czmychnęła z jego twarzy, kiedy przeczytał wytłoczone słowa.

– Co… Nie. Thomas niczego takiego nie dostał. W kopercie była tylko informacja o Próbach śmierci, żadnych gróźb. To tak teraz załatwiają swoje sprawy? Starsze rody muszą tracić wpływy. Helixowie nigdy by czegoś takiego nie poparli. Czekaj chwilę… Czy to… – Wziął kartę i odsunął ją od siebie, żeby lepiej widzieć. – Tutaj jest imię Billy’ego. Niemożliwe. – Ręce mu się trzęsły, kiedy popatrzył na mnie znad krawędzi. W jego oczach zagościł strach.

– No. – Odebrałam mu wygiętą już kartę. – Koperta nie jest dla mnie, tylko dla Billy’ego.

– Ale… – Ojciec z wysiłkiem ściągnął nogi z pufa, żeby móc usiąść prosto. – Billy jeszcze nie skończył szkoły średniej. Nie jest gotowy na college.

Walczyłam ze sobą, żeby nie zgnieść do reszty tej karty.

– Wiem. I nigdzie nie pojedzie. Co to za miejsce, tato? Czy to w ogóle legalne? Potrzebuję wyjaśnień. Musimy się zastanowić, jak rozwiązać tę sytuację.

Westchnął i potarł skroń sękatym palcem.

– Chryste Panie, to się nie dzieje. Tylko nie to. – Podniósł pustą szklankę. – Przynieś mi jeszcze eliksiru, Wild – powiedział cicho.

Ponieważ nie było nas już stać na szkocką, musiał zadowolić się bimbrem, który lubił nazywać eliksirem. Mieliśmy kilka butelek – aktualnie otwartą dostałam od sąsiadów za upolowanie samotnego wilka zagrażającego naszym stadom. Tata rzadko po niego sięgał, oszczędzając na Boże Narodzenie i specjalne okazje – albo na chwile, kiedy życie i ból stawały się zbyt trudne do zniesienia.

– Pewnie, tato – odparłam, po czym zacisnęłam zęby, żeby nie poddać się rozpaczy. Przez ostatnie kilka lat to ja zajmowałam się tu wszystkim. Jak dotąd udawało mi się utrzymywać nas na powierzchni… Bez względu na wszystko, znajdziemy jakieś wyjście z sytuacji. Billy nie skończy jak Tommy.

Gdy weszłam do kuchni, dostrzegłam kątem oka, że coś leży na stole. Popatrzyłam na blat. Druga koperta.

– Na wiadro gnoju… – Urwałam, bo przeszedł mnie zimny dreszcz.

On znowu tutaj był, ten z fatalnymi bokobrodami. On albo ktoś jemu podobny. Wszyscy siedzieliśmy w domu, każdy zajmował się swoimi sprawami i nikt nawet nie podejrzewał, że mamy obcego za progiem. Był jak duch!

– Billy! Sam! – wrzasnęłam. Szanse były znikome, ale trzymałam się tej nikłej nadziei, że nie mam racji. Że to oni przynieśli jakąś kopertę ze szkoły letniej.

Zanim zdążyli odpowiedzieć albo w ogóle wyjść z pokojów, popędziłam do tylnych drzwi i otworzyłam je szarpnięciem. Na pewno ciągle gdzieś się tam czaił, chociaż nie spodziewałam się go zobaczyć.

Wczesny wieczór okrył kocem rozległy teren wokół naszego domu i przykleił się mocno do stodoły po mojej lewej. W gęstym powietrzu poniosło się głośne muczenie, w gasnącym świetle grały świerszcze. Zazwyczaj uwielbiałam tę porę dnia, ale teraz wszystko wydawało mi się splamione obecnością intruza. Zupełnie jakby niebezpieczeństwo, które przybyło razem z nim, zmyło niewinność tego miejsca.

Włączyłam światło na ganku i podbiegłam na krawędź popękanego chodnika. Zmrużyłam oczy w półmroku; nadal było dość jasno, żebym mogła dostrzec pojedynczy ślad buta we wciąż wilgotnej ziemi. Tylko jeden, jakby tamten zostawił go specjalnie dla mnie… po czym znowu zniknął.

– No co? – Sam wyszła za próg domu, w gasnący dzień. Odwróciłam się, żeby na nią popatrzeć. Opierała ręce na biodrach, uniosła brwi. – Co się stało?

Billy wybiegł zza niej, miał zmarszczone czoło.

– Co tam?

Obróciłam się na pięcie i pomaszerowałam w ich stronę.

– Słyszeliście, jak ktoś wchodził?

Oboje rozejrzeli się zdezorientowani, a Sam straciła rezon.

– Gdzie? – zapytała, gdy ją minęłam. – Do domu?

Cóż, czyli nie.

– Zamknijcie drzwi – rzuciłam ostrzej niż zwykle, bo byłam zaniepokojona. – Na klucz. Wszystkie zamki.

– Co się dzieje? – zapytał Billy, pędząc za Sam. Nie czekając na odpowiedź, zaryglował drzwi i przekręcił kluczyk w zamku.

– To, co już raz się wydarzyło. – Tata zachwiał się w drodze do drzwi kuchennych i położył dłoń na futrynie, żeby odzyskać równowagę. Sam podbiegła, żeby mu pomóc, wsunęła się pod jego wolne ramię. Tata popatrzył mi w oczy. – Wild, nie możemy go puścić. Zabiją go. Thomas był najlepszym uczniem na roku. Jeśli on nie dał rady, Billy nie ma szans.

– Ja? – Billy wskazał siebie palcem. – Co ja zrobiłem? Przysięgam, że to nie ja!

– Ktoś tu ma coś na sumieniu – mruknęła Sam. Brat popatrzył na nią krzywo.

– Stop. – Uniosłam rękę. – Poczekajcie. Nigdzie Billy’ego nie zabiorą. Sam, Billy, idźcie spać.

Billy pokręcił głową.

– Skoro chodzi o mnie, mam prawo…

Uciszyłam go spojrzeniem.

– Nie chodzi o ciebie. Chodzi o mnie. Ruszże się. Sam, ty też. Do łóżek. Porozmawiamy o tym rano. – Zawahali się, bo wiedzieli tak samo dobrze jak ja, że w tym domu nie prowadzi się poważnych rozmów – a ja pokazałam na schody. – No, już. Dajcie mi pogadać chwilę z tatą. Wymyślimy coś.

Zaczęli protestować, ale wystarczyło jedno słowo ojca, żeby ruszyli karnie na górę. Poczekałam na odgłos zatrzaskiwanych drzwi i chwyciłam drugą kopertę, żeby ją szybko rozerwać. W środku był plik papierów. Pięć symboli w niemożliwie wyrazistych kolorach, którymi ozdobiony był wierzch, odpowiadało bibelotom z pierwszej przesyłki. Przejrzałam szybko tekst, a tata w tym czasie zaczął mi opowiadać, podając część tych samych informacji.

– To szkoła dla wyjątkowych ludzi – zaczął, delikatnie sepleniąc. Wyciągnął rękę po krzesło. Chwyciłam jego dłoń, wciąż czując drzemiącą w nim siłę, choć niewielką. Pomogłam mu usiąść, podtrzymując go jedną ręką. Przeniosłam wzrok na dodatkowe przedmioty schowane w kopercie, a tata ciągnął: – Tylko najbardziej uprzywilejowani mogą do niej uczęszczać, Wild. I nie chodzi o pieniądze, lecz talent. Talent magiczny.

Wpatrywałam się w niego jak sroka w gnat, absolutnie zbita z tropu.

– Co proszę?

Jednak on jakby mnie nie słyszał.

– Też otrzymałem takie zaproszenie, jak wszyscy inni w mojej rodzinie, jednak… – Spuścił głowę. – Nie miałem tego talentu. Byłem zerem, magicznym nikim… Powinienem był mieć w sobie coś więcej, ale nie miałem.

– Magiczny… nikt – powtórzyłam. Wróciliśmy do słów, które nie miały najmniejszego sensu.

– Za to twoja matka… Ona była wyjątkowa – wypalił. – Taka utalentowana. Taka piękna jak ty, z tymi długimi ciemnymi włosami i oczami w kolorze bursztynowego złota. Każdy się za nią oglądał. Oczywiście była też najlepsza na roku, tak samo jak Thomas. Nie mogłem iść do akademii razem z nią, nie przeszedłem prób, ale trzymałem się blisko, żeby ją wspierać. Pracowałem na terenie szkoły. – Uniósł ręce. – Niewiele o tym opowiadała, jednak ostatecznie odeszła z powodu jakiejś rodzinnej klątwy. Poprzysięgła opuścić magiczny świat i tego samego chciała dla swoich dzieci. – Pokręcił głową. – I tak powinno być. Thomas powinien był tak zrobić. Ale puściłem go. To moja wina…

 

Tata zaczynał niewyraźnie mówić, a ja zastanawiałam się, ile bimbru już wypił. Mimo to było jasne, że wierzył w to, co mi opowiadał. Dla niego ta fantastyczna historia była prawdziwa. A przynajmniej teraz, gdy na jego myśli miał wpływ alkohol.

– Chciał tam iść – powiedziałam, próbując zebrać wszystkie jego słowa, nasycić się nimi i jakoś wyodrębnić z nich sens. Położyłam dłoń na jego chudym ramieniu. – Pewnie próbowałby udać się do akademii mimo twojego sprzeciwu. Uznałby to za właściwe. Te wszystkie pieniądze i dobre wykształcenie, po którym miałby szansę na dobrą pracę… Nie powstrzymałbyś go. Żadne z nas by nie dało rady, nawet gdybyśmy wiedzieli o wszystkim.

Do głowy przyszła mi kapryśna myśl, że może Rory’emu by się udało. Tommy’emu zdarzało się prosić go o radę i zawsze brał ją sobie do serca.

Tata westchnął i potarł dłonią kark.

– Chyba masz rację. – Urwał na chwilę i pokręcił głową. – Myślałem, że on i syn sąsiadów będą na siebie nawzajem uważać, tak jak to robili za dzieciaka.

Raz jeszcze po jego słowach poczułam się tak, jakbym dostała cios w splot słoneczny.

– Czekaj, masz na myśli Rory’ego?

Tata się zachwiał.

– Kiedyś naprawdę dobrze nam się spędzało czas z Pam Wilson. Znały się jak łyse konie z twoją matką. Przez jakiś czas uczyły się razem, ale potem twoja mama umarła i cóż, ta stara łajza, jej mąż, zaczęła nieźle dawać w palnik. Zawsze sprawiał kłopoty. Mówiłem, żeby od niego odeszła, że pomogę jej jakoś, ale co mogłem zrobić? No i była jeszcze Emelia. Ona też przyjaźniła się z twoją matką…

– Tato. – Pochyliłam się i znowu dotknęłam jego ramienia, żeby odciągnąć jego myśli od przeszłości. Pamiętałam mamę Rory’ego i moją, jak śmiały się przy szklaneczkach sherry nad kuchennym stołem, ale to było dawno temu, gdy mama była jeszcze młoda i pełna życia, a ojciec nie cierpiał z powodu swojej choroby. – Co z Rorym? On też poszedł do tej szkoły?

– Tamten sukinsyn rozciął mi wargę, pamiętasz? – Tata przeciągnął dłonią po twarzy. – Szybszego go w życiu nie widziałem.

Miał na myśli Bucka, ojca Rory’ego. Buck nie potrzebował szczególnego powodu, żeby wyprowadzić cios. Skoro jednak pytałam o syna Bucka, nie Bucka, tata najwyraźniej trochę pogubił się na osi czasu i mylili mu się ludzie. Nie było teraz sensu wszystkiego wyjaśniać. Dostałam kilka pocztówek od Rory’ego z Nevady, która była po drugiej stronie kraju w stosunku do szkoły Tommy’ego. Poza tym Rory nigdy mnie jeszcze nie okłamał. To jedno sobie przyrzekliśmy – że zawsze będziemy twardo trzymać się prawdy.

Opadłam ciężko na krzesło naprzeciwko taty, puszczając jego ramię. W jego słowach pobrzmiewała szczerość, ale i alkohol. Nie dało się rozróżnić rzeczywistości i wyobrażeń. Nie kiedy tata odpływał na wodach bimbru.

– To jest kontrakt, prawda? – Przejrzałam kilka stron z pliku i szybko poznałam odpowiedź. Końcowa sekcja wszystko bezceremonialnie wyjaśniała.

Jeśli Billy pojawi się na próbach, będzie mógł zatrzymać pieniądze z pierwszej koperty, a jeśli zdobędzie miejsce w akademii, może złożyć podanie o wsparcie finansowe. Wszyscy byliśmy zobowiązani do zachowania tajemnicy, a w razie niedotrzymania zasad poufności groziła nam śmierć. Na samym końcu, niemal jak post scriptum, dopisano jeszcze: „Jeśli KANDYDAT nie stawi się na Próbach śmierci, umowę uznaje się za zerwaną, a w konsekwencji rodzina KANDYDATA zostanie zgładzona”.

– To przecież nie ma sensu – powiedziałam cicho, czytając ponownie. – Na samej górze napisali, że „jeśli” Billy pojawi się na próbach. Ale na dole już widać, że przecież nie ma wyboru.

Rzuciłam kontraktem, kartki zawirowały w powietrzu.

– Ta umowa jest nielegalna. Nie ma najmniejszych szans w sądzie. To mi wygląda na pieprzoną mafię, a nie szkołę dla… uprzywilejowanych. – Pokręciłam głową. – Billy nigdzie nie jedzie. Nie mogą go zmusić. Chłopak nawet nie jest jeszcze dorosły, rany boskie. Jutro zadzwonię na policję i zgłoszę nękanie. Oddam pieniądze na komisariacie. – Ze złości zaczęłam wymachiwać ręką. – Jeszcze się zdziwią, jeśli myślą, że mogą nam zagrozić, a my potulnie spełnimy ich żądania.

Ojciec złożył dłonie, patrząc na kopertę wzrokiem pełnym napięcia i niepokoju.

– Próbowałem dzwonić na policję po śmierci twojego brata. Chciałem, żeby ktoś przeprowadził prawdziwe śledztwo. – Przełknął głośno ślinę. – To było głupie. Ci ludzie, magiczni ludzie, mają własne prawa. Własne zasady. Nie stosują się do przepisów, które znamy, Wild, i nie muszą. Zawarli porozumienie z pewnymi bardzo wpływowymi ludźmi. Minęło wiele lat, odkąd przestałem być częścią tamtego świata, ale nic się w nim nie zmieniło.

Znowu to słowo. Magiczni. Wypowiedziane z zupełną powagą, jakby wcale nie pochodziło z bajki wymyślonej przez kogoś z bujną wyobraźnią.

Nie potrafiłam się w tej chwili na tym skupić. Przetarłam twarz dłonią.

– Czyli co właściwie chcesz powiedzieć? Jakie mamy opcje?

– Nie wiem. Może powinniśmy uciekać. Zabrać pieniądze i spróbować znaleźć kogoś, kto nas ukryje.

Tata twierdził, że ci ludzie – z tej szkoły dla… utalentowanych – naprawdę byliby w stanie nas zabić, żeby dostać to, czego chcieli. A w tej chwili chcieli Billy’ego.

Mojego braciszka z dołeczkami w policzkach i niesfornymi włosami. Chłopca, którego w dzieciństwie często kołysałam do snu, kiedy mama była zbyt zajęta. Nie byłam od niego wiele starsza, ale… czułam, że muszę go chronić. Podobnie jak Sam.

Podupadłam na duchu. Nigdy wcześniej nie czułam się taka stara i taka samotna, pierwszy raz od bardzo długiego czasu rozpaczliwie tęskniłam za matką. Chciałam oprzeć głowę na jej ramieniu i wciągnąć woń talku i lilii; nikt nie pachniał tak jak ona. Chciałam poczuć, jak mnie obejmuje, ze świadomością, że w taki czy inny sposób wszystko naprawi.

Gdzieś z odległego wspomnienia, a jednak jakby tuż przy moim uchu, przemówiła: „Ryzykuj tak, jak nikt inny nie jest gotowy zaryzykować. Jesteś do tego stworzona, kochanie”.

Zaraz usłyszałam jeszcze głos taty:

– Sądziłem, że ty będziesz następna. Martwiłem się, że będę musiał przywiązać cię do krzesła, żebyś nie odeszła. Masz mniej oleju w głowie niż Thomas pod tym względem. Ale Billy? – Podniósł na mnie wzrok, jego twarz wydawała się pozbawiona życia i czaru, jakim emanował na zdjęciach stojących nad kominkiem. – Billy to jeszcze chłopiec. Nie ma instynktu przetrwania, który jest tam niezbędny. Nie nadaje się.

– Mówiłam już, tato, że Billy nigdzie nie pojedzie. – Wiedziałam już, co muszę zrobić. Plan szybko kształtował się w mojej głowie. Dałabym radę. W pewnym sensie miałam za sobą lata przygotowań.

„Moja ty dzika dziewczyno. Pędź za wiatrem, jak zawsze to robisz” – mawiała moja mama. „Wiatr i Wild idą w parze, ręka w rękę”.

Pod wpływem emocji w oczach zakręciły mi się łzy. Szybko je zdusiłam, zanim zdążyły spłynąć.

– A przywiązanie mnie do krzesła nic nie da. Skoro oczekują, że dołączy do nich chłopak, muszę obciąć włosy i założyć stanik sportowy. Zamiast Billy’ego dostaną wilka w owczej skórze. Zobaczymy, jak im się to spodoba.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?