Akademia Mrocznych Zaklęć. Próby śmierciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Shadowspell Academy: The Culling Trials Book #1

Copyright © 2019 by K.F. Breene & Shannon Mayer

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Martyna Wilner

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66657-30-4

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca, i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorek. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Rozdział 1

– Niech to szlag, Wild, trzymaj ją, bo cały będę we krwi!

– Łatwo… powiedzieć… staruszku. – Z wysiłkiem przytrzymywałam naszego Kwiatuszka, ważącą prawie siedemdziesiąt kilogramów krowę rasy długorogiej, próbując obrócić jej głowę i spojrzeć na tatę, który właśnie zaszywał wielką dziurę w jej boku. Kwiatuszek wpadła na Baczka, naszego ogromnego byka, któremu imię niestety nadała moja siostra, gdy była młodsza. Baczek słynął z szorstkiego podejścia do kobiet. Pewnie wkurzało go to imię. – Ona ma naprawdę… naprawdę… – Zacisnęłam palce wokół gładkiego rogu i zaklęłam pod nosem, gdy się ześlizgnęły. – Zły humor!

Prawie nie słyszałam jego śmiechu.

Zacisnęłam zęby i zaparłam się piętami o miękką ziemię, dla przeciwwagi opierając się mocno plecami o metalową ściankę naszego prowizorycznego poskromu. Cała konstrukcja trzęsła się i skrzypiała. Kwiatuszek tupnęła nogą ze zniecierpliwienia albo bólu i błoto trysnęło mi w twarz. Kleks śmierdzącego paskudztwa spłynął mi kącikiem do ust, zanim zdążyłam je zamknąć. Zdusiłam odruch wymiotny i tylko splunęłam, starając się nie poczuć smaku tego, co wylądowało na moim języku.

Chociaż uwielbiałam życie dziewczyny z farmy, w takich chwilach żałowałam, że nie mieszkam w mieście. Houston. Dallas. Wszędzie w granicach Teksasu, byle nie w tej dziurze, z której było pół kilometra do najbliższego sąsiada i trochę ponad osiem do niewielkiego miasteczka. Moment zwątpienia przeminął, a ja zaraz znowu splunęłam, usuwając resztki paskudztwa z ust.

Oby to było błoto…

Wyciągnęłam szyję, żeby spojrzeć na tatę.

– Johnson, dajesz radę?! – zawołałam.

Jego słabnące ciało z każdym rokiem coraz gorzej znosiło ciężką pracę, co stanowiło w naszej rodzinie tajemnicę poliszynela. Niepełnosprawność dopadła go o wiele za wcześnie i nie był już w stanie zejść z drogi wkurzonej krowie tak zręcznie jak kiedyś. Tata nie miał jeszcze pięćdziesiątki, a jednak poruszał się, jakby przekroczył setkę. Mimo wszystko kiedy przychodziło do szycia ran u zwierząt, ręce miał sprawne jak nikt inny… Zakładając oczywiście, że byłam w stanie utrzymać wielki krowi tyłek w naszym gównianym poskromie, z czym w tej chwili raczej nie radziłam sobie śpiewająco.

– Jasne! – odkrzyknął z napięciem w głosie. – Tylko wolno idzie. Nasz Kwiatuszek ma grubą skórę, wiesz.

Krowa się szarpnęła, ciągnąc moje stopy po błocie. Stęknęłam i z wysiłkiem przyciągnęłam ją z powrotem. Przytrzymałam. Metalowa konstrukcja zaskrzypiała i najbliższy spaw zaczął się rozchodzić. Gdyby całkiem puścił, musielibyśmy siłować się z Kwiatuszkiem na zupełnie innej arenie.

– No już, tłusta krowo, przestań się tak rzucać! – wypaliłam, sfrustrowana jak dzięcioł na metalowym słupie.

Zwierzę zamuczało i raz jeszcze szarpnęło głową ku tacie. Uderzyłam kolanem w metalową ściankę i wrzasnęłam, ledwo utrzymując chwyt. Kwiatuszek szybko zmieniła biegi, waląc barkiem w panel i wykorzystując oparcie dla lepszego nacisku. Rany boskie, nie mam szans z mądrymi krowami. Drugi koniec blachy oderwał się i uderzył ojca, przewracając go.

Tata krzyknął, a potem rozległ się charakterystyczny dźwięk, towarzyszący ciału lądującemu w błocie.

Na pewno liczył, że to było błoto.

– Tylko nie mów, że złamałeś sobie kark! – zawołałam, dysząc ciężko i starając się okiełznać nagły przypływ paniki. Kolano boleśnie pulsowało, ale prawie go nie czułam, taka byłam przejęta. – Tato?

Odpowiedział dopiero po chwili, a mi te pięć sekund ciągnęło się niemiłosiernie.

– Nic mi nie jest – rzucił, trochę jęcząc, trochę się śmiejąc, a ja wypuściłam powietrze, chociaż wcześniej nawet nie zauważyłam, że je wstrzymuję. Znad barku krowy powoli znowu wyłoniła się czapka i ciemne włosy. – Tego się nie spodziewałem. Musimy kiedyś zrobić porządny poskrom. Może taki z mechaniczną blokadą łba.

– Na pewno. Tylko trzeba zacząć grać na loterii.

– Ciągle ci powtarzam, żebyś kupiła los. Z twoim szczęściem wszystkie nasze problemy od razu się skończą.

Roześmiałam się i znowu pociągnęłam Kwiatuszka za róg, poprawiając chwyt. Gdyby to była prawda, wysupłałabym trochę grosza i jutro z samego rana poszła do miasta, żeby kupić całą stertę losów. Niestety to mojemu starszemu bratu, Tommy’emu, zawsze dopisywało szczęście. Na niewiele mu się to zdało na koniec.

Ta zbłąkana myśl przyniosła ze sobą ciemne chmury. Żal, stary, lecz wciąż żywy, ścisnął mi żołądek jak skwaśniałe mleko. Pokręciłam głową, żeby przegonić złe wspomnienia, i wysiłkiem woli skupiłam się na obecnym zadaniu. To, co przydarzyło się Tommy’emu, należało do przeszłości. Nie miałam już na nią wpływu.

Odwróciłam głowę i przetarłam ramieniem spocone czoło. Pod koniec lata w Teksasie robi się piekielnie gorąco i parno. Deszcz z zeszłego wieczoru nie przyniósł żadnej ulgi.

– Przestań bujać w obłokach, Johnson – powiedziałam trochę zbyt poważnie. Dłonie znowu mi się ześlizgnęły, mokre od potu. – Nie utrzymam jej zbyt długo.

Można by pomyśleć, że po przedwczesnej stracie żony i najstarszego syna podejście mojego taty do życia stanie się o wiele bardziej ponure. Ale nie, to ja przejęłam ten pesymizm. Nie mogłam już nawet liczyć na wsparcie przyjaciela z dzieciństwa. Tyle dobrego, że Rory – chłopak, z którym dorastałam – wyjechał wieść lepsze życie. Wciąż miał przed sobą przyszłość, w przeciwieństwie do mamy i Tommy’ego.

Szkoda tylko, że kompletnie o mnie zapomniał.

– Już prawie skończyłem, Wild. Jeszcze tylko dwa szwy.

Oddychałam powoli, mięśnie odmawiały mi już posłuszeństwa od zbyt długiego przytrzymywania Kwiatuszka za róg.

– Ty parówo – mruknęłam do krowy. – Masz szczęście, że jedno z nas cię lubi.

Zwierzę wydało z siebie długie, niskie muczenie, przewróciło najbliższym mi okiem, a ja rozluźniłam nieco chwyt, myśląc, że się uspokaja.

To był fatalny błąd.

Gdy tylko odpuściłam, Kwiatuszek szarpnęła głową i moje palce prawie zupełnie ześlizgnęły się z rogu.

– Tato, nie mogę jej utrzymać! – Wiedziałam, że aż tak szybko działać nie może. Ścisnęłam róg opuszkami palców, cała górna część mojego ciała trzęsła się pod wpływem wysiłku. Wbiłam sobie paznokcie w skórę i aż stęknęłam z wycieńczenia. – Szybko!

Ojciec odsunął się od Kwiatuszka, skulony, ale te dwa kroki wystarczyły, żeby znalazł się poza jej zasięgiem. Puściłam, a krowa szarpnęła natychmiast głową i przecięła rogami powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowała się jego twarz.

Wycofałam się i zgięta wpół, z rękami na kolanach, wzięłam kilka głębokich wdechów. Drżały mi wszystkie mięśnie, od naramiennych aż po łydki. Rano będę cała obolała.

Na co komu siłownia, skoro można regularnie uprawiać krowie zapasy?

– Dobra robota, Wild. Dokończyłem ostatni szew. Trzymaj przez kilka dni ją i cielaka z dala od reszty stada. – Tata mówił do mnie przez ramię, wygłaszając instrukcje zbolałym głosem i kuśtykając w stronę domu.

Rozumiałam dlaczego. Gdyby zatrzymał się, żeby ze mną porozmawiać, mógłby mieć problem znowu ruszyć. Poprzednim razem musiałam zanieść go do domu, co było dla niego wyjątkowo upokarzające. Który ojciec chciałby, żeby nastoletnia córka opiekowała się nim w ten sposób? Na pewno nie taki, w którego żyłach płynęła teksańska krew.

– Jasne. – Wyprostowałam się i założyłam ręce za głowę, rozciągając się. Zatrzeszczało mi kilka razy w plecach, przeszedł mnie dreszcz. Poklepałam Kwiatuszka po głowie i podrapałam ją za uchem. – Młot z ciebie, wiesz? On tylko próbował ci pomóc.

Zamuczała i polizała mi dżinsy niczym przerośnięty szczeniak, trzymając rogi z daleka, żebym przypadkiem znowu ich nie złapała.

– Straszny młot – mruknęłam i sprawdziłam, czy tata wyszedł już z zagrody, żeby wypuścić krowę. Inaczej pobiegłaby za nim, chociaż już nic jej nie robił. Tata był tutaj praktycznie weterynarzem, a Kwiatuszek nie przepadała za chodzeniem do doktora.

Patrzyłam, jak ojciec wychodzi główną bramą i zamyka ją za sobą. Nigdy nie wyjaśnił, co dokładnie mu dolegało, po prostu nazywał to Swoją Chorobą, jakby to cokolwiek mówiło. I chyba jednak coś mówiło, przynajmniej mojej matce, kiedy jeszcze żyła. Jednak dzieciom nigdy nic nie tłumaczyli, a kiedy zadawaliśmy pytania, dostawaliśmy burę albo po prostu tata wzruszał ramionami i odchodził. Nie spodziewaliśmy się, że będzie żył dłużej od mamy. Czasami jednak życie postanawia kopnąć cię w dupsko. Nasza rodzina otrzymała więcej takich kopnięć niż inne.

 

Przygryzłam wargę i popatrzyłam na nasze ranczo. Optymizm taty nie mógł zmienić faktu, że rachunków przybywało, a dochody systematycznie malały – tylko pieniądze tak mają. Może faktycznie czas zagrać na loterii. Na pewno by nam to nie zaszkodziło, a oszczędzenie tych kilku dolców tygodniowo i tak nie wyprowadzi nas z długów.

Westchnęłam i otworzyłam bramkę prowizorycznego poskromu, wypuszczając Kwiatuszka.

– Proszę, młotku – mruknęłam, klepiąc po biodrze krowę, gdy mnie mijała.

Zwierzę zamuczało cicho na swoje półroczne cielę, które na czas naszych wysiłków schowało się w kącie zagrody. Zaraz przybiegło do matki i zaczęło się o nią ocierać, a ta lizała je po głowie.

Odpięłam dwie blachy i podniosłam je, opierając o ramię, a potem ostrożnie przeszłam na bok zagrody, żeby dorzucić je do sterty pozostałych.

– Marnowanie życia.

Aż podskoczyłam, słysząc obcy głos, i powoli się odwróciłam. O płot stał oparty rosły mężczyzna ostrzyżony po żołniersku, z awiatorami na nosie. Nie słyszałam wcześniej chrzęstu opon na żwirze.

Wystarczyło się szybko rozejrzeć i odpowiedź nadeszła sama – nieznajomy nie miał samochodu. A przynajmniej nie zostawił go nigdzie w zasięgu mojego wzroku.

Zmarszczyłam brwi. Rzadko pojawiali się tutaj obcy, a jeszcze rzadziej przychodzili pieszo, zwłaszcza tacy bez świętej księgi w dłoniach.

Grając na czas, poszłam po kolejną blachę, jednocześnie obrzucając mężczyznę taksującym spojrzeniem. Miał metr siedemdziesiąt dwa, może ciut więcej, był trochę niższy ode mnie, ale swoje szczupłe ciało ustawił w takiej pozycji, że nie dało się nie zauważyć drzemiącej w nim siły. Przywodził na myśl kuguary, które od czasu do czasu pojawiały się na terenie farmy. Nawet jeśli akurat się nie poruszały, wydawało się, jakby mogły w ułamku sekundy dopaść człowieka. Na kanciastej szczęce nieznajomego widać było tylko baczki, resztę zarostu zgolił.

Chociaż ubrania miał ciemne i nierzucające się w oczy, na ramieniu zauważyłam naszywkę z jakimś symbolem składającym się z czerwonych linii. Z daleka nie rozróżniałam szczegółów, jednak i tak z ciemności wyłoniło się wspomnienie. Naszywka na jednej ze starych kurtek mamy.

Sieć Wyrdu.

– Dziecko – rzucił nieznajomy; zdecydowanie nie należał do cierpliwych osób.

– Mam osiemnaście lat, panie szanowny – powiedziałam, po czym rzuciłam blachę. Metal zadzwonił, dając mi chwilę na odwrócenie się. – Żadne ze mnie dziecko. Ale jak powiesz do mnie „panienko”, to pożałujesz.

Przyglądał mi się z oddali, a jego napastliwe spojrzenie sprawiało, że omal nie zrobiłam kroku w tył. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, całe ciało ostrzegało mnie przed niebezpieczeństwem.

– Czyli już ruina – skomentował. Nasze wersje kompromisu niekoniecznie się zgrywały, ale nie miałam czasu odpyskować. – Gdzie chłopak?

– Dysponujemy bogatym zasobem słownictwa, co? – Postąpiłam dwa swobodne kroki, pozując na rozluźnioną i spokojną, i oparłam się łokciem o płot. Nie ufałam emanującej z niego wściekłej energii, którą czułam nawet z tej odległości. Z daleka pachniał mi drapieżnikiem, wystarczy okazać słabość, żeby stać się ofiarą. Nie znałam się za bardzo na ludziach, ale o zwierzętach wiedziałam sporo – do kogoś takiego nie należało odwracać się plecami.

– Chłopak został wezwany – powiedział mężczyzna. – Muszę z nim porozmawiać.

– Nie ma opcji. Nie wrócił jeszcze ze szkoły. – Spojrzałam na zegarek. – Właśnie ładuje się do autobusu. Ale nie zadzierałabym z kierowczynią, panią Everdeen. Nie pozwalają jej palić w trakcie wożenia dzieciaków i przez to robi się zrzędliwa, cała aż się jeży. Można się pokłuć.

Nieznajomy wyciągnął usta w krzywym uśmiechu i nieznacznie pokręcił głową.

– Wielka szkoda, że wykluczyli cię ze szkoły. Masz w sobie naturalny talent.

Zrobił krok w tył i wbrew sobie zmarszczyłam czoło, zbita z tropu. Nie stać mnie było na college, ale co go to obchodziło? Czy to miał na myśli, mówiąc o marnowaniu życia? Bo kiedy jest się spłukanym, a rodzina bez ciebie nie przetrwa, pozostanie na farmie to nie fanaberia, tylko konieczność.

– Dopilnuj, żeby chłopak dostał kopertę – powiedział nieznajomy i ruszył w stronę długiego podjazdu. – Przyjdę później, żeby porozmawiać o szczegółach.

– Porozmawiać to powinieneś z barberem o tych baczkach – wymamrotałam pod nosem, obserwując obcego maszerującego w milczeniu wzdłuż płotu.

Mrugnęłam i przeniosłam wzrok na farmę. Poczułam ukłucie żalu na myśl o college’u. Wszystkie dzieciaki rozmyślają o tym, kim zostaną, gdy dorosną, a ja nie byłam wyjątkiem. Nigdy nie zakładałam, że średnie oceny i tendencja do pyskowania przeszkodzą mi polecieć w kosmos, zostać weterynarką lub – bo miałam takie plany w pewnym dołującym momencie życia – przedsiębiorczynią pogrzebową. I nie myliłam się – to nie oceny mnie powstrzymały. Sprawę załatwiło moje poczucie obowiązku.

No i jeszcze poważny problem z funduszami.

Pewnie powinnam była więcej się uczyć i mniej pyskować. Może wtedy dostałabym stypendium, tak jak Tommy. Jego szansa na lepsze życie okazała się wyrokiem śmierci. Nie, lepiej mi było na farmie. Przynajmniej wiedziałam dokładnie, co mi tutaj grozi.

Wspomnienie słów nieznajomego – coś o kopercie, którą zapomniał mi wręczyć – uruchomiło pewne skojarzenia. Oblał mnie zimny pot i odwróciłam się w stronę mężczyzny, żeby zadać mu pytanie, jednak… nie było już po nim śladu.

Zniknął.

– Bez jaj – rzuciłam cicho, robiąc kilka kroków w kierunku podjazdu i majaczącej w oddali drogi. Ziemia była płaska i pusta, więc wciąż powinnam mieć go w zasięgu wzroku. Nawet gdyby zaczął biec, nie mógł zniknąć tak szybko, a poza tym usłyszałabym jego kroki, gdyby nagle rzucił się w sprint po żwirze. A jednak… ani śladu.

Przeszedł mnie dziwny dreszcz, budząc niepokój. W tym człowieku kryło się coś niebezpiecznego. Coś było z nim nie tak. Czułam to w kościach.

Rozdział 2

Godzinę później, po dokończeniu ostatnich obowiązków na zewnątrz, stanęłam w kuchni naszego zniszczonego, podżeranego przez termity, stuletniego domu. Spojrzałam na popękany, poplamiony stół i serce zaczęło mi walić jak młot, myśli krążyły niespokojnie. Sterta rzeczy, którymi zazwyczaj był zasłany, zniknęła nie wiadomo gdzie. Ktoś uporządkował kuchenny blat, wszystko zostało pochowane, a może wyrzucone do śmietnika. Prawie puste pojemniki z mąką i cukrem stały w równym szeregu.

Nie było mowy, żeby zrobił to ojciec, nie po tych bęckach, które zebrał od mućki. Bliźnięta, o ile w ogóle były w domu, palcem by nie kiwnęły.

Na samym środku stołu leżała gruba szara koperta, a jej widok przywołał jedno z ostatnich wspomnień związanych z moim bratem.

– Nie uwierzycie, co właśnie dostałem! – Tommy położył grubą szarą kopertę na czystym stole w kuchni, jakby w środku znajdowała się sztabka złota. Zrobił krok w tył i wyrzucił pięść w powietrze. – Podszedł do mnie jakiś facet i powiedział, że to specjalna przesyłka. Jeszcze nie należy do mnie, ale tato… – uśmiechał się jak wariat – wszystkie nasze modlitwy zostały wysłuchane. Właśnie na to czekaliśmy.

– Na co? – Przysunęłam się, uśmiech Tommy’ego był zaraźliwy. – Co to jest?

– To… – Pokręcił głową i wyciągnął rękę, żeby ostrożnie dotknąć koperty. Był wyraźnie pod wpływem emocji i nie potrafił niczego z siebie wydusić.

– No co? – Zaśmiałam się i stanęłam obok niego, podekscytowana.

– Zaproszenie na rekrutację – powiedział cicho tata. – Do szkoły.

Słowa taty miały dziwny ciężar, splatały się w nich ciasno nitki strachu i nadziei.

– Do szkoły? – zapytałam. – Ale… Myślałam, że nas nie stać na college?

– Właśnie w tym rzecz, Wild. – Mój brat był cały rozpromieniony. – W środku są…

– Nie. – Ojciec wstał i zabrał kopertę ze stołu. Zamknął ją starannie. – Nie, Thomasie. Nie możesz rozmawiać o zawartości przesyłki z nikim innym prócz mnie. Twoja matka… – Ojciec zacisnął szczęki z uporem znanym mi z czasów, gdy mama jeszcze żyła. Rzadko jej czegoś odmawiał, jednak czasami, gdy próbowała coś na nim wymusić, zapierał się jak najbardziej nieugięte krowy na pastwisku. Zaczęłam się zastanawiać, co takiego znajdowało się w kopercie, że zareagował w ten sposób.

– Omówimy to tylko we dwóch, Thomasie – powiedział i się odwrócił. – Zobaczymy, co tam napisali. Nie chciałbym rezygnować z szansy ze względu na stare przesądy.

Thomas wzruszył ramionami, patrząc na mnie. Wydawał się tak samo zbity z tropu, ale jego oczy błyszczały z przejęcia, gdy wyszedł za tatą z kuchni.

Trzy lata później patrzyłam na identyczną szarą kopertę i zżerała mnie ciekawość. Podobnie jak wtedy, nie było na niej żadnego adresu, żadnego nazwiska, żadnego „nie otwierać”, ale ja wiedziałam swoje. Koperta była przeznaczona dla mojego młodszego brata, Billy’ego. Nieznajomy nie pytał o niego po imieniu, ale wspominał o chłopaku. Poza tym nawet gdyby tego nie zrobił, i tak bym wiedziała, tak jak wiedziałam, że ojciec pozwoli Tommy’emu wyjechać do tamtego prestiżowego college’u.

Nadawca obu przesyłek próbował zwerbować wszystkich chłopców z tej rodziny, jednego po drugim.

Tym razem jednak mogłam go powstrzymać.

– Tato?! – zawołałam, wciąż gapiąc się na kopertę, jak na szerszenia, który utknął ze mną w wychodku.

– Tu jestem, Wild – odpowiedział z salonu, niezbyt głośno, bo i tak było go wszędzie słychać w tym małym domu. – Robię sobie chwilkę przerwy.

– Zauważyłeś, żeby ktoś wchodził? – zapytałam; ręce mi się trzęsły.

– Masz na myśli bliźnięta? – Zawahał się. – Czy to jeszcze nie za wcześnie na ich powrót ze szkoły?

Pokręciłam głową, dręczyła mnie frustracja. Najpierw jakiś obcy człowiek pojawił się niepostrzeżenie, potem zniknął bez śladu na podjeździe, a teraz to? Dlaczego posprzątał moją kuchnię i jakim cudem zrobił to tak cicho, że tata niczego nie usłyszał?

– Tato, potrzebujesz czegoś? – zapytałam głośniej, niż to było konieczne.

– Nie, Wild, niczego. Jeszcze chwilkę sobie posiedzę, chyba że trzeba ci w czymś pomóc.

Ta chwilka przeciągnie się do kilku dni, jeśli będzie trzymał się swojego typowego schematu odpoczynku. Staruszek był zbyt dumny, żeby przyznać to wprost.

– Nie trzeba, tato.

Zabrałam kopertę ze stołu i sięgnęłam po nóż przy pasku. Niewiele wiedziałam na temat tej całej szkoły. Mój brat przeszedł proces rekrutacji – cokolwiek kryło się pod tym enigmatycznym określeniem – i został przyjęty do akademii. Ojciec w jednej chwili wydawał się tym podekscytowany, a w następnej dopadły go dziwne wyrzuty sumienia.

Tommy świetnie sobie radził przez pierwszy rok i wskoczył do czołówki najlepszych uczniów (jak zawsze). Podobno miał to, czego brakowało mojemu ojcu – tata wybełkotał to pewnego wieczoru po wypiciu kilku szklanek szkockiej. Wszystko szło świetnie… dopóki, bez żadnego ostrzeżenia, nasze życie nie zostało wywrócone do góry nogami.

Na progu domu znaleźliśmy wiadomość, że Tommy zmarł w wyniku wypadku. Szczegóły zostały utajnione, chociaż nikt nie zadał sobie trudu wytłumaczenia nam, skąd ta tajemniczość. Kiedy tata zaczął naciskać, napotkał ścianę. Zignorowano go jak obcego człowieka. Nawet nie odesłali ciała Tommy’ego. Pewnie, dostaliśmy sosnową skrzynię, lecz pustą. Z jakiegoś powodu ojciec nie protestował. Kiedy próbowałam go przekonać, uciął rozmowę w podobny sposób jak wtedy, gdy pytałam o Jego Chorobę. Temat nie podlegał dyskusjom. Koniec historii.

Na pogrzebie nie pojawił się nikt ze szkoły. Nikt nie złożył nam kondolencji. A niech to, nawet Rory, wieloletni przyjaciel rodziny – prawie brat, tak byliśmy zżyci – nie pofatygował się z college’u. Kto wie, może nawet nie miał o niczym pojęcia. W końcu jedyny adres, jaki znałam, to ten z pocztówki, którą mi wysłał. Zostaliśmy sami z naszym żalem, bezradni, nie znając okoliczności śmierci Tommy’ego.

Po pogrzebie tata już nigdy więcej nie wspominał akademii. Cały czas liczył na odmianę losu, jakby ktoś miał nagle przybyć i nas uratować. Jakby z tego jego bujania w obłokach mogło coś wyniknąć. Dlatego przez ostatnie dwa lata to na moich barkach spoczywał ciężar utraty Tommy’ego.

 

I oto wszystko miało się powtórzyć. Znowu pojawiła się ta przeklęta koperta. Tym razem groźba śmierci zawisła nad Billym.

Dotyk wyślizganej już rękojeści mojego noża, wykonanej z bydlęcego rogu, działał na mnie kojąco. Rodzice zrobili go dla mnie wiele lat temu, kiedy dopiero zaczynałam pomagać im w pracy na farmie. Kiedy moja rodzina była jeszcze cała i szczęśliwa.

Zanim miały miejsce dziwne wypadki – takie jak ten, który odebrał mi matkę – i zanim pojawiły się widmowe szkoły, które nie informowały o szczegółach, gdy ginął ich uczeń. Zanim życie zmieniło się na gorsze.

Wsunęłam błyszczące ostrze w szparę i przeciągnęłam wzdłuż górnej części koperty, rozcinając gładko papier.

Wzięłam głęboki wdech i ściskając w dłoni nóż na wypadek, gdyby ze środka miało wypaść coś paskudnego, złapałam za róg i wytrząsnęłam zawartość na wytarty drewniany blat. Po stole potoczyły się metalowe przedmioty, a po nich pojawiła się kolejna, srebrna koperta oraz błyszczący, nowiutki smart watch. Na sam koniec z cichym łupnięciem wylądował na stole gruby zwitek banknotów. Nominał tego na samej górze sprawił, że otworzyłam szeroko oczy. Szybko sprawdziłam resztę i aż zaparło mi dech w piersi.

Studolarowe banknoty. Każdy jeden był studolarowy.

Nic dziwnego, że mój brat prawie posikał się z emocji, kiedy dostał swoją kopertę.

Skrzywiłam się zniesmaczona.

Zamierzali w identyczny sposób przekupić mojego młodszego brata. Zwabić go i uśmiercić, tak samo jak Tommy’ego.

Wybijcie to sobie z tych zakutych łbów.

Niechciane wspomnienia wypełniły mój umysł. Jeden wypad do Costco zapełnił nasze szafki, spiżarnię i magazyn zapasami, które wystarczyły na rok. Ubrania, które według mojego brata Rory pomógł mu ukraść z dużego sklepu w Dallas. Pamiętałam też tatę mamroczącego pod nosem coś o darowanym koniu i pełnym stypendium; dręczyły go wyrzuty sumienia, lecz równocześnie promieniał z dumy.

Nie do końca rozumiałam wypływające falowo z ojca sprzeczne emocje. Miałam piętnaście lat i życie nie dało mi jeszcze popalić. Bliźnięta były dość duże, żeby cieszyć się szczęściem rodziny, ale niewiele z tego rozumiały.

I wreszcie ostatnie wspomnienie przebiło się do świadomości, gdy stałam nad zwitkiem, w którym było więcej pieniędzy, niż widziałam przez całe życie.

Siedzieliśmy z Tommym i Rorym pod wierzbą płaczącą, która rosła na końcu działki. Był gorący dzień późnego lata, bardzo podobny do dzisiejszego. Tommy następnego ranka miał wyjechać do akademii i to było nasze ostatnie pożegnanie. Rory pochylił się, żeby popatrzeć Tommy’emu prosto w oczy, i powiedział:

– Nigdy nie ufaj komuś, kto oferuje ci duże pieniądze, Tank. Tacy mają więcej hajsu niż rozumu i więcej rozumu niż skrupułów. Myśl szybko i nie śpiesz się z nawiązywaniem przyjaźni, a może nawet całkiem z nich zrezygnuj.

To była dobra rada. Rory sam pewnie się nią kierował, gdziekolwiek był.

Obmyła mnie fala znajomego smutku. Rok po wyjeździe Tommy’ego Rory ruszył na zachód, nie dbając nawet o porządne pożegnanie. Zostawił tylko liścik pod moim oknem, jak zawsze, tylko że tym razem nie napisał „spotkajmy się w sadzie jabłoniowym” albo „znalazłem paczkę fajerwerków”. Tym razem pękło mi serce.

„Spadam na Zachodnie Wybrzeże. Gonię za marzeniami. Trzymaj się, Wild”. Tylko tyle miał mi do powiedzenia, a pod spodem nagryzmolił jak zawsze swoje „R”. Nie licząc okazjonalnej pocztówki, od tamtego czasu się do mnie nie odzywał. Widać, że wyniósł się na dobre z tej pipidówy i zostawił ciężkie życie za sobą.

Westchnęłam głęboko. Przynajmniej żył. Chociaż pewności nie miałam, bo jego ojciec przecież nie powiadomiłby nas, gdyby coś się stało.

Usiadłam na krześle w kuchni, przede mną na stole leżała zawartość koperty. Oparłam się łokciami o blat i sięgnęłam po zwitek banknotów, nie mogąc się powstrzymać, żeby go nie zmierzyć. Jakieś dziesięć centymetrów.

Pomyślałam o pierwszym roku Tommy’ego w akademii. O tym, jak ten niespodziewany przypływ gotówki dał nam roczny zapas jedzenia i ubrań, a do tego fundusze na remont. Biorąc pod uwagę to, co już wiedziałam na temat finansów po kilku latach praktycznie samodzielnego prowadzenia farmy, mogłam się tylko domyślać, jakie bajońskie sumy znajdowały się w kopercie. To musiało być prawie czterdzieści tysięcy. Może nawet więcej, ale musiałabym je przeliczyć, a nie miałam na to czasu przed powrotem bliźniąt ze szkoły.

Zupełnie jakby moje myśli go przywołały, zegar nad drzwiami kuchennymi zadzwonił trzykrotnie i aż podskoczyłam. Wypuściłam powoli powietrze, starając się zapanować nad nerwami. Już trzecia? Miałam duże opóźnienie.

Próbując zignorować drżenie rąk, chwyciłam zegarek i poczułam, jak zimne powietrze przepływa od nadgarstka aż po ramię, wstrząsając mną. Wcisnęłam urządzenie z powrotem do koperty, a zaraz za nim pieniądze, żeby nie przykleiły mi się do dłoni. Gdy wszystko wylądowało już w środku, zaniosłam całość do swojego pokoju na drugim piętrze, jedynym położonym tak wysoko. Musiałam porozmawiać o całej sprawie z tatą, a to nie był dobry moment. Wolałam zaczekać do wieczora.

Obluzowana klepka pod łóżkiem kiedyś była moją ulubioną skrytką, ale bliźnięta i tata znali ją i regularnie zaglądali tam, by sprawdzić, czy przypadkiem nie skitrałam jakiejś dobrej czekolady. Obróciłam się powoli. Mój pokój nie był duży i nie miałam wielkiego wyboru.

– Szafa – powiedziałam na głos i wcisnęłam kopertę do starego plecaka. To będzie musiało na razie wystarczyć.

Dziesięć sekund później z dołu dobiegło dudnienie kroków. Potem przeniosło się na schody, obwieszczając powrót bliźniąt.

– Zwolnijcie, bo rozwalicie podłogę! – krzyknęłam z pokoju.

– Hej! – Sam wetknęła głowę do środka, jej dzikie, rude, kręcone włosy sterczały na wszystkie strony, jakby żyły własnym życiem. – Co na obiad?

Pokręciłam głową, kilka luźnych kosmyków wypadło mi z kucyka. Ruszyłam szybko do drzwi i przemknęłam obok siostry.

– Nie wiem. Miałam dużo roboty.

Na schodach spotkałam Billy’ego, który stał z uniesionymi rękami, a na jego twarzy malował się absolutny szok.

– Jak to „nie wiesz”?

– Zostawiam tę kwestię w rękach dwójki moich najdoskonalszych adeptów sztuki gotowania. – Oparłam dłoń o ścianę, żeby przecisnąć się obok niego, i przeskoczyłam ostatni stopień, który w najlepszym przypadku był niepewny. Trzeba go było naprawić, ale jakoś jeszcze się do tego nie zabrałam.

– Uczysz gotowania? – Billy zbiegł za mną i zatrzymał się w progu kuchni. – Przecież sama jesteś beznadziejna. Jak miałabyś uczyć czegoś więcej poza tym, jak nie przypalać różnych rzeczy?

– W takim razie czekam, aż moi uczniowie przegonią mistrza. Szykujcie się, barbarzyńcy, nauczmy się czegoś!

Billy otworzył szeroko oczy, gdy wreszcie to do niego dotarło.

– Mam pracę domową! – zawołał, wycofując się. – Całe mnóstwo pracy domowej. Serio, szkoła letnia to głównie praca domowa.

– Ja tak samo – stwierdziła Sam, wpadając na Billy’ego. – I sprzątanie.

– I sprzątanie! – powtórzył Billy jak papuga.

Uśmiechnęłam się szeroko, wyciągając z szafki patelnię.

– Na pewno nie chcecie mi pomóc? Możecie zaplanować całe menu. – Odwróciłam się do nich plecami, żeby nie widzieli mojej miny. Gdyby zauważyli, że jestem zdenerwowana, posypałyby się pytania. I tak już nauczyli się wyczekiwać kolejnych kłopotów. Wcale im się nie dziwiłam. Nie skończyli jeszcze szesnastu lat, a już zdążyli zaznać więcej bólu niż większość ludzi w średnim wieku. – Wyobraźcie to sobie, moglibyście zaplanować cały tydzień naprzód i wiedzielibyście, co będzie na obiad każdego dnia. Co za ulga, nie?

Billy podrapał się po głowie, jego niesforne włosy były tak wyraziście czarne, jak u Sam rude. Może i byli bliźniętami, ale bardzo się od siebie różnili.

– Chyba wolę niespodzianki.

– Ja zdecydowanie wolę niespodzianki – zgodziła się z nim Sam, znowu stając po stronie brata przeciwko mnie. – Wild, posłuchaj. Pamiętasz tamtego chłopaka…

– O nieee, tylko nie to – jęknął Billy, a ja szybko zmusiłam się do śmiechu. Innego dnia zaśmiałabym się szczerze.

Sam zmarszczyła brwi, a potem z prędkością błyskawicy pacnęła brata dłonią po głowie.

– Ja przynajmniej mogę ze swoim pogadać na żywo. Ty tę swoją Miss Gothic widziałeś tylko na ekranie monitora! Jak w ogóle idzie ten grupowy czat, dziaduniu?