Pół życiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

PROLOG. MĘŻCZYZNA, KTÓRY ZNIKNĄŁ

I. JESSICA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

II. JESSICA I VIOLA

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

III. JESSICA I JAKOB

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

EPILOG. KOBIETA, KTÓRA ZNIKNĘŁA

Przypisy

Tytuł oryginału HALVA LIV

Przekład JUSTYNA CZECHOWSKA

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja MAGDALENA TYTUŁA

Korekta ANNA SIDOREK, BEATA WÓJCIK

Projekt okładki ANDERS TIMREN

Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK

Łamanie | manufaktu-ar.com

Wnętrze Dorothy Parker (s. 5) w przekładzie Adama Pluszki

Half Lives

Copyright © Mats Strandberg 2009 by Agreement with Grand Agency, Sweden and BookLab, Poland

Copyright © for the translation by Justyna Czechowska

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

Warszawa 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65973-58-0

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 839 91 27

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WNĘTRZE

Jej umysł mieszka w cichym pokoju,

Wąskim pokoju, wysokim,

Na ścianach makatek kilka wzorów,

Lampy gaszą mrok głęboki.

Jej umysł żyje ostrożnie, cierpień

Unika, bólu, złych gestów,

I rygluje też drzwi przed jej sercem,

Zapłakanym w strugach deszczu.

Dorothy Parker

PROLOG

Mężczyzna, który zniknął

.

Czasem wydaje jej się, że go widzi. Jakiś kark w zatłoczonym metrze wygląda znajomo, podobny półprofil w ciasnocie imprezy, wtedy jej serce rozpędza się, chce ruszyć. Ale to nigdy nie jest on, lecz tylko duch przeszłości, życzenie buzujące w podświadomości. To zdarza się coraz rzadziej.

Targi książki w deszczowym Göteborgu. Wydawnictwo zarezerwowało jej pokój w tym samym budynku, w którym znajduje się hala. Przy takiej potwornej pogodzie i wypełnionym kalendarzu i tak nie miałaby szansy na zwiedzanie miasta. Szum w przestrzeni targowej był jak masywna ściana, usypiający i podniecający jednocześnie. Siedziała przy stoisku wydawnictwa, podpisując swoją pierwszą książkę, tak naprawdę to tylko zbiór felietonów z popołudniówki. Nie skończyła jeszcze trzydziestu lat, wciąż uważała się za młodą i obiecującą.

Każdego wieczora gdzieś na terenie targów odbywało się przyjęcie koktajlowe, potem szła z resztą na jakąś wydawniczą imprezę, a koło północy wszyscy trafiali do baru w hotelu Park. Kompletnie się upijała, zasypiała zbyt późno, a rano wszystko zaczynało się od nowa. Uwielbiała to.

 

W ostatni wieczór po raz pierwszy wymknęła się z targów. Jeden z jej idoli, dwukrotny laureat Nagrody Augusta, zaprosił ją na kolację. Wyznaczył miejsce: mało popularną restaurację, gdzie z pewnością nie natkną się na nikogo znajomego. Szybko się okazało, że dwukrotny laureat nagrody był naiwnym egocentrykiem i parodią samego siebie. Kiedy z poważną miną wyznał, że kobiety czytają jedynie białą serię, zrozumiała nie tylko, jak bardzo jest stary, ale również, że powinna już wyjść. Zapłaciła swój rachunek i poprosiła, żeby zniknął, zanim ona wyjdzie z toalety.

W łazience została na tyle długo, by mieć pewność, że zdążył się zabrać z restauracji.

Barman spojrzał na nią ze zrozumieniem, gdy w końcu, uchyliwszy drzwi, wyjrzała z toalety. Zanim zamówiła, sam nalał jej lampkę czerwonego wina i przesunął kieliszek w jej stronę. Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Co za idiota! – odezwała się.

Tych kilka słów stało się początkiem ich relacji.

Posmakowało jej wino, poprosiła, by zapisał na kartce jego nazwę. Jego kulfoniaste wersaliki wyglądały tak samo na liście, który napisał zaledwie pół roku później: „Wybacz mi. Nie mogę powiedzieć dlaczego. Nie szukaj mnie. Nie nienawidź mnie”.

Oczywiście znienawidziła Jakoba. I oczywiście go szukała.

Jakob nie był idealny, w sposób, który bardzo jej odpowiadał. Włosy opadały mu ciemnymi falami bez ładu. Wewnętrzne kąciki oczu skierowane były nieznacznie w dół, ukośnie ku nosowi, a tęczówki miał czarne jak węgielki. Potem się dowiedziała, że to przez samskie korzenie.

Kiedy mówił, jego mocno wypukłe jabłko Adama podskakiwało. Miał fantastyczny uśmiech, za każdym razem, gdy udało jej się go wywołać, brała to za zwycięstwo. Siedziała przy barze z drugim kieliszkiem wina, podczas gdy personel zamykał restaurację, została tam także, gdy on już liczył kasę.

To ona zaproponowała, żeby poszedł z nią do hotelu. Następnego dnia miała wracać do domu, nie chciała stracić okazji. Wzięła za pewnik, że to tylko jednorazowa przygoda.

Nie był to porywający seks, nie ten pierwszej nocy. Ale podobało jej się spanie z nim. Obejmował ją, jakby chciał wchłonąć jej ciało. A ona po raz pierwszy nie zamierzała uciec.

Przez całą jesień spotykali się u niej w domu, gdy tylko on mógł przyjechać do Sztokholmu. Rzadko wychodzili, nigdy z nikim się nie widywali. Byli całkowicie zajęci sobą, żyli jak w próżni. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że kiedykolwiek nasyci się jego ciałem, zapachem jego skóry w dołku tuż nad obojczykiem.

Był od niej o trzy lata starszy, ale dopiero zaczął studiować dziennikarstwo, a w barze pracował dorywczo, by móc się utrzymać. Dorastał w Landsån, wiosce pod Överkalix. Na zachodnie wybrzeże przeniósł się, gdy skończył dziewiętnaście lat.

Miał fobię na punkcie klaunów. Był oddanym mięsożercą, ale nie protestował, gdy serwowała wegetariańskie dania. Wierzył w Boga, ale nie w religię. Wieczorami rozwiązywał krzyżówki, z rozbawieniem śledziła jego spontaniczną mimikę, od głębokiej koncentracji po zadowolone uśmieszki.

Dotarło do niej, że go kocha. Naprawdę go kocha. Zdawało jej się, że ktoś wreszcie ją dostrzega. Tę prawdziwą Jessicę, którą zawsze chciała być, czuła, że właściwie mogłaby nią zostać. Nigdy na poważnie nie planowała swojej przyszłości z kimś, ale coraz trudniej było wytrzymać tygodnie bez jego odwiedzin. Wszystko stało się jednym długim czekaniem. Zaczął napomykać, że może postara się o miejsce na uniwersytecie w Sztokholmie.

Przyjaciele radzili jej być ostrożną, nie spieszyć się. Wmawiała sobie, że on jest zbyt wspaniały, by był prawdziwy. Trudno było się powstrzymać, najchętniej rzuciłaby się prosto w przyszłość, bo nigdy nie przeżyła nic podobnego.

Dawniej postrzegała okres zakochania, o którym wszyscy mówili z takim rozmarzeniem, jako najgorszą formę psychologicznej tortury. Nie znosiła niewiedzy i paranoidalnych spirali myśli, które ten stan wywoływał. Pragnęła jasnych przekazów, pisemnych gwarancji, wyraźnych ram od samego początku. Ale z Jakobem było inaczej. Pozwoliła sobie na euforię, śmieszność, stereotypowe zakochanie w sposób dla niej całkowicie nowy. W połowie stycznia postanowili pomieszkać razem na próbę, do wiosny. Wypowiedział swoje mieszkanie. Miał się do niej przenieść. Kochał ją.

A pięć tygodni później zniknął.

Po kilku dniach przyszedł list.

Niewiedza doprowadzała ją do szaleństwa, spędzała sen z powiek, a brak snu skutkował jeszcze większym szaleństwem. Nie miała pojęcia, jak w tej sytuacji ma się zachować, jak przeanalizować wszystkie uczucia, strach, niepewność, smutek i kompletną bezradność. A potem poroniła w dziesiątym tygodniu. W tym chaosie nie zorientowała się nawet, że jest w ciąży. Porwała list i wyrzuciła go. Nie chciała ponownie widzieć jego słów, jednak tkwiły w niej nadal, tuż pod powierzchnią.

„Wybacz mi. Nie mogę powiedzieć dlaczego. Nie szukaj mnie. Nie nienawidź mnie”.

I

Jessica

1

Jessica gapi się w srebrny blister z białymi tabletkami, jakby miał jej dać odpowiedź. Próbuje policzyć, ile tabletek zoloftu powinno jej zostać, jeśli rzeczywiście zapomniała wziąć jedną.

Nie pamięta, żeby rano wkładała pastylkę do ust, żeby poczuła chemiczny smak, a potem spłukała go szklanką wody. Z drugiej strony dlaczego miałaby zapamiętać coś tak powszedniego? To tak samo niemożliwe jak odnotowanie, czy się rano sikało, czy nie. A może nie? Czy ludzie zapamiętują takie rzeczy?

Powinna była skapitulować już kilka lat temu i kupić sobie pojemniczek z przegródkami. Nie musiałaby się zastanawiać. Ciągle. Ale coś ją drażni w myśli o tabletkach czekających w małych przegródkach.

Jessica odkłada blister leków na umywalkę. Doktor w Klinice Zofii, ten o wilgotnych oczach i suchych dłoniach, powiedział, że jeśli nie będzie pewna, czy wzięła, ma nie brać. Fakt, że jednego dnia nie weźmie tabletki, nie wpływa na samopoczucie, widocznie lek jakoś kumuluje się w organizmie, natomiast podwójna dawka może spowodować efekt uboczny przypominający dawne ataki paniki. Wierzy mu, wciąż pamięta powolny proces przyzwyczajania, kiedy nie mogła spać ani jeść, miała wrażenie, że oczy wyskoczą jej z orbit. Potrafi sobie wyobrazić, jak podwójna dawka zapala jej mózg.

Powinna zatem zignorować to teraz, po prostu nie brać żadnych tabletek w bezpiecznym przekonaniu, że to naprawdę bez znaczenia. Ale trudno jej wyjść z łazienki i zacząć szykować się na wieczór.

A może weźmie tylko pół tabletki? Pół raczej nie zaszkodzi, to taki sam skok jak przy podwyższaniu dawki na początku, a jeśli zapomniała dziś o tabletce, to pół jest lepsze niż nic.

Jessica przeklina samą siebie. Gdyby tylko potrafiła przestać myśleć o tym, że być może nie wzięła tabletki. Teraz, kiedy wie, że prawdopodobnie nie zażyła leku, logika nie ma żadnego znaczenia. Znajome mrowienie rozchodzi się pod czaszką, ma wrażenie, jakby kora mózgowa się kurczyła, a na czole i skroniach odczuwa zimne ukłucia. Wie, że to tylko wyobraźnia, ale czuje to, więc co za różnica? Jasne, być może jest hipochondryczką, ale sytuacja ją stresuje, a to właśnie stres sprawił, że kilka lat temu się rozchorowała. Najbardziej boi się tego, że strach przed chorobą sprawi, że naprawdę na nią zapadnie.

Przez pierwszy rok od zniknięcia Jakoba zaciskała zęby tak mocno, że budziła się rano z bólem szczęki. Nikomu nie powiedziała o poronieniu. Łatwiej było zanurzyć się w cudzych problemach. Dużo łatwiej. Praca nad felietonami i artykułami na temat relacji stała się jej ucieczką, ale w końcu także ona ją przerosła.

Najgorsze w dojściu do tej słynnej ściany czy raczej rzuceniu się na nią było to, że uderzenie okazało się tak silne: całkowicie zabrało jej powietrze i nie potrafiła się potem odnaleźć. Nie umiała już zaufać sobie ani swojej kontroli.

Później dużo łatwiej było dostrzec, gdzie wszystko zaczęło się rozsypywać. Był najwyższy czas.

Jessica potrząsa przecząco głową, jednocześnie patrząc na siebie w lustrze i wypowiadając listę argumentów przemawiających przeciwko temu, jakoby miała się znów rozchorować.

Wiele się o sobie dowiedziałam dzięki mojej TPB i terapeucie. Mam lepszą samoocenę. Przepracowałam wszystko, co dotyczy Jakoba, najlepiej jak się da. Pracuję dużo mniej. Nauczyłam się odmawiać, przynajmniej czasami. Pozbyłam się przeświadczenia, że zawsze muszę być idealna. Mam odwagę być sama. Uprawiam jogę, biegam, leżałam na poduszce z igieł na brudnej leżance u najczęściej polecanego specjalisty od akupunktury w Sztokholmie. Na szczęście w końcu zaczęłam jeść tabletki szczęścia. Piję mniej kawy. I jeśli mimo to, wbrew wszelkim oczekiwaniom, i tak się rozchoruję, tym razem rozpoznam znaki ostrzegawcze, pociągnę za hamulec bezpieczeństwa, zanim wypadnę z toru. Wszystko się ułoży.

Zresztą nigdy nie chorowała. Miała tylko takie wrażenie. Wrażenie, że zaraz umrze. Tak naprawdę paniczny strach, który zamknął ją w mieszkaniu, był tylko zdrową reakcją na sytuację nie do wytrzymania. Przynajmniej tak twierdzi jej terapeuta.

Dzwonek do drzwi. Jessica wkłada tabletki do szafki w łazience i zamyka ją zdecydowanym trzaśnięciem. Przecina duży pokój, kątem oka widzi, jak zdjęcia na ścianie poruszają się: Petra i Enzo (razem gdzieś na archipelagu), mama i tata (nigdy razem), babcia, dziadek i Viktor (zbyt długo ich już nie widziała). Bose stopy stąpają bezdźwięcznie po miękkiej, pobielonej podłodze, którą tak uwielbia. Mimo że tak źle się czuła w tym mieszkaniu, zawsze miała wrażenie, jakby strach nigdy nie zagościł w tych ścianach.

Otwarcie drzwi wywołuje przeciąg. Okna na północnej ścianie wychodzące na Tjärnhovsgatan są uchylone, powietrze, które przelatuje obok niej, wydaje się jasne, pachnie letnim wieczorem.

Sean, fryzjer, stoi na klatce ze spoconą twarzą. Wysunął dolną wargę, żeby zdmuchnąć kosmyk, który spadł mu na oczy. Ręce ma zajęte dwiema ciężkimi skrzynkami, dzięki ich zawartości ma ją upiększyć na dzisiejszy wieczór.

– Czy Micke denerwował się przed wyjściem?

Sean masuje jej nasadę włosów. Jessica właśnie zamknęła oczy i wtuliła się w szlafrok. Najchętniej nie myślałaby o tym wernisażu. To, że za niecałą godzinę będzie pić tanie białe wino z elitą medialną w Kulturhuset, wydaje jej się wciąż przyjemnie odległe.

Ale palce Seana opuszczają jej napięte mięśnie głowy. Włącza się suszarka i zaczyna szumieć. Ciepły wiatr owiewa jej kark, wciąż nieprzyzwyczajony do swojej nagości. Otwiera oczy, jednak zaraz ucieka wzrokiem od nieumalowanej twarzy w lustrze. Zdążyła jedynie dostrzec swoje oczy, nie chce napotkać rosnącej w nich paniki. Jest ciekawa, czy inni też to widzą. Sean raczej niczego nie zauważył.

– Tak mi się wydaje – odpowiada.

Tak naprawdę chciałaby, żeby ktoś się nią zajmował przez kolejną godzinę, a potem by mogła się położyć. Wzięłaby atarax dla pewności, że prześpi całą noc. Ale nie może tego zrobić Mickemu, od dawna męczy go to, że ona nie chce z nim nigdzie wychodzić. Uważa, że ludzie zaczną niebawem podejrzewać, że kłamie, mówiąc, że są parą.

– Dzięki, że mogłeś przyjść – zwraca się do Seana, żeby zmienić temat.

Ten macha niecierpliwie ręką.

– Ależ kochanie. Od kiedy obciąłem cię na krótko, mam mnóstwo nowych klientek. Tym razem na koszt firmy.

Jessica się uśmiecha, z niewielkim wysiłkiem. Nigdy nie przyzwyczaiła się do tego, że ma rozpoznawalną twarz, a jeszcze mniej do tego, że ktoś chciałby się do niej upodobnić. Sean wciera w ręce miękki żel i zaczyna układać jej krótkie kosmyki.

2

Mózg Jessiki zaczyna się gotować, gdy przecina plac Sergela. Przez wielkie panoramicznie okna Kulturhuset widzi mnóstwo ludzi na trzecim piętrze. Gdzieś tam na górze jest Micke, w centrum zainteresowania.

Kiedy Sean skończył, zmusiła go, żeby został i wypił z nią butelkę szampana. Spytała go nawet, czy nie zechciałby być jej „osobą towarzyszącą” – zawstydza ją ewidentny brak przyjaciół. Jedyną wciąż bliską jej osobą jest Petra, ale właśnie ten wieczór spędza z synem i nie może z nią pójść.

Plecy Jessiki zdążyły się spocić, zanim podeszła do grupy palących przed wejściem gości. Są chłodni i piękni, całkiem wyzwoleni od podskórnego tłuszczu. Rozpoznaje redaktorkę mody z „Elle”, która dotrzymuje innym towarzystwa, i modelkę z ostatniej okładki. Jessica odchrząkuje i wykonuje skinienie głową, mijając ich. Czuje, że jej uśmiech jest nieco służalczy.

 

Kiedy Jessica schodzi z ruchomych schodów, porywa plastikowy kubek z winem, który ktoś jej serwuje na tacy, i wypija całą zawartość, idąc w kierunku Mickego.

Nagle zastępuje jej drogę dwumetrowy dziennikarz o wyjątkowo tłustych włosach i ze zbyt pomarańczową opalenizną.

– No proszę, kogo my tu mamy?

Zatrzymuje się w pół kroku, tuż przed nim. Natychmiast tego żałuje, powinna była wyminąć go z uprzejmym uśmiechem.

– Jessica Wilcox – mówi dziennikarz z ironią w głosie.

Po co ta ironia?

– Cześć – odpowiada, najbardziej neutralnie jak potrafi.

– Jessica Wilcox – powtarza tamten, głośniej niż wcześniej.

nabija się ze mnie, chce, żeby wszyscy dookoła usłyszeli, ponieważ oni wiedzą, o co chodzi, może zobaczyli mnie przez okno i rozmawiali o tym, jak

– Idę przywitać się z Mickem – mruczy. – U ciebie wszystko w porządku?

– Tak, tak. O, cholera.

Uśmiecha się do niej zbyt wymownie. Jessica ma wrażenie, że rozmowy wokół nich cichną. Odruchowo prostuje plecy.

– Miło cię widzieć – mówi i wymija go.

– To ciebie miło widzieć, Jessico Wilcox! – krzyczy za nią, a ona jeszcze bardziej napina plecy.

Twarz Mickego rozjaśnia się na jej widok. Wzrusza ją to.

– Nareszcie! – woła on, a ona nastawia policzek do pocałunku.

– Oprowadzisz mnie? – pyta.

Micke uśmiecha się przepraszająco do zgromadzonych wokół niego, a ona jest szczęśliwa, że nie zna nikogo i nikt nie wymaga od niej zimnej, bezosobowej rozmowy.

Micke bierze ją pod ramię i prowadzi do ściany naprzeciw okien.

– Wszystko dobrze poszło? – szepcze mu do ucha.

– Chyba tak. Przyszłaś sama?

Przytakuje. Przystają przy jakimś portrecie, Jessica dusi w sobie ziewnięcie.

Micke jest jednym z najbardziej rozchwytywanych fotografów mody i reklamowych w kraju, zalicza się do tych postaci w branży, które stać na pokazywanie się w towarzystwie w zniszczonych dżinsach i z porządną dawką tytoniu pod górną wargą, a mimo to, a może właśnie dlatego, jest uwielbiany przez każdego modowego führera i każdą drażliwą modelkę. Nad prezentowaną tu kolekcją portretów pracował z doskoku przez kilka lat, a jednak zdjęcia wyglądają, jakby je zrobił podczas jednej sesji. Realizując zlecenia dla magazynów i biur reklamowych, przekonał modelki i sławne osoby, by po zmyciu makijażu i odłożeniu rekwizytów ponownie stanęły przed aparatem. Prowokował fotografowanych do ziewania i robił zbliżenie w momencie, gdy ziewnięcie osiąga kulminację, kiedy oczy automatycznie się zamykają, a mięśnie szyi spinają się maksymalnie.

Rezultat jest zaskakujący. Dobrze znane twarze na zdjęciach wreszcie nie są wyreżyserowane, są wręcz bezbronne. Ponadto ziewanie z jednowymiarowych zdjęć zaraża: ludzie w galerii ziewają dyskretnie, zasłaniając usta dłońmi, a jednocześnie wymieniają rozbawione spojrzenia. Jessica powstrzymuje kolejne ziewnięcie, zarażona zarówno zdjęciami, jak i reakcjami reszty gości. Ma wrażenie, że mogłaby tu wybuchnąć totalna psychoza ziewania.

– To działa, nie? – szepcze Micke niecierpliwie, a potem prowadzi ją dalej po galerii.

– Właśnie tak, jak zaplanowałeś – mówi.

W kieszeni Jessiki dzwoni telefon, wyjmuje go. Wyświetla się numer jej ojca. Nie odbiera. Micke patrzy na nią przelotnie, ale o nic nie pyta.

Micke znika w tłumie. Jakaś dziennikarka z „Metra” wyglądająca na czternaście lat chce zrobić z nim wywiad, w kolejce stoi reporter z lokalnej telewizji. Jessica przechadza się wzdłuż ścian, uważnie przygląda się portretom. Wychwytuje fragmenty rozmów wokół siebie, obserwuje twarze innych gości, ale gdy ktoś stara się złowić jej spojrzenie, odwraca wzrok. Pospiesznie się uśmiecha i odchodzi, mając nadzieję, że nie wezmą jej za gwiazdę.

Jessica ma wrażenie, że Micke ją zdradził z kilkoma kobietami z portretów, jednak dopóki nie zna konkretów, nie przejmuje się tym. Dopóki nie musi podjąć żadnej decyzji, wszystko jest w porządku. Też mi ekspertka od seksu i współżycia – myśli nie pierwszy raz. To jest, faktycznie, dość ironiczne.

W liceum Jessica uczyła się w klasie o profilu ścisłym, chociaż miała poczucie, że w ten sposób tylko kontynuuje to, czego tak nienawidziła w gimnazjum. Tak naprawdę w ogóle nie chciała się uczyć, ale trudno byłoby wyjaśnić rezygnację ze szkoły, skoro była taka zdolna. Wszystkie oceny Jessiki były wysokie, jej tata liczył na to, że także ona zostanie lekarzem. On, który podczas studiów medycznych rozwinął w sobie silną hipochondrię i obawiał się, że dolega mu każda choroba, o której czytał. To przeszkadzało w pracy, dlatego zrobił specjalizację z ginekologii, idealna ścieżka dla hipochondryka bez waginy. Jego zawód był dla Jessiki nieprzerwanym powodem zażenowania, szczególnie wówczas, gdy niektóre koleżanki z jej klasy trafiały do niego po antykoncepcję lub by zbadać upławy. W tym czasie rodzice Jessiki byli już po rozwodzie, a niektóre z koleżanek spotykały jej ojca częściej niż ona.

Sama niespecjalnie interesowała się seksem. Nieco nawet brzydziła ją myśl o nim. Kiedy jej koleżanki, jedna za drugą, traciły cnotę, Jessica była tą, do której mogły przyjść z pytaniami. Wczytywała się w felietony o seksie w popołudniówkach i tygodnikach, sprawdzała medyczne fakty w podręcznikach taty. Im więcej informacji przyswajała, tym bardziej czuła, że seks nie jest czymś, czemu chciałaby się poświęcić. Seks stał się jej obsesją, choć nie chciała go uprawiać. Ekspertka w teorii, niepraktykująca.

Oczywiście nie jest już dziewicą. I lubi seks, czasami, chociaż zoloft rozdmuchuje orgazmy jak napełnione helem balony, niemożliwe do schwytania. Zanim spotkała Mickego, przez trzy lata nie chodziła z nikim do łóżka. Wciąż jest dla niej zagadką, jak seks, ciała i ich zawartość mogą być tak niezwykle piękne i podniecające, skoro czasem są najobrzydliwszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić.

Jessica spogląda dyskretnie na wyświetlacz telefonu. Symbol koperty wskazuje, że tata zostawił wiadomość, ale ją interesuje godzina. Jest tu już wystarczająco długo, niemal trzy kwadranse, nawet porozmawiała z kilkorgiem gości. Micke nic nie powie, jeśli pójdzie już do domu.

Znajduje się w głębokiej przepaści ataraksu, kiedy Micke wślizguje się do łóżka. Z daleka czuje jego oddech, kwaśny od alkoholu, i stary dym z papierosów, szepcze jej coś do ucha, zbyt blisko. Łaskocze ją to nieprzyjemnie, więc wynurza się niechętnie na powierzchnię, żeby go odgonić.

– Myślałam, że śpisz dzisiaj w domu – mruczy.

– Stęskniłem się za moim kotkiem – szepcze, przysuwając się bliżej.

Jego ręka zanurza się pod kołdrę, robi kilka niezdarnych prób pieszczenia jej prawej piersi.

– To nie piłka odstresowująca – mówi Jessica.

Micke chichocze pijacko, po czym upada z głuchym hukiem na swoją część łóżka. Jest wdzięczna, że się na nią nie złości i nie nazywa jej znów oziębłą. Ręka nadal ciężko spoczywa na jej piersiach.

Już zasnął.

Ona jest całkowicie rozbudzona.

Inne książki tego autora