Zapach miłościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Justyna Chrobak

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Marta Akuszewska

Korekta

Ewa Ambroch

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-73-7

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


1.

Na zewnątrz ciemno, kolejny zimowy poranek. Zawsze w takiej sytuacji człowiek, chcąc nie chcąc, musi się w sobie jakoś zebrać i wyjść z rozgrzanego łóżka na chłód. Wrząca woda pomaga, dopóki leci, ale wystarczy zakręcić kurek i znów robi się zimno. Trzeba się przemóc. Gorące mleko. I płatki. Obowiązkowo! Ubranie, musi być ciepło, ale nie można przesadzać, bo w pracy na szczęście nie marznę. I jeszcze makijaż.

Właściwie, kiedy chłód zostaje przeze mnie oswojony, takie zimowe poranki potrafią być nawet miłe i przyjemne. Co nie oznacza, że człowiek nie wolałby zostać w swoim ukochanym łóżeczku. Choć w mojej sytuacji… Jeśli to łóżko jest tak wielkie i zarazem puste, może lepiej za długo w nim nie leżeć? Jak bardzo można sobie popsuć z rana humor tym, że łóżko jest za duże dla jednej osoby! Zdecydowanie za duże…

Teraz jeszcze tylko najgorszy moment – wyjście na zewnątrz, skrobanie zamarzniętej szyby samochodu i przeczekanie dość długiej chwili, aż samochód się nagrzeje. Dopiero potem można jechać.

Jest dobrze. Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze. Zawsze, idąc do pracy, czuję się dosyć fajnie. Przechodzę wówczas przez galerię handlową, idę pomiędzy ludźmi zadowolonymi z zakupów. Są to zazwyczaj osoby, które mają już bardzo nadwerężone debety lub karty kredytowe, ale dalej brną do przodu, bo przecież jest jeszcze tyle rzeczy do kupienia. Oglądam wystawy. Co chwilę widzę coś, co mi się podoba, a na co mnie nie stać. Jeszcze niedawno byłam podobna do tych ludzi – coś mi się spodobało, więc po chwili stawało się już moje. Walczę z tym na każdym kroku. A nie jest to łatwe, kiedy się pracuje w centrum handlowym i ma się tyle sklepów pod ręką! Ale wszystko – jak mniemam – zmierza ku lepszemu. Super. Grunt to dobre nastawienie. Dziś czuję się wyjątkowo dobrze. Jak zwykle, gdy zrobię pełen makijaż i ubiorę się jakoś nieprzeciętnie. Jedno i drugie nie zdarza się zbyt często, bo nigdy nie mam na nic czasu. Nie zawsze człowiekowi uda się wyjść z łóżka przy pierwszym dzwonku budzika. Od czego są drzemki? Jeszcze pięć minut! Jeszcze pięć minut… Później się wygląda tak, jak się wygląda. A tak poza tym… Jak tu nie mieć dobrego humoru, skoro dziś środa, co oznacza bardzo spokojny dzień z małym ruchem w resta…

– Aaa…!

No tak, zamyślenie i oglądanie wystaw sklepowych może się skończyć zderzeniem. Często mi się to zdarza, ale zawsze ludzie, których spotykam na swojej drodze, zgrabnie mnie wymijają. Dziś widocznie przyszło mi zapłacić za to, że do tej pory na nikogo jeszcze nie wleciałam. Ale żeby tak od razu na człowieka z jakimiś kartonami…?

– Bardzo panią przepraszam…

O rany… Ale ciacho! Mężczyzna stojący przede mną patrzył na mnie, upewniając się, czy go nie ochrzanię za to, że wpadł na mnie z górą kartonów. Gdy już zauważył, że nie zamierzam się odzywać, zaczął szybko zgarniać to, co mu pospadało. Wysoki, ciemne włosy i oczy, kilkudniowy zarost, który idealnie pasował do zmęczonych oczu najprawdopodobniej bardzo zapracowanego człowieka. Silne dłonie. Ciało, ukryte pod zimowymi ubraniami, pewnie równie silne i umięśnione. Matko, czy ja naprawdę po piętnastu sekundach od wpadnięcia na tego człowieka zaczęłam już myśleć o jego ciele? Nie jest ze mną dobrze. Nawet bym powiedziała, że jest bardzo źle.

– Nic się nie stało. W sumie to ja się zapatrzyłam – odpowiedziałam.

– Gdyby nie te kartony, na pewno bym panią zauważył.

No, ja myślę… Nie zabieraj ich tak szybko. Porozmawiaj ze mną jeszcze! Zdecydowanie za szybko mu to szło. Ani się obejrzałam, a on miał na rękach stos swoich pudełek, jak gdyby nic się przed chwilą nie wydarzyło. Nie widziałam go już przez tę makulaturę, a jemu to widocznie nie przeszkadzało.

– Jeszcze raz przepraszam. Do widzenia! – odezwał się mężczyzna, nawet nie próbując się wychylić zza góry kartonów.

– Do widzenia. – Kiedy mu odpowiadałam, on był już kilka kroków ode mnie.

No tak. To żeśmy porozmawiali! Nawet na mnie nie zerknął. Szkoda, że mnie nie zmiażdżył jeden z kartonów, musiałby mnie teraz nieść na rękach do najbliższego miejsca, gdzie ktoś by mi pomógł. Na tych silnych rękach! Albo mógłby mi złamać rękę… Czułby się winny i na pewno by się ze mną umówił. Taa… W moim jakże zapełnionym randkowym kalendarzu na pewno znalazłoby się jakieś wolne miejsce dla takiego przystojniaka. Nawet mógłby wybrać dzień. Bo ten mój randkowy kalendarz to – jakby to powiedzieć – ostatnio nieco świeci pustkami.

No nic – powrót do rzeczywistości, kierunek: praca. I to jest właśnie moment, w którym znika mój dobry humor – moment przekroczenia drzwi mojej restauracji. Zmieniam pracę już od roku i jakoś do tej pory mi nie wyszło. Nie poddaję się jednak.

Weszłam do restauracji przez białe, lekko obdarte z farby drzwi. Z zewnątrz lokal prezentował się w porządku, ale w środku… No cóż, tu zawsze było inaczej. Tylko raz na jakiś czas zdarzało się, że był odświętnie wysprzątany. Nie chciałam tu pracować. Ledwo wchodziłam, mijała mi ochota na wszystko. Niekiedy zapychały się kanały, porządek był powierzchowny, a w kątach gnieździł się brud. Dziewczyny niby przestrzegały zasad, ale zazwyczaj wszystko leżało tak, jak upadło. Jeden wielki chlew. Ale co im się dziwić, skoro nikt tego od nich nie wymaga? A już na pewno nie ja. Nie miałam natchnienia. Gdybym tylko znalazła inną ofertę pracy, już by mnie tu nie było.

Ledwie przekroczyłam drzwi, przybiegły do mnie dwie pracownice: Asia, kierownik zmiany, i Ola. Z obiema kolegowałam się też poza pracą. To znaczy – w pracy dużo gadałyśmy i plotkowałyśmy, ale dodatkowo spotykałyśmy się gdzieś na mieście od czasu do czasu.

– Nie uwierzysz, co się stało… – powiedziała Ola.

– Nie uwierzę, dopóki nie usłyszę. – Uśmiechnęłam się. Myślałam, że mają jakieś nowiny o pojawieniu się kolejnego przystojniaka wśród ochrony lub coś innego w tym stylu. – Ale zanim się rozgadacie, chciałabym się upewnić, że nie zostawiłyście serwisu bez obsługi. Jest tam jeszcze ktoś?

– Tak, tak. Karolina obsługuje. Prawie nie ma ludzi – powiedziała Asia z uśmiechem, jakby to było coś pozytywnego.

– Zamykają jubilera! – Ola prawie weszła jej w zdanie.

– No i co z tego? Pewnie otworzą inną markę podobnej branży… – odpowiedziałam, nie rozumiejąc, co jest w tym takiego ekscytującego.

– No, niezupełnie. – Asia pokręciła głową z tajemniczym i poważnym wyrazem twarzy. – Otworzą tutaj coś, co zupełnie nas pogrąży, jeszcze bardziej niż otwarta rok temu konkurencja za ścianą.

– Że co??? Gastronomia w miejsce jubilera?! Kto wam naopowiadał takich głupot? – prawie krzyknęłam, bo takich rewelacji się nie spodziewałam, przecież to muszą być jakieś plotki…

– Marek – powiedziała Ola.

No to się przestraszyłam. Co jak co, ale skoro Marek rozsiewa jakieś informacje, to są one w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewne. Jest ochroniarzem w naszym centrum handlowym, a poza tym bratem jednej z naszych pracownic. Przystojniak, fakt. Pogadać też z nim można bardzo sympatycznie. Posłuchać najnowszych informacji z życia naszego sklepu też. Ale jako facet nigdy dokładnie mi nie pasował. No cóż – bez chemii nic się nie da zrobić! A kiedyś byliśmy razem na jakimś piwku. Miło. I tyle.

– A mówili kiedy? Kiedy zamykają? I kiedy chcą coś nowego otworzyć? – dopytywałam, próbując dowiedzieć się wszystkiego.

– Zamykają z końcem miesiąca.

– Za dwa dni jest koniec miesiąca – nieomal krzyknęłam. – Czy oni powariowali, żeby robić to tak z dnia na dzień?!

– Ponoć mocno zalegali z czynszem. Nie płacili regularnie, stąd taka szybka decyzja.

– A może to będzie koniec następnego miesiąca? Może Marek się przesłyszał?

– No, kochana, jeśli nie wierzysz, to wejdź na serwis i popatrz na jubilera.

Stanęła za mną i zaczęła popychać w kierunku otwartych drzwi do serwisu. Poszłam, ulegając naciskowi na plecy. Nie do końca rozumiałam, o co chodzi. Jubiler był dokładnie na wprost naszej restauracji. Stanęłam przy kasie i popatrzyłam. Widać było wszystko jak na dłoni. Metalowe kurtyny opuszczone jak po zamknięciu, a na drzwiach wywieszona karteczka. Nie trzeba się było długo domyślać, co jest na niej napisane. Przepraszają klientów, że sklep jest nieczynny, ogłaszają likwidację i inne podobnie standardowe teksty. No bo co mają napisać? „Szanowni państwo, z powodu niepłacenia czynszu musimy się stąd wynosić”?

– No to kaplica. Przy kolejnej gastronomii leżymy. Zamkną nas, bo nie będziemy dochodowi, już teraz nam kiepsko idzie, a co dopiero, gdy będziemy mieć dwie konkurencje, a nie jedną.

 

– No i tutaj kolej na następnego newsa – z uśmiechem zakomunikowała Ola.

– Zamykają Bachusa – dokończyła Asia.

– Poważnie? Przecież u nich taki ruch!!!

– Widocznie właściciel miał za dużą chrapkę na zysk, borykał się z tym samym problemem co jubiler. Nie płacił regularnie czynszu. I dodam, wyprzedzając twoje kolejne pytanie, tak, też ich zamykają za dwa dni – kontynuowała Asia.

– Czyli za dwa dni będziemy mieć w końcu pierwszy raz od dawna ruch? No to ładnie. W końcu trochę poszalejemy z obrotami. Idę zadzwonić do kierownika i pozmieniać grafik.

– Czy taki obrót sprawy natchnie cię trochę do wzięcia się za robotę? Czy dalej będziesz tu przychodzić jak za karę? – zapytała Asia. Znała mnie, jak widać, bardzo dobrze, była w chwili obecnej moją najbliższą kumpelą. Nie dość, że razem pracowałyśmy, to spędzałyśmy wspólnie dużo czasu również po pracy. Obie byłyśmy samotne, zero facetów od dawna. Zero facetów, więc i zero problemów. Tylko dlaczego ciągle o nich gadałyśmy? Widocznie życie singielek to nie to, czego obie chciałyśmy. Naszą frustrację, spowodowaną przez samotność, było bardzo dobrze widać podczas naszych rozmów.

– Może troszeczkę mnie natchnie. W końcu trzeba wykorzystać fakt, że będą obroty, a nas w pracy będzie więcej do zadbania, żeby było też czyściej. Zresztą zobaczymy, co się zdarzy. Będziemy przygotowane. Zresztą, tak czy siak, mamy styczeń. Obroty kiepskie. Przyjdzie luty, ich zamkną, ale i tak nie będzie rewelacji, bo i ludzi jest malutko. No, ale zobaczymy.

Poszłam do biura. Ochłonęłam trochę po tych rewelacjach. Jeszcze do mnie nie wszystko docierało, ale w środku się cieszyłam, że w końcu coś się działo. Może faktycznie wróci mi choć na trochę chęć do pracy? Zadzwoniłam do kierownika. Ucieszył się i kazał zmienić grafik, zwiększyć zamówienia, wymyślić jakąś promocję na luty. Trochę mi to zajęło czasu, lecz w końcu wszystko dobrze poobstawiałam. Właśnie dopinałam całość na ostatni guzik, kiedy do miejsca, gdzie siedziałam, a które kiedyś ktoś wzniośle nazwał biurem, zaglądnęła Asia. Wzniośle, bo jak można biurko z krzesłem i dwie półki na segregatory nazwać biurem?

– A tak w ogóle, szefowa, to co u ciebie?

– Spoko. Bez zmian. Smętnie, samotnie, bez seksu. Ale wiem! Coś się wydarzyło. Jedna miła rzecz. Tuż przed rozpoczęciem pracy. Może nie tyle było to zdarzenie, co raczej zderzenie, ale i tak miłe. Wleciałam wprost na superprzystojnego gościa z jakimiś kartonami. Na szczęście pustymi. Ach, co to był za koleś! Jak wycięty z jakiejś reklamy. Mrr…

– Ale chyba udało mu się uciec przed wygłodzoną panią menadżer, skoro tak tęsknie go opisujesz?

– Uciekł szybciutko. Nawet go nie goniłam. Nie będę przecież latać za każdym przystojniakiem w promieniu stu metrów.

– No, oczywiście, że nie. – Asia się zaśmiała. – Ciekawe, czy gdyby ci się nie spieszyło do pracy, to czy byś z chęcią za nim pogoniła…

– A gdzie tam – skomentowałam z lekko nadąsaną buzią, ale po chwili uśmiechnęłam się tajemniczo i wszystko było już jasne dla nas obu. Pewnie, że bym pogoniła.

2.

Pierwszy raz od dawna śnił mi się seks. A przynajmniej gra wstępna. Chyba to zderzenie z przystojniakiem podziałało na moją podświadomość bardziej, niż myślałam. Tyle mam ostatnio seksu, ile mi się raz na bardzo długi czas przyśni. A że cudowną grę wstępną przerwał budzik… Nici z igraszek, trzeba się zebrać i ruszyć do pracy. Make-up, ciuszki, herbatka i do autka. Zapalam silnik bez problemu, pod tym względem nigdy mnie mój mały samochodzik nie zawiódł. Gorzej z tym, że w nocy nasypało strasznie dużo śniegu. Wyjazd z zasypanych osiedlowych uliczek graniczy z cudem, ale jakoś daję radę. Ulice dopiero zaczynają być odśnieżane. W końcu jeszcze nie ma siódmej, więc co się dziwić? Powolutku, pomalutku, byleby nie wpaść w poślizg. Jakoś dojedziemy…

Dziś prowadziłam w pracy pierwszą zmianę. Pochłonęły mnie więc rzeczy typowo związane z produkcją, takie jak przygotowywanie sałatek – świeżych lub z poprzedniego dnia. Tak to już jest – ta, która się nadaje, zostaje na następny dzień. Oszczędności. Nie można robić za dużych strat wieczorem. Nie popieram tego całkowicie, ale w okresie, w którym nie przejmowałam się stratami, a postawiłam wyłącznie na jakość i na świeżość, dostałam po kilku dniach ostrą reprymendę z centrali naszej firmy. Takie miejsce jak to wymaga balansowania między jakością w miarę odpowiadającą klientowi a jak najmniejszymi stratami dla nas jako restauracji. No cóż. Business is business. Wolę nie myśleć, że we wszystkich miejscach, do których chodzę jeść, postępują podobnie. Niestety jestem przekonana, że w większości bywa jeszcze gorzej. Tak więc, jak już wspomniałam, trzeba się jakoś dostosować, bo jednak wolę taką pracę niż żadną. Zapewne pierwszy wniosek, do jakiego doszliby moi szefowie, gdyby coś zaczęło nie pasować, byłby taki, że duże straty to moja wina, bo źle prowadzę restaurację, i trzeba mnie wymienić. A może to faktycznie moja wina? Może ja źle do tego wszystkiego podchodzę? Może to nie moje miejsce, a ktoś inny zupełnie inaczej by tutaj pracował? Lepiej?

Koniec porannych rozmyślań. Bo zaraz znów dojdę do swego ulubionego wniosku, że trzeba stąd uciekać. Jednak gdy nad czymś rozmyślam, szybciej mi leci czas. Kiedy już wszystko rano przygotuję, mogę spokojnie stawić czoła klientom. A że styczeń i luty są miesiącami, w których trzeba ich łapać, żeby w ogóle przyszli – więc, niestety, należy być dla każdego maksymalnie miłym i uprzejmym. Z klientem trzeba zbudować więź tak, jakbyście byli znajomymi od dawna, ale to ty w tej relacji tańczysz wokół niego, a nie on. Takie podejście działa. Jak dobrze, że zamkną zaraz tę konkurencję! Przynajmniej się trochę u nas rozrusza. Co nie zmienia faktu, że o każdego klienta trzeba – teoretycznie – dbać, jakby był najważniejszy na świecie. Teoretycznie dla nas. Praktycznie dla niego.

Na przykład taka pani, która właśnie podchodzi do witryny z lodami, w średnim wieku, zadbana. Widać, że ma pieniądze. Ubrania z wyższej półki, idealnie dopasowane. Pewnie wolałaby zjeść coś w porządnej restauracji, w której obsłużyłby ją przystojny młody kelner, no ale że jest tutaj i ma ochotę na coś dobrego, musi się zadowolić tym, co oferuje centrum handlowe. A w naszym dużego wyboru gastronomii nie ma. Ciastka i lody sprzedajemy tylko my, więc nie ma rady. Trzeba jakoś to przeżyć i zadowolić się tym, co oferujemy. Przybrałam minę sprzedawcy miesiąca. Przyjazny uśmiech. Tak, żeby poczuła, że istnieje tylko ona. Jakby była moją jedyną klientką w ciągu dnia. Czy wszystkie moje pracownice mają takiego fioła na punkcie obsługi klienta, czy to ja po kilku latach tutaj całkiem wariuję? Oczywiście nie zawsze tak jest. Muszę mieć natchnienie do pracy na najwyższych obrotach jako sprzedawca wyłapujący klientów. A że po wczorajszych rewelacyjnych newsach mam ochotę, to trzeba to wykorzystać.

– Dzień dobry, co będzie dla pani?

– Dzień dobry – powiedziała kobieta wyniosłym tonem, ani na chwilę nie podnosząc na mnie wzroku. – Co dostanę u pani dobrego? – Tak, to zdecydowanie moje ulubione pytanie stawiane przez klienta. Nie ma to jak stać przed witryną pełną ciastek i lodów w ponad trzydziestu różnych smakach i pytać, co mamy dobrego.

– Jeżeli ma pani ochotę na coś specjalnego, mogę zaproponować pyszny deser lodowy lub jedno z naszych wyśmienitych firmowych ciastek w zestawie z kawą. – To zdecydowanie mój najlepiej wyuczony tekst dla najbardziej denerwujących klientów, który zawsze wypowiadam z taką uprzejmością, że aż sama siebie zadziwiam. Jednocześnie aż mnie mdli od tego nadmiaru słodyczy.

– Ech… Czy ja wiem… – Kobieta westchnęła tak, jakbym ją do czegoś zmuszała.

Nie rozumiem, po co takie babsztyle jak ona przychodzą do takich miejsc jak to. Chyba tylko po to, żeby zdenerwować pracownika, który próbuje je obsłużyć. Tak, chyba właśnie o to chodzi. Takie kobiety najprawdopodobniej czerpią jakąś chorą przyjemność z bycia upierdliwymi. Zagalopowałam się w swoich rozmyślaniach, pozostając jednak nadal uśmiechniętą i skupioną na mojej klientce. W momencie kiedy kobieta dalej wodziła swoim znudzonym wzrokiem po wszystkich produktach, za jej plecami przeszedł mężczyzna. Mój wzrok skupił się na nim przez sekundę, ale mózg nie mógł skojarzyć go z nikim konkretnym, kogo bym znała. Facet przeszedł jeszcze kilka kroków, rozmawiając przez telefon, po czym stanął jak wryty, klepnął się dłonią w czoło, obrócił i zaczął iść w kierunku, z którego przyszedł. Zapewne przypomniał sobie, że czegoś nie zrobił lub nie wziął.

– Poproszę jedną gałkę sorbetu – powiedziała kobieta, a ja nie mogłam oderwać wzroku od przechodzącego za nią nieznajomego.

Mężczyzna najwidoczniej wyczuł czyjś wzrok na sobie, bo mijając kobietę, spojrzał w moją stronę. Przez krótką chwilę patrzył na mnie tak, jak ja na niego. Musiał mnie z kimś skojarzyć, bo skinął głową, równocześnie się uśmiechając. W tym samym momencie moje szare komórki się obudziły. W końcu dotarło do mnie, na kogo patrzę. Przystojniak jednak zniknął z pola widzenia, zanim zdążyłam odwzajemnić uśmiech. Przede mną stała tylko mocno poirytowana klientka oczekująca, aż podam jej to, o co poprosiła.

– Sorbet proszę! – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem.

– Jaki sorbet? Mamy około dziesięciu różnych smaków sorbetów – powiedziałam trochę zbyt automatycznie i bezuczuciowo.

– Obojętne – syknęła coraz bardziej poirytowana kobieta.

Kolejna z moich ulubionych odpowiedzi. Obojętne. Ty decydujesz i ty obrywasz, jeśli dasz coś niedobrego. Zazwyczaj w takich sytuacjach zaczynam wypytywać klienta o coś konkretnego, mówiąc, że nie mogę decydować o jego ulubionych smakach. Każdy lubi co innego, szkoda ryzykować, że podpadnie się klientowi, wybierając nie taki smak, jaki on by chciał.

Ale teraz kompletnie nie miałam ochoty o nic wypytywać, więc wzięłam pierwszy z brzegu sorbet, nałożyłam go do wafla i skasowałam klientkę. Na szczęście oddaliła się bez żadnych zbędnych uwag, choć minę miała nie do końca zadowoloną. Ja zostałam na swoim miejscu, nie odchodząc od kasy. Chwilowo zatonęłam w swoich rozmyślaniach.

Skąd on się tu wziął? Żeby dwa razy w ciągu krótkiego czasu natknąć się na takiego przystojniaka? I na dodatek poznał mnie i się uśmiechnął. Milutko. W sumie nie zareagowałam normalnie, patrząc na niego tak, jakbym go nie poznawała. Fajniej by było znów na niego wpaść, a nie spoglądać na niego jak cielak, podczas gdy on się uśmiecha i kiwa głową na przywitanie. No tak, ale ze mnie sierotka. Nie odpowiedziałam mu. Zapewne zakodował, że nie ma się ze mną po co witać, skoro tak pięknie reaguję. Sierotka, sierotka, sierotka!

Kolejnych klientów obsługiwałam bardziej automatycznie niż zazwyczaj. Moje myśli uciekały gdzie indziej i dokładnie nie wiem gdzie. Raz po raz podchodziłam do kasy przy lodach. W jednej chwili zrobiła się tam kilkuosobowa kolejka, co było rzadko spotykane w lutym, i to w środku tygodnia. Byłam tak zamyślona i zapracowana, że nie zwróciłam uwagi, kto stoi na końcu kolejki. Dopiero gdy kasowałam przedostatnią osobę, kątem oka zauważyłam właśnie jego. Znowu on. Nogi momentalnie mi zmiękły. Musiałam spojrzeć na paragon, by przypomnieć sobie, ile mam wydać reszty. W dole brzucha poczułam lekki ucisk. Udawaj, że jesteś spokojna… On w ogóle na ciebie nie działa. Niczym się nie stresuj. Po co on stoi w kolejce po lody? Czyżby chciał zagadać? Do mnie?

Jakby nigdy nic podniosłam ku niemu głowę i spojrzałam mu w oczy. Udałam, że dopiero teraz go rozpoznaję, i uśmiechnęłam się lekko.

– Dzień dobry pani – powiedział, uśmiechając się bardzo sympatycznie.

– Dzień dobry panu – odpowiedziałam na tyle spokojnie, na ile było mnie stać, biorąc pod uwagę mój ściśnięty żołądek.

– Jak miło, że nasze kolejne spotkanie nie jest takie gwałtowne jak poprzednie. Jeszcze raz przepraszam za tamto. Na imię mi Robert.

Podał mi rękę przez ladę. Uścisnęłam ją. Mam nadzieję, że nie poczuł, jak bardzo zimna jest moja… Zimna i zapewne spocona ze stresu. Porażka.

– Nie ma za co przepraszać tyle razy. Zdarzyło się. Nie ma ofiar, więc nie ma się co martwić. Miło mi.

– Nie chciałbym ci przeszkadzać w pracy. Więc w sumie wypadałoby coś kupić, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym. Jakiś ulubiony smak?

– Zazwyczaj tego nie robię – odpowiedziałam szybko, nie myśląc o dwuznaczności mojej odpowiedzi.

– Czego zazwyczaj nie robisz? – zapytał, uśmiechając się zaczepnie.

Jego ciemne oczy patrzyły prosto na mnie. Wiedziałam, że sprawa wyboru smaku loda jest mało ważna. Oboje myśleliśmy teraz o czymś zupełnie innym. Od razu poczułam gorąco na policzkach. No pięknie. Na dodatek czerwienię się jak jakaś piętnastolatka.

 

– Zazwyczaj nie proponuję smaków lodów.

– Może mały wyjątek?

– Krem orzechowo-czekoladowy.

– Bardzo proszę. – Ciągle się uśmiechał. Widać, że moje zaczerwienione policzki nie uszły jego uwadze, bo jeszcze bardziej był z siebie zadowolony.

Nałożyłam mu loda. Spróbował. Moje nogi już nie były lekko miękkie. Teraz kompletnie odmówiły mi posłuszeństwa i były całkiem jak z waty. Gdybym teraz miała się ruszyć, wymagałoby to ode mnie wielkiego wysiłku. Jego lekki zarost. Miękkie, jasne usta. Białe, proste zęby. Ciemne oczy, otoczone brwiami i rzęsami. Przestań się na niego gapić!

– Faktycznie, godne uwagi. Gdzieś już takie jadłem – odezwał się i znów na jego twarzy zagościł ten zaczepny uśmiech.

– Cóż, nasza firma jest sieciówką. Może gdzieś się natknąłeś na naszą markę. Jesteśmy w prawie każdym większym mieście.

– Możliwe. Bardzo możliwe. Dziękuję bardzo. Ile płacę? – zapytał, wyciągając portfel z tylnej kieszeni spodni idealnie dopasowanych do jego figury. Takie jak lubię – nisko leżące na biodrach, z cienkim paskiem, skrojone prosto aż do dołu.

– Ja stawiam. Trzeba jakoś uczcić nową znajomość.

– Dziękuję bardzo. – Schował portfel, nie odrywając ode mnie oczu. A ja nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przeciągnąć naszej pogawędki.

– Kupno loda było tym przyjemnym czy pożytecznym? – Nie od razu zrozumiał, do czego to odnieść. Po chwili zorientował się, o co mi chodzi, spuścił wzrok i lekko się zaśmiał.

– Jedno i drugie.

Ach tak. Cóż za dyplomatyczna odpowiedź. Nie na taką czekałam. Myślałam, że lody będą czymś pożytecznym przy czymś tak przyjemnym jak pogawędka ze mną. Chyba się zagalopowałam.

W tym momencie do kolejki podeszła jakaś kilkuosobowa rodzinka. Robert od razu się zreflektował i uśmiechnął.

– Nie przeszkadzam. Miło było cię poznać i jeszcze raz dziękuję za pysznego loda. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia. – Uśmiechnęłam się i odprowadziłam go wzrokiem. Szedł przed siebie, rzucając jeszcze spojrzenie na resztę mojej restauracji i zajadając się lodem.

Matko, skup się na klientach, a nie na jego ustach. Z trudem zaczęłam obsługiwać kolejne osoby. Nogi powoli wracały do normalnego stanu, a w dole brzucha pomalutku ustępowało uczucie ucisku.

***

Chwilę po tym zdarzeniu przyszła Asia. Zdałam jej dokładną relację z tego, co zaszło, dokładnie opisując wyraz jego twarzy, sposób, w jaki się uśmiechał, i inne elementy mowy ciała. Powtórzyłam bardzo dokładnie całą rozmowę. A ona, co w niej uwielbiam, zaczęła dogłębną analizę tego, co zaszło. Po krótkim namyśle, co każdy gest mógł znaczyć, podsumowała:

– Podrywa cię.

– Czy ja wiem? Kupił loda. Zagadał. Ale czy to od razu musiał być podryw? Sama nie wiem…

– Jakby tylko zagadał, toby powiedział „dzień dobry” i tyle, a ty się z nim wdałaś w dłuższą pogawędkę. To on przyszedł do ciebie! Stał w dłuższej kolejce, by zagadać. Zazwyczaj to ty chodzisz tam, gdzie możesz kogoś spotkać i rozpocząć rozmowę.

– No fakt. I zawsze kończy się niczym lub też więcej niż niczym, czyli kompletną porażką! – westchnęłam zrezygnowana.

Rozmowy z Asią już zbyt wiele razy niepotrzebnie mnie nakręciły. To była gorzka prawda. Bywało, że ktoś wpadł mi w oko i chciałam z nim pogadać lub poflirtować. Gdy już się dowiedziałam, gdzie ten ktoś pracuje, zaczynałam się dziwnie często pojawiać w tym miejscu. Kręciłam się tam, od czasu do czasu coś kupując. Tak zdarzyło się w pewnej knajpie, gdzie w oko wpadł mi jeden z barmanów. Najpierw było fajnie, bo pracował w lokalu, który zawsze lubiłam, ale gdy zaczął pracę w typowej spelunce dla napalonych nastolatek, wówczas trochę głupio było się w niej pojawiać. Zresztą nikt tam za bardzo nie chciał chodzić. Sam barman ani razu dłużej ze mną nie pogadał, a ja byłam na tyle zakręcona, że z każdego jego spojrzenia w moim umyśle powstawał megaflirt. Do tej pory zostały mi takie wątpliwe zdolności. No i pech chce, że zawsze, gdy mi się ktoś spodoba, to jest to zupełnie nieodwzajemnione uczucie. Ale już się do tego przyzwyczaiłam. Samotność mnie zahartowała. Takie skradzione spojrzenia wystarczą, bym przeżywała coś w swojej głowie. Dobrze, że mam wyobraźnię. Bez niej całkiem bym zapomniała o życiu uczuciowym i erotycznym. Ilu ja już mężczyzn uwikłałam w moje namiętne wyobrażenia! Trochę by się tego uzbierało. Do czego to samotność doprowadza człowieka… Może jest mi to pisane: piękny seks i głęboka miłość – w mojej wyobraźni aż do końca… No i ja pracująca w restauracji…

Inne książki tego autora