Dom numer pięćTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dom numer pięć

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: BARBARA GÓRSKA

Korekta: JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA RUDNICKA

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Justyna Bednarek

Ilustracje i projekt okładki © by Anna Sędziwy

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

ISBN 978-83-08-07253-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wszystko zaczęło się od tego, że Eryk schował mi okulary. Zapewne uważał, że to doskonały dowcip – bez nich prawie nic nie widzę, choć i w okularach nie mam sokolego wzroku. Delikatnie mówiąc. A to przecież takie zabawne, gdy człowiek zaczyna się o wszystko potykać i macać dookoła – może jednak trafi na te swoje szkła? Mam nadzieję, że słychać w moim głosie ironię…

Zdarzyło się to po lekcji WF-u. Przez poprzednie lata było tak, że nauczyciele nie zmuszali mnie, bym wykonywał trudne ćwiczenia czy grał w koszykówkę. Wiedzieli, że mam słaby wzrok i po prostu mi odpuszczali. Ale nie pan Gliwiusz. On wszystko robił inaczej. Na przykład kazał mi biec na czas. Przy tej okazji przekonałem się, że jednak potrafię szybko przebierać nogami. Nie powiem, na mnie samym zrobiło to pewne wrażenie, ale pan Gliwiusz nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na zadowolonego.

– Umiesz szybciej, stać cię na więcej! – powiedział.

Nie odpuszczał też w grach zespołowych. Do tej pory, gdy ludzie z klasy grali w nogę czy w kosza, sami dobierali się w grupy. I tak już wypadało, że jedna grupa była wyraźnie mocniejsza od drugiej. W zasadzie niepotrzebne były mecze, każdy wynik dał się z góry przewidzieć. Eryk, rzecz jasna, należał do drużyny zwycięzców. Ja nie należałem do żadnej. Zwykle siadałem na ławce jako rezerwowy. Tej słabszej grupy, ma się rozumieć. Ale też czasem łaziłem bez celu po szkole. Nie buntowałem się. Po prostu tak się czasem dzieje, że ktoś się rodzi z chorymi oczami albo chorymi nogami. Nie ma sensu robić z tego szczególnej historii. Pan Gliwiusz najwyraźniej uważał inaczej. Po którejś lekcji dokonał nowego podziału na grupy według własnego uznania.

– A ty dlaczego siedzisz na ławce? – zwrócił się wtedy do mnie. – Będziesz grał z nimi.

I wskazał mi jedną z grup.

– Ale ja… – zacząłem niepewnie. – Mam bardzo mocne okulary.

– To świetnie – uśmiechnął się pan Gliwiusz. – Masz w takim razie szansę, żeby trafić do kosza.

I tak wszedłem do gry. I to od razu: mieliśmy po lekcjach rozegrać mecz. Nie powiem, żebym był tak całkiem zielony, jeśli chodzi o koszykówkę. Zdarzało mi się grać dawniej, z tatą, gdy jeszcze lepiej widziałem… stare dzieje. Coś tam, w każdym razie, pamiętałem. Na przykład, że to było bardzo przyjemne. Pewnie dlatego – aż głupio mi o tym mówić, bo musiałem po prostu mieć fart – no więc pewnie dlatego w decydującym momencie trafiłem do kosza. Nasza drużyna – roboczo nazwana drużyną Rudych, bo grała z nami Majka, która ma rude loki – wygrała z drużyną Zielonych. Ta druga nazwa wzięła się od zielonej koszulki Eryka.

– Rudzi górą! – zawołał pan Gliwiusz, a potem przybił mi piątkę.

Byłem wniebowzięty. Wszyscy wyglądali na mocno zdziwionych i gratulowali mi rzutu. Oczywiście Eryk był wściekły. Tak wściekły, że od razu wiedziałem, że nic dobrego z tego nie może wyniknąć.

***

No więc okulary. Zanim opowiem o tym, co się wydarzyło po meczu, muszę się trochę cofnąć w czasie. Kiedy się urodziłem, moi rodzice byli bardzo szczęśliwi. Czekali na mnie piętnaście długich lat. Zaczęli już godzić się z myślą, że nigdy nie będą mieć dzieci, ale wtedy pojawiłem się ja. Gdy byłem młodszy, uwielbiałem, jak mama przed zaśnięciem opowiadała mi o naszym pierwszym spotkaniu.


– Przed wyprawą do szpitala przyszła do mnie moja koleżanka fryzjerka, żebym ładnie wyglądała na powitanie najważniejszego członka rodziny – mówiła.

– I zakręciła ci włosy? – pytałem zawsze.

– I zakręciła mi włosy. Chciałam ci się podobać.

– Podobałaś mi się od pierwszego wejrzenia – powtarzałem, a mama się śmiała.

– Ty mi też, skarbie! Jak stąd do księżyca!

Takie właśnie były te miłe początki, tylko że nie wszystko było ze mną całkiem w porządku. Dość szybko okazało się, że mam bardzo chore oczy i mojej choroby nie da się leczyć.

– A będzie tylko gorzej i gorzej – powtarzał podczas każdej wizyty lekarz, dobierając kolejne, jeszcze mocniejsze okulary.

Co tu gadać, nie wyglądało to różowo. Prawdę mówiąc – nie wyglądało wcale.

Moja mama strasznie się tym przejmowała i popłakiwała w kuchni, myśląc, że tego nie widzę. No dobra – nie zawsze widziałem, ale całym sobą czułem, że mama płacze. Pewnego razu, gdy i mnie udzielił się jej smutek – bo tak na co dzień starałem się o tym nie myśleć – tata wziął mnie na bok i powiedział:

– Wiesz, zwykle tak bywa, że u ludzi, którym szwankuje jeden ze zmysłów, lepiej rozwija się inny. Bardzo często niewidomi mają świetny słuch. I dotyk. Słyszałeś na pewno o takich piosenkarzach jak Andrea Bocelli, Ray Charles czy Stevie Wonder…

– Phi – prychnąłem – starocie. Nikt tego już nie słucha.

– No dobra – zgodził się tata – może i nie słucha dziś, ale kiedyś… kiedyś to był szał! Dwadzieścia lat temu wybraliśmy się z mamą na koncert Raya Charlesa i powiem ci, chłopie, że to było niesamowite przeżycie! A jak zaśpiewał Hit the road Jack…

– Dobra, wierzę ci na słowo – przerwałem mu. – Tylko że ja nie mam dobrego słuchu. Za to lubię obrazy. Myślę obrazami, lubię sobie różne rzeczy wyobrażać. Mógłbym może rysować albo tworzyć grafiki komputerowe, ale nigdy się o tym nie przekonam, bo przecież nie ma ślepych malarzy. Tak jak nie ma głuchych kompozytorów.

Tata poklepał mnie po ramieniu i już miał wyjść z pokoju, ale zmienił zdanie i usiadł obok mnie na łóżku.

– Nie musi być tak, jak mówisz, o tych ślepych malarzach i głuchych kompozytorach. Taki Beethoven – przecież stracił słuch, a mimo to komponował. Kazał skrócić nogi swojego fortepianu, żeby podłoga drgała, kiedy grał. I wtedy te drgania przypominały mu dźwięki. Był też malarz, Degas. Na starość oślepł, więc zaczął rzeźbić. Tworzył obrazy palcami. Chodzi o to, czy dasz się powstrzymać, czy nie. Czy się poddasz, czy zawalczysz. Ja tam w ciebie, Piotrusiu, wierzę.

***

Piotrusiu… Aż dostałem gęsiej skórki. Nie cierpiałem, kiedy mówili do mnie jak do małego dziecka. Wolałem: Piotrek, Piter albo Pepe. To ostatnie najbardziej. W szkole nazywali mnie czasem Kobra – ze względu na okrągłe okulary, które kiedyś nosiłem. Od dawna mam inny kształt oprawek, ale przezwisko zostało. Zresztą nie doskwiera mi ono bardzo. Kobra to groźny, jadowity wąż. I lepiej być groźnym, jadowitym wężem niż biednym, stojącym z boku ślepakiem, nad którym każdy się lituje.


Wszystko, co opowiadam, było jakiś czas temu. Zabawne, bo wtedy miałem jeszcze nie najgorszy wzrok. Było na tyle nieźle, że gdy pewnego razu utopiłem swoje okulary w kanałku – po prostu spadły mi z nosa, gdy wychyliłem się z mostu – mogłem kilka dni funkcjonować bez nich. Choć widziałem słabo, umiałem jednak odróżnić człowieka od cielaka. Cielaka mogłem pomylić z psem, ale z człowiekiem już nie. Pamiętam, że poszliśmy wtedy z mamą na spacer – do miejsca, gdzie mieszkała jako mała dziewczynka. To całkiem blisko naszego domu. Trzeba przejść na drugą stronę ulicy i iść przed siebie jakiś kilometr. Najpierw mija się przystanek autobusowy, potem wchodzi się na elegancki nowoczesny wiadukt, a gdy się przejdzie na drugą stronę, człowiek znajduje się na terenie starych działek – i już jesteśmy obok domu, w którym mieszkała mama.

Na te stare działki chodzili z tatą na randki, kiedy jeszcze byli chłopakiem i dziewczyną. Umawiali się pod ogromnym kasztanem albo w „Holandii” – tak nazywali drogę od domu mamy do wiaduktu oraz sam wiadukt. Zdaniem rodziców wyglądał tak jakoś zagranicznie i nowocześnie, dlatego „Holandia”.

No więc tamtego dnia, gdy jeszcze całkiem nieźle widziałem i gdy czekałem na nowe okulary (bo stare utopiły się w kanałku), szliśmy z mamą wiaduktem i ona opowiadała mi różne historie z czasów, gdy sama miała tyle lat co ja.

– Lubiłam przychodzić tu z psem i zdarzało się, że w tych chaszczach znajdowałam różne przedmioty. Przedwojenny bidon albo dziurawą przykrywkę do garnka. Jednak największym znaleziskiem była czaszka z jednym zębem.

– Czaszka? – O, to naprawdę było ciekawe.

– Z czasów wojny – powiedziała mama. – Rozstrzelano tu mnóstwo osób i ich kości wychodziły z ziemi za każdym razem, kiedy próbowano kopać.

– I co się stało z tą czaszką? – spytałem. Trochę miałem nadzieję, że mama ją gdzieś schowała. Ale nie.

– Wezwaliśmy z tatą policję, ale oni od razu powiedzieli, że to na bank znalezisko z czasów wojny, zabrali ją i pojechali na komisariat.

Byłem trochę rozczarowany – już sobie wyobraziłem, jak opowiadam o czaszce w szkole… Chociaż właściwie – komu miałem opowiedzieć. I po co. Nie miałem prawdziwych kumpli. Wtedy jeszcze nie.

 

W trakcie tamtego spaceru dowiedziałem się, że sto, dziewięćdziesiąt i osiemdziesiąt lat temu na terenie działek mieszkało sporo ludzi. Stąd brały się te wszystkie przedmioty. Gdzieniegdzie widać było zarys fundamentów domów. Albo rząd bzów – po nich można się było zorientować, gdzie stał drewniany płot, bo dawniej wzdłuż płotów sadzono właśnie bzy. No więc kiedy tak szliśmy sobie z mamą po moście i kiedy ona opowiadała mi o wszystkim, co tu kiedyś było, nagle wydało mi się, że widzę, niewyraźnie, wśród krzaków biały budynek. Był trochę jak cień. W sumie przecież wszystko widziałem zamazane. Niewyraźne były bloki, most, drzewa – tak to już było z moją chorobą, że zabierała mi po kolei obrazy wszystkich rzeczy na świecie, wcześniej jednak trochę je pozamazywała.

– Widzę dom – powiedziałem do mamy.

– Jaki dom? Gdzie? – zdziwiła się.

– Wśród drzew. Biały dom z czerwonym dachem. – Wskazałem ręką w stronę osady.

Mama bardzo się zmartwiła, że opisuję coś, czego tak naprawdę nie ma, i uznała, że to wina choroby. No i braku okularów. Specjalnie się tym nie przejąłem i szybko zapomniałem o naszym spacerze.

***

Wróćmy do feralnego dnia w szkole. Pan Gliwiusz kazał mi grać w koszykówkę i nasza drużyna wygrała – dzięki temu, że jakimś cudem udało mi się trafić piłką do kosza. Eryk wściekł się, bo chyba po raz pierwszy w życiu znalazł się wśród przegranych i, zgadnijcie, na kim postanowił wyładować złość.


Po meczu pierwszy wbiegł do szatni i schował mi moje bardzo, bardzo mocne okulary. Dużo mocniejsze od tych, które utopiłem kiedyś w kanałku. Choroba nie odpuszczała.

– Ciekawe, jak teraz sobie poradzisz, Kobra… No, zacznij syczeć, Kobro. – Śmiał się złośliwie. – Jeśli ładnie zasyczysz, to może ci oddam bryle.

Eryk był naszym klasowym szefem wszystkich szefów. Śmiano się zawsze z jego dowcipów i go słuchano. Mówiąc: „zasycz ładnie, Kobro”, odwrócił się w stronę chłopaków. Wyraźnie słyszałem ich chichot. No ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Tomek, który podobnie jak Eryk należał do drużyny Zielonych, zaczął mnie bronić.

– Odczep się od niego – powiedział, stając obok mnie. – To, co robisz, jest słabe. Oddaj mu okulary.

– Masz jakiś problem? – Eryk na moment odczepił się ode mnie i podszedł do Tomka. Złapał go nawet za koszulkę. Szykowała się prawdziwa awantura i kto wie, jakby się to skończyło, gdyby do szatni nie wszedł pan Gliwiusz.

– Wychodźcie stąd, szybko, zaraz przyjdzie następna klasa. – Pogonił nas i dlatego bijatyki nie było. Okularów również nie, bo Eryk mi ich nie oddał.

Odczekałem, aż wszyscy się rozejdą, i prawie po omacku wyszedłem ze szkoły. Nie chciałem, żeby widzieli, jak idę, przytrzymując się słupków i ogrodzeń. Na szczęście do domu miałem bardzo blisko i znałem właściwie każdą płytkę w chodniku. Mogłem tam dotrzeć w okularach i bez nich. Niestety, nie uszedłem daleko.

– Spieszysz się gdzieś, Kobra? – usłyszałem.


To był Eryk. Poznałem go po głosie. Stał za rogiem, opierając się o murek.

– Pomyślałem, że tu na ciebie zaczekam – powiedział, ruszając w moją stronę. – Chciałbym sprawdzić, czy poradzisz sobie ze mną równie dobrze jak na boisku. Jeśli mnie ładnie poprosisz, ale tak naprawdę ładnie, to oddam ci okulary. Słowo harcerza! A jeśli nie… jeśli nie… – zawiesił głos – to będziesz musiał zeżreć to!

I zamachał mi czymś przed nosem. Nie wiedziałem czym, ale na pewno było to coś obrzydliwego, bo strasznie śmierdziało.

Czy się bałem? Nie, w tamtym momencie nie myślałem o strachu. Kalkulowałem. Nigdy nie przypuszczałem, że potrafię tak szybko myśleć. Zastanawiałem się, czy dam radę pobiec znaną trasą i wpaść do klatki mojego bloku albo chociaż do sklepu. Wydawało mi się mało prawdopodobne, żeby Eryk odważył się zrobić mi coś przy ludziach. Wiedziałem, gdzie są krawężniki, gdzie lepiej nie biec, bo łańcuchy przy słupkach oddzielają parking od chodnika. Spróbować czy poddać się, błagać o litość i ostatecznie dać się wybrudzić paskudztwem?

Wybrałem to pierwsze i zacząłem biec.

– Oż ty w życiu… – Eryk kompletnie się tego nie spodziewał. Dzięki jego zaskoczeniu zyskałem kilka cennych sekund. Prułem przed siebie naprawdę szybko. I jednocześnie kombinowałem. Mama ciągle powtarzała mi, że muszę być szczególnie uważny przy przejściach dla pieszych, żeby przypadkiem nie wpaść pod samochód. A jedynym niebezpiecznym miejscem po drodze do domu było właśnie przejście na drugą stronę ulicy. Ta nie była bardzo ruchliwa, no ale i tak musiałem uważać. Próbowałem zerknąć w lewo, czy nic nie jedzie. Niestety, wszystko wokół zlało się w wirującą kolorową plamę. W dodatku wydało mi się, że Eryk jakby odrobinę się oddalił, a to mogło znaczyć, że zwolnił, bo zobaczył nadjeżdżający pojazd. Postanowiłem wykorzystać tę sytuację – gdybym skręcił w bok i biegł prosto przed siebie, dotarłbym do zieleniaka, gdzie pracowała zaprzyjaźniona pani Halinka. Jej budka z kiszonymi ogórkami i najlepszą na świecie kiszoną kapustą znajdowała się przy samym wiadukcie, na krańcu „Holandii”. Raz kozie śmierć. Skręciłem.

***

Kiedy teraz próbuję sobie przypomnieć, co się stało, wydaje mi się prawie niemożliwe, że ja – tak słabo widząc – zdobyłem się na taki wyczyn. Dopadłem do wiaduktu z zamiarem przebiegnięcia na drugą stronę, ale wtedy zorientowałem się, że coś jest inaczej niż zwykle. Widziałem tylko rozmazane kontury świata, ale mimo wszystko dotarło do mnie, że droga na wiadukt jest zamknięta. Tak, ustawiono barierki w poprzek chodnika i ulicy! Dlatego gwałtownie skręciłem w lewo i, potykając się o kamienie, wbiegłem pomiędzy stare krzewy i wysokie trawy na teren dawnych działek. I wtedy właśnie go zobaczyłem, z bliska i bardzo wyraźnie – biały dom wśród kłębowiska zieleni. Jednopiętrowy, z tabliczką z numerem pięć, przyczepioną do ściany obok wejścia, oraz z czerwonym dachem. Ten sam dom, który widziałem podczas spaceru z mamą. Słyszałem za sobą sapanie Eryka. Prawie czułem jego oddech na plecach. Dlatego, nie zastanawiając się długo, podbiegłem do drzwi i otworzyłem je na oścież.

***

I wtedy stało się coś przedziwnego. Zwykle gdy wchodzimy z zewnątrz do środka – ogarnia nas półmrok. A gdy wychodzimy z domu na zewnątrz – oślepia nas światło. Miałem mgliste wspomnienie takiego porządku rzeczy z czasów, gdy jeszcze widziałem lepiej. Tym razem jednak było na odwrót. Gdy otworzyłem drzwi, otoczyło mnie światło tak jasne, że gdybym nie był prawie ślepy, oślepłbym całkowicie. Rozpędzony Eryk wpadł na mnie z takim impetem, że obaj przewróciliśmy się za progiem. Próbowałem wydostać się spod niego, ale był o wiele cięższy ode mnie. Ja, prawdę mówiąc, jestem chucherkiem. Kiedy mi się to wreszcie udało i stanąłem, usłyszałem za sobą najpierw trzask drzwi, a potem zirytowany głos:


– No pięknie! Wypuściliście gołębia!

Odwróciłem się. Na krześle pod ścianą siedział starszy zarośnięty mężczyzna i kurzył fajkę.

– Wypuściliście mojego gołębia – powtórzył, a z ust buchnęła mu chmura dymu. – Bóg raczy wiedzieć, jak długo będę go teraz szukać.

A potem podniósł się i zrobił krok w moją stronę.

– Mówcie do mnie Kapitan – powiedział.

Stałem jak skamieniały i nie mogłem wykrztusić słowa. Nie chodziło o to, co usłyszeliśmy od tego dziwacznego staruszka. Tylko o to, że ja go widziałem! Dokładnie! Mogłem odrysować każdy włosek w jego brodzie i każdą zmarszczkę. Dostrzegałem łaty na starej marynarce oraz to, że ma urwany jeden guzik przy mankiecie. Widziałem słoje w deskach podłogi i drewniane zielone obramowania okien. Dywan, który był tak wytarty, że prawie łysy. Niewielki piec kaflowy, na którym gotowała się kasza. Opleciony pajęczyną żyrandol, ozdobiony motywem ważek, no i sporą klatkę stojącą w rogu pokoju. Miała uchylone drzwiczki i była w tej chwili pusta.

– Nie mam pojęcia, jak wyślemy meldunki – biadolił Kapitan. – A nie zdajecie sobie sprawy z tego, jakie nieszczęście może się wydarzyć, jeśli one nie dotrą do naszych żołnierzy! Mogą wpaść w pułapkę wroga, a wtedy… – nie dokończył, tylko przejechał palcem po szyi.

Już chciałem pytać, o jakiego wroga chodzi, co to za meldunki – ale wtedy usłyszałem jęk Eryka. Z tego wszystkiego na moment zapomniałem, że przecież on też tu jest. Odwróciłem się do niego. Siedział na podłodze i robił wrażenie kompletnie zagubionego. Mogłem policzyć wszystkie piegi na jego kartoflowatym nosie. Widziałem nawet to, że w jednej dziurce ma gila. Jak to możliwe, że wydawał mi się teraz o wiele mniejszy? Ale to nie była jedyna dziwna rzecz. Powoli zaczynałem się orientować, że coś jeszcze jest nie w porządku. Bo Eryk, zwinny i szybki, wstał z podłogi bardzo niezdarnie. Zrobił krok i wyciągnął przed siebie ręce, zupełnie jakby… jakby…

– Ja nic nie widzę – jęknął. – Kompletnie oślepłem! Co tu się dzieje? Co ty mi, Kobra, zrobiłeś?!

A potem zaczął płakać. Już wcale nie przypominał tego odważnego Eryka, szefa wszystkich szefów, kapitana najlepszej drużyny i najsilniejszego chłopaka w klasie. Był smutnym biedakiem, któremu ktoś zrobił krzywdę. Doskonale umiałem sobie wyobrazić, co czuje, jednak wcale nie było mi go żal. No nareszcie. Teraz wie, jak to jest!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?