Pochwała cieniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jun’ichirō Ta­ni­za­ki

Po­chwa­ła cie­nia

wstęp i prze­kład Hen­ryk Lip­szyc

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2016

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Śla­dem pędz­la. Wstęp tłu­ma­cza

Au­tor tej nie­wiel­kiej ksią­żecz­ki z 1933 ro­ku to ol­brzym no­wo­żyt­nej ja­poń­skiej li­te­ra­tu­ry. Nie­zwy­kle sza­no­wa­ny w swo­im kra­ju, zna­ny jest z form po­wie­ścio­wych, mię­dzy in­ny­mi ta­kich, jak Nie­któ­rzy wo­lą po­krzy­wy (Ta­de kuu mu­shi), Ulot­ny most snów (Yume-no uki­ha­shi), Dzien­nik sza­lo­ne­go star­ca (Fūten rōjin nik­ki). Współ­pra­co­wał z cza­so­pi­sma­mi li­te­rac­ki­mi, pa­rał się kry­ty­ką li­te­rac­ką, a przez pe­wien czas rów­nież pi­sa­niem sce­na­riu­szy do fil­mów nie­mych, póź­niej tak­że dla udźwię­ko­wio­nych. Nie­któ­re je­go po­wie­ści do­cze­ka­ły się ekra­ni­za­cji. Waż­ne miej­sce w twór­czej ak­tyw­no­ści pi­sa­rza za­wsze zaj­mo­wa­ła ese­isty­ka.

Za swe­go dłu­gie­go ży­cia (uro­dził się w 1886, zmarł w 1965 ro­ku) Jun’ichirō Ta­ni­za­ki był świad­kiem i ko­men­ta­to­rem głę­bo­kich trans­for­ma­cji za­cho­dzą­cych we wszyst­kich nie­mal sfe­rach ży­cia spo­łecz­ne­go, po­li­tycz­ne­go, w kul­tu­rze i cy­wi­li­za­cji Ja­po­nii. W je­go twór­czo­ści, głów­nie w po­wie­ściach i opo­wia­da­niach, znaj­du­ją od­bi­cie echa owych prze­mian oraz to­wa­rzy­szą­cych im in­te­lek­tu­al­nych i ar­ty­stycz­nych dys­put. Jed­nym z te­ma­tów, wo­kół któ­rych to­czy­ły się owe dys­pu­ty in­spi­ru­ją­ce pi­sa­rzy, ar­ty­stów, in­te­lek­tu­ali­stów, by­ła kon­dy­cja war­to­ści ro­dzi­mych wo­bec za­cho­dzą­cych zmian mo­der­ni­za­cyj­nych.

Czy­ta­jąc po raz ko­lej­ny Po­chwa­łę cie­nia, mia­łem wra­że­nie, jak­bym słu­chał eru­dy­ty snu­ją­ce­go opo­wie­ści w gro­nie przy­ja­ciół ze­bra­nych przy czar­ce sa­ke. Gdy­by jed­nak za­kla­sy­fi­ko­wać tekst ja­ko hi­sto­rycz­no­li­te­rac­ki ga­tu­nek, na­le­ża­ło­by go uznać za po­pu­lar­ną od wie­ków w ja­poń­skiej li­te­ra­tu­rze for­mę swo­bod­nych za­pi­sków zwa­nych zu­ihit­su, do­słow­nie „za pędz­lem” al­bo „śla­dem pędz­la”. Po­dob­nie jak w Pró­bach Mon­ta­igne’a – ­je­śli moż­na użyć te­go po­rów­na­nia – nie ma w niej wy­raź­nej, z gó­ry usta­lo­nej kom­po­zy­cji, brak roz­wi­nię­cia, kul­mi­na­cji czy za­koń­cze­nia.

Za pre­kur­so­rów ga­tun­ku uwa­ża się Sei Shōnagon, da­mę dwo­ru z epo­ki He­ian (prze­łom X i XI wie­ku), au­tor­kę Ze­szy­tów spod wez­gło­wia (Ma­ku­ra-no sōshi) ukoń­czo­nych w 1002 ro­ku, Ka­mo-no Chōmei’a, po­etę i bud­dyj­skie­go mni­cha, au­to­ra m.in. Hōjō-ki (Za­pi­sków z sza­ła­su) z 1212 ro­ku, oraz Yoshi­dę Kenkō, któ­ry żył na prze­ło­mie XIII i XIV wie­ku, a któ­ry za­mie­nił prze­pych ce­sar­skie­go dwo­ru na kon­tem­pla­cyj­ny ży­wot bud­dyj­skie­go asce­ty. Po je­go śmier­ci ucznio­wie i przy­ja­cie­le ze­bra­li po­zo­sta­wio­ne przez mni­cha rę­ko­pi­sy i je wy­da­li. Spo­śród nich szcze­gól­ną, trwa­ją­cą do dziś po­pu­lar­no­ścią cie­szą się Tsu­re­zu­re­gu­sa (Za­pi­ski dla za­bi­cia cza­su), spi­sa­ne na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych XIV wie­ku.

Szcze­gól­ne miej­sce w twór­czo­ści Ta­ni­za­kie­go zaj­mu­je pra­ca nad prze­kła­dem na współ­cze­sny ję­zyk ja­poń­ski Gen­ji-mo­no­ga­ta­ri (Opo­wie­ści o księ­ciu Gen­ji) Mu­ra­sa­ki Shi­ki­bu, ar­cy­dzie­ła ja­poń­skiej li­te­ra­tu­ry dwor­skiej z po­cząt­ku XI wie­ku. Au­tor za­jął się tym tłu­ma­cze­niem pod ko­niec lat trzy­dzie­stych XX wie­ku, w okre­sie wzma­ga­ją­cych się na­stro­jów na­cjo­na­li­stycz­nych i dra­stycz­nych ogra­ni­czeń swo­bód oby­wa­tel­skich. Czy­nił to tak­że z my­ślą o przy­bli­że­niu te­go kla­sycz­ne­go dzie­ła po­ko­le­niu wcho­dzą­ce­mu w do­ro­słość w cza­sach, gdy gwał­tow­nie ma­la­ła zna­jo­mość kla­sycz­ne­go, li­te­rac­kie­go ję­zy­ka ja­poń­skie­go, znacz­nie róż­nią­ce­go się od uży­wa­ne­go współ­cze­śnie. Pra­ca nad prze­kła­dem za­ję­ła mu oko­ło trzech lat, a już po woj­nie kil­ka­krot­nie wpro­wa­dzał jesz­cze do nie­go ko­rek­ty, za­pew­ne z my­ślą o pre­cy­zyj­nym od­da­niu in­ten­cji au­tor­ki. Wie­lo­let­nie ob­co­wa­nie ze świa­tem od­ma­lo­wa­nym na stro­nach kla­sycz­nej epo­pei z pew­no­ścią na­tchnę­ło pi­sa­rza do re­flek­sji nad miej­scem ro­dzi­mej tra­dy­cji we współ­cze­snej, w szyb­kim tem­pie zmie­nia­ją­cej się Ja­po­nii. Dał im wy­raz w ni­niej­szym ese­ju, sku­pia­jąc się przede wszyst­kim na es­te­ty­ce, któ­ra zaj­mu­je w ja­poń­skiej kul­tu­rze klu­czo­we miej­sce. Nie ogra­ni­cza­jąc się wy­łącz­nie do świa­ta sztu­ki, po­słu­gi­wał się ana­li­zą es­te­tycz­ną ja­ko na­rzę­dziem do opi­sy­wa­nia ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści.

Róż­no­rod­ność te­ma­tów, któ­rym au­tor Po­chwa­ły cie­nia po­świę­ca swo­je roz­wa­ża­nia, jest im­po­nu­ją­ca. Je­go wy­obraź­nia, po­dą­ża­jąc za pędz­lem (je­śli pi­sał pędz­lem), wie­dzie go od opi­sów sta­re­go bu­dow­nic­twa do do­mostw pry­wat­nych i świą­tyn­nych bu­dow­li, by za­trzy­mać się na dłuż­szą chwi­lę i po­świę­cić uwa­gę gra­ni­czą­cą z za­chwy­tem przy­byt­ko­wi nie­odzow­ne­mu, a ja­koś po­mi­ja­ne­mu na ogół w li­te­rac­kich opi­sach, ja­kim jest ka­waya, czy­li tra­dy­cyj­na ja­poń­ska wy­gód­ka.

Je­że­li da­ło­by się jed­nak wska­zać par­tie tek­stu, któ­re moż­na uznać za cen­tral­ne, spla­ta­ją­ce na swój spo­sób po­zo­sta­łe czę­ści swo­bod­nie prze­le­wa­nej na pa­pier pro­zy, a w któ­rych au­tor wy­kła­da swo­je upodo­ba­nia, pre­fe­ren­cje, ba, swo­je es­te­tycz­ne cre­do, by­ły­by ni­mi frag­men­ty od­no­szą­ce się do świa­tła i do ty­tu­ło­we­go cie­nia, te, w któ­rych po­rów­nu­je, chwa­li lub ga­ni róż­ne ty­py i in­ten­syw­ność oświe­tle­nia, pięk­nie, ze zmy­sło­wą czu­ło­ścią opi­su­je wy­ro­by z la­ki i ne­fry­tu, w ist­nym hym­nie na cześć ja­poń­skie­go pa­pie­ru, w za­chwy­tach nad ta­len­tem i ko­stiu­ma­mi ak­to­rów kla­sycz­ne­go te­atru ja­poń­skie­go, wresz­cie nad uro­dą ja­poń­skiej ko­bie­ty i tra­dy­cyj­nych stro­jów. Co nie ozna­cza, że au­tor po­słu­gu­je się fra­ze­sem o „ta­jem­ni­czej, ja­poń­skiej wraż­li­wo­ści es­te­tycz­nej”. Wbrew te­mu, co, być mo­że, czy­ta­ją­cy te opi­sy mógł­by so­bie wy­obra­zić, Ta­ni­za­ki był czuj­nym, prze­ni­kli­wym, cho­dzą­cym twar­do po zie­mi, kry­tycz­nym ob­ser­wa­to­rem i ko­men­ta­to­rem za­cho­dzą­cych w Ja­po­nii zmian cy­wi­li­za­cyj­nych. Przed­mio­tem je­go tro­ski, ści­śle zwią­za­nej z głów­nym, ty­tu­ło­wym przed­mio­tem roz­pra­wy, był nie­zno­śny nad­miar świa­tła elek­trycz­ne­go to­wa­rzy­szą­cy gwał­tow­nej mo­der­ni­za­cji kra­ju. Ubo­le­wa nad tym, po­nie­waż jest to jaw­na sprzecz­ność z dzie­dzi­czo­nym od po­ko­leń upodo­ba­niem do pół­cie­nia. Sko­ro ra­ził go ów nad­miar już ty­le dzie­się­cio­le­ci te­mu, le­piej na­wet się nie do­my­ślać, ja­kim szo­kiem by­ło­by dla nie­go dzi­siaj oglą­da­nie spek­ta­klu w tra­dy­cyj­nym te­atrze ja­poń­skim, ze sce­ną rzę­si­ście oświe­tlo­ną re­flek­to­ra­mi za­miast cie­nio­wa­nych świa­teł, ręcz­nie re­gu­lo­wa­nych i ste­ro­wa­nych przez wy­szko­lo­ną eki­pę sce­nicz­nych asy­sten­tów. Za­prze­cza to sa­mej isto­cie te­go te­atru, dla któ­re­go kon­tur, pół­cień, od­cie­nie sza­ro­ści są tak waż­nym środ­kiem wy­ra­zu.

Po­ru­sza­ją­cy frag­ment pro­zy znaj­dzie Czy­tel­nik, zbli­ża­jąc się do koń­ca lek­tu­ry, kie­dy au­tor, z nie­ja­ką ko­kie­te­rią, opi­su­je udrę­ki sta­re­go czło­wie­ka, któ­re­mu wpro­wa­dza­ne wraz z mo­der­ni­za­cją udo­god­nie­nia miast uła­twiać ży­cie, do­dat­ko­wo je utrud­nia­ją. Przy tej oka­zji wy­ra­ża, już bez żar­tów, obu­rze­nie na wieść o tym, jak to lo­kal­ne wła­dze w imię „ulep­sza­nia” ko­mu­ni­ka­cji wy­da­ją ab­sur­dal­ne po­le­ce­nie wy­cię­cia po­ła­ci la­su i zni­we­lo­wa­nia gó­ry. Nic dziw­ne­go, że Ta­ni­za­ki jest dziś uwa­ża­ny za jed­ne­go z pre­kur­so­rów ru­chów eko­lo­gicz­nych.

Pi­sarz wie­lo­krot­nie w swo­im ży­ciu zmie­niał miej­sce za­miesz­ka­nia. Uro­dzo­ny w sta­rej, ple­bej­sko-rze­mieśl­ni­czej dziel­ni­cy To­kio, za­miesz­kał póź­niej nie­opo­dal, w nad­mor­skiej miej­sco­wo­ści uzdro­wi­sko­wej Ha­ko­ne. Po strasz­li­wym trzę­sie­niu zie­mi w 1923 ro­ku, któ­re spu­sto­szy­ło To­kio, Jo­ko­ha­mę i oko­li­ce, prze­niósł się do re­jo­nu Kan­sai, czy­li za­chod­niej Ja­po­nii (z głów­ny­mi mia­sta­mi Kio­to, Osa­ka, Ko­be). Tam zresz­tą rów­nież kil­ka­krot­nie się prze­pro­wa­dzał.

Prze­no­si­ny z re­jo­nu To­kio i Jo­ko­ha­my, gdzie spę­dził ak­tyw­ne la­ta mło­do­ści i wcze­snej do­ro­sło­ści i gdzie ob­ra­cał się w krę­gu ar­ty­stycz­nej cy­ga­ne­rii, w tym tak­że dość licz­nych śro­do­wisk ob­co­kra­jow­ców, do re­jo­nu za­chod­niej Ja­po­nii, wciąż peł­nej ży­wych śla­dów ro­dzi­me­go dzie­dzic­twa, ode­gra­ły istot­ną ro­lę w kształ­to­wa­niu je­go toż­sa­mo­ści kul­tu­ro­wej, wpły­wa­jąc na es­te­tycz­ne upodo­ba­nia. Jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że za­in­spi­ro­wa­ły pi­sa­rza do prze­la­nia na pa­pier prze­my­śleń nad isto­tą ja­poń­skiej es­te­ty­ki.

Moż­na by­ło­by od­nieść wra­że­nie, że au­to­ro­wi wy­ra­ża­ją­ce­mu w swo­ich tek­stach tak za­sad­ni­cze są­dy ob­ce by­ło upodo­ba­nie do żar­tów, aneg­dot. Z za­cho­wa­nych świa­dectw i re­la­cji prze­ka­za­nych przez współ­cze­snych wy­ni­ka jed­nak, że Ta­ni­za­ki był ob­da­rzo­ny zna­ko­mi­tym po­czu­ciem hu­mo­ru, lu­bił za­ba­wę, ro­man­se, wiódł we­so­łe ży­cie, miał upodo­ba­nie do fa­ce­cji. W ży­ciu nie za­wsze po­zo­sta­wał wier­ny za­sa­dom gło­szo­nym w ni­niej­szym ese­ju.

Wdo­wa po pi­sa­rzu opo­wia­da­ła, jak od­wie­dził ich kie­dyś cie­śla, któ­re­mu pi­sarz miał zle­cić bu­do­wę no­we­go do­mu. Rze­mieśl­nik, dum­ny z po­wie­rzo­ne­go za­da­nia, na­tych­miast po wej­ściu po­dzię­ko­wał za za­ufa­nie i za­pew­nił, że do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, jak ta­ki dom ma wy­glą­dać, bo czy­tał tekst mi­strza i – ma się ro­zu­mieć – zro­bi wszyst­ko tak, jak mistrz ra­czył to opi­sać. Na co pi­sarz miał się żach­nąć i sta­now­czo za­żą­dać, że­by dom zbu­do­wać ul­tra­no­wo­cze­śnie ko­niecz­nie z wszyst­ki­mi udo­god­nie­nia­mi, ja­sną ła­zien­ką, spraw­nym ogrze­wa­niem i elek­trycz­nym oświe­tle­niem.

 

Tu­ry­stom od­wie­dza­ją­cym Ja­po­nię, stu­den­tom, sty­pen­dy­stom, wszyst­kim za­in­te­re­so­wa­nym po­sta­cią pi­sa­rza, wnę­trzem jed­ne­go z do­mów, w któ­rych miesz­kał, pa­miąt­ka­mi, rę­ko­pi­sa­mi i pięk­nym ogro­dem war­to po­le­cić mu­zeum je­go imie­nia, któ­re znaj­du­je się w mie­ście Ashiya w pre­fek­tu­rze Hyōgo po­mię­dzy Ni­shi­no­miya i Ko­be, wła­śnie w re­jo­nie Kan­sai, gdzie au­tor spę­dził póź­niej­sze la­ta ży­cia. Szcze­gó­ły moż­na zna­leźć na stro­nie: http://www.ta­ni­za­ki­kan.com/hi­sto­ry­_sum.html.

Po­mi­mo przy­to­czo­nej wy­żej aneg­do­ty je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że au­tor Po­chwa­ły cie­nia, ese­ju wy­da­ne­go bli­sko sto lat te­mu, miał­by i dziś coś do po­wie­dze­nia o funk­cji ar­chi­tek­tu­ry, o war­to­ści prze­strze­ni pu­blicz­nej – kształ­tu­ją­cych na­szą wraż­li­wość es­te­tycz­ną.

Hen­ryk Lip­szyc

Po­chwa­ła cie­nia

Roz­ko­sze sta­re­go bu­dow­nic­twa1

Je­śli mi­ło­śnik sta­rej ar­chi­tek­tu­ry za­pra­gnie dzi­siaj wy­bu­do­wać so­bie praw­dzi­wie ja­poń­ski dom, mu­si roz­wi­nąć ca­łą swą po­my­sło­wość. Na­wet je­śli sa­mi nie ma­my do­świad­cze­nia w bu­do­wa­niu, prze­ko­nu­je­my się o tym za­wsze, kie­dy za­glą­da­my do her­ba­ciar­ni, za­jaz­du lub re­stau­ra­cji w tra­dy­cyj­nym sty­lu. Wi­dać tam, ile trze­ba wło­żyć wy­sił­ku po to, by ka­ble elek­trycz­ne, in­sta­la­cja ga­zo­wa al­bo ru­ry wo­do­cią­go­we nie kłó­ci­ły się z ja­poń­skim wnę­trzem. Nie mó­wię oczy­wi­ście o zde­kla­ro­wa­nym sa­mot­ni­ku – ten mo­że za­miesz­kać choć­by w sza­ła­sie na za­pa­dłej pro­win­cji, igno­ru­jąc do­bro­dziej­stwa na­uki i cy­wi­li­za­cji. Go­rzej, je­śli miesz­ka się w mie­ście z licz­ną ro­dzi­ną. Nie moż­na so­bie wów­czas po­zwo­lić na to, by wy­łącz­nie ze wzglę­du na przy­wią­za­nie do ja­poń­skie­go sty­lu wy­rzec się tak nie­zbęd­nych dzi­siaj udo­god­nień, jak ogrze­wa­nie, oświe­tle­nie czy urzą­dze­nia sa­ni­tar­ne. Za­go­rza­ły es­te­ta ama­tor bę­dzie się gło­wił, gdzie pod­łą­czyć apa­rat te­le­fo­nicz­ny, po­sta­ra się ukryć go dys­kret­nie na przy­kład za scho­da­mi pro­wa­dzą­cy­mi na pię­tro bądź w ja­kimś za­ka­mar­ku ko­ry­ta­rza, sło­wem tam, gdzie, jak mu się wy­da­je, bę­dzie naj­mniej ra­zić oko. Aby prze­wo­dy elek­trycz­ne nie bie­gły nad ogro­dem, pu­ści je pod zie­mią, kon­tak­ty elek­trycz­ne we­wnątrz po­miesz­czeń po­cho­wa we wnę­kach ścien­nych al­bo w nie­du­żych szaf­kach przy­po­dło­go­wych2, a ka­ble po­pro­wa­dzi za pa­ra­wa­nem. Nie­ste­ty, mi­mo tych wszyst­kich za­bie­gów, efekt czę­sto wy­da­je się sztucz­ny i ra­zi prze­sa­dą. Tak bar­dzo przy­wy­kli­śmy już do elek­trycz­ne­go oświe­tle­nia, że go­ła ża­rów­ka, osło­nię­ta po­wszech­nie dziś uży­wa­nym pła­skim klo­szem z bia­łe­go, ma­to­we­go szkła, jest dla nas na­tu­ral­niej­szym i mil­szym roz­wią­za­niem niż ża­ło­sne pró­by ka­mu­fla­żu. Kie­dy wie­czo­rem pa­trzy­my z okna ja­dą­ce­go po­cią­gu na wio­skę i wi­dzi­my, jak od chat krytych strze­chą są­czy się przez wy­kle­jo­ne pa­pie­rem ścian­ki shōji sa­mot­ne, przy­mglo­ne świa­tło ża­rów­ki ukry­tej pod nie­mod­nym klo­szem, ma­my wra­że­nie, że je­ste­śmy świad­ka­mi wy­ra­fi­no­wa­ne­go spek­ta­klu.

Na­to­miast elek­trycz­ne­go wen­ty­la­to­ra, z je­go nie­zno­śnym szu­mem i to­por­nym kształ­tem, do tej po­ry nie uda­ło się do­sto­so­wać do ja­poń­skie­go wnę­trza. W zwy­czaj­nym do­mo­stwie moż­na spo­koj­nie obejść się bez nie­go, chy­ba że ma­my na to ocho­tę. Ale je­śli tak się skła­da, że dom ży­je z han­dlu al­bo usług, że klien­tów trze­ba przyj­mo­wać rów­nież la­tem, go­spo­darz nie mo­że fol­gu­jąc swo­im ka­pry­som na­ra­żać ich na nie­do­god­no­ści. Mam przy­ja­cie­la, wła­ści­cie­la za­jaz­du z chiń­ską re­stau­ra­cją o na­zwie Ka­ira­ku­en, któ­ry jest wy­bred­nym ko­ne­se­rem w spra­wach wy­stro­ju wnętrz. Nie zno­si wen­ty­la­to­rów i dłuż­szy czas bro­nił się przed ni­mi, ale wo­bec skarg, któ­re każ­de­go la­ta zgła­sza­li go­ście, w koń­cu ustą­pił i ka­zał je za­in­sta­lo­wać.

Opo­wia­dam tu o in­nych, ale i mnie przy­tra­fi­ło się coś po­dob­ne­go, kie­dy na­kła­dem wiel­kich środ­ków bu­do­wa­łem pa­rę lat te­mu dom. Przej­mo­wa­łem się naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi bu­dow­la­ny­mi, każ­dym ele­men­tem wy­po­sa­że­nia i sta­le na­po­ty­ka­łem ja­kąś trud­ność. Na przy­kład prze­su­wa­ne ścian­ki shōji. Z es­te­tycz­nych wzglę­dów za­le­ża­ło mi na tym, by obejść się bez szkła, ale gdy­bym upar­cie ob­sta­wał przy sa­mym pa­pie­rze, miał­bym pro­blem z oświe­tle­niem i za­bez­pie­cze­niem do­mu. Osta­tecz­nie, nie bez wa­hań, zde­cy­do­wa­łem się od środ­ka wy­kle­ić ścian­ki pa­pie­rem, a od ze­wnątrz wsta­wić szkla­ne szyb­ki. Wy­ma­ga­ło to za­sto­so­wa­nia po­dwój­nej ra­my, co wy­dat­nie pod­nio­sło kosz­ty, a efekt, mi­mo wszyst­kich sta­rań, wca­le mnie nie cie­szył. Z ze­wnątrz wy­glą­da­ło to jak zwy­czaj­na oszklo­na ścian­ka, ale we­wnątrz, z po­wo­du wsta­wio­nej z prze­ciw­nej stro­ny szkla­nej szy­by, świa­tło nie mia­ło tej ob­łej mięk­ko­ści, ja­ką da­je praw­dzi­we pa­pie­ro­we shōji. Te­raz ża­łu­ję – mo­głem od po­cząt­ku zde­cy­do­wać się na prze­szklo­ne ścian­ki i by­ło­by po kło­po­cie. Mu­sia­łem wi­docz­nie do­stać na­ucz­kę: śmie­je­my się z in­nych, a sa­mi przy­zna­je­my się do błę­du do­pie­ro gdy wy­pró­bu­je­my wszyst­ko, co moż­li­we.

Po­ja­wia­ją się od pew­ne­go cza­su w sprze­da­ży róż­ne­go ro­dza­ju lam­py, do­sto­so­wa­ne do wy­stro­ju ja­poń­skich do­mów, na przy­kład wzo­ro­wa­ne na sta­rych lam­pach pod­ło­go­wych, w kształ­cie lam­pio­nów, za­wie­sza­ne u su­fi­tu pa­pie­ro­we wie­lo­ścia­ny al­bo świecz­ni­ki. Nie prze­pa­dam za ni­mi, więc wo­la­łem sam wy­szpe­rać w skle­pach ze sta­ro­cia­mi a to sta­rą lam­pę naf­to­wą, a to noc­ną lam­pę w kształ­cie la­ta­ren­ki, bądź ta­ką, ja­ką sta­wia się u wez­gło­wia, na­stęp­nie wkrę­cić ża­rów­kę i prze­ro­bić na lam­pę elek­trycz­ną.

Ale naj­wię­cej zgry­zot przy­spo­rzy­ło mi ogrze­wa­nie. Za­cznij­my od te­go, że nie ist­nie­je piec, któ­ry wy­glą­dał­by ład­nie w ja­poń­skim po­ko­ju. Co gor­sza, pie­ce ga­zo­we okrop­nie szu­mią, a je­śli nie za­dba­my jesz­cze o ko­min, ból gło­wy go­to­wy. Pie­ce elek­trycz­ne, po­noć ide­al­ne pod tym wzglę­dem, wy­glą­da­ją rów­nie szpet­nie. Ja­kimś roz­wią­za­niem by­ło­by ukry­cie w szaf­kach przy­po­dło­go­wych na­grzew­nic, ja­kich się uży­wa w wa­go­nach tram­wa­jo­wych, ale prze­cież bez ży­we­go, czer­wo­ne­go ognia w pa­le­ni­sku nie ma mo­wy o na­stro­ju praw­dzi­wej zi­my i to­wa­rzy­szą­cej mu at­mos­fe­rze ro­dzin­ne­go ogni­ska. Osta­tecz­nie wy­my­śli­łem i ka­za­łem zbu­do­wać du­że, wpusz­cza­ne w pod­ło­gę pa­le­ni­sko zna­ne z wiej­skich do­mów, a do środ­ka wsta­wi­łem grzej­nik elek­trycz­ny. Nada­wał się do pod­grze­wa­nia wo­dy na her­ba­tę, a jed­no­cze­śnie ogrze­wał po­kój. Po­mi­nąw­szy wy­so­ki koszt, pod wzglę­dem wy­glą­du za­li­czam to ra­czej do mo­ich suk­ce­sów.

Kie­dy, le­piej czy go­rzej, po­ra­dzi­łem so­bie w koń­cu z ogrze­wa­niem, wy­pły­nął ko­lej­ny pro­blem – łaź­ni i ubi­ka­cji. Mój przy­ja­ciel, wła­ści­ciel Ka­ira­ku­en, któ­ry wzdra­gał się przed wy­ło­że­niem ka­fel­ka­mi po­wierzch­ni wo­kół ba­se­nu z go­rą­cą wo­dą i umy­wa­lek, ca­łą łaź­nię dla go­ści w swo­im za­jeź­dzie ka­zał wy­koń­czyć w drew­nie. Ka­fel­ki, je­śli cho­dzi o kosz­ty lub wzglę­dy prak­tycz­ne, są oczy­wi­ście nie­zrów­na­ne. Kie­dy jed­nak su­fit, fi­la­ry i ścia­ny wy­ko­na­ne są w ca­ło­ści z wy­so­kiej ja­ko­ści ja­poń­skie­go bu­dul­ca, a je­den tyl­ko frag­ment po­wierzch­ni po­kry­je się lśnią­cy­mi ka­fel­ka­mi, cier­pi na tym uro­da ca­łe­go po­miesz­cze­nia. Tuż po ukoń­cze­niu bu­do­wy, kie­dy wszyst­ko jest jesz­cze no­we, nie wy­glą­da to naj­go­rzej, ale kie­dy, z upły­wem cza­su, wy­ło­żo­ne de­ska­mi ścian­ki i fi­la­ry uka­żą cu­dow­ną fak­tu­rę drew­na, nie­zno­śny po­łysk bia­łych po­wierzch­ni wy­ło­żo­nych ka­fel­ka­mi bę­dzie tak pa­so­wał do resz­ty, jak, nie przy­mie­rza­jąc, przy­sło­wio­wy bam­bus do drew­na. Je­śli w przy­pad­ku łaź­ni moż­na jesz­cze do pew­ne­go stop­nia po­świę­cić wzglę­dy prak­tycz­ne w imię es­te­tycz­nych upodo­bań, to­a­le­ta po­wo­du­je pro­ble­my znacz­nie trud­niej­sze.

Świą­ty­nie Kio­to i Na­ry

Hymn na cześć ja­poń­skie­go wy­chod­ka

Ile­kroć w któ­rejś ze świą­tyń Kio­to lub Na­ry wska­zu­ją mi dro­gę do sta­ro­świec­kie­go wy­chod­ka ka­waya, sła­bo oświe­tlo­ne­go i, co waż­ne, utrzy­ma­ne­go w nie­na­gan­nej czy­sto­ści, od­czu­wam głę­bo­ką wdzięcz­ność dla do­bro­dziejstw ja­poń­skiej ar­chi­tek­tu­ry. Po­kój dzien­ny cha­no­ma rów­nież ma swo­je uro­ki, ale ja­poń­ski wy­cho­dek zo­stał wprost stwo­rzo­ny z my­ślą o za­pew­nie­niu du­cho­we­go od­prę­że­nia. Jest za­wsze od­da­lo­ny od głów­ne­go bu­dyn­ku, z któ­rym łą­czy go przy­kry­ty od­dziel­nym za­da­sze­niem pie­szy ciąg. Stoi zwy­kle w za­drze­wio­nym ką­cie ogro­du, do­kąd do­la­tu­je świe­ży za­pach li­ści i mchu. Nie da się wprost opi­sać uczu­cia, ja­kie nam to­wa­rzy­szy, kie­dy przy­kuc­nię­ci w pół­mro­ku, pa­trzy­my na ogród lub po­grą­ża­my się w za­du­mie, a co ja­kiś czas od stro­ny shōji pły­ną re­flek­sy bla­de­go świa­tła. Mistrz Sōseki3 trak­to­wał po­ran­ne wę­drów­ki do to­a­le­ty ja­ko jed­ną ze swo­ich przy­jem­no­ści i po­dob­no na­zy­wał je „fi­zjo­lo­gicz­ną roz­ko­szą”. I do­praw­dy nie ma chy­ba dru­gie­go ta­kie­go miej­sca, któ­re do­star­cza ty­le przy­jem­no­ści co ja­poń­ska ubi­ka­cja. Oto­cze­ni tchną­cy­mi spo­ko­jem de­ska­mi ścian i drew­nem o ład­nie po­sta­rza­łej fak­tu­rze, mo­że­my po­dzi­wiać bar­wę nie­ba i zie­lo­ne li­ście drzew.

Mu­szą wszak­że, jak wspo­mnia­łem, być bez­względ­nie speł­nio­ne pew­ne wa­run­ki: od­po­wied­ni sto­pień pół­mro­ku, ab­so­lut­na czy­stość i ci­sza tak głę­bo­ka, że­by da­ło się sły­szeć brzę­cze­nie ko­ma­ra. Lu­bię stam­tąd słu­chać od­gło­su mięk­ko pa­da­ją­cych kro­pel desz­czu. Do­ty­czy to zwłasz­cza przy­byt­ków w re­gio­nie Kantō, gdzie ma­ją one jesz­cze do­dat­ko­wo ma­łe, po­dłuż­ne otwo­ry, wy­kro­jo­ne na po­zio­mie pod­ło­gi. Po­zwa­la­ją one wsłu­chi­wać się w dźwięk kro­pel, któ­re spa­da­jąc z oka­pu al­bo li­ści, ob­my­wa­ją pod­sta­wę ka­mien­nych la­tar­ni, zwil­ża­ją mech po­ra­sta­ją­cy ka­mien­ny chod­nik w ogro­dzie i wsią­ka­ją na ko­niec w zie­mię. Do­praw­dy wy­cho­dek to wy­ma­rzo­ne miej­sce do słu­cha­nia brzę­cze­nia owa­dów i śpie­wu pta­ków; świet­nie się też na­da­je do po­dzi­wia­nia po­świa­ty księ­ży­ca al­bo sma­ko­wa­nia mo­no-no awa­re4 o każ­dej po­rze ro­ku. To tu, jak przy­pusz­czam, po­ko­le­nia po­etów ha­iku znaj­do­wa­ły nie­zli­czo­ne te­ma­ty do swo­ich wier­szy. Nie po­peł­ni­my błę­du, je­śli po­śród licz­nych wy­two­rów ja­poń­skiej ar­chi­tek­tu­ry uzna­my ka­waya za naj­lep­szy wy­raz fūryū5. Na­si przod­ko­wie, któ­rzy uwiel­bia­li za­mie­niać w po­ezję wszyst­ko, co ich ota­cza­ło, prze­kształ­ci­li miej­sce naj­bar­dziej, zda­wa­ło­by się, nie­czy­ste w do­mu w miej­sce nie­do­ści­głej ele­gan­cji, któ­re dzię­ki bez­po­śred­niej bli­sko­ści przy­ro­dy prze­no­si nas w świat mi­łych sko­ja­rzeń zwią­za­nych z kon­tem­plo­wa­niem pięk­na przy­ro­dy ka-chō-fū-get­su6. W po­rów­na­niu ze sto­sun­kiem lu­dzi Za­cho­du, któ­rzy uzna­li to miej­sce za z grun­tu nie­czy­ste, nie­sto­sow­ne, by na­wet wspo­mi­nać o nim pu­blicz­nie, ileż roz­sąd­niej­sze i w lep­szym gu­ście wy­da­je się na­sze hoł­do­wa­nie ide­ało­wi fūga7. Ma też na­sza ubi­ka­cja wa­dy. Z pew­no­ścią od­wie­dza­nie jej no­cą do wy­gód nie za­li­czy­my ze wzglę­du na od­le­głość, a zi­mą, co gor­sza, po­ja­wia się jesz­cze oba­wa prze­zię­bie­nia. Jak po­wia­da jed­nak Saitō Ry­okuu8 – „pięk­ne jest zim­ne”, i do­brze wpły­wa na na­sze sa­mo­po­czu­cie fakt, że jest tam rów­nie chłod­no jak na dwo­rze. Prze­grza­ne, dusz­ne po­wie­trze w ho­te­lo­wych to­a­le­tach w za­chod­nim sty­lu jest nie do znie­sie­nia.

Każ­dy mi­ło­śnik tra­dy­cyj­ne­go bu­dow­nic­twa po­twier­dzi, że wy­cho­dek w sty­lu ja­poń­skim to do­sko­na­łość. Mi­mo ich nie­za­prze­czal­nych wa­lo­rów zde­cy­do­wa­nie trud­niej jed­nak jest dbać o czy­stość w tych przy­byt­kach na te­re­nie zwy­kłych do­mostw, niż kie­dy po­ło­żo­ne są w prze­stron­nych wnę­trzach świą­tyn­nych, gdzie prze­by­wa sto­sun­ko­wo nie­wie­le osób i wszy­scy mo­gą uczest­ni­czyć w sprzą­ta­niu. Choć­by­śmy się przy­kła­da­li ze wszyst­kich sił, skru­pu­lat­nie szo­ro­wa­li i wy­cie­ra­li szma­tą, za­wsze zo­sta­nie ja­kiś ślad bru­du, zwłasz­cza na drew­nia­nych pod­ło­gach i ma­tach. W koń­cu oka­zu­je się, że i tu­taj by­ło­by znacz­nie hi­gie­nicz­niej i prak­tycz­niej, gdy­by wszyst­ko, co tyl­ko moż­na, wy­ło­żyć ka­fel­ka­mi i za­in­sta­lo­wać urzą­dze­nie do spusz­cza­nia wo­dy z mi­ską klo­ze­to­wą. Ty­le że wów­czas mu­sie­li­by­śmy cał­ko­wi­cie za­po­mnieć o ide­ałach fūga i ka-chō-fū-get­su. Ośle­pie­ni ja­skra­wym świa­tłem, oto­cze­ni bia­ły­mi nie do znie­sie­nia ścia­na­mi, mie­li­by­śmy trud­no­ści w osią­gnię­ciu na­stro­ju bło­go­ści, upa­ja­niu się „fi­zjo­lo­gicz­ną roz­ko­szą”, o któ­rej mó­wił Mistrz Sōseki. Wszę­dzie, na­wet w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach, bę­dzie z pew­no­ścią bia­ło i ste­ryl­nie czy­sto, za­sta­na­wiam się jed­nak, czy trze­ba aż tak bar­dzo eks­po­no­wać miej­sce, w któ­rym po­zo­sta­wia­my to, co wy­do­sta­je się z na­sze­go cia­ła. Jak nie przy­stoi, aby ko­bie­ta o naj­biel­szej na­wet płci ob­na­ża­ła pu­blicz­nie po­ślad­ki al­bo od­sła­nia­ła sto­py, tak sa­mo nie jest w do­brym to­nie osten­ta­cyj­ne uka­zy­wa­nie in­tym­nych miejsc w peł­nym bla­sku. Czy­stość te­go, co od­sło­nię­te, kie­ru­je je­dy­nie na­sze za­in­te­re­so­wa­nie ku te­mu, co nie­wi­docz­ne. Le­piej, że­by ta­kie miej­sca osła­nia­ła przy­ćmio­na po­świa­ta, że­by gra­ni­ca mię­dzy tym, co czy­ste, a tym, co nie­czy­ste, po­zo­sta­wa­ła za­tar­ta.

 

Chciał­bym wró­cić do do­świad­czeń z okre­su, kie­dy bu­do­wa­łem dom; wpraw­dzie za­ło­ży­łem wów­czas no­wo­cze­sne in­sta­la­cje sa­ni­tar­ne, ale zde­cy­do­wa­łem obejść się bez ka­fel­ków i z my­ślą o stwo­rze­niu od­po­wied­niej at­mos­fe­ry ka­za­łem ca­łą pod­ło­gę wy­ło­żyć drew­nem kam­fo­ro­wym. I zno­wu cze­kał mnie kło­pot – se­des. Rzecz w tym, że, jak wia­do­mo, spłu­ki­wa­ne to­a­le­ty wy­ko­na­ne są ze śnież­no­bia­łej por­ce­la­ny i wy­koń­czo­ne de­ta­la­mi z chro­mo­wa­ne­go me­ta­lu. Gdy­bym mógł po­fol­go­wać swo­im upodo­ba­niom, zde­cy­do­wał­bym się na drew­no i to za­rów­no w przy­pad­ku urzą­dze­nia prze­zna­czo­ne­go dla męż­czyzn, jak i dla ko­biet. Ta­kie drew­no naj­pięk­niej wy­glą­da, kie­dy jest po­kry­te war­stwa­mi gład­kiej la­ki bar­wy wo­sku, ale na­wet su­ro­we, nie­la­kie­ro­wa­ne drew­no, z któ­re­go czas wy­do­by­wa czerń i szla­chet­ną fak­tu­rę, tak­że ma zdu­mie­wa­ją­co ko­ją­ce dzia­ła­nie. Mu­szę po­wie­dzieć, że wspa­nia­łym osią­gnię­ciem w tej dzie­dzi­nie jest kwiat po­wo­ju, kie­li­cho­wa­ty pi­su­ar z drew­na. Jest nie tyl­ko przy­jem­ny dla oka, ale dzię­ki te­mu, że wy­ło­żo­ny jest świe­ży­mi ce­dro­wy­mi ga­łąz­ka­mi, tłu­mi na­wet naj­cich­szy dźwięk. Na ta­ki luk­sus nie mo­głem so­bie jed­nak po­zwo­lić, więc po­my­śla­łem, że za­do­wo­lę się czymś skrom­niej­szym. Ka­żę naj­pierw wy­ko­nać urzą­dze­nie we­dle wła­sne­go po­my­słu, a na­stęp­nie tak je prze­ro­bię, aby moż­na by­ło pod­łą­czyć me­cha­nizm do spłu­ki­wa­nia. To mi się jed­nak nie uda­ło i z po­my­słu mu­sia­łem zre­zy­gno­wać, po­nie­waż ta­kie spe­cjal­ne za­mó­wie­nie by­ło­by zbyt kosz­tow­ne i pra­co­chłon­ne.

Choć, oczy­wi­ście, nie mam nic prze­ciw­ko zdo­by­czom cy­wi­li­za­cji, jak świa­tło elek­trycz­ne, ogrze­wa­nie czy to­a­le­ty, z ża­lem zda­łem so­bie wów­czas spra­wę, że nie po­tra­fi­my ich uspraw­nić w tro­sce o nasz wła­sny smak i zwy­cza­je.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?