20 000 mil podmorskiej żeglugi. Tom 2

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział I. Ocean Indyjski

Rozdział II. Nowa propozycja kapitana Nemo

Rozdział III. Perła warta dziesięć milionów

Rozdział IV. Morze Czerwone

Rozdział V. Tunel Arabski

Rozdział VI. Archipelag Grecki

Rozdział VII. Przez Morze Śródziemne w czterdzieści osiem godzin

Rozdział VIII. Zatoka Vigo

Rozdział IX. Zaginiony kontynent

Rozdział X. Podmorskie kopalnie

Rozdział XI. Morze Sargassowe

Rozdział XII. Kaszaloty i wieloryby

Rozdział XIII. Ławica lodowa

Rozdział XIV. Biegun południowy

Rozdział XV. Poważny wypadek czy drobny incydent?

Rozdział XVI. Brak powietrza

Rozdział XVII. Od przylądka Horn do Amazonki

Rozdział XVIII. Ośmiornice

Rozdział XIX. Golfsztrom

Rozdział XX. Na 47°24’ szerokości i 17°28’ długości geograficznej

Rozdział XXI. Hekatomba

Rozdział XXII. Ostatnie słowa kapitana Nemo

Zakończenie

Przypisy

Tytuł oryginału: Vingt Mille Lieues sous les mers

Tłumaczenie: Agnieszka Włoczewska

Konsultacja i przypisy: Andrzej Zydorczak

Ilustracje (ze zbiorów Andrzeja Zydorczaka): Alphonse de Neuville i Édouard Riou

Redaktor prowadzące: Marzena Kwietniewska-Talarczyk, Joanna Liszewska

Redakcja: Katarzyna Kierejsza

Korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk, Marta Krzemińska

Opracowanie graficzne okładki na podstawie projektu Dagmary Grabskiej: Michalina Paczyńska

Skład: Stefan Łaskawiec, Studio 3 Kolory

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Warszawa 2019

All rights reserved

Wydanie I

ISBN 978-83-8154-463-4

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa

tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Część druga

Rozdział I

Ocean Indyjski

Tu zaczyna się druga część opowieści o podmorskiej podróży. Pierwsza skończyła się wzruszającą sceną na koralowym cmentarzu, która głęboko zapadła mi w pamięć. Zatem tu, w głębinach oceanów, kapitan Nemo wiódł swe życie. Wszystko zostało obmyślone i zaplanowane, nawet ów podwodny cmentarz w najskrytszym zakątku oceanu, gdzie żaden potwór nie przypłynie zakłócić ostatniego snu mieszkańców „Nautilusa”, tych przyjaciół skazanych na siebie tak za życia, jak i po śmierci! Tam będą bezpieczni – „nawet od ludzi!” – dodał kapitan.

Wciąż ta nieufność, dzika, niewzruszona, wobec społeczeństw ludzkich!

Co do mnie, to w przeciwieństwie do Conseila nie zadowalałem się już hipotezami. Mój poczciwy pomocnik twierdził, że kapitan „Nautilusa” musi być jednym z tych nieuznanych przez świat naukowców, którzy gardzą ludźmi dlatego, że ci nie okazują im najmniejszego zainteresowania. Uważał kapitana za odtrąconego geniusza zniechęconego rozczarowaniami ziemskiego życia, który schronił się w niedostępnym środowisku, gdzie może swobodnie działać. Moim zdaniem hipotezy te tłumaczyły tylko jedną stronę charakteru kapitana Nemo.

Ostatnie wydarzenia pchnęły moje rozmyślania na nowe tory. A zaczęło się oczywiście od tajemnicy poprzedniej nocy, kiedy to zostaliśmy uwięzieni w celi i w okowach snu. Wcześniej kapitan nie pozwolił, bym obserwował morze – wyrwał mi z rąk lunetę. Dalej była ta śmiertelna rana jednego z członków załogi, wywołana niewytłumaczonym wstrząsem „Nautilusa”. Nie! Moim zdaniem kapitan Nemo nie ograniczał się do unikania ludzi! Jego wspaniała maszyna nie służyła wyłącznie zaspokojeniu potrzeby wolności. Być może była narzędziem jakiejś straszliwej zemsty.

W tej chwili nic nie wydawało mi się oczywiste. W ciemnościach dostrzegałem jedynie nikłe światełka, musiałem więc ograniczyć się do pisania, by tak rzec, pod dyktando wydarzeń.

Poza tym nic nas nie łączyło z kapitanem Nemo. On doskonale wiedział, że nie można uciec z „Nautilusa”. Nie byliśmy nawet zobowiązani żadnym przyrzeczeniem, nie wiązało nas żadne słowo honoru. Byliśmy po prostu pojmanymi, więźniami kurtuazyjnie określanymi mianem gości. W każdym razie Ned Land nie stracił nadziei na odzyskanie wolności. Wydawało się pewne, że skorzysta z pierwszej danej przez los okazji, by uciec. Zamierzałem pójść w jego ślady. Jednak czułem, że nie bez żalu porzucę to wszystko, co hojność kapitana dała nam poznać i z przykrością opuszczę „Nautilusa”! Bo w końcu czy należało nienawidzić tego człowieka, czy podziwiać go? Czy był on ofiarą, czy katem? A ponadto, szczerze powiedziawszy, zanim na zawsze się z nim pożegnam, to chciałem dopełnić tego rejsu dookoła podwodnego świata, który rozpoczął się w tak niezwykły sposób. Chciałem zobaczyć wszystkie cuda zebrane pod powierzchnią mórz kuli ziemskiej. Chciałem zobaczyć to, czego żaden człowiek jeszcze nie oglądał. Być może przypłacę życiem ów nienasycony głód wiedzy! Ale cóż zdołałem dotąd odkryć? Nic lub prawie nic. Przepłynęliśmy bowiem jedynie sześć tysięcy mil francuskich po wodach Pacyfiku!

Wiedziałem jednak, że „Nautilus” podpływa do zamieszkanych ziem. Gdyby pojawiła się najmniejsza choćby szansa ucieczki, to czy wolno by mi było poświęcić życie mych towarzyszy dla pasji odkrywania nieznanego? Trzeba będzie iść za nimi, a być może nawet i poprowadzić ich. Jednak czy okazja ucieczki może nam się nadarzyć? Człowiek siłą pozbawiony wolności łaknie jej bardziej niż czegokolwiek innego. Jednak był we mnie także i naukowiec, człowiek ciekawy odkryć, który aż tak za tą wolnością nie tęsknił.

Tamtego dnia, 21 stycznia 1868 roku, zastępca kapitana wyszedł dokonać pomiarów wysokości słońca nad horyzontem. Ja także wyszedłem na platformę, zapaliłem cygaro i przyglądałem się całej operacji. Wydawało mi się oczywiste, że człowiek ten nie rozumie francuskiego, kilka razy bowiem wypowiedziałem na głos pewne uwagi, które powinny go sprowokować do jakiejś reakcji, gdyby rozumiał, co mówię. On jednak pozostał milczący i niewzruszony.

Zastępca prowadził obserwacje za pomocą sekstantu, gdy tymczasem na platformie pojawił się inny członek załogi „Nautilusa”, ów dziarski mężczyzna, który towarzyszył nam podczas pierwszej podwodnej wyprawy do wyspy Crespo. Podszedł do reflektora i zaczął czyścić jego szybki. Przyjrzałem się więc, jak przyrząd ten zbudowano. Natężenie jego światła zwiększono stukrotnie dzięki pierścieniom soczewek umieszczonym tak jak w latarniach morskich, co pozwalało odpowiednio nakierowywać światło. Lampa elektryczna została ustawiona tak, by dało się wykorzystać całą jej świetlną moc. Jej światło powstawało w próżni i przez to było zarówno jednolite, ciągłe, jak i wyjątkowo intensywne. Próżnia ta pozwalała także zaoszczędzić na grafitowych biegunach, między którymi powstawał łuk świetlny. Dla kapitana Nemo oszczędność ta miała zasadnicze znaczenie, bo nie mógłby łatwo zdobyć grafitu pod wodą. Jednak w tych okolicznościach ich zużywanie się było bardzo niewielkie.

Zszedłem do salonu, gdyż „Nautilus” przygotowywał się do zanurzenia. Klapy zamknięto. Obrano kierunek na zachód.

Przepływaliśmy pod wodami Oceanu Indyjskiego, wielkiej płynnej równiny liczącej pięćset pięćdziesiąt milionów hektarów, którego wody są tak przezroczyste, że patrząc w głębiny, doznaje się zawrotów głowy. „Nautilus” płynął na głębokości od stu do dwustu metrów. Trwało to przez kilka dni. Ja jestem prawdziwym entuzjastą morza, jednak dla każdego, kto mniej lubi ten żywioł, podróż wydałaby się monotonna, godziny zaś ciągnęłyby się w nieskończoność. Co do mnie jednak, to cały mój czas był wypełniony co do minuty. Dzień zaczynałem od ożywczego spaceru po platformie, gdzie mogłem odetchnąć świeżym, oceanicznym powietrzem. Później przez szyby salonu oglądałem wspaniały spektakl, jaki rozgrywał się nieustannie w bogatych wodach. Następnie nadchodził czas lektury, a do swej dyspozycji miałem całą bibliotekę. Wreszcie spisywałem wspomnienia. Wszystko to zajmowało cały mój czas, więc nie czułem znużenia ani zniechęcenia.

 

Cieszyliśmy się wspaniałym zdrowiem i samopoczuciem. Dieta na statku bardzo nam odpowiadała i co do mnie, to doskonale obyłbym się bez dań mięsnych, które Ned Land chętnie kosztował, protestując przeciw potrawom postnym. Poza tym w otoczeniu o stałej temperaturze nie musieliśmy obawiać się nawet kataru. Zresztą ów koral Dendrophyllia, znany w Prowansji pod nazwą „kopru morskiego”[1], którego zapasy przechowywano na statku, mógłby stanowić doskonały, rozpływający się w ustach lek przeciwko kaszlowi.

Przez kolejne dni mogliśmy podziwiać wielkie stada wodnych ptaków, płetwonogie, mewy większe i mniejsze. Kilka z nich zostało zręcznie ustrzelonych, a przygotowane w pewien sposób dostarczyły wcale niezłego mięsa. Wśród wspaniałych żaglowców[2] pokonujących wielkie odległości i siadających na falach, by nieco odpocząć, zauważyłem dostojne albatrosy o krzykliwym głosie przypominającym ryk osła. Ptaki te należą do rodziny długoskrzydłych. Natomiast rodzinę wiosłonogich reprezentowały chyże fregaty, zręcznie łowiące ryby tuż spod powierzchni wody, oraz liczne faetony żółtodziobe. Widziałem wśród nich też faetony czerwonosterne[3], wielkości gołębia, o białych piórach z różowymi tonami podkreślającymi czerń skrzydeł.

Z sieci „Nautilusa” wyciągano różne żółwie morskie z rodzaju Caretta. Widziałem wśród nich żółwie o wypukłej skorupie, która jest bardzo pożądanym towarem osiągającym wysokie ceny. Te gady nurkują z dużą łatwością i mogą przebywać pod wodą, zamykając mięsistą klapę przy zewnętrznym otworze kanału nosowego. Niektóre ze schwytanych żółwi spały jeszcze, gdy je wyciągano. Czuły się pewnie zabezpieczone przed atakami morskich stworzeń. Ich mięso nie smakowało mi zbytnio, za to ich jaja uważam za wyśmienite.

Co do ryb, to niezmiennie budziły nasz podziw, gdy oglądaliśmy je przez przeszklone ściany salonu, mogąc śledzić ich sekretne podmorskie życie. Mogłem również obserwować te gatunki, których nie dane mi było wcześniej poznać.

Muszę tu zwłaszcza wspomnieć o kosterowatych żyjących w Morzu Czerwonym, w morzach Indii oraz w tej części Oceanu Atlantyckiego, która obmywa równikowe wybrzeża Ameryki. Ryby te, podobnie jak żółwie, jeżowce, pancerniki i skorupiaki, chroni pancerz, który nie jest ani wapienny, ani kamienny, lecz kostny. Niekiedy przybiera on formę trójkątnej bryły, czasem zaś czworokątnej. Wśród koster trójrogich zauważyłem osobniki mierzące pół decymetra. Ich mięso jest zdrowe i smakuje wybornie. Przy ogonie są koloru brązowego, przy płetwach – żółtego. Bardzo chciałbym, aby sprowadzono je i zaaklimatyzowano w wodach słodkich. Wiadomo przecież, że niektóre ryby morskie z łatwością adaptują się do środowiska słodkowodnego. Chciałbym także wspomnieć tu o kosterach czterorogich, które mają na plecach cztery wielkie wypustki; o kosterach cętkowanych, nakrapianych na brzuchu białymi plamkami, które dają się oswajać niczym ptaki; o kosterach rogatych posiadających kolce będące przedłużeniem kościstej skorupy, które wydają charakterystyczny odgłos chrząkania, za sprawą czego nazwano je „świniami morskimi”; oraz o „dromaderach” o grubych garbach w formie stożka, o mięsie łykowatym i twardym jak podeszwa.


Również Conseil sporządzał codziennie notatki. Wyczytałem z nich informacje o rybach z rodzaju kolcobrzuchów, typowych mieszkańcach tych mórz; o sferynkach trujących o czerwonym grzbiecie i białym podbrzuszu, które mają trzy charakterystyczne pasy przebiegające wzdłuż całego ciała; oraz o rybach elektrycznych długich na siedem cali, cechujących się wspaniałymi barwami. Conseil wypatrzył także okazy innych gatunków: ryby „jajowate” przypominające kształtem jajo ciemnobrązowego koloru, pokryte białymi pasami i pozbawione ogona; diodony, prawdziwe jeżozwierze tutejszych mórz, posiadające kolce i zdolne nadąć się tak, że wyglądają jak kulka najeżona dzirytami; koniki morskie pływające we wszystkich oceanach świata oraz latające pegazy o wydłużonym pyszczku – mają one płetwy brzuszne bardzo szeroko rozłożone, przypominające skrzydła ptaków, dzięki nim ryby te mogą wyskakiwać nad wodę i jeśli nie latać, to przynajmniej chwilę unosić się w powietrzu; „gołębie łopatkowate”, które mają na ogonie liczne łuskowate pierścienie; makrognaty o długich szczękach, których dwudziestopięciocentymetrowe ciała, wspaniale ubarwione, skrywają wybornie smakujące mięso; kalimory sine o chropowatych łbach; całe stada skoczków w czarne pasy, o długich płetwach piersiowych, sunących po powierzchni wody z niesłychaną prędkością; wykwintne żaglice potrafiące podnieść swe płetwy niczym żagle chwytające wiatr; wspaniałe kurty, które natura pomalowała na żółto, niebiesko, srebrno i złoto; wstęgorowate, których płetwy zbudowane są z cienkich, długich włókien; cytrynowożółte głowacze, które potrafią wydawać dziwne dźwięki; trygle, których wątrobę uważa się za truciznę; bodiany, które mają na ogonie kropkę przypominającą oko; i wreszcie strzelczyki o długim, rurkowatym ryjku, prawdziwe muchołówki oceanów, uzbrojone w strzelbę, jakiej nie wymyślił sam Chassepot ani Remington[4], która zabija owady zaledwie jedną kropelką wystrzelonej wody.

Rozpoznałem również kilka okazów ryb, które Lacépède zaliczył do osiemdziesiątego dziewiątego rodzaju, należącego do drugiej podgromady ościstych, charakteryzujących się nakrywką i błoną oskrzelową. Pływała tu mianowicie skorpena o najeżonej kolcami głowie i jednej płetwie grzbietowej. W zależności od tego, do którego podrodzaju dany osobnik należy, ma on ciało pokryte bardzo drobną łuską albo pozbawiony łuski korpus. Z drugiego podrodzaju zauważyliśmy dydaktyle długie na trzydzieści do czterdziestu centymetrów, o żółtych pasach i fantastycznych kształtach łbów. Pierwszy podrodzaj dostarcza tak ciekawych okazów, jak owe dziwne ryby słusznie chyba przezywane „morskimi ropuchami”[5], o wielkich łbach, na których widać albo głębokie bruzdy, albo guzki. Ryby te są najeżone kolcami i usiane wypustkami, mają również na ciele nierówne i wstrętnie wyglądające rogi. Ich ciała i ogony są pokryte stwardniałymi naroślami, a ich ukąszenia mogą okazać się groźne. Doprawdy wstrętne, odpychające stworzenia.

Między 21 a 23 stycznia „Nautilus” płynął z prędkością dwustu pięćdziesięciu mil francuskich na dobę, inaczej mówiąc: pięciuset czterdziestu mil morskich czy też dwudziestu dwóch węzłów. Płynąc, mogliśmy podziwiać te wszystkie wspaniałe ryby dlatego, że zwabiło je elektryczne światło naszej łodzi. Skuszone nim, chciały towarzyszyć nam w podróży. Większość jednak szybko zostawała w tyle, niezdolna nas dogonić, i tylko niektórym udawało się rozwinąć przez dłuższy czas prędkość równą tej, z którą poruszał się „Nautilus”.

Rankiem 24 stycznia minęliśmy koralowe Wyspy Keelinga leżące na 12°5’ szerokości geograficznej południowej oraz 94°33’ długości geograficznej wschodniej. Rosną na niej wspaniałe palmy kokosowe. Po raz pierwszy zbadali ją Darwin oraz kapitan FitzRoy[6]. „Nautilus” podpłynął dość blisko brzegów tego niezamieszkanego skrawka lądu. Z zarzuconych sieci wyciągnęliśmy mnóstwo rozmaitych polipów oraz szkarłupni, znaleźliśmy także kilka interesujących skorupiaków z typu mięczaków. Skarbiec kapitana Nemo powiększył się o cenne okazy z rodzaju delfinula. Ja dołożyłem rzadkiego gwiazdowca, gatunek polipa pasożyta często osiadającego na muszlach.

Wkrótce Wyspy Keelinga zniknęły za horyzontem, a my skierowaliśmy się na północny zachód, w stronę cypla Półwyspu Indyjskiego.

– Cywilizowany ląd – rzekł do mnie tamtego dnia Ned Land. – Lepszy niż te wyspy Papui, na których mieszka więcej dzikusów niż saren! A na hinduskiej ziemi, panie profesorze, są i drogi, i linie kolejowe, i angielskie miasta, i francuskie, i hinduskie. Nie ujdziemy pięciu mil, a spotkamy któregoś z naszych krajanów. Ech! Czyż nie nadszedł czas, by podziękować kapitanowi Nemo za gościnę?

– Nie, Nedzie, nie – odrzekłem zdecydowanym tonem. – Pozwólmy nieść się prądom, jak to mówią marynarze. „Nautilus” zbliża się do ziem zamieszkanych, płynie w stronę Europy, a więc niech tam nas dowiezie. Poczekajmy. Wpłyńmy na europejskie morza i zobaczymy, co nakazuje roztropność. Poza tym nie wydaje mi się, by kapitan Nemo pozwolił nam polować na Wybrzeżach Malabarskim czy Koromandelskim[7]. To nie są lasy Nowej Gwinei.

– Ależ, panie profesorze! Czy nie możemy obejść się bez jego pozwolenia?

Nic nie odrzekłem Kanadyjczykowi. Nie chciałem wdawać się z nim w dyskusję, w głębi serca chciałem bowiem do końca wykorzystać szansę, którą dostałem od losu. Chciałem odbyć pełny rejs na „Nautilusie”.

Za Wyspami Keelinga płynęliśmy znacznie wolniej. Trasa stała się bardziej kapryśna, a nieraz zapuszczaliśmy się na znaczne głębokości. Wielokrotnie korzystaliśmy ze sterów głębokościowych, które można było ustawiać ukośnie do linii wodnej. Zanurzaliśmy się więc na dwa, nawet trzy kilometry, jednak ani razu nie zeszliśmy jeszcze na samo dno indyjskich mórz. Wiedziałem przecież, że nawet sondy osiągające trzynaście tysięcy metrów nie dotarły do dna. Temperatura w dolnych warstwach utrzymywała się niezmiennie na tym samym poziomie czterech stopni powyżej zera[8]. Zaobserwowałem tylko, że w wyższych warstwach woda była zawsze zimniejsza na płyciznach niż na pełnym morzu.

Dnia 25 stycznia ocean był całkowicie pusty. „Nautilus” spędził cały dzień na powierzchni, swą potężną śrubą rozbijając wodę i wyrzucając ją wysoko w górę. Jak w takich okolicznościach nie pomylić łodzi z gigantycznym waleniem? Trzy czwarte tego dnia przesiedziałem na platformie. Patrzyłem w morze. Na horyzoncie nie pojawiało się nic. Dopiero o godzinie czwartej dostrzegłem dalekomorski parowiec sunący szybko na zachód kursem przeciwnym do naszego. Przez moment widziałem nawet jego maszty, oni jednak nie mogli nas widzieć, „Nautilus” nie był bowiem wystarczająco wynurzony. Pomyślałem sobie, że ów parowiec musi należeć do Linii Żeglugowej Indii Wschodnich, zapewniającej łączność między wyspą Cejlon a Sydney, zatrzymując się w Zatoce Króla Jerzego[9] i w Melbourne.

Około godziny piątej, po szybkim zmierzchu, który łączy dzień z nocą w szerokościach tropikalnych, Conseil i ja mogliśmy podziwiać wspaniałe widowisko.

Istnieje pewne niezwykłe zwierzę, którego spotkanie wróży wszelką pomyślność. Tak przynajmniej sądzili starożytni. Arystoteles, Atenajos, Pliniusz i Opian[10] badali wnikliwie jego zwyczaje i w tym względzie wyczerpali poetycką fantazję uczonych Grecji i Rzymu. Nazywali je Nautilus i Pompilius, ale współczesna nauka nie przyjęła tego nazewnictwa i określiła mięczaka nazwą argonauta, czyli żeglarek.

Jeśli ktoś skonsultowałby się z Conseilem, to dowiedziałby się od tego zacnego chłopca, że typ mięczaków dzieli się na pięć gromad; że pierwsza z nich, głowonogi, obejmuje stworzenia częściowo nagie, częściowo pokryte skorupą. Zalicza się do niej dwie rodziny: dwuskrzelne oraz czworoskrzelne, które różnią się liczbą skrzeli. Rodzina dwuskrzelnych obejmuje trzy rodzaje: żeglarki, kalmary i sepie, a rodzina czworoskrzelnych obejmuje tylko jeden rodzaj: łodzika. I nie zaznałby żadnej litości ktoś, kto po tak jasnym wykładzie pomyliłby żeglarka wyposażonego w przyssawki z łodzikiem, który posiada czułki.

Otóż spostrzegliśmy, że po powierzchni wody suną właśnie żeglarki. Musiało ich być kilkaset. Należały do gatunku żeglarków gruzełkowatych, zamieszkującego właśnie owe regiony mórz indyjskich.

Te pełne wdzięku mięczaki przemieszczały się, cofając się za pomocą rurki, którą wyrzucały wciągniętą w siebie wodę. Zwierzęta te posiadają osiem macek. Sześć z nich, przedłużonych i zwężonych, wyciągały teraz bezwładnie na wodzie, dwie zaś, zaokrąglone płetwowato, trzymały na wietrze niczym żagle. Doskonale widziałem ich spiralne, pofalowane muszle, które Cuvier słusznie przyrównał do zgrabnej łódki. O tak! Przypominają one prawdziwe statki wiozące zwierzęta, które same sobie wytworzyły owe kadłuby, do których jednak nie były przytwierdzone.

 

– Żeglarek może w każdej chwili porzucić swą muszlę – rzekłem do Conseila – nigdy jednak tego nie robi.

– To tak jak kapitan Nemo – słusznie zauważył Conseil – dlatego byłoby lepiej, gdyby ochrzcił swój statek mianem „Argonauta”.

„Nautilus” przez godzinę płynął wśród tych mięczaków. A potem nagle coś je wystraszyło, zupełnie nie wiem co. Jakby na jakiś sygnał wszystkie żagle raptem schowały się, a ciała skurczyły. Muszle obróciły się, zmieniając środek ciężkości. Cała ta wspaniała flotylla zniknęła pod wodą. Wszystko to zdarzyło się w okamgnieniu, a żadna eskadra okrętów nie potrafi manewrować tak sprawnie i równo.

W tym właśnie momencie nastała ciemna noc, lekki wiaterek wzniecał delikatne fale opływające spokojnie boki „Nautilusa”.

Nazajutrz, 26 stycznia, przecięliśmy równik na osiemdziesiątym drugim południku. Znów wpłynęliśmy na półkulę północną.

W tym dniu towarzyszył nam ogromny orszak – stado żarłaczy, straszliwych zwierząt, których wiele zamieszkuje te wody i które potrafią być bardzo niebezpieczne. Niektóre z nich miały brunatne grzbiety, białawe brzuchy i aż jedenaście rzędów zębów. Były też w stadzie żarłacze oczkowate z dużymi, okrągłymi czarnymi plamami przypominającymi oko oraz żarłacze o zaokrąglonych pyskach obsianych czarnymi cętkami. Często te groźne zwierzęta nacierały gwałtownie na szybę salonu, budząc w nas lekki niepokój. Ned Land z trudem potrafił się opanować. Chciał natychmiast znaleźć się na powierzchni wody ze swym harpunem, by pozabijać te potwory. Szczególną niechęć przejawiał do musteli siwoszów – z paszczą uzbrojoną w zęby rozłożone jak mozaika – oraz do żarłaczy tygrysich długich na pięć metrów. Zwierzęta prowokowały go i wystawiały jego cierpliwość na próbę. Wkrótce jednak „Nautilus” znacznie zwiększył prędkość, tak że pozostawiliśmy w dali nawet najszybsze spośród tych rekinów.

27 stycznia u wejścia do rozległej Zatoki Bengalskiej kilkakrotnie spotykaliśmy – co za straszliwy widok! – unoszące się ciała ludzkie. Byli to zmarli mieszkańcy hinduskich miast, których wody Gangesu unosiły na otwarty ocean. Niektóre z nich zostały na wpół zjedzone przez sępy, jedynych grabarzy w tym kraju. W zatoce czekały już rekiny, by dopełnić dzieła.

Około siódmej wieczorem „Nautilus”, do połowy zanurzony, płynął w wodzie koloru mleka. Jak okiem sięgnąć, ocean przybrał białawą barwę. Czy działo się tak pod wpływem księżycowych promieni? Nie. Księżyc dopiero rósł, będąc od dwóch dni w nowiu. A poza tym o tej porze stał jeszcze pod linią horyzontu, skąpaną w słonecznych promieniach. Całe niebo, mimo że rozświetlał je gwiezdny blask, wydawało się czarne i silnie kontrastowało z kolorem wody.


Conseil aż nie mógł uwierzyć własnym oczom i wypytywał mnie o przyczyny tego wyjątkowego zjawiska. Na szczęście potrafiłem udzielić mu odpowiedzi.

– Zjawisko to nazywamy mlecznym morzem – tłumaczyłem mu. – Wielkie połacie wody o białej barwie pojawiają się bardzo często u wybrzeży Amboiny[11] i w tych okolicach.

– Dobrze, ale czy pan mógłby mi łaskawie wyjaśnić, co powoduje podobny efekt? Domyślam się bowiem, że wody te nie zamieniły się w mleko!

– Nie, mój chłopcze. A biel, która cię intryguje, bierze się z obecności miriadów stworzonek – wymoczków, które można porównać do świetlików. Mają one galaretowate, bezbarwne ciała grubości ludzkiego włosa i długości zaledwie jednej piątej milimetra. Niektóre z tych żyjątek łączą się w wielkie kolonie, ciągnące się nawet przez wiele mil francuskich.

– Wiele mil! – wykrzyknął Conseil.

– Tak, mój chłopcze. I nie próbuj nawet dociekać, jaka jest liczba tych wymoczków! Z tego, co mi wiadomo, niektórzy żeglarze płynęli po takiej mlecznej wodzie przez ponad czterdzieści mil morskich.

Nie wiem, czy Conseil wziął pod uwagę moją radę, pogrążył się bowiem w głębokiej zadumie, zupełnie jakby chciał obliczyć, ile piątych części milimetra znajduje się w czterdziestu milach kwadratowych. Ja natomiast nadal podziwiałem to zjawisko. „Nautilus” przez kilka godzin pruł ostrogą białe wody. Zauważyłem, że sunął bez najmniejszego hałasu po tych mydlanych toniach, zupełnie jak gdyby płynął w pienistym wirze, który tworzyły ścierające się w zatokach przeciwne prądy.

Około północy morze przybrało zwyczajny odcień, gdy jednak spojrzałem za siebie, wyraźnie widziałem białe fale ciągnące się aż po horyzont. Niebo przybrało od nich białawą poświatę i delikatnie lśniło. Przypominało mi to zorzę polarną.