ŻmijaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Juliusz Słowacki

Żmija

Romans poetyczny z podań ukraińskich w sześciu pieśniach

Warszawa 2017

Spis treści

[Motto]

Pieśń I. Sumak

Pieśń II. Płaczka

Pieśń III. Pożary

Pieśń IV. Czajki

Pieśń V. Basza

Pieśń VI. Walka

Objaśnienia poety

[Motto]

For thee, who thus in too protracted song

Hast soothed thine idlesse with inglorious lays,

Soon shall thy voice be lost amid the throng

Of louder minstrels in thèse later days:

To such resign the strife for fading bays –

III may such contest now the spirit move

Which heeds nor keen reproach nor partial praise;

Since cold each kinder heart that might approve,

And none are left to please when none are left to love.

Byron

(Motto do I tomu Poezyj, Paryż 1832)

Pieśń I

Sumak

Piękny to widok Czertomeliku!

Sto wysp przerżnęły Dniepru strumienie,

Brzoza się kąpie w każdym strumyku,

Słychać szum trzciny, słowika pienie.

A kiedy wiosną wezbrane wody

Zaleją wszystkie wyspy dokoła,

Jeszcze nad wodą widać drzew czoła –

Jakby rusałek cudne ogrody,

Gałązką mącą wodne błękity.

I jeszcze słowik w gałązkach śpiewa,

I szumią brzozy, lecz nad ich szczyty

Wznosi się fala i nikną drzewa.

Dziko Dniepr szumi, gdy w jego łonie

Sto wysp zielonych wiosną zatonie.

Piękny to widok stu wysep pana –

Woda mu ziemię spod stóp wykradła:

Zamek się patrzy w fali zwierciadła,

Co mu przy stopach szumi wezbrana.

A gdy nań patrzysz, dziwnym pozorem

Rzekłbyś że zamek wstecz rzeki płynie

Cegła koralów świeci kolorem,

Lekkie filary podobne trzcinie.

Kilka ogromnych paszcz samostrzału,

Patrzy strzelnicą na czarne morze:

A górą zamku okna z kryształu,

Świecą się, palą, jak ranne zorze;

I tysiąc barwy w każdym promyku,

Co się z tych okien nazad odkradnie.

W zamku pan mieszka Czertomeliku,

Dumny ataman co Siczą władnie;

Lecz czy sam mieszka? – Któż to odgadnie?

Nikt nie był w zamku: mówią że czary

Mieszkają w gmachu, że dłoń zaklęta

Nadludzką sztuką wzniosła filary –

Lecz kiedy wzniosła? Nikt nie pamięta.

Niejeden rybak wieczorną dobą,

W Czertomeliku płynąc ostrowy;

Słyszał przed sobą, słyszał za sobą

Śpiew słodszy, milszy niż szum dnieprowy.

A rybak milczał, płynął pomału –

Kiedy wieczorne zorze zapadły,

Widział jak w zamku okna z kryształu,

To się paliły, to znowu bladły;

A z okien blaskiem konały pieśni.

Znów cicho – głucho – a rybak stary

Żegnał się drżący – to czary – czary!

Wszak rybak czuwa? wszak rybak nie śni?!

Już to noc trzecia gdy gasną zorze,

Błyska na zamku ogień jaskrawy...

Ho! to kaganiec, to znak wyprawy,

Popłyną czajki na czarne morze!

Kozaków obóz zalega brzegi,

Pośród czaharów spisa połyska;

A ponad Dnieprem w długie szeregi,

Gęsto strażnicze płoną ogniska.

Tam na mogiłę wstąpił wysoką

Gęślarz i śpiewa pieśni z mogiły...

Jeśli w tych grobach nie śpią głęboko,

Może ich dzikie pieśni zbudziły?

O śpijcie! śpijcie! przeszła wam pora,

I wyście żyli – tu, w Ukrainie,

I wyście żyli – to było wczora!

My dziś żyjemy, czas szybko płynie.

Po cóż tu wracać z licem upiora,

Gdzie nikt nie chodzi po nas w żałobie?

Jutro na naszym powiedzą grobie:

I wyście żyli! – To było wczora.

Płyńmy więc! płyńmy w Natolskie grody,

Burzyć pałace, rąbać fontanny –

Żelazem niszczyć Turków narody

I porwać obraz Najświętszej Panny:

Obraz, co płacze rzewnymi łzami,

A gdy go człowiek w fali zanurzy,

Morze gniewliwe bije falami.

Pieni się, huczy, pryska i burzy,

I póty gniewne podnosi tonie,

Aż wrogów statki w falach pochłonie...

Lecz gdzież jest Hetman? W rannej godzinie

Wyszedł i w stepach błądzi od rana.

Oto przy brzegu czajka hetmana,

Powiewnym żaglem bieli się w trzcinie.

I wkoło gwarzy zgraja zebrana:

Wszak nam na drogę brak na zwierzynie –

Idźmy na łowy! idźmy na łowy!

Lecz gdzież nasz Żmija, Hetman niżowy?

*

Ty śpisz sumaku! ty śpisz sumaku!

Między błyszczące rosą czahary;

A tutaj strzelce w stepach Budziaku,

Otoczą wkrótce knieje i jary.

Sumak nie słyszy! sumak nie słyszy!

Bo milcząc strzelce idą na łowy,

I coraz ciszej,

Między parowy,

Pomiędzy trawy,

Toną i toną;

A zorza płoną

I świt jaskrawy

Pozłaca niebo na wschodzie.

O! jakże miło przy rannym chłodzie

Tak się zapuszczać w stepowe knieje.

Jak tajemnicza ta chwila nocy,

Kiedy noc kona, księżyc blednieje –

Już dzień na wschodzie, a na północy

Jeszcze lśnią gwiazdy, jeszcze lśnią jasno

I wschód się złoci, blednie, czerwieni,

Niebo się mieni;

Gwiazdy w lazurze,

Już gasną, gasną;

I polne róże,

Powstają z rosy perłami. –

I cicho łowce szli manowcami.

Trzymaj myśliwcze ptaka na dłoni,

Zakryj mu oczy złotym kapturem;

Niech nastrzępionym nie szumi piórem,

Niech się nie trzepie, w dzwonki nie dzwoni;

Zdejmiesz mu kaptur, gdy w nasze sidła

Zwierz się dostanie – wtenczas posłuży.

Sokół się chmurzy,

I ociemniony

Nastrzępił skrzydła,

Wyciągnął szpony.

Ponury, piersi napuszył.

Tam szelest jakiś! Czy to zwierz ruszył?

To nadto wcześnie! to nadto skoro!

O! nie, to lekki chart tam na smyczy,

Niechętny więzom piszczy, skowyczy –

Skarć łowcze charta ręką i sforą.

Pierwej wyśledzić sumaka tropy;

Potem go gończe podniosą głosem,

A potem charty. – I chart karcony

Przypadł do stopy;

Okryty wrzosem,

Kwiatem zroszony,

Ciągnie się smutny na sforze.

Wysłać strzelców na rozdroże,

Gdzie się kończy ta dolina;

Tam Kozacy wielkim kołem

Stójcie cicho – a drużyna

Niech tam idzie drogą, dołem,

Niechaj tonie w trawy, zioła – –

W tej dolinie sumak leży.

Gdy starszy strzelec zawoła,

Niech służba w trąby uderzy.

Dane rozkazy, i dzikie jary

Otoczył Kozak, tonie w czahary.

W krzakach się kryją ponure czoła,

I cicho, jakby ludzi nie było!

Jakby się tylko o łowach śniło!

Wiatr wieje w kniei i szumią zioła,

Zniknęły zbroje, łuki, oszczepy

Świt płonie ogniem umalowany,

I słońce wstaje nad martwe stepy.

Oblane złotem świtu burzany,

Ognistej barwy kwiatem się palą,

I gną się z wiatrem; fala za falą

Przebiega stepy milczące. –

Cicho – – Wtem trąby zagrały grzmiące,

I zagrzmiał razem pod niebo wzbity

Z brzękiem surm, kotłów, okrzyk wesoły,

I uwolnione z więzów sokoły

Szybko w powietrza lecą błękity,

Krążą i kraczą, dzwonkami dzwonią,

I psy spuszczone jęczą i gonią.

Czekają łowce: wśród strasznej wrzawy

Patrzą na niwy złocone świtem,

I oto śmiga

Sumak zbudzony;

Ledwo kopytem

Dotyka trawy,

Charty wyściga,

I przez zagony,

Przed szybką smyczą,

Sadzi przez doły –

Gończe skowyczą,

Kraczą sokoły.

I jeden sokół już zleciał nisko,

Siadł mu na grzbiecie, szpony zatopił.

Chart wiatronogi za zwierzem tropił,

Już go dościgał – już blisko – blisko –

A sumak leci bojaźnią ślepy,

Leci w zasadzkę – wpadł na oszczepy,

Drgnął tylko – upadł – a tłum wesoły

Znów w trąby dzwoni, znów w kotły bije,

Żeby wystraszyć co tylko żyje

Pomiędzy trawy. – Lecą sokoły,

 

Krążą i kraczą, dzwonkami dzwonią,

Ogary znowu jęczą i gonią.

Czekają łowce. – Wśród kwiatów fali

Znów coś mignęło? – to sumak nowy? –

O nie! to Tatar miga od stali,

Jak wiatr stepowy,

Jak wąż, piersiami

Trawy rozcina,

Między kwiatami

Złotem połyska.

I łuk napina,

I strzały ciska,

I rohatyny kolczate miota.

Dziwi Kozaków ta zbroja złota,

Musi to jakiś być wódz Tatarów? –

Puścić ogary: – jeden z ogarów

Już go dościga – ha! zobaczycie!

Ogar to stary, dobrze się sprawi,

Wskoczy na piersi – i w strasznej męce

Wydrze mu życie,

Zgniecie, zadławi. –

Już go doścignął – rzecz niespodziana!

Skacze na piersi, liże mu ręce,

U stóp się kładzie – wyje, skowyczy:

Wszak to jest ogar! – ogar hetmana!

Pierwszy z ogarów! tak sławny w siczy!

Nieraz Tatara wytropił w jarze,

A dzisiaj znalazł pana w Tatarze?

Wróciła nazad psiarnia zagnana,

A Tatar leci i trawy łamie.

Patrzcie! – i sokół siadł mu na ramię

O dziwy! dziwy! sokół hetmana!

Siadł na ramieniu, nastrzępia pióra,

Zda się że skrzydłem nagli go w biegu.

W łowców szeregu,

Okrzyk dokoła;

Strzał lekkich chmura,

Ściga Tatara;

I jedna w piersi trafia ogara,

Druga pod skrzydło trafia sokoła,

Trzecia Tatara w czoło drasnęła. –

Czy krew płynęła? – czy łza płynęła?

Nie można wiedzieć – stanął – zakrywa –

Oczy zalane czy krwią, czy łzami.

Z piersi ogara obrożę zrywa,

Z szyi sokoła pierścień z dzwonkami;

I znów przez stepy,

Wprost na oszczepy.

Leci w zasiane wrogiem parowy. –

Tam go wstrzymają? – Nie, nie wstrzymali –

Daleko zdradne prześcignął łowy,

I zniknął w burzanów fali. –

Nie – to nie było senne widziadło;

Bo tam gdzie przebiegł, pośród wądołów,

Bez życia sześciu Kozaków padło,

I sześć ogarów – i sześć sokołów.

Pieśń II

Płaczka

Z tętentem konia leci przez wrzosy.

To pan nasz, Żmija, Hetman na Niżu.

Bielą się wzbite tumany rosy,

Spod kopyt konia spłoszone wrony

Stadem się zbiły, siadły na krzyżu.

W burzanie miga kołpak czerwony,

Stalowa zbroja miga w burzanie:

– „Witaj, Hetmanie! witaj, Hetmanie!” –

– „Zdrowia, drużyno – co słychać w Siczy?

Czy szumią żagle? – czajka gotowa?

Czy nam złą wróżbą wrona nie krzyczy?

Czy zawsze nasza fala dnieprowa

Tak jak płynęła, płynie do morza?...

Ha! tak? – to dobrze. – Nim błyśnie zorza

Być w pogotowiu. – Teraz niech czara

Zaszumi miodem – pieśń grzmi wesoła. –

Lecz gdzie mój ogar? – puścić ogara!

Gdzie jest mój sokół? – puścić sokoła”.

Stróż psów hetmańskich, ptasznik Hetmana,

Dzieci nieletnie, wyszli z drużyny;

Pobladli oba uczuciem winy,

I wyczytali gniew w oczach pana.

Potem rzekł starszy: „Nieszczęsne łowy!

Na nasze łowy ktoś rzucił czary.

Gdzie niegdyś leżał sumak stepowy,

Dzisiaj, okryte zbroją Tatary,

Trudzili charty i skrzydła ptaków.

Od strzał tatarskich sześciu Kozaków

Pośród stepowych padło wądołów.

I sześć ogarów – i sześć sokołów.

Tatar ci zabił psa i sokoła”.

– „Kłamstwo! to kłamstwo!” – Hetman zawoła –

„Gdy w polach jęczą wasze cięciwy,

Smycz moja pada, a Tatar żywy? –

Umiem wybadać prawdę za mgłami

Uwitą w słowa krzywoprzysiężne.

Znacie tę obróż? pierścień z dzwonkami?...

Śmiercią wam biją dzwonki mosiężne”.

Snadź że obrożę charta poznali,

Pieśń śmierci w głosie dzwonków odgadli;

Oba zadrżeli, oba pobladli,

Łza im błękitne oczy krysztali.

– „Parę kłamliwą, co razem wzrosła”

Rzekł srogo Żmija „polecić Bogu,

Wsadzić do czajki, w czajce bez wiosła,

Niech z dnieprowego spływają progu”. –

Już odszedł Hetman. – Powstały gwary,

Skądże wie Żmija o naszych łowach?

Czy mu przynieśli pierścień Tatary?

Czy gdzie ukryty sam był w parowach? –

W różnych domysłach zabrzmiały struny.

Jako żurawi nuta wędrowna,

Pieśń przez srebrzyste płynie piołuny,

Miesza się z echem – dzika, czarowna,

Bo kiedyż Kozak o czarach nie śni?

Może domysły rozkwitną z pieśni? –

Powieść kozacka

Rusałka

1

Nad mogiłą w mgłach wysoko:

Krąży sokół, siadł na krzyżu.

Pod tym grobem śpi głęboko,

Niegdyś Hetman, pan na Niżu.

*

Jeszcze sława Zaporoża,

Jako miesiąc blady, nowy,

Nie przebyła w czajkach morza,

Nie wzleciała nad ostrowy.

*

Na ostrowach rosły głogi,

I samotna róża bladła.

Zapienione skalne progi,

Mgliły błękit wód zwierciadła.

*

Przy Rusałce, wysp Hetmana

Widać było w blask miesiąca.

Jego luba z mgły uwiana,

Z mgły dnieprowej, zimna, drżąca.

*

Choć mroziła mglistą dłonią,

Zapalała czarnym okiem –

„Luby” – rzekła – „tam się płonią

Polne róże nad potokiem.

*

„Dzwonki barwą lśnią błękitną:

Uschną dzwonki na pokosach,

Lecz z różami, gdy przekwitną,

Rozkwitają w moich włosach.

*

„Duchem zmarłych na tym świecie

Żyję, kwitnę jak mogiła.

Cóż po łąkach? cóż po kwiecie?

Niechaj uschną – bym ja żyła –”

*

– „Czarna duszo! precz ode mnie,

Już miłości nie ocucę”. –

– „Wyrzekasz się? – lecz daremnie!

Znów zawołasz – znów powrócę”.

*

2

Rusałka się w mgłę rozpływa.

Nocą blady miesiąc świeci,

I po łodziach lśnią łuczywa,

I do Dniepru toną sieci –

*

Hetman smutny i ponury.

Płynie z wolna łódź Hetmana!

Przed nią postać z mglistej chmury,

Płomieniami malowana:

*

Taka piękna, ponad falą,

Gdy się o nią blask roztrąca.

Wpół się ogniem lica palą,

Wpół się srebrzą w blask miesiąca.

*

W zachwyceniu, nieprzytomnie,

Choć to może duszy zguba,

Hetman wołał: „Chodź tu do mnie!

Chodź tu do mnie, moja luba!” –

*

3

Odtąd zawsze, zawsze razem.

Hetman w więzy lgnął widziadła,

Choć jej dusza zimnym głazem –

Na twarz różne barwy kładła.

*

Zawsze piękna – z polnych głogów

Róże, złote włosy wieńczą –

I kradzioną znad porogów,

Mgliste szaty złoci tęczą.

*

Gdzie zarastał gaj odludny,

Jednym słowem – jednym rankiem,

Wzniosła z wyspy zamek cudny,

I obwiodła złotym gankiem –

*

Z koralowej zamek cegły.

Wieża druga, trzecia, czwarta,

Na skinienie w niebo biegły:

Lud go nazwał zamkiem czarta.

*

W zamku, jak kładzione kosą

Powiązała róż szkarłaty;

Brylantami jakby rosą,

Poiskrzyła jasne kwiaty.

*

Hetman patrzał na kobierce,

Okiem blask brylantów ścigał:

Ciągle patrzał – stygło serce;

Dla Rusałki już ostygał –

*

Ta choć zimna pod obłokiem,

Zimne serce wnet odgadła;

Szybko, szybko czarnym okiem,

Brylantowe blaski kradła.

*

Kwiaty brała do warkoczy.

Hetman spojrzał, wzrokiem tonął –

Nad brylanty skrzą jej oczy!

I znów kochał – i znów płonął. –

*

– „Luba! ty masz blask anioła –”

– „Więc mi nagródź, jeślim warta?

Daj sokoła – daj mi charta,

Zabij charta i sokoła”. –

*

– „Czarna duszo – precz ode mnie!

Sercem się z szatanem kłócę”. –

– „Znów zawołasz, lecz daremnie!

Przyjdziesz do mnie – ja nie wrócę –”

*

4

Odpłynęła – Hetman kroczy

Zamyślony po komnatach –

„Co! – nie wróci? – a jej oczy

Takie cudne, włosy w kwiatach –”

*

Myślał – Z oczu łzy ogromne,

Po niemęskiej płyną twarzy.

Rzekł do siebie: „Już nie wspomnę!” –

Nie wspomina, ale marzy –

*

„Nad zamglone chmur błękity,

Oto miesiąc już się płoni;

Już mój sokół, chart, zabity,

A jej nie ma? – Pójdę do niéj –”

*

Jakże miłe tchnienie wiosny!

I woń fali świeża, chłodna!

Nad porogiem czarne sosny

Szronem bieli mgła nadwodna.

*

Pod skałami ciągłe burze,

Łamią w falach blask księżyca;

Nad falami w mglistej chmurze,

W blasku srebrnych tęcz dziewica.

*

Przy jej stopach chart bladawy,

Niespokojny i ponury:

Na ramieniu sokół mgławy,

Nastrzępiony patrzy w chmury.

*

„Jakżeś piękna!” – hetman woła,

„Któż ci może ujść bezkarny?

Chodź tu, luba – spłosz sokoła,

Chart niech leci gonić sarny.

*

„Tu pod moich ust płomieniem,

Twe się blade mgły rozpłonią.

Jak tu miło pod sosn cieniem!”

Prosi – błaga – okiem, dłonią.

*

Lecz dłoń jego – ciężka wina!

Czy przypadkiem, czy po myśli,

Na krzyż srebrną mgłę rozcina.

Znak zbawienia święty kreśli:

*

Przed krzyżem się mgły rozpierzchły

Jak złamane wód błękity;

I Rusałki rysy zmierżchły,

Obraz zniknął w mgłach rozbity – –

*

5

Znikła – słychać tylko burze

W głębi Dniepru – i szum piasków;

Lecz mgła spływa – spływa w chmurze

Zabłąkanych kilka blasków

*

I rozbite mgły zwierciadła,

Wiatr przybliża, zmniejsza, zmniejsza –

Lśni Rusałka, lecz pobladła,

I pobladła – i smutniejsza –

*

Potem rzekła: „O mój miły,

Żegnam ciebie, ginę – ginę,

Jak mnie z wiatrem mgły rozbiły,

Tak w uściskach się rozpłynę.

*

„Prosisz, błagasz nadaremno,

Próżno czekasz na tej skale:

Lecz chodź ze mną! lecz chodź ze mną!

Droga do mnie przez te fale.

*

„Mgły tu zimne ale jasne;

Gdy i ciebie mgła okryje,

Patrz, mój luby – teraz gasnę,

W twych uściskach znów ożyję.

*

„Sokół żywy, chart twój żywy.

Z tobą razem jak z sokołem,

Pójdę błądzić nad te niwy,

Nad dymiących chat padołem:

 

*

„Pójdę z tobą – tak w mgłę ciemną

Osłoniona, jak w krysztale.

O chodź ze mną! o chodź ze mną!

Droga do mnie przez te fale”.

*

Hetman kochał – obłąkany,

Hetman kochał – ogniem płonął;

Z progu spojrzał w Dniepru piany,

Padł do fali – i zatonął.

*

Gdy go skryły burz odmęty,

Potrzaskały w proch granity;

Duszę zbawił obraz święty:

Krzyż na piersiach miał wyryty.

*

Od grzechowej zmazy czysty,

Już ulata w nieba stropy;

Za nim wzleciał sokół mglisty –

Chart Rusałki rzucił stopy.

*

A Rusałka, nad ostrowy

Sama jedna – we łzach woła:

„Kiedyż! kiedyż Hetman nowy

Da mi serce, psa, sokoła!” –

*

Pieśń kona z echem – i wnet jałowe,

Dzikie domysły urosły w gminie:

Więc Hetman kocha fali królowę?

Na oślep leci w przepaść i ginie?

Zawsze samotny – zawsze nie z nami;

Gdzieś na cmentarzach, nad mogiłami.

Ciszej! – tam zachód krwawy, ponury,

Ozłocił stepy, jary i chmury:

Zagasa słońce – słychać jak z dala,

O brzegi bije spieniona fala.

Ciszej! – tu smutne mogił wybrzeże.

Oto ostatnie zachodu blaski,

Złocą wichrami burzone piaski;

Złocą trzy cerkwi posępne wieże,

Co nad brzeg Dniepru wybiegły stromy,

I tysiąc grobów, gdzie przez wyłomy

Posępne trumien wieka świeciły.

O! dzika Siczy! twoje mogiły

Z piasku uwiane, a grób tak kruchy

Gdy pod przechodnia zapadnie nogą:

Potem w mgłach srebrnych płynące duchy,

Wczorajszych mogił znaleźć nie mogą.

Tam białą postać słońce oświeca.

Łatwo z wybladłej odgadnąć twarzy,

Że to posępna mogił dziewica,

Że to siczowych płaczka wyspiarzy.

Stała na wieku spróchniałej truny,

A wiatr jej czarne unosił włosy

I wzruszał wianku srebrne piołuny,

I róże wianku lśniące od rosy.

Mówią, że niegdyś płaczka ta miała

Czoło wesołe, lica różane;

Lecz przymuszona płakać, płakała –

I dzisiaj zmysły ma obłąkane

Zmyślonym płaczem i we łzach oczy.

To Hetman Żmija na cmentarz kroczy.

Stanął na grobie, rzekł: „Witaj, Xeni!

Witaj, o sławna płaczko pogrzebu!

Ty nas modlitwą polecasz niebu!

Przez ciebie pieśnią w grobie uśpieni,

Sen mamy cichy, gdy zbroja rdzawa,

Zimną się rosą ziemi napawa.

Straciłem dzisiaj ptaka i charta,

Wierni mi byli – i tym boleśniej:

Jeżeli zgraja twych pieśni warta.

Chart mój i sokół wart także pieśni:

Śpiewaj nad nimi”. – „Bluźnisz, mój miły!

A ja do takich próśb się nie zniżę.

Czujesz to zimne tchnienie mogiły,

Słyszysz! jak skrzypią spróchniałe krzyże?

Jak z dzikim wrzaskiem rybitwa biała

Ponad błękitną falą się wiesza?

Pieśń moja smutna – gdybym śpiewała,

Wszystkie te dzikie głosy pomiesza.

Ciszej!” – Lecz Hetman nie słuchał mowy,

Wzrok miał ponury. – Pomiędzy trzciny

Lśni Dniepru fala i próg dnieprowy.

Wśród skał posępnych fale się zwarły –

Na skałach dzikie rosły kaliny,

I mech czerwony, i sosny karły.

Na progi czajka z falami leci

I już zawisła ponad urwiska,

A w czajce dwoje płynęło dzieci.

Łódka z pianami w głazy się wciska,

A pod nią otchłań pieni się, burzy –

Te dzieci połkną dnieprowe fale!

Młodsze chwyciło za kwiecie róży,

Co się po nagiej zwieszała skale;

I padło w przepaść z gałązką kwiatu.

Starsze po sosnach pnie się na głazy,

Na próżno ręce podaje bratu –

Słyszy huk fali i obłąkane,

Mając na ustach modlitw wyrazy,

Rzuca się z krzykiem w przepaść i pianę. –

I nic nie wyszło z fal tajemnicy,

Nic, z głębokiego serca Hetmana.

Dłoń swoją oddał w ręce dziewicy:

Ta zachmurzona i pomieszana,

Wiodła go w cerkiew. – W cerkwi tak ciemno!

Posrebrza szyby księżyc na nowiu;

Serce przenika trwogą tajemną

Szyba brzęcząca w ramach z ołowiu;

I przez otwarte dachu szczeliny,

Wglądały z kwiatem drżące kaliny.

„Xeni” rzekł hetman „co to się znaczy?

Słyszę jęk smutny i płacze rzewne:

Czy to jest nocne pienie puchaczy?

Czy to chorągwie wzruszasz cerkiewne,

Że się bez wiatru smutnie kołyszą?”

– „Luby! chorągwie spokojnie wiszą,

Może je wzrusza tchnienie mogiły.

Czego się lękasz – czego? mój miły!

Chodź za mną”. Zdjęła lampę z ołtarza,

Weszli w podziemnych lochów zakręty.

O! jak tu głucha cisza przeraża,

Tu połamane Turków okręty;

W spróchniałych deskach, w zbroje przybrani

Leżą dokoła śpiący hetmani.

A jako kazał obyczaj grecki,

Każdy miał w ręku święte obrazy:

Na nich tajemne modlitw wyrazy,

Usta przymknięte, w nich piastr turecki.

Xeni do małej zbliża się truny;

I strasznie drżała ręka dziewicy,

Gdy podnosiła czarne całuny,

Splamione gęsto łzami gromnicy.

O nieba! dziecię pod całunami,

Piękne i żywe. – Xeni pobladła,

I przed hetmanem, zalana łzami,

Klasnęła w dłonie – do nóg upadła.

„Mój luby”, rzekła, „to dziecię – dziecię!

Teraz się w ciemnych grobach ukrywa.

Luby, niech pop nas połączy skrycie,

Pop moim ojcem. – Ja nieszczęśliwa!

Łzy moje płyną na wzgardę światu.

Gdy plotę z polnej róży zawoje,

Wnet drżące liście padają z kwiatu.

Wszystko usycha, wszystko – co moje!

Świat mi szyderczym śmiechem przygania.

Zlituj się, luby –” Lecz próżne słowa,

Już wyszedł Hetman – śmiech obłąkania

Połknęła w ziemi cisza grobowa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?