PoezjeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Juliusz Słowacki

Poezje

Wybór

Warszawa 2015

Spis treści

Utwory młodzieńcze z lat 1826–1829

Sonet

Sonety

Piosnka dziewczyny kozackiej

Matka do syna

Poezje patriotyczne

Hymn

Oda do wolności

Pieśń legijonu litewskiego

Paryż

Duma o Wacławie Rzewuskim

Grób Agamemnona

Na sprowadzenie prochów Napoleona

Pogrzeb kapitana Meyznera

Sowiński w okopach Woli

Utwory liryczne i wiersze drobne z lat 1832–1842

Godzina myśli

W sztambuchu Marii Wodzińskiej

Rozłączenie

Stokrótki

Chmury

Ostatnie wspomnienie. Do Laury

Przeklęstwo. Do***

Sumnienie

Rzym

[Czyż dla ziemskiego tutaj wojownika...]

Hymn o zachodzie słońca na morzu

Rozmowa z piramidami

Do A[nieli] M[oszczeńskiej]

Do Zygmunta

W albumie E. hr. Krasińskiej

Do pani Joanny Bobrowej

[Polska! Polska! o! królowa...]

[Anioły stoją na rodzinnych polach...]

Tak mi, Boże, dopomóż

Testament mój

Wiersze z lat 1843–1849

[Śmierć, co trzynaście lat stała koło mnie...]

[Mój Adamito – widzisz, jak to trudne...]

[Polsko, ojczyzno! padaj ze mną na kolana...]

[Przez furie jestem targan ja, Orfeusz...]

W pamiętniku Zofii Bobrówny

Do Ludwiki Bobrówny

[Dziecina Lolka na rzymskich mogiłach...]

[Kiedy się w niebie gdzie zejdziemy sami...]

Do pastereczki siedzącej na Druidów kamieniach w Pornic nad oceanem

Matecznik

[To było w duchu, Ojcze! a tymczasem...]

Zachwycenie

[Radujcie się, Pan wielki narodów nadchodzi...]

[Na drzewie zawisł wąż...]

[Bóg duch, innego zwać nie będziecie...]

[Takiego ludów w sobie przerażenia...]

[Śni mi się jakaś wielka a przez wieki idąca...]

Vivat Poznańczanie!

[Nastał, mój miły, wiek Eschylesowy...]

[Jeżeli kiedy – w tej mojej krainie...]

Uspokojenie

[Dusza się moja zamyśla głęboko...]

[Mój Król i mój Pan – to nie mocarz żadny...]

[Anioł ognisty – mój anioł lewy...]

[Przemówił, strzelił i od kuli ginie...]

[Niedawno jeszcze – kiedym spoczywał uspiony...]

[Bo to jest wieszcza najjaśniejsza chwała...]

Wspomnienie Pani De St. Marcel z domu Chauveaux

[Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli...]

[Dajcie mi tylko jedną ziemi milę...]

[Kiedy prawdziwie Polacy powstaną...]

Do Franciszka Szemiotha

[Jest najsmutniejsza godzina na ziemi...]

[Daję wam tę ostatnią koronę pamiątek...]

[Snycerz był zatrudniony Dyjany lepieniem...]

[Przy kościołku...]

Sen z 30 na 31 stycznia 1847 r.

[Panie! jeżeli zamkniesz słuch narodu...]

Do autora Skarg Jeremiego

Do hr. Gustawa Ol[izara] podziękowanie za wystrzyżynkę z gwiazdeczką i Krzemieńcem

[O Polsko moja! tyś pierwsza światu...]

[Baranki moje...]

Do Ludwika Norwida

[W ciemnościach postać mi stoi matczyna...]

Proroctwo

[Jak dawniej – oto stoję na ruinach...]

[Wieniec związano z rzeczy przeklętych...]

[O! nieszczęśliwa, o! uciemiężona...]

[Wyjdzie stu robotników...]

[Gdy noc głęboka wszystko uśpi i oniemi...]

Do matki

[Los mię już żaden nie może zatrwożyć...]

[Pośród niesnasków Pan Bóg uderza...]

[Kiedy pierwsze kury Panu spiewają...]

[I wstał Anhelli z grobu – za nim wszystkie duchy...]

[A jednak ja nie wątpię...]

[Narody lecz...]

 

Utwory młodzieńcze z lat 1826–1829

Sonet

Już północ – cień ponury pół świata okrywa,

A jeszcze serce zmysłom spoczynku nie daje,

Myśl za minionym szczęściem gonić nie przestaje,

Westchnienie po westchnieniu z piersi się wyrywa.

A choć znużone ciało we śnie odpoczywa,

To myśl znów ulatuje w snów i marzeń kraje,

Goni za marą, której szczęściu niedostaje,

A dusza przez sen nawet drugiej duszy wzywa.

Jest kwiat, co się otwiera pośród nocy cienia

I spogląda na księżyc, i miłe tchnie wonie,

Aż póki nie obaczy jutrzenki promienia.

Jest serce, co się kryjąc w zakrwawionym łonie,

W nocy tylko oddycha, w nocy we łzach tonie,

A w dzień pilnie ukrywa głębokie cierpienia.

Sonety

I

Ledwo słońce na wschodzie odsłoni swe lica,

Ledwo spojrzy po cichej, samotnej dolinie,

Mgła się mieni w łzy róży i na kwiaty spłynie,

Chyli się pod perłami różą krasnolica.

Zaledwo w serce moje spojrzała dziewica,

Ledwom zaczął żyć dla niej i dla niej jedynie,

Szczęście w łzy się zmieniło, mgła omamień ginie,

Błyszczy gorzkimi łzami zalana źrenica.

Luba! szczęścia nie znajdzie, kto w twym serce skona,

I moich cierpień nigdy wątek się nie skończy;

Bo chociaż lotnym skrzydłem czas przeminie rączy,

Choć nasze dusze przejdą do wieczności łona,

Gdy twoja tak spokojna, moja tak zwichrzona,

W niebie się nawet dusza z duszą nie połączy.

II

Zwarzyła jesień kwiaty nad brzegiem strumyka,

Wiatr szumiąc zeschłych liści tumanami miota;

Błyszczy dąb koralowy, błyszczy brzoza złota,

A jaskółkę wewnętrzny niepokój przenika.

Już czas lecieć – gdzie? w sercu znajdziesz przewodnika.

Już czas lecieć, wewnętrzna uczy cię tęsknota.

Siedzi smutna nad gniazdem, skrzydełkiem trzepota,

Zrywa się – podleciała – mignęła i znika.

Jaskółka miała wrócić, nim zefir zawionie,

Pod strzechę, której nieraz doznała opieki,

Lecz ją w przelocie morskie pochłonęły tonie.

Lauro – ja nieszczęśliwy, idąc w kraj daleki

Myślę, że wrócę kiedyś spocząć na twym łonie...

Próżne marzenia! – żegnam, żegnam cię na wieki.

III

Duszo! Śpij duszo moja, coś cierpiała tyle,

Twój Anioł cię opuścił i szczęście się zmienia.

Śpij! ach śpij duszo moja, dopóki z uśpienia

Nieśmiertelny głos Boga nie wyrwie cię mile.

Śpij serce, już dla ciebie znikły szczęścia chwile,

I na cóż się masz budzić na same cierpienia?

Śpij lutni! próżne, próżne twoje smutne brzmienia,

Ja sam zasnę niedługo w głębokiej mogile.

Tak wędrowiec grożącej śmierci niedaleki

Choć już do dna wychylił trucizny napoje,

Jednak długo się męczy, nim zawrze powieki.

Ja, co piłem tak słodkie, zgubne szczęścia zdroje,

Piłem śmierć z rozkosz czary i zasnę na wieki!

Lecz nim zasnę – ach biedne, biedne serce moje!

IV

Czyliż kto duszy mojej wrócić szczęście zdoła?

Czyliż kiedy z łez gorzkich oschnie ma źrenica?

Ta, którą tak kochałem, anielska dziewica

Litością już nie spędzi smutków z mego czoła.

Może kiedyś na łonie innego anioła

Czoło moje rozjaśni szczęścia błyskawica;

Lecz szczęście to nie potrwa! znów ściemnieją lica

A serce chwil przeszłości z rozpaczą zawoła.

Choć róża raz na wiosnę kwitnie i opada,

Zdarza się, że w jesieni znowu się rozwija,

Lecz wtenczas taka wątła, wysilona, blada.

Tak choć szczęście nie wraca, gdy raz człeka mija,

Czasem przed zgonem uśmiech na licu osiada,

Ale i w tym uśmiechu już się śmierć przebija.

1827 r., Wilno

Piosnka dziewczyny kozackiej

I

Dzisiaj, i co dnia, z blaskiem miesiąca

Idę w las krętą drożyną,

Wybieram kwiat ten z kwiatów tysiąca,

Nad którym rosła brzoza płacząca,

Nad którym łzy moje płyną.

Jak z obłąkanej ludzie się śmieją,

Nie znają ciężkiej mej straty;

Ja zbieram kwiaty – kwiaty więdnieją,

Ja znowu idę po kwiaty.

II

Nieraz łza płynie gorzka, ukryta,

Bo ciężkiej płaczę ja zguby;

Patrz, oto róża polna rozkwita,

Biała konwalia z różą uwita.

Mój drogi! drogi! mój luby!

Czy na ślub śpieszysz, czy tam w kościele

Czekają druhy lub swaty?

Ach!... kwiaty zwiędły – nie na wesele,

Ja zawsze idę po kwiaty.

III

Nie od rycerskiej zginął on stali –

Wznieśli mogiłę wysoką,

A ile garści piasku sypali,

Tyle mu przekleństw z piaskiem posłali –

Mój luby, śpi on głęboko.

Przekleństw nie słyszał, nie słyszał płaczu,

Nikt nie wdział żałobnej szaty,

Piasek pokrywa grób na tułaczu –

Ja co dzień idę po kwiaty!

Warszawa, 28 grudnia 1829 r.

Matka do syna

Synu! wstępujesz teraz w trudną życia drogę,

Gdzie już nad tobą czuwać i strzec cię nie mogę,

Rzuciwszy dom, rodzinę, w obce idziesz kraje,

Gdzie ci nieznane serca, nieznane zwyczaje;

Teraz ci zorzy szczęścia jaśnieją szkarłaty

I nadzieja po drodze bujne sieje kwiaty,

Ale gdy wiek dojrzalszy uczucia przemieni,

Gdy ujrzysz się sam jeden na świata przestrzeni,

Gdy ujrzysz się sam jeden w tym obcym ci tłumie,

W którym nikt twoich myśli, serca nie rozumie,

Wtenczas choć myślą wracaj w ojczyste krainy,

I przenieś się na łono kochanej rodziny.

Przypomnij dom, gdzie lata spędziłeś dziecinne,

Przypomnij braci, siostry, zabawy niewinne,

Wspomnij na twego Ojca, co się cieszy w niebie

I co z górnych przybytków spogląda na ciebie.

I Matka, która zniosła smutek rozłączenia,

Czyliż także nie zyska miłość wspomnienia?

Bądź zdrów synu! ach trudna, trudna życia droga;

Błogosławię cię jeszcze – wezwij w pomoc Boga,

Idź – żegnam cię mój synu – lecz pamiętaj na to,

Że twa cnota za trudy będzie mi zapłatą.

Krzemieniec, 1829 r.

Poezje patriotyczne

Hymn

Bogarodzico, Dziewico!

Słuchaj nas, Matko Boża,

To ojców naszych śpiew.

Wolności błyszczy zorza,

Wolności bije dzwon,

Wolności rośnie krzew.

Bogarodzico!

Wolnego ludu śpiew

Zanieś przed Boga tron.

Podnieście głos, rycerze,

Niech grzmią wolności śpiewy,

Wstrzęsną się Moskwy wieże.

Wolności pieniem wzruszę

Zimne granity Newy;

I tam są ludzie – i tam mają duszę.

Noc była... Orzeł dwugłowy

Drzemał na szczycie gmachu

I w szponach niósł okowy.

Słuchajcie! zagrzmiały spiże,

Zagrzmiały... i ptak w przestrachu

Uleciał nad świątyń krzyże.

Spojrzał – i nie miał mocy

Patrzeć na wolne narody,

Olśniony blaskiem swobody,

Szukał cienia... i w ciemność uleciał północy.

O wstyd wam! wstyd wam, Litwini!

Jeśli w Gedymina grodzie

Odpocznie ptak zakrwawiony,

Głos potomności obwini

Ten naród – gdzie czczą w narodzie

Krwią zardzawiałe korony.

Wam się chylić przed obcemi,

Nam we własnych ufać siłach;

Będziem żyć we własnej ziemi

I we własnych spać mogiłach. –

Do broni, bracia! do broni!

Oto ludu zmartwychwstanie,

Z ciemnej pognębienia toni,

Z popiołów Feniks nowy

Powstał lud – błogosław, Panie!

Niech grzmi pieśń jak w dzień godowy.

Bogarodzico! Dziewico!

Słuchaj nas, Matko Boża,

To ojców naszych śpiew,

Wolności błyszczy zorza,

Wolności bije dzwon

I wolnych płynie krew,

Bogarodzico!

Wolnego ludu krew,

Zanieś przed Boga tron.

Oda do wolności

I

Witaj, wolności aniele,

Nad martwym wzniesiony światem!

Oto w Ojczyzny kościele

Ołtarze wieńczone kwiatem

I wonne płoną kadzidła!

Patrz! tu świat nowy – nowe w ludziach życie.

Spojrzał – i w niebios błękicie

Malowne pióry złotemi

Roztacza nad Polską skrzydła;

I słucha hymnów tej ziemi.

II

A tam już w cieniu wieków za nami się chowa

Duch niewoli i dumną stopą depcze trony.

Zgina się pod ciężarem skrwawionej korony,

Mówi – ale niezrozumiałe z ust wychodzą słowa.

Tak obelisk, co niegdyś pisanym wyrazem

Dziwił ludy, obwiany mgłą kadzideł dymu,

Dziś przeniesiony do Rzymu,

Niezrozumiały ludom – umarły – jest głazem.

III

Niegdyś Europa cała

Była gotyckim kościołem.

Wiara kolumny związała,

Gmach niebo roztrącał czołem...

Drżącym od starości głosem

Starzec pochylony laty

Trząsł dumnym mocarzy losem,

Zaglądał w królów siedziby;

Zaledwo promyk oświaty

Przez ubarwione gmachu przedzierał się szyby.

Jakiś mnich stanął u proga,

Kornej nie uchylił głowy,

Walczył słowami Boga

I wzgardził świętymi kary.

Upadł gmach zachwiany słowy.

Błysnęły światła promienie...

Pierwsze wolności westchnienie

Było i westchnieniem wiary.

IV

Jak sosny niebotyczne urośli królowie.

Deptane prawa ludów gdzież znajdą mściciela?...

Na Albijonu ostrowie

Kromwel. – Któż nie zna Kromwela?...

On dawną krwią Stuartów zalał stopnie tronu

I nie chciał na nie wstąpić – on pogardził tronem.

I czymże dzisiaj jest król Albijonu?

Błyszcząca mara – widziadło,

Księżyc na niebie zamglonem,

A słońce praw oświeca tę postać wybladłą.

Ale wielcy mężowie zasiedli do steru,

Świątynią praw dźwigają tysiączne kolumny –

Patrzcie, jak długim rzędem za trumnami trumny

Wchodzą w posępne gmachy Westminsteru.

V

O świat nowy hiszpańskie uderzyło wiosło,

Tam brat zaprzedawał brata...

Na lądzie nowego świata

Żałobne drzewo wyrosło,

Pod którym schyleni w trudzie,

Marząc o szczęściu boleśnie,

Usypiali tłumem ludzie,

Tłumami konali we śnie

I śmiercią sen płacili – bo o lepszej doli

Pod tym się drzewem ludziom o wolności śniło.

Było to drzewo niewoli,

Rosło nad grobem – świat już był jedną mogiłą.

Ostatni więc człowiek skona,

Śmiercią z należnych władcom wypłaci się danin?

O nie! na głos Waszingtona

Zmartwychwstał Amerykanin

I zaprzysiężoną święcie

Wolność okrył wieńcem sławy.

A drzewo śmierci było masztem na okręcie

I zgon niosło na ludy saksońskie – i nawy.

VI

Więc słońce już w wolności krajach nie zachodzi?

Wolności skrzydła całą osłoniły ziemię.

 

Godnym jest oczu Boga wolnych ludzi plemię,

On bohaterów nagrodzi.

VII

Jakiż to dzwon grobowy

Z wiejskiego zabrzmiał kościoła?

Idzie tłum pogrzebowy –

Schylone do ziemi czoła;

Trumna – za trumną dzieci,

Smutna przyjaciół drużyna

Bladą gromnicą świeci,

Ciche modły powtarza.

Weszli we wrota cmentarza,

Pod trumną ramię syna.

Czarną dręczeni rozpaczą,

Czarną okryci żałobą...

Czemuż płaczą nad sobą?

Bogatą wezmą spuściznę.

Dlaczegóż nad nim płaczą?

W grobie zapomni troski...

Bracia! – on umarł – on był ostatnim z tej wioski,

Co widział wolną ojczyznę.

Synowie jeszcze po nim nie zdjęli żałoby,

Już na wolnej żyją ziemi.

Idźmy więc nad ojców groby,

Wołajmy, bracia, nad niemi –

Może usłyszą w mogile?...

VIII

Widziałem, jak młodzieniec w samej wieku sile,

Strawiony własnym ogniem – przeklął ogień duszy.

Wołał: – „Czemuż Bóg więzów moich nie rozkruszy?”.

Lecz wszędy cichość grobowa;

A więc sam odpowiadał: – „Jestem panem życia!” –

Okropne rozpaczy słowa!

Z umysłowych władz rozbicia

Została ta myśl straszliwa.

I bladość śmierci lice wyniosłe okrywa.

Ta jedna myśl tysiączne urodziła myśli;

Straszna cierpienia potęga,

Umysł je rozwija – kryśli,

Z niedowiarstwa marą sprzęga...

O niedowiarstwo! Ty piekieł pochodnią

Niszczysz mgłę marzeń i blask urojenia złoty.

Gdzież cnota?... nie ma cnoty!...

I zbrodnia nie jest zbrodnią.

Na niepewnej ważysz szali

Wzniosłe uczucia w człowieku...

Już wszyscy tak myśleli – i wszyscy wołali,

Jest to chorobą czasu! – jest to duchem wieku!

Ta ciemność była tylko przepowiednią słońca.

IX

Wolności widzim anioła,

Wolności powstał obrońca.

Podnieście wybladłe czoła!

Dalej do steru okrętu!

Dalej! na morskie głębinie!

Rzućmy się w odmęt – z odmętu

Może niejeden wypłynie!

Podobni do nurków tłumu,

Co do morskiej toną fali,

Wśród wirów kręceni szumu,

Już ich fala w głąb porywa;

Ale niejeden wypływa,

Bliski brzegu lub daleki,

Ten niesie gałąź korali,

Ów w Amfitryt trąbę dzwoni.

Lecz niejeden zniknie w toni,

W morzu zostanie na wieki.

Pieśń legijonu litewskiego

Litwa żyje! Litwa żyje!

Słońce dla niej błyszczy chwałą,

Tyle serc dla Litwy bije,

Tyle serc już bić przestało.

Trzeba być głazem! trzeba być głazem,

Cierpieć te więzy rdzawione pleśnią,

Myśmy się za nie mścili żelazem,

I wolną myślą, i wolną pieśnią.

Zadrżały wrogi,

Pieśń to ponura

Te żmudzkie rogi.

Jezus Maryja! naprzód! hop, hop, urra!

Nauczyli nas Teutony

Śpiewać, jako nam śpiewali.

Legijony! Legijony!

Na Ruś! na Ruś! dalej! dalej!

Bo gdy nam każą znów iść ku Włochom.

Jakże się rozstać z Ojców grobami?

Chyba odwiecznym powiemy prochom:

Powstańcie z grobów! chodźcie za nami!

Zemsta na wrogi, etc.

Gdy car groził Olgierdowi,

Odrzekł posłom Olgierd stary:

Nieście pochodnię carowi,

Nim zgaśnie, powitam cary.

I za posłami tej samej nocy

Obozem stanął na Moskwy górach,

Panował miastu jak orzeł w chmurach,

Wszedł z jajkiem kraśnem w dzień Wielkanocy.

Zadrżały wrogi,

Pieśń to ponura

Te żmudzkie rogi.

Na grom Perkuna! naprzód! hop, hop! urra!

Jagielońskiej mur stolicy

Nam rozkwitnie kobiercami;

Trud zapłaci wzrok dziewicy,

Pomieszany śmiech ze łzami.

A kędy baszta mchami okryta,

Zbudzony pieśnią kamień z tej wieży

Może się zerwie, do stóp przybieży

I Giedymina wnuków powita.

Dalej na wrogi, etc.

Nikt nas teraz nie obwini,

Nikt na świecie nie zapyta:

Czy jeszcze żyją Litwini?

Oto Pogoń nasza świta!

Lecz nie pytajcie, czemu tak mała

Garstka chorągwią mężnych powiewa?

Więcej nas było – lecz z tego drzewa

Burza niejeden liść oberwała.

Zemsta na wrogi, etc.

Ho! zaszummy proporcami,

Co wolności barwą świecą;

My lecimy, a za nami

Orły! orły! orły lecą.

Na nasze głowy jak szronu kiście

Spadają gromy... legion umiera

Jak laur zdobiący grób bohatera.

Kto chciwy sławy – rwie lauru liście.

Zemsta na wrogi,

Pieśń to ponura

Te żmudzkie rogi.

Jezus Maryja! naprzód, hop, hop! urra!

Paryż

Patrz! przy zachodzie, jak z Sekwany łona

Powstają gmachy połamanym składem,

Jak jedne drugim wchodzą na ramiona,

Gdzieniegdzie ulic przeświecone śladem.

Gmachy skręconym wydają się gadem,

Zębatą dachów łuską się najeża.

A tam – czy żądło oślinione jadem?

Czy słońca promień? czy spisa rycerza?

Wysoko – strzela blaskiem ozłocona wieża.

Nowa Sodomo! pośród twych kamieni

Mnoży się zbrodnia bezwstydna widomie

I kiedyś na cię spadnie deszcz płomieni,

Lecz nie deszcz boży, nie zamknięty w gromie,

Sto dział go poszle... A na każdym domie

Kula wyryje straszny wyrok Boga;

Kula te mury przepali, przełomie,

I wielka na cię spadnie kiedyś trwoga,

I większa jeszcze rozpacz – bo to kula wroga...

I już nad miastem wisi ta dział chmura,

Dlatego ludu zasępione tłumy,

Dlatego ciemność ulic tak ponura,

Przeczuciem nieszczęść zbłąkane rozumy;

Bez echa kona słowo próżnej dumy,

O wrogach ciągłe toczą się rozmowy...

A straż ich przednia, już północne dżumy

Obrońców ludu pozwiewały głowy,

I po ulicach ciągły brzmi dzwon pogrzebowy.

Czy wrócą czasy tych świętych tajemnic,

Kiedy tu ludzie zbytkiem życia wściekli,

Jedni pod katem, drudzy w głębi ciemnic,

Inni ponurzy, bladzi, krwią ociekli,

Co kiedy śmieli pomyśleć – wyrzekli?

Lud cały kona, katy i obrońce,

Dnia im nie stało, aby się wysiekli;

I przeczuwając krwawej zorzy końce,

Jak Jozue wołali: Dnia trzeba – stój, słońce!

I nie stanęło – pomarli – przedwcześnie,

Lecz zostawili pamiątki po sobie:

Kraj po rozlewie krwi tonący we śnie

I lud, nie po nich ubrany w żałobie,

Krwi trójcę w jednej wcieloną osobie.

Ten jak rodyjski posąg świecznik trzyma

I jedną nogę wsparł na martwych grobie,

Drugą na zamku królów... Gdzie oczyma

Sięgnął – tam wnet i ręką dostawał olbrzyma.

A kiedy posąg walił się z podstawy,

Tysiące ludu sławą się dzieliło,

Każdy się okrył łachmanem tej sławy,

Każdemu było dosyć – nadto było...

Marzą o dawnej sławie nad mogiłą

I pod kolumną spiżu wszyscy posną;

Choć cięcie kata głowę z niej strąciło,

Choć na niej może jak na gruzach z wiosną

Chwasty i z lilijami Burbonów porosną.

Tu dzisiaj Polak błąka się wygnany,

W nędzy – i brat już nie pomaga bratu.

Wierzby płaczące na brzegach Sekwany

Smutne są dla nas jak wierzby Eufratu.

I całej nędzy nie wyjawię światu...

Twarze z marmuru – serca marmurowe,

Drzewo nadziei bez liścia i kwiatu

Schnie, gdy wygnaniec złożył pod nim głowę,

Jak nad prorokiem Judy schło drzewo figowe.

Z dala od miasta szukajmy napisów,

Gdzie wielki cmentarz zalega na górze.

O! jak tu smutno, kędy wśród cyprysów

Pobladłe w cieniu chowają się róże.

A pod stopami – dalej – miasto w chmurze

Topi się we mgłach gasnących opalu...

A dla żałobnych rodzin przy tym murze

Przedają wianki z płótna lub z perkalu,

Aby dłużej świadczyły o kupionym żalu.

Patrz znów w mgłę miejską – oto wież ostatki,

Gotyckim kunsztem ukształcona ściana;

Rzekłbyś – że zmarła matka twojej matki,

W czarne, brabanckie korónki ubrana,

Z chmur się wychyla jak duch Ossyjana...

Ludzi nie dojrzysz... Lecz nad mgłami fali

Stoją posągi (gdzie płynie Sekwana),

Jakby się w Styksu łodzi zatrzymali

Przed piekła bramami we mgłach stoją biali...

Tam gmachy Luwru, gdzie tron Baltazara,

A na nim siedział wyrobnik umarły...

Przez dnie lipcowe panowała mara,

U nóg jej ludzie snuli się jak karły;

Bo nad nią cienie śmierci rozpostarły

Wielkość olbrzymią – był to król narodu.

I aksamity krew mu z czoła starły,

Lecz jego dzieci umierały z głodu,

Zaczął dynastią trupów, był ostatnim z rodu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?