Podróż do Ziemi Świętej z NeapoluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Juliusz Słowacki

Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu

Warszawa 2017

Spis treści

Pieśń I. Wyjazd z Neapolu

Pieśń II. [Brak Pieśni II]

Pieśń III. Statek parowy

Pieśń IV. Grecja

Pieśń V. Podróż konna

Pieśń VI. Nocleg w Vostizy

Pieśń VII. Megaspilleon klasztor

Pieśń VIII. Napoli di Romania [Początek pierwotnej wersji Pieśni VIII]

Pieśń VIII. Grób Agamemnona

Pieśń IX

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Pieśń I

Wyjazd z Neapolu

1

Muzo, mdlejąca z romantycznych cierpień,

Przybądź i pomóż! Wzywam ciebie krótko,

Sentymentalna; bo kończy się sierpień,

Bo z końcem sierpnia i koniem, i łódką

Puszczam się w drogę przez Pulią, Otranto,

Korfu... gdzie jadę, powie drugie canto

2

Tymczasem pierwsze opowiedzieć musi,

Skąd się wybrałem, po co, i dlaczego?

Chrystusa diabeł kusił i mnie kusi.

Na wieży świata postawił smutnego

Życia nicością i pokazał wszędzie

Pustynie mówiąc: „Tam ci lepiej będzie”.

3

A jednak gdyby mniej pamięci bolu,

Zachceń i marzeń, a więcej rozsądku,

Toby mi dobrze było w Neapolu,

Gdzie pod oknami na prawym przylądku

Widziałem szare więzienie stolicy,

A zaś Wezuwiusz górą po lewicy.

4

Błękitne morze pomiędzy więzieniem

A między górą popiołów i lawy

Czekało ciche, aż góra płomieniem,

A konstytucją buchnie wulkan prawy.

Tak było niegdyś, nim się na Francuzów

Król i Fra diabeł ruszyli z Abruzów...

5

To jest za króla ruszał się kardynał,

Za kardynałem fradiabelska banda,

Ta rozgrzeszała, rak czerwony ścinał

W imieniu Boga, Papy, Ferdynanda;

Gdy zaś wyrąbał do Kyrie Elejson

Litanią świętych, wyręczył go Nelson.

6

Mówiłbym dalej, ale Pan Podstoli,

Dziady, a zwłaszcza tych Dziadów część czwarta,

Uczą porządku, w opowiadań roli

Rysując proste ścieżki. Wiec do czarta

Mego Pegaza wyskoki i liczne

Opowiadania semihistoryczne.

7

Więc do porządku! A jednak mię boli

Dawać odsyłacz do pana Coletty,

Gdzie opowiada, jak trup Caraccioli

Z łańcuchem u nóg na morzu... Niestety,

Przyrzekłem trzymać wędzidło na pysku

Apollinowym. Lecz powiem w przypisku.

8

A jeśli drukarz znajdzie, że do treści

Z podróży wątkiem znajdzie się przypisek,

To go pod strofą poprzednią umieści,

Zmazawszy parę skrzyżowanych krysek,

I nie dozwoli, by za gwiazdek tropem

Czytelnik gonił z Herszla teleskopem.

9

Przypisek winien być pisany prozą,

Lecz ja nie mogę pisać tylko wierszem;

Kto by pomyślał, że mnie rymy wiozą,

Że sobie konno usiadłem na pierwszym,

A za mną drugi jedzie krok za krokiem:

Rym z parasolem, z płaszczem i z tłumokiem.

10

Wierzcie mi jednak, że leksza od rymu

(Dla śniegów jechać nie mogłem przez Turyn)

Para mnie gnała z Marsylii do Rzymu,

Do Neapolu zaś przywiózł veturyn.

Carozze jego i cabrioletti

Zalecam wszystkim... zowie się Paretti.

11

Zalecam nowy hotelik „Vittoria”,

Który staremu nie ująwszy sławy,

Tak się podzielił famą, jak cykoria

Wmieszana zgrabnie do mokańskiej kawy,

I marmurami, wygodą i luksem

Ze starym idzie, jak Kastor z Polluksem.

12

Zalecam także (zostanę Astolfem,

Bo mój hipogryf staje się skrzydlatym),

Zalecam tobie mieszkanie nad Golfem

Na świętej Łucji... a jeśliś bogatym,

Jeśli ci kura złote nosi jaja,

Mieszkaj przy Villa Reale na Chiaja.

13

Dosyć już! dosyć! Wyznaję ze wstydem,

Że pohamować nie umiejąc weny,

Z wieszcza zostanę prozaicznym gidem

Ja, com zamierzał wypłakiwać treny

Nad Caracciolim i kląć Ferdynanda;

Dziś piszę, jaka, gdzie stoi loccanda.

14

Bo też kto dzisiaj jest na stałym lądzie

A jutro myśli wędrować po morzu,

A pozajutro jeździć na wielbłądzie,

Nie jedząc mięsa, ani śpiąc na łożu,

Chciałby Europę, co mu z oczu znika,

Unieść jak Jowisz przemieniony w byka.

15

Jeśli Europa jest nimfą, Neapol

Jest nimfy okiem błękitnym; Warszawa

Sercem – cierniami w nodze – Sewastopol,

Azof, Odessa, Petersburg, Mittawa;

Paryż – jej głową – a Londyn – kołnierzem

Nakrochmalonym, a zaś Rzym – szkaplerzem.

16

Gdzieś porównanie podobne w Szekspirze

Na Niderlandach kończy się zamknięte.

Lecz ja wyjeżdżam pod Golgoty krzyże

Po święte myśli i szkaplerze święte,

Więc przed wyjazdem robię ślub niezłomny,

Że będę nieco zabawny, lecz skromny.

17

A jeśli kiedy mój przyjaciel Szekspir

Na złą myśl zagna rymy buntownicze,

Położę jaki suspir albo ekspir,

Z muzyki znaku milczenia pożyczę

I muzę moją w rymowym balecie

Na zakręconym wstrzymam piruecie.

18

O Neapolu! ty nie pożegnany

Czekasz, aż ciebie pożegnam epicznie.

Jak biała Wenus urodzona z piany

Wyszedłeś z morza zapłoniony ślicznie

Skrawymi słońca zachodniego łuny,

Cichy pod górą, co ciska pioruny.

19

O! Neapolu! gdzie jest twoja dusza?

Bo duszą twoją nie jest ruch i życie,

Patrzę na ciebie z grobu Wirgiliusza,

A ty na niebie i na fal błękicie

Tak roztopiony w zorzy malowidła,

Jak upuszczona na brzeg bańka z mydła...

20

O! Neapolu! wieczorne wyziewy

Twym są rumieńcem, twe dymy są tęczą,

Harmonizujesz się tak jako śpiewy

Z ciszą powietrza, twe dzwony nie jęczą,

A twój domami okryty pagórek

Ma białość lekkich na błękicie chmurek.

21

Tylko po Chiai i po Margelinie

Idą przeciwne sobie dwa rynsztoki,

Rój mrówek lezie i rząd karet płynie,

Wszystko się rusza. Grób wieszcza wysoki

Właśnie tam stoi, dove fa il torso

Ulica. – Z grobu patrzałem na Corso.

22

A choć przejeżdżał w prześwietnej osobie

Królewic mały, choć mu się rój kłaniał;

Jam się nie skłonił, bom siedział na grobie.

Masztalerz jechał i kijem rozganiał

Mrówki idące w przeznaczenia drogę

Z królewicami... gdzie? zgadnąć nie mogę.

23

Choć bardzo lubię filozofią Kanta,

Gniewam się na nią, że ludzi nie uczy,

Gdzie iść po śmierci. Wolę piekło Danta;

Właśnie je czytam podług nowych kluczy,

Które przyczyną może będą schizmu,

Mówiąc, że Dant chciał republikanizmu,

24

I w poemacie używał języka

Sekretnych związków. A gdy tajemnicze

Kładł majuskule, to podług krytyka

Na końcu rymu położone B.I.C.E.

Wcale znaczyło co innego w pieśni

Niż Beatrycze. Wam się o tym nie śni!

25

A ja dowodzę, że Dant o kochance

Nie śnił, a jeszcze mniej śnił o Vororcie

Albo Konwencji – i nie topił w szklance

Cesarza Niemców, i w piekła retorcie

Nie smażył rządu lepszego, co przyjdzie –

Jak niegdyś Platon kiep na Atlantydzie.

26

Z grobowca wieszcza widzę, jak nad głową

Wulkanu księżyc wysunął się biały,

A u stóp góry Castello dell’Ovo,

Zamek podobny do sterczącej skały,

Gmach, co się trzyma przez królewską wolę

W morzu, jak jaje Kolumba na stole;

27

Sczerniał przy fali migającej złocie,

A gdy na niebie szafirowym ze dna,

Gwiazd zapalonych wychodziło krocie,

I z okien zamku błyska gwiazda jedna,

Czerwona, rubin zamglonych błękitów,

Siostra błyszczących gwiazd u Karmelitów.

28

O! gladiatorzy wydarci ludowi

W godzinie zgonu i mrący na słomie,

Idę powiedzieć o was Chrustusowi

 

Pod jego krzyżem w Jego męki domie.

Idę zapytać głośno w Oliwecie,

Gdzie się zbudzicie i zmartwychwstaniecie?

29

I tam, gdzie Chrystus zapłakał sam w sobie,

Z oliwy bladej gałązki rwać będę,

A jeśli znajdę, że już śpicie w grobie,

Liściami płaczu posypię tę grzędę,

Pod którą będzie cichy sen grobowy,

Koście bez czaszek i trupy bez głowy.

30

O! bracia moi łańcuchami zbrojni,

O! nie targajcie wy się jak w rozpaczy!

O bracia moi, bądźcie wy spokojni!

Słońce was jutro po kratach zobaczy

Bladszych wilgocią, strawą i myślami,

A ja was żegnam... Niech śmierć będzie z wami!

31

Żegnam i ciebie, o! garsteczko prochów,

Leżąca zawsze pod laurem klasycznym;

Turkot powozów z Pauzylipu lochów

Woła pod tobą hymnem romantycznym,

Że sława przejdzie, a bryki nie przejdą,

Że ta bryk droga jest wieku Eneidą.

32

Most pod Tamizą jest kupców Iliadą,

I wiele będzie do sprzeczki powodów,

Czy jeden Rotszyld jak wieszcz nad Helladą,

Czy też brzęczących kompania rapsodów

Autorem mostu, gdzie w oknach przez szyby

Anglikom się w twarz przypatrują ryby.

33

Lecz niech mię ciemność Erebu ogarnie,

Jeśli okłamię Pauzylipu grotę.

W ciemny korytarz spadają latarnie

Jedna za drugą jak gwiazdeczki złote.

A tam, gdzie nikną i gdzie ciemność krucza,

Światło dnia wpada jak z dziurki od klucza.

34

I jeszcze wyżej wzniósłszy się na duchu

Powie ci Muza w opisaniach szczytna,

Że na uwitym z latarni łańcuchu

Zawisła mała gwiazda dnia błękitna,

A w tej gwiazdeczki lazurowym łonie

Rodzą się ludzie, powozy i konie.

35

Rodzą się, rosną i w latarni błyskach

Idą większejąc długim korytarzem.

Jeżeliś nie był w romantycznych spiskach,

A jesteś przyszłych wulkanów malarzem,

Tu nie lękając się dyb i powroza

Zbieraj modele jak Salvator Rosa.

36

Lecz chodźmy w miasto. Już księżyc wysoko,

A golf ubrany latarni przepaską.

Stolico! gdzie nikt nie myśli głęboko,

Gdzie zabroniono nawet myśleć płasko,

Niech twój rząd stworzy jakie słowo święte

Na niemyślenie jak na far-niente!

37

Dyjogenesów lud rynki zasiada,

„Czego chcesz?” – pyta Wolność lazarona:

„Zejdź z mego słońca” – nędzarz odpowiada;

Jeżeli nie ma karlinów, to skona

Z głodu – i pójdzie na łódki, gdzie Charon

Dusze przepławia... Wolność? czy lazaron?

38

Wolność... już dla niej uszyto symarę

Z gazet Giovine Italia... Lazaron

Będzie żył, póki ma frutti di mare,

Niebo błękitne i żółty makaron,

I koszyk, w którym leży jak ostryga.

Pytasz się, co w dzień porabia? Dościga...

39

A młodzież lepsza, co ma grosz w kieszeni,

Tytuły contów i w oknach firanki,

W cieniu dopiero się ledwo zieleni...

Kto temu winien? – Neapolitanki...

One to winne, że się lud nie budzi;

Bo któż z młodzieży umie robić ludzi?...

40

Ja wiem, że wiele winienem kochance,

Sama po włosku uczyła mnie czytać,

Improwizować (ale nie przy szklance),

Brwi smutnie marszczyć, we śnie płakać, zgrzytać,

Na Archipelag uciekać po laur

I awantury – jak Korsarz i Giaur.

41

Ona uczyła mię chodzić jak scenarz

(Lepsze niż aktor słowo niech zostanie);

Wmówiła we mnie, że zamiast Ojczenasz

Lepszą modlitwą... księżyco-wzdychanie...

Dziś mię nawraca bez żadnego skutku

Na katolicyzm... mam religią smutku...

42

I odpisałem... co? już nie pamiętam...

Coś odpisałem, lecz nie tak gorąco

Jak Russo – ani tak sucho jak Bentham.

„Jako dwie skały, kiedy je roztrącą

Strumienie rzeki, choć je nurt rozdziera,

Patrzą na siebie niebem...” et cetera.

43

I znowu wspomnień pieśń dzika, echowa,

Zagrała w sercu i łzy moje płyną.

O Lutko! dziecka kochanko, bądź zdrowa!

Jeżeli kiedy pod tą jarzębiną,

Co nieraz kładła koralowe grona

Na twoje włosy, siądziesz zamyślona,

44

Jeżeli książkę położysz przy sobie,

Jeśli szalona ta pieśń z tobą będzie,

Kart nie odwracaj... bo nim spocznę w grobie,

Będę ci śpiewał jak mrące łabędzie,

Tak nieśmiertelnym płaczem, że raz jeszcze

Łez brylantowych osypią się deszcze...

45

I łzy się żywe rozbiegną po łonie

I strumień palce różowe otworzy;

Jeśli spłakaną twarz ukryjesz w dłonie,

Ja wtenczas będę spokojny, jak w zorzy

Gwiazda niknąca blady – lub z obliczem

Pełnym promieni boskich... albo niczem.

46

Jednak jeżeli Ten, co jest na niebie,

Słyszał o słońca mówione zachodach

Modlitwy moje; wszystkie nie za siebie,

A tak rozlane na świat... jak na wodach

Mórz lazurowych rozlewał się cały

Krąg tonącego słońca – skrawo biały...

47

Jeśli Bóg wiedział, jak mi było trudno

Do tego życia, co mi dał, przywyknąć

I nie przeklinać... i drogą bezludną

Iść po tym świecie szalonym, i niknąć,

Co dnia myśl jedną rozpaczy zaczynać,

Myślą tą modlić się... i nie przeklinać,

48

Jeśli i Boga nie zwiodła udana

Spokojność moja – ta Chrystusa szata,

Krwią poplamiona i drugi raz wdziana

Naduszę pełną bólu... i ze świata

Uciekającą na chmurach jesiennych

We dnie tak smutne jak noce bezsennych –

49

To mojej duszy dobytej z popiołów

Da wiele ciszy; i na jaką bladą

Gwiazdę, do smutnych krainy aniołów

Przeniesie senną. „Trupi prędko jadą” –

Mówi poeta ballad w Leonorze;

Więc na niemieckim chciałbym siąść upiorze

50

I ruszyć w podróż, bo się pieśń przewlecze

Niejedną jeszcze przerwaną ideą.

Jutro kurierem wyjeżdżam do Lecce,

Jutro więc zacznę śpiewać Odysseą,

Albo wyprawę o Jazona runach –

Na nowej lutni i na złotych strunach.

Pieśń II

[Brak Pieśni II]

Pieśń III

Statek parowy

1

Na morze statek wyleciał parowy;

Wre para, słychać dźwięk żelaza szklanny,

A jako z płaskiej wieloryba głowy

W niebo srebrzyste tryskają fontanny,

Tak spod okrętu młyńskim bita kołem

Wytryska piana, a dym leci czołem.

2

Jeszcze nie rzucę porównania, chyba

Słów mi zabraknie. Ogień wre zamknięty

W drewniano-smolnym łonie wieloryba,

A jako niegdyś płynął Jonasz święty,

W łonie okrętu bez desek i miedzi,

Wesoło, w licznym towarzystwie śledzi,

3

Zapewne nieraz śmiejąc się z kłopotu

Trawionych fląder, ostryg i czefalów,

Tak nasz kapitan i wódz packetbotu

Z pasażerami jak z tłumem wasalów,

Otyły, wesół, dowcipny i mądry,

Nas ma za śledzie, ostrygi i flądry.

4

Tu majtek rudel obraca mosiężny,

Dalej zantejski sędzia i sędzina,

A między nimi synek niedołężny,

Sędziątko z twarzą zwierzęcą kretyna,

Może przekleństwo jakiego klienta,

Ubrane w takie ciało jak zwierzęta.

5

Zdziwiony patrzy na okręt i twarze,

Nie wie, co znaczą łzy na matki licu,

Nie wie, że przezeń Bóg rodziców karze.

A nam widniejsze góry na księżycu,

Morza przy górach i na morzach statki,

Niż temu dziecku łzy na oczach matki...

6

Kapitan krzyknął Virgillem: „Et tantae,

Tantaene divis célestibus ira?”

Na to się podniósł graf Solomon z Zante,

Poeta grecki; ucho mu rozdziera

Zmiana wyrazów i kradzież średniówek,

Więc chciał poprawić – lecz żałował słówek.

7

Może też słabość: bo prędko rękoma

Wziął się za serce i na dwóch lokai

Głośno zawołał nazwiskami dwoma;

Bo skoro tylko jeden się narai,

Zaraz poeta na drugiego krzyczy,

Aby wiedziano, że dwóch w służbie liczy.

8

Wielki poeto! jako między skały

Rzucony Tytan, tak ty w puchowniczki

Strącon słabością; a twój surdut biały

I glansowane białe rękawiczki,

I twój z usłużnych lokajów paszalik

Świadczą, że jesteś coxcomb lub migdalik.

9

„O znam ja ciebie! której ręka trzyma

Miecz w piorunową uzbrojony jasność.

O! znam ja ciebie, skrawymi oczyma

Na świat patrząca, jak na przyszłą własność”...

Z takim to niegdyś do wolności żarem

Przemówił ów graf i został Pindarem.

10

Gdy go raz wieńcem uwieńczyła oda,

Mówią, że dzisiaj, co napisze, spali.

Mówią, że wierszy popalonych szkoda,

Mówią, że przy nim wszyscy wieszcze mali.

Szkoda, że zamiast wierszy chować w szafę,

Czyni z nich co dzień pan graf auto da fé.

11

Przy tym pście, co był tak ognistym

Wewnątrz, a z wierzchu drżał jak galareta,

Siedział na środku w krześle rozłożystym

Senator, starzec z twarzą Epikteta,

Z uśmiechem słodkiej starości na twarzy,

Z podagra w nogach... z tłumem sekretarzy.

12

Jeden sekretarz był jak kropla wody

Podobny... Muzo! cyt! niechaj opinia

Żadna i żadnej nie poniesie szkody.

Taki był pokład... Dalej biała linia

Od idywidów oddzielała masy,

To jest podróżnych, ale drugiej klasy.

13

Tam pod żelazną kolumną komina

Siedział Grek w czapce czerwonej i Turek

Wzajemnie dymy rzucając z bursztyna;

A między nimi z tłumoków pagórek

Żółtych i czarnych – a koło tej góry

Kuchnia, kuchciki, kucharze i kury.

14

Przy piersi matek rozpłakane dzieci,

Przy bokach starców stoją flasze z gliny;

Czasem iskierka czerwona wyleci

Z czeluści statku i pomiędzy liny

Błąka się długo, nim zagaśnie smutna

Nie doleciawszy pod namiotu płótna.

15

Nad pierwszą klasą cień i lekkie chłody,

Nad drugą klasą ciąży jakaś para

I komin sypie deszczem wrącej wody.

Proszę! za czworo nędznego talara

Można uniknąć piekła... ale za to

W Paryżu nazwą cię arystokratą.

16

Miło tak płynąć w tym okrągłym świecie

Po morzu cichym, jasnolazurowym.

Wkrótce choroba z pokładu wymiecie

Tłum pasażerów i zostawi zdrowym

Odgłos dalekiej po salonach czkawki,

Rozległy pokład i bezludne ławki.

17

Cicho. Dzień cały po błękitach bije

Okręt kręconą machinami skrzelą.

Już zbłękitniało Korfu – już się kryje;

Już się fortece Santa Maura bielą,

A z drugiej strony przedzielona żwirem

Forteca Turków w górach pod Epirem.

18

Ta ani w buńczuk ustrojona koński,

Ani w błyszczące pióro półksiężyca,

Cicha jak kamień; kiedy zamek joński

By ustrojona do ślubu dziewica,

Ma kwiat na głowie, tysiąc iskier w oku,

Bukiet z latarni portowej u boku.

19

A niech wie każda poetyczna Laura,

 

Każda sawantka z twarzą bardzo bladą

I księżycową... że ta Santa Maura

W starożytności zwała się Leukadą,

I pod błękitnym unosi obłokiem

Skałę wsławioną biednej Safo skokiem.

20

Znałem... lecz, szczęściem, uleczoną z żalu

Safonę bardzo podobną do greckiej.

Ta się, nieszczęściem, kochała w Moskalu,

A Moskal zginął na wojnie tureckiej;

Ta poszła zabrać na warneńskim polu

Zwłoki – a uszy w Konstantynopolu.

21

Smutna! ubrana w kwiaty sympatyczne,

Poszła nieszczęsna na brzegi Marmora,

Kędy osobne biuro statystyczne

Liczyło uszy z rana do wieczora

I oddzieliwszy od niezgrabnych zgrabne,

Nizało sztucznie na sznurki jedwabne.

22

I przyszła sama smutna jak Armida,

I rzekła z płaczem: „Oddajcie mi skarby!”

„Jakie?” – rzekł gruby emir bej Raszyda.

Chciała powiedzieć, lecz rumieńca farby

Zeszły na twarzy płaczącej dziewczynie,

Bo nie znalazła frazesu w Korynie...

23

„Wróćcie! mi wróćcie!” – i znowu zamilkła,

Patrząc na skarbów znizanych półpluton.

Zrozumiał emir i dał sznurków kilka,

I gładząc brodę śmiał się jak – bóg Pluton;

Śmiał się, zważając na prośby szalone

Orfeuszowskie, co prosił o żonę

24

I musiał piekłu grać jak Paganini –

Na jednej strunie cały płaczu kwartet.

Ale powróćmy do naszej bogini

Chciała z rozpaczy umrzeć broken-hearted,

Więc wiodła ciągłą z doktorami sprzeczkę

O krwi troszeczkę i jeszcze miseczkę...

25

Skało Leukady tykająca nieba!

Śmiej się echami grot tłuczonych falą

Z lancetów, mdłości i pigułek z chleba!

Noc bezmiesięczna i gwiazdy się palą:

Sam na pokładzie, wichrem bity, blady,

Płynę przy skale nieszczęsnej Leukady.

26

Piana pod piersi okrętu się garnie,

Stukanie pompy jak dźwięk idzie rymu;

Na maszcie statku błyszczą dwie latarnie

Pod obłokami kirowego dymu;

Zda się, że światła te, zamglone sadzą,

Okręt w krainę piekielną prowadzą.

27

Te same gwiazdy, i ta sama skała,

Te same morze! Lecz gdzież na tej skale

Postać kochanki pogardzonej biała

Jak drugi księżyc? gdzie? Tu – o dwa cale,

Pod tą podłogą, gdzie lampa się pali,

Safo śpi jakaś sama w kobiet sali...

28

Raz tylko wyszła na pokład i słońce,

Siadła na ławce, spojrzała w błękity

Tak mglistym okiem, że się zeszły końce

Rzęs długich, czarnych – i wzrok był przykryty

Cyprysem oczu: nie spojrzała w żadną

Twarz na pokładzie. Kiedyś była ładną.

29

Zniszczył ją smutek. Smutna poszła w ciemność

Na dno okrętu, a z wierzchu mówiono,

Że tę kobietę dręczy niewzajemność,

Że przed miesiącem była mniej niż żoną,

Więcej niż... diabła! niech dokończy zycer,

Że ją angielski porzucił oficer.

30

Mój czytelniku, uderz się ty w piersi,

Bądź na pokładzie okrętu w noc ciemną,

Przy skoku Safo: a będziemy szczersi.

Ja ci opowiem, jaki cień był ze mną

W ciemnościach nocnych... Co za mną, tułaczem,

Biegło po morzu z przekleństwy i płaczem.

31

Sumienie moje, niewidome światu,

Jak nereida wyszło z morza głębi,

Na czole pełne liliowego kwiatu,

I znów jak Wenus na wozie gołębi

Leciało między gwiazd sferami śliczne,

Pół chrześcijańskie, pół mitologiczne.

32

Bo przez noc całą tak ciemną i mglistą

Co robić? – serce własne gryźć i kąsać;

Trzeba nareszcie zostać panteistą,

Poznać się z duszą natury i pląsać

Z czarownicami, co się stają widne,

Podług strawności piękne lub ohydne.

33

Ave Maria! Już rosy brylanty

Sypią się z nieba i niebo różowe.

Już przypływamy i nad czołem Zanty

Widać fortecy uzbrojoną głowę

W niebie nad miastem. Już wychodzą różni

Na pokład statku zmytego podróżni.

34

Ten pije kawę, ów rozciąga członki,

Wszyscy się zdają rozrastać jak krzewy.

(Nasze by damy mówiły koronki).

„Bon jour!” – tak do mnie akcentem z Genewy

Przemówił młody Zantejczyk; figura

Przez lat dwanaście kształcona na jura,

35

Przez lat dwanaście uczona w Genewie,

Z dala od ojca, matki i ojczyzny.

Może, czy wszyscy jeszcze żyją – nie wie,

Może nie pozna pod śniegiem siwizny

Zmienionych twarzy. Nim został studentem,

Jechał, dziś wraca tym samym okrętem.

36

Te same deski, co go dzieckiem niosły,

Dziś odnosiły do domu człowiekiem.

Gdyby tak drzewom przypomnieć, że rosły:

To by się sęki zasklepione wiekiem

Same otwarły, przez kory szczeliny

Niepowstrzymanych łez lejąc bursztyny.

37

Ale ten człowiek był jako Ilissos

Pod Atenami – bez fal i bez wody;

I ten sam statek, ten sam „Eptanissos”,

Co go odnosił w rodzinne zagrody,

Dla niego prostą był tylko machiną,

Na której ludzie za pieniądze płyną.

38

Z jakiejże gliny byli ulepieni

Ci, co wracając na ziemię ojczystą,

Padali czołem na czoło kamieni,

Całując ziemię chwastami nieczystą,

Zimną; co nieraz, nim usta oddarli,

Na głazach ziemi całowanej marli!...

39

Ojczyzno moja! może wszyscy wrócą

Na twoje pola, ale ja nie wrócę!

Śmierć – lub to wszystko, co mi losy rzucą

Na kamienistej drodze życia – płuce

Ogniem pożarte, widziane oczyma

Sny straszne twarzą: wszystko mię zatrzyma.

40

Wszystko mię wstrzyma w obcej ziemi łonie

Umarłym, może jedną chwilę wcześniej

Niż zmartwychwstanie twoje, o Syjonie,

Jerozolimo, trapiona boleśniej

Niż gród Chrystusa... A gdy na twą grzędę,

Ojczyzno! inni powrócą – spać będę.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?