Towarzyszu mójTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Roz­dział 1 1 2 3 4 5 6

5  Roz­dział 2 1 2 3 4 5

6  Roz­dział 3 1 2

7  Roz­dział 4 1 2 3 4

8  Roz­dział 5 1 2 3 4

9  Roz­dział 6 1 2 3

10  Roz­dział 7 1 2 3 4 5 6 7

11  Roz­dział 8 1 2 3 4

12  Roz­dział 9 1 2 3 4 5 6

13  Roz­dział 10 1 2 3 4

14  Roz­dział 11 1 2 3

15  Roz­dział 12 1 2 3 4 5

16  Roz­dział 13 1 2 3

17  Roz­dział 14 1 2 3 4 5 6 7

18  Roz­dział 15 1 2 3 4 5 6 7

19  Roz­dzial 16 1 2 3 4 5

20  Roz­dział 17 1 2 3 4 5 6 7 8

21  SŁOW­NI­CZEK

Tytuł ory­gi­nalny Вдруг охотник выбегает

Redak­cja, korekta i skład: d2d.pl

Pro­jekt gra­ficzny okładki oraz stron tytu­ło­wych: Rafał Kuchar­czuk

Redak­tor ini­cju­jący: Bar­tło­miej Nawrocki

© Yulia Yako­vleva, 2017

Wyda­nie książki wyne­go­cjo­wane za pośred­nic­twem Banke, Gou­men & Smir­nova Lite­rary Agency (www.bgs-agency.com)

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Michał Rogal­ski, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 9788381433716


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Roz­dział 1

1

Zaj­cew prze­niósł spoj­rze­nie na począ­tek strony. Poczuł, jakby ktoś potarł mu oczy papie­rem ścier­nym. Opu­ścił wzrok. Nie wychwy­cił z pro­to­kołu żad­nego słowa.

Zabita: Faina Bara­nowa, lat trzy­dzie­ści cztery, bez­par­tyjna. Księ­gowa w spół­dzielni prze­my­sło­wej. Panna.

 

Wielka szkoda, zazwy­czaj mał­żo­nek to pierw­szy podej­rzany. A tak podej­rzanych brak. Nie ma się czego chwy­cić.

Zaj­cew zapa­lił lampę pod zie­lo­nym klo­szem. Nie zro­biło się od tego jaśniej. Jasno­błę­kitne niebo zaglą­dało w okna. Zwy­kłe czerw­cowe złu­dze­nie: lenin­gradzka biała noc już dawno zamknęła drzwi skle­pów, zmio­tła z ulic wozy, tram­waje i samo­chody; zasu­nęła grube zasłony w miesz­ka­niach lenin­grad­czy­ków, pró­bu­ją­cych zmie­ścić odro­binę płyt­kiego snu pomię­dzy dwoma klo­cami świa­tła, w które na mie­siąc zamie­niły się dzień i noc. Na śpią­cych uli­cach było jasno i świe­tli­ście.

Zaj­cew roz­ło­żył foto­gra­fie pod lampą. Fainę Bara­nową zabito w jej wła­snym pokoju. Na czarno-bia­łych zdję­ciach różo­wawa tapeta przy­brała jasno­szary kolor. Ofiara sie­działa w fotelu przy oknie. Ciężka solidna zasłona była odsu­nięta. Przez okno widać było budy­nek biblio­teki publicz­nej. Zaj­cew prze­rzu­cił stronę. Spraw­dził adres: pro­spekt 25 Paź­dzier­nika. Albo po pro­stu: róg pro­spektu New­skiego i ulicy Sado­wej.

Litery znowu zamie­niły się w bez­sen­sowne znaczki. Zaj­cew stłu­mił ziew­nię­cie. Nie był w sta­nie wyostrzyć wewnętrz­nego słu­chu, dobie­gał go nie­prze­rwany szum. Prze­szka­dzał mu. Na wszyst­kich pię­trach wydziału śled­czego lenin­gradz­kiej mili­cji tęt­niło zwy­czajne nocne życie. Kogoś prze­słu­chi­wano, kogoś innego pro­wa­dzono, ktoś ryczał, ktoś jesz­cze inny klął siar­czy­ście. Na wszyst­kich kory­ta­rzach i we wszyst­kich gabi­ne­tach nie­po­trzeb­nie paliły się żółte lampy. Pach­niało dymem papie­ro­so­wym.

A więc Faina Bara­nowa. Zaj­cew wziął do rąk foto­gra­fię. W jego mózgu biało-czarny obra­zek nabrał kolo­rów. Obrzeża foto­gra­fii prze­kształ­ciły się we fra­mugę drzwi – to przez nią Zaj­cew zoba­czył tę kobietę po raz pierw­szy. A wła­ści­wie – jej ciało.

– To co, Wasiu, otwie­ramy?

Mar­ty­now zsu­nął kasz­kiet ze spo­co­nego czoła na poty­licę. Miał zaczer­wie­nione oczy. Spę­dził noc na obser­wa­cji jed­nej z wiel­kich kamie­nic czyn­szo­wych na Ligowce. Póź­niej cały ranek pisał raport. Nie zdą­żył wró­cić do domu – zaczął się nowy dzień. Wkrótce bry­gadę wezwano na pro­spekt 25 Paź­dzier­nika. „Odpocz­niesz po chwili, pocze­kaj tro­szeczkę” – zaśpie­wał Kracz­kin fał­szy­wym dysz­kan­tem. Tasz­czył na górę wali­zeczkę zawie­ra­jącą w sobie wszystko, co nie­zbędne do oglę­dzin miej­sca prze­stęp­stwa. W dru­giej ręce trzy­mał zło­żony trój­nóg do apa­ratu foto­gra­ficz­nego.

– A pój­dziesz ty – ode­zwał się Mar­ty­now ponuro, mru­żąc oczy. Kory­tarz komu­nałki spo­wi­jały kuchenne opary pocho­dzące z dobrego tuzina loka­tor­skich kuche­nek. Nie było jak się ruszyć. Wszę­dzie leżało pełno gra­tów, sąsie­dzi wysta­wili je byle jak ze swo­ich poko­jów. Daw­niej było tu prze­stronne jaśnie­pań­skie miesz­ka­nie. Teraz miesz­kało się nawet po sie­dem osób w jed­nym pokoju. Zwy­czajna lenin­gradzka komu­nałka. Przy­by­cie ofi­ce­rów wyko­nu­ją­cych czyn­no­ści spra­wiło, że w kory­ta­rzu zro­biło się jesz­cze cia­śniej. Sąsie­dzi wysu­nęli głowy zza drzwi. Na plecy Zaj­cewa napie­rał jakiś leśny dzia­dek.

– Towa­rzy­szu, czy ja wam nie prze­szka­dzam? – Zaj­cew obró­cił się roz­złosz­czony.

– Towa­rzy­sze, tu nie ma nic do oglą­da­nia! – zwró­cił się do wszyst­kich Kracz­kin.

Teraz przez drzwi wyj­rzeli także ci, któ­rzy począt­kowo zamie­rzali prze­cze­kać przy­jazd mili­cji w swo­ich poko­jach.

Zaj­cew spoj­rzał na lichy zamek. Za nim wśród opa­rów maja­czyli świad­ko­wie – miej­scowy dozorca i zarządca wspól­noty miesz­ka­nio­wej. „Od wczo­raj nie otwiera” – mruk­nął po raz kolejny leśny dzia­dek. To on wezwał mili­cję. Z dymu wyło­nił się Samoj­łow.

– Dzwo­ni­łem do jej spół­dzielni. Bara­nowa nie poja­wiała się ostat­nio w pracy.

Zaj­cew ski­nął głową. Mar­ty­now oparł się o ścianę i przy­mknął oczy. „Trzeba było go puścić do domu” – pomy­ślał Zaj­cew. Z Mar­ty­nowa nie było dziś żad­nego pożytku.

– Może gdzieś wyszła? – pod­su­nął Sie­ra­fi­mow.

– Nic nam nie wia­domo – wypa­lił któ­ryś z face­tów w tłu­mie – żeby wycho­dziła.

– Zaszła wam za skórę, co? – Zaj­cew bez waha­nia spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

– Fuj, ale wyba­łu­szył te gały – powie­działa cicho jedna ze sta­rych bab.

Zaj­cew udał, że nie sły­szy.

– Jak to „zaszła”? – obru­szył się facet. – Nic na ten temat nie wiemy. Jeste­śmy sąsia­dami. Żyjemy tu zgod­nie, a bo co… Każdy to potwier­dzi. I z Fainą Bori­sowną to samo. Wszy­scy odno­sili się do niej z sza­cun­kiem, nie zwa­ża­jąc na jej żydow­skie pocho­dze­nie. Była uczciwą kobietą, poważną.

– Pies, ej, popatrz, pies – roz­le­gło się na kory­ta­rzu.

Sąsie­dzi pomru­czeli, poszep­tali, powz­dy­chali i prze­pu­ścili owczarka o czar­nym grzbie­cie. Był to poto­mek Tuza Tre­fla, który przed dzie­się­cioma laty zyskał nie­zwy­kłą sławę wśród lenin­gradz­kich śled­czych. Nosił zresztą to samo imię.

Prze­wod­nik psa wydał cichą komendę.

Tuz Trefl na sekundę zamarł – jakby jego węch był słu­chem, któ­remu nie­zbędna jest abso­lutna cisza – a następ­nie zadra­pał pazu­rami.

– Wyła­muj, Mar­ty­now – roz­ka­zał Zaj­cew krótko.

Prze­wod­nik chwy­cił psa za obrożę.

Mar­ty­now wsu­nął krótki łom, naci­snął. Pręt na początku wysko­czył, wyrwaw­szy z drzwi tylko jedną długą szczapę. Mar­ty­now chyba się obu­dził, spoj­rzał na Zaj­cewa pół­przy­tom­nie. Przy­ło­żył łom zręcz­niej.

Drzwi do pokoju Fainy Bara­nowny chrup­nęły na poże­gna­nie i otwarły się na oścież. Gapie z tyłu zamru­czeli i zagwiz­dali.

– Sąsie­dzi, pro­szę się cof­nąć! – ryk­nął Zaj­cew. – Towa­rzy­sze świad­ko­wie, czy to oby­wa­telka Bara­nowa?

– To ona. – Dozorca nie­stru­dze­nie wyglą­dał zza ple­ców Zaj­cewa.

– Dzię­kuję, towa­rzy­szu. Oby­wa­tele sąsie­dzi, tu się nie ma na co gapić! – rzu­cił Zaj­cew gło­śno w kie­runku drzwi. – Wszy­scy będą pro­szeni po kolei.

– Cof­nąć się, towa­rzy­sze. – Sie­ra­fi­mow sku­tecz­nie i sta­now­czo ode­pchnął cie­kaw­skich w głąb kory­ta­rza.

– Idź, Sie­ra­fi­mow, prze­słu­chaj sąsia­dów – szep­nął mu Zaj­cew.

Sie­ra­fi­mow ski­nął głową i wyszedł, przy­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Zaj­cew poczuł, że jest w pokoju sam na sam z Fainą Bara­nową. I zanim Kracz­kin zabie­rze się do posy­py­wa­nia przed­mio­tów czar­nym prosz­kiem, aby zdjąć odci­ski, a Mar­ty­now z Samoj­ło­wem zaczną tar­mo­sić walizki i skrzy­pieć drzwiami pod­czas prze­szu­ka­nia, on spró­buje ogar­nąć miej­sce prze­stęp­stwa jed­nym spoj­rze­niem. Pierw­sze wra­że­nie mówi wiele.

Pokój był bar­dzo zagra­cony, ale duży, z dwoma wyso­kimi oknami.

Faina Bara­nowa sie­działa w fotelu pod oknem.

Jedna z jej rąk leżała na opar­ciu. Druga była swo­bod­nie oparta na brzu­chu. W pra­wej trzy­mała białą różę. W lewej – mio­tełkę z piór. Taką, jakiej używa się do ście­ra­nia kurzu.

– Czarna róża, sym­bol roz­pa­czy – zaczął Mar­ty­now.

Róża w rękach Bara­no­wej była biała. Ale Mar­ty­now miał rację: postać zmar­łej ema­no­wała tra­gi­zmem i trwogą. Jedwabna zasłona za nią pło­nęła szkar­ła­tem. Na jej tle sukienka wyda­wała się jesz­cze czar­niej­sza, a biała róża – ośle­pia­jąco biała. Kon­trast pomię­dzy szkar­łatną czer­wie­nią, czer­nią i bielą był pra­wie teatralny. Łago­dziły go poły­skli­wość jedwa­biu, głę­boka mięk­kość aksa­mitu i kru­chość płat­ków róży. Poza sie­dzą­cej była tak natu­ralna, że Zaj­ce­wowi wyda­wało się przez chwilę, że Bara­nowa żyje. Trup miał otwarte oczy.

– Pew­nie serce – stwier­dził Kracz­kin, naj­star­szy w bry­ga­dzie. – Nie nadą­żyła z odde­chem i pro­szę.

– Kracz­kin, ty już lepiej nie przy­kła­daj do wszyst­kich swo­jej miary. To nie była stara kobieta.

Kracz­kin wzru­szył kości­stymi ramio­nami.

– Nie stara, ale i nie pierw­szej mło­do­ści. To moż­liwa wer­sja.

– Zamów trans­port, Mar­ty­now.

Mar­ty­now wyszedł na kory­tarz zadzwo­nić, żeby przy­je­chali po ciało.

Zaj­cew zauwa­żył cienką kar­ma­zy­nową linię na szyi mar­twej kobiety.

– A jesz­cze dziś rano marzy­łeś o odej­ściu ze służby.

Odsu­nął pal­cem biały koł­nie­rzyk ofiary i ski­nął na Kracz­kina: na skó­rze czer­wie­nił się ostry, jakby nacięty ślad.

– Mąż, bez dwóch zdań – powie­dział natych­miast Samoj­łow.

– No, na to star­czy siły i męż­czyź­nie, i kobie­cie. Nie da się też wyklu­czyć ani dzie­ciaka, ani starca – zauwa­żył doświad­czony Kracz­kin, roz­sta­wia­jąc trój­nóg. – Ale mąż albo kon­ku­bent to naj­pew­niej, tak mówi sta­ty­styka. A sta­ty­styka to jest straszna siła. Wasiu – tu zmie­nił temat – ty wytłu­macz dowódz­twu, że zdro­wie mi nie pozwala na dźwi­ga­nie cię­ża­rów. Potrzebny nam w bry­ga­dzie foto­graf.

Kracz­kin nie­ustan­nie dopo­mi­nał się o foto­grafa i mogło się wyda­wać, że ma rację: w wydziale śled­czym bra­ko­wało pra­cow­ni­ków. Ale tak naprawdę wcale nie miał racji. Kiedy Zaj­cew dołą­czał do bry­gady, Kracz­kin przed­sta­wił mu się nastę­pu­jąco: „Kracz­kin, sta­ru­szek, hipo­chon­dryk, mizan­trop”. I ści­snął dłoń Zaj­cewa tak, że aż palce mu chrup­nęły.

Kracz­kin uniósł wysoko lampę bły­skową.

– Samoj­łow, szu­kaj struny albo cze­goś podob­nego – powie­dział Zaj­cew. I zauwa­żyw­szy powrót Mar­ty­nowa, rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie na zega­rek naręczny z podra­paną szybką i zaczął dyk­to­wać: – Ciało odna­le­ziono o godzi­nie szó­stej minut czter­dzie­ści osiem…

Samoj­łow ze stu­ko­tem wysu­wał szu­flady z komody, toa­letki i szafy.

– Udu­szono oby­wa­telkę Bara­nową – powie­dział mimo­wol­nie Zaj­cew.

Trza­snęła lampa i na moment wypeł­niła pokój świa­tłem.

Żad­nej struny jed­nak nie zna­leźli.

„Nie pierw­szej mło­do­ści”. Zaj­cew przyj­rzał się aktom sprawy.

Faina Bara­nowa miała trzy­dzie­ści cztery lata. Następ­nie spoj­rzał na maleńką foto­gra­fię. Zasty­gły wzrok, zaci­śnięte wargi, typowe zdję­cie do prze­pustki. Miesz­kała sama. Kuzynka w Kijo­wie, innych krew­nych sąsie­dzi nie znali. Znowu ci sąsie­dzi!

Zaj­cew odsu­nął zdję­cie jak naj­da­lej, jakby sta­rał się zoba­czyć Fainę Bara­nową wła­snymi, a nie sąsiedz­kimi oczami.

Wła­ści­wie zga­dzał się z Kracz­ki­nem: jak na swój wiek Faina Bara­nowa wyglą­dała jeśli nie staro, to cho­ro­wi­cie. Miała opuch­niętą twarz i cie­nie pod oczami. Ale kto dzi­siaj wygląda zdrowo? Marne jedze­nie, wykań­cza­jąca służba. Odsto­isz swoje w kolej­kach, pokrę­cisz się chwilę po domu, a rano znowu paku­jesz się do tram­waju – i dawaj na służbę. „Ale brwi wysku­bała” – zauwa­żył.

I mio­tełka. Takimi mio­tełkami ście­rają kurz poko­jówki. Gospo­dy­nie wolą zwy­czajną ścierkę.

Pod­szedł do drzwi i krzyk­nął w kory­tarz:

– Sie­ra­fi­mow, słu­chaj!

Posłu­chał. Idzie. Zaj­cew wró­cił do zdjęć. W drzwiach poja­wił się Sie­ra­fi­mow.

– Simo, trzeba spraw­dzić, czy do Bara­no­wej nie przy­cho­dziła pomoc domowa. A bo to mało takich? Tutaj niby że poko­jówka, a tak naprawdę wspól­niczka zło­dziei.

– Sąsie­dzi zeznali, że niczego nie ukra­dziono.

– W tej komu­nałce wszy­scy wszystko o wszyst­kich wie­dzą – rzu­cił nie­za­do­wo­lony Zaj­cew. – Ależ oni tam zgod­nie żyją! To też trzeba by jesz­cze spraw­dzić.

Sie­ra­fi­mow nie odpo­wie­dział.

Zaj­cew przy­ci­snął pal­cami zamknięte oczy: żółte świa­tło elek­tryczne wwier­cało mu się w skroń. „Czer­wona róża – sym­bol miło­ści”. A kiedy otwo­rzył oczy, na teczce z aktami leżała sta­ran­nie zapi­sana kartka. Syl­wetka Sie­ra­fi­mowa maja­czyła w pobliżu. Na górze strony wyraź­nym urzę­do­wym pismem napi­sano: „Poda­nie”.

– Dosyć, Simo, ze wszyst­kimi poda­niami to jutro, dzi­siaj czas iść spać – powie­dział Zaj­cew, wsta­jąc. Krze­sło zaskrzy­piało. – Wymę­czył mnie ten dzień. Nie mogę już myśleć.

– To moje poda­nie.

– W spra­wie? – Zaj­cew wytę­żył wzrok: „…na wła­sne żąda­nie”. Spoj­rzał znowu na Sie­ra­fi­mowa.

– Żar­tu­jesz?

Wygląd Sie­ra­fi­mowa w pełni zga­dzał się z jego nazwi­skiem – było w nim coś pas­chal­nego. Błę­kitne oczy i deli­katne rumieńce były jed­nak zwod­ni­cze. Sie­ra­fi­mow prze­niósł się do bry­gady przed pię­cioma laty. W ciem­nych ulicz­kach Lenin­gradu sły­chać było jesz­cze wtedy wystrzały, a ban­dyci pano­szyli się wszę­dzie. Sie­ra­fi­mow odsie­dział swoje, szy­ku­jąc obławy, i nie stro­nił od ban­dyc­kich kul.

 

Zaj­cew prze­czy­tał poda­nie. Rzu­cił kartkę na stół.

– Simo, ty się chyba ciutkę prze­pra­co­wa­łeś. To się zda­rza. Nie ma co od razu wypi­sy­wać podań. No, zabie­raj. Idź, wyśpij się. Nie widzia­łem tego.

Ale Sie­ra­fi­mow zła­pał go za ramię:

– Ja na serio, Wasiu.

Zaj­cew nie miał jesz­cze trzy­dziestki. Jak pra­wie wszy­scy w wydziale śled­czym lenin­gradz­kiej mili­cji. Ale w tym przy­padku wła­śnie rok czy dwa zna­czyły wię­cej niż gdzie indziej dzie­sięć lat. Zaj­cew był „tym sław­nym” śled­czym Wasi­li­jem Zaj­cewem. Towa­rzy­szem Zaj­cewem. I tylko dla swo­jej dru­giej bry­gady pozo­sta­wał Wasią.

– Simo, bra­kuje nam ludzi. Mar­tyszka całe noce spę­dza na obser­wa­cji, a rano rusza pro­sto na wezwa­nia. Kracz­kin robi zdję­cia, cho­ciaż powi­nien w tym cza­sie prze­słu­chi­wać sąsia­dów, a ty chcesz się zwol­nić?

Wyraz twa­rzy Sie­ra­fi­mowa go zdzi­wił.

– Ja na serio – powtó­rzył cicho Sie­ra­fi­mow.

Zaj­cew spoj­rzał na niego: tak, wygląda na to, że tak.

– No sia­daj, Simo. Sia­daj.

Zaj­cew zamknął drzwi gabi­netu, odci­na­jąc siną mackę dymu tyto­nio­wego kłę­bią­cego się w kory­ta­rzu. Sie­ra­fi­mow opadł na kanapę z ciem­nej sztucz­nej skóry – wszy­scy nazy­wali ją „dia­bel­ską”, bo była wła­ści­wie nie­znisz­czalna. Zaj­cew usiadł na para­pe­cie. Okno było otwarte na oścież. Sły­chać było cichy, rów­no­mierny plusk fal ude­rza­ją­cych o gra­ni­towe nabrzeże. Od Fon­tanki pach­niało naraz zgni­li­zną i świe­żo­ścią.

– Wasiu, szkoda two­jego czasu. Sprawa jest zamknięta – zaczął smutno Sie­ra­fi­mow.

Spod lichej mary­narki wysta­wał przy­pięty pisto­let. Kiedy patrzyło się na Sie­ra­fi­mowa z jego locz­kami, oczkami i policz­kami, pisto­let mógł się wyda­wać dzie­cięcą zabawką.

– Jak zde­cy­do­wa­łeś, tak zde­cy­do­wa­łeś. Nie będę się kłó­cił. Jesteś dużym chłop­cem. Po pro­stu mnie to cie­kawi. I dokąd pój­dziesz? Zosta­niesz motor­ni­czym? Urzęd­ni­kiem? Czy zna­la­złeś sobie dziew­czynę, co chce wyjść za księ­go­wego? Byle tylko bez noc­nych dyżu­rów i całego tego podej­rza­nego ele­mentu?

Sie­ra­fi­mow wstał. Pod­szedł do okna. Wska­zał oczami na zamknięte drzwi. Zaj­cew zesko­czył z para­petu i zamknął okno.

– Wszy­scy pomy­ślą, że to na wła­sne życze­nie. Czy­ścić mnie będą – wyja­śnił cicho Sie­ra­fi­mow.

– Aha? – zdzi­wił się Zaj­cew. – I co takiego ta komi­sja będzie czy­ścić w twoim życio­ry­sie? Że zosta­łeś ranny pod­czas obławy? Że ryzy­ku­jąc wła­sne życie, wynio­słeś spod ban­dyc­kich kul jed­nego ze swo­ich towa­rzy­szy Gowo­rusz­kina? Czy że nie dosy­pia­łeś po nocach? Wszy­scy znają twoją bio­gra­fię, Simo. A tacy ludzie jak ty są w wydziale na wagę złota.

– Łatwo ci mówić! – zawo­łał ze zło­ścią Sie­ra­fi­mow.

– A niby dla­czego? Co nas różni?

– Dla cie­bie to wszystko jest prost­sze.

– A co dla cie­bie jest tu trudne?

W tym momen­cie zadzwo­nił tele­fon. Zaj­cew pod­niósł słu­chawkę i dał Sie­ra­fi­mo­wowi znak ręką: cze­kaj.

– Zaj­cew przy tele­fo­nie. Zapi­suję. Aha. Dzię­kuję.

Przez cały ten czas Sie­ra­fi­mow patrzył zagnie­wany w okno. Zaj­cew odwie­sił słu­chawkę. Oży­wił się.

– Cie­kawa sprawa. Sąsiadka Bara­no­wej dzwo­niła wła­śnie, żeby powie­dzieć, że coś jej się przy­po­mniało. Chcia­łaby się jutro spo­tkać i poroz­ma­wiać.

Zaj­rzał do teczki:

– Olga Zabot­kina. Hm, nauczy­cielka muzyki. Dobrze. Inte­li­gentne stare panny obser­wują swoje sąsiadki i ich absz­ty­fi­kan­tów znacz­nie uważ­niej, niż się wszyst­kim wydaje.

Sie­ra­fi­mow nie podzie­lał jego entu­zja­zmu.

– Co tu jest trudne!? – powtó­rzył sar­ka­stycz­nie. – Wszystko! Mam spe­cy­ficzne pocho­dze­nie.

– A co jest z nim nie tak? – Zaj­cew zdą­żył już wła­ści­wie zapo­mnieć, o czym roz­ma­wiali. Cał­ko­wi­cie pochło­nęło go myśle­nie o Oldze Zabot­ki­nie.

Postu­kał pli­kiem zdjęć o stół, wyrów­nał. Zawią­zał teczkę z aktami sprawy.

– Mam ojca księ­dza.

– Sie­ra­fi­mow, prze­cież nie ukry­wa­łeś swo­jego pocho­dze­nia przed wła­dzą radziecką. Wypeł­ni­łeś ankietę zgod­nie z prawdą – Zaj­cew wło­żył teczkę w głąb sejfu – kiedy wstę­po­wa­łeś do mili­cji. Niech boją się ci, któ­rzy mają coś do ukry­cia.

– Wtedy! Wtedy to nie miało zna­cze­nia. A teraz ma. Wyczysz­czą mnie, Wasiu, wyczysz­czą mnie stąd. Dadzą wil­czy bilet. Wtedy to mnie nikt nawet na motor­ni­czego nie weź­mie. Wtedy mogą i z mia­sta ode­słać. Za sto pierw­szy kilo­metr. Jako ele­ment anty­ra­dziecki. Klasę wrogą ustro­jowi sowiec­kiemu. A jeśli odejdę teraz sam, to potem nikt mi nie będzie zada­wał pytań. Zostanę choćby i eks­pe­dien­tem, choćby i mecha­ni­kiem.

Sie­ra­fi­mow prze­stra­szył się, że oczy zacho­dzą mu łzami. Było mu szkoda samego sie­bie. Nie­spra­wie­dli­wość bolała.

Zaj­cew nie­prze­rwa­nie patrzył przed sie­bie weso­łymi chłod­nymi oczyma. Tyle że w tej chwili były bar­dziej chłodne niż wesołe.

– Nie ma co się tak przej­mo­wać, Simo.

Czyli: nie powstrzy­mał łez. Sie­ra­fi­mow się odwró­cił.

– Kiedy to boli, Wasiu – wydu­sił z sie­bie. – Co ma do tego mój tato?

– No co ty, chło­paku, co jest? Niech inni się przej­mują. Ci, któ­rzy dopusz­czają się nie­go­dzi­wo­ści. Powiem ci tak – odpo­wie­dział Zaj­cew. – Pocho­dze­nie masz jedno, mili­cyjne, naj­bar­dziej radziec­kie z radziec­kich. I kropka. – Zaj­cew dostrzegł, że na Sie­ra­fi­mo­wie nie zro­biło to wra­że­nia. – Posłu­chaj, Simo. Przy­szedł mi do głowy taki pomysł. Szar­pać się z towa­rzy­szami z komi­sji nie ma po co. Oni nie rozu­mieją spe­cy­fiki naszej pracy. A tłu­ma­czyć im tego nie ma kiedy.

Sie­ra­fi­mow spoj­rzał na niego z nadzieją.

Zaj­cew po raz kolejny przy­ci­snął pal­cami powieki. Tym razem ból w skroni nie znik­nął.

– Zobacz, ja ci w tej chwili wypi­szę na maszy­nie roz­kaz. Towa­rzy­szu Sie­ra­fi­mow, uda­je­cie się w dele­ga­cję.

Zaj­cew dorzu­cił coś jesz­cze:

– Dzie­lić się doświad­cze­niem z miej­sco­wymi towa­rzy­szami. Czy zada­nie jest jasne?

Na policzki Sie­ra­fi­mowa powoli powra­cały pas­chalne rumieńce.

– Tak jest.

– A kiedy wró­cisz, nie wia­domo. Poczysz­czą sobie, coś tam wyczysz­czą, i do widze­nia. Pociąg odje­chał. Zro­zu­miano, towa­rzy­szu Sie­ra­fi­mow?

– Zro­zu­miano. A dokąd?

– Co „dokąd”?

– Dokąd jadę?

Zaj­cew się zamy­ślił.

– Do Kijowa może? Mówią, że to dziwne mia­sto.

– Może być do Kijowa.

Zaj­cew z trza­skiem wło­żył kartkę do swo­jego reming­tona, zaczął ude­rzać pal­cem w kla­wi­sze. Litery odska­ki­wały ze stu­ko­tem. Wia­do­mość do towa­rzy­szy z Kijowa była krótka. Zaj­cew pokrę­cił wał­kiem, wycią­gnął kartkę i nakre­ślił na niej zama­szy­sty pod­pis.

– Ogar­nij tylko jutro wszyst­kie druczki, to wypi­szą ci bilety. Tę czystkę będziemy mieć…

Zaj­cew prze­wró­cił kartkę w kalen­da­rzu na stole.

– O pro­szę. O jede­na­stej. A więc równo o ósmej rano załatw wszyst­kie for­mal­no­ści i w drogę.

– A…?

– A ja pójdę na tę czystkę zamiast cie­bie. Niech mnie czysz­czą, jeśli mają ochotę. Mam wzo­rową pro­le­ta­riacką bio­gra­fię. Nie ma w co zaglą­dać. No chyba że w spodnie.

Sie­ra­fi­mow otwo­rzył usta, ale zanim wydo­było się z nich „dzię­kuję”, Zaj­cew się skrzy­wił.

– Dzię­kują to dziew­częta za kwiaty.

Sie­ra­fi­mowa zatkało.

– Z przy­jem­no­ścią posie­dzę z nimi zamiast cie­bie. Dam nogom odpo­cząć. No dosyć, pora spać!