BurzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ XII

NIEDZIELA, 9 WRZEŚNIA 2007, 21:20

– Hej, wszystko w porządku?! – krzyknął mi wprost do ucha jakiś mężczyzna.

– Chyba miał zamiar uciec bez płacenia, ale nagle zemdlał – powiedziała kelnerka.

– Jak długo jest nieprzytomny? – zapytał ktoś inny.

– Jakieś dziesięć minut.

Świetnie. Nigdy więcej nie będę mógł się tutaj pokazać. Miałem już dość gapienia się w sufit, uznałem więc, że pora wstać z podłogi. Był to ciężki i powolny proces, ale wreszcie udało mi się podźwignąć na równe nogi, choć nie bez drobnej pomocy szefa lokalu.

– Przepraszam, zakręciło mi się w głowie… pewnie niski poziom cukru – wymamrotałem.

Szef zastąpił mi drogę.

– Może zamiast policji powinniśmy wezwać karetkę?

Policja? Cholera!

Kelnerka ponownie zaczęła tupać, trzymając w ręce mój portfel.

– Odrzuciło jego kartę. Myślę, że to jakaś podróbka.

Oho.

– Wydaje mi się, że mam przy sobie jeszcze jedną i trochę gotówki.

– Aha, całe dwa dolary. I wypróbowałam też pozostałe karty. Wszystkie nieważne – odparła.

Rozejrzałem się wokół, szukając wzrokiem mojej nauczycielki, pani Ramsey – ona na pewno wyciągnęłaby mnie z tego bajzlu. Niestety, przy jej stoliku siedziała teraz jakaś starsza para. To musiała być niezwykle krótka randka.

– Pozwólcie mi zadzwonić… do mojego taty.

Ale do knajpy wszedł już policjant, a za jego plecami dostrzegłem kolejnego. Wziął od kelnerki mój portfel i wyciąg­nął z niego prawo jazdy.

– Wydane w 2008? Interesujące. Wygląda jak prawdziwe. Profesjonalna robota.

To dlatego, że jest prawdziwe. A tak na marginesie – kiedy wydałem wszystkie pieniądze?

Funkcjonariusz trzymający mój portfel spojrzał na mnie, a potem na menedżera.

– Zajmiemy się tym. Pewnie narkotyki.

– Jak zwykle – odparł szef, kiwając z rezygnacją głową.

– A sądząc po zawartości portfela i tych wszystkich fałszywych dokumentach, pewnie ćpun, a do tego diler – dodał policjant.

Uśmieszek na jego twarzy wkurzył mnie tak bardzo, że musiałem odpyskować.

– Tak, faktycznie, bo dilerzy narkotykowi noszą przy sobie fałszywe dokumenty, które mogą im się przydać najwcześ­niej za rok.

– Mądrala – wymamrotał pod nosem.

Próbowałem się od nich odsunąć, ale gliniarz, który trzymał w ręce mój portfel, zablokował drogę, a ten drugi złapał mnie za ramiona i nałożył kajdanki na nadgarstki. Poczerwieniałem z wściekłości i zacząłem się szarpać.

Nie pogarszaj swojej sytuacji, upomniałem samego siebie. I nie trudź się skokiem.

Znowu pojawiłbym się w tym samym miejscu, a mój dziwny, przypominający katatonię stan utwierdziłby ich w przekonaniu, że chodzi o narkotyki.

Pozostali klienci w barze nie spuszczali ze mnie wzroku, kiedy policjanci wyprowadzali mnie z lokalu i wsadzali do radiowozu.

Poważnie, czy moje życie może być jeszcze gorsze?

Chyba jednak może. Musiałem przecież zadzwonić do ojca, by wyciągnął mnie z paki. Do ojca, który prawie zabił mnie w 2003.

Na pewno będzie zajebista zabawa.

– Ej, Meyer, ktoś do ciebie – poinformował mnie policjant.

Potarłem oczy, by przegonić sen, i usiadłem na znajdującej się w mojej celi pryczy. W mojej celi, jak to w ogóle brzmi. Jakbym był jakimś zatwardziałym kryminalistą albo naprawdę nieodpowiedzialnym podróżnikiem w czasie, któremu nie udało się zebrać w porę potrzebnych dokumentów. Czyjeś kroki rozbrzmiały echem w korytarzu, stawały się coraz głośniejsze. Wszystko przewracało mi się w żołądku. Nie miałem pojęcia, jak zareaguję na widok ojca. Nawet bez tych szopek z CIA i nawet gdyby nie próbował mnie zabić, byłbym zdenerwowany na samą myśl, że przyjdzie po mnie dyrektor Kevin Meyer. Szczególnie że dla niego nie byłem właściwym mną. Czy dostrzeże różnicę?

– Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, chciałabym zamienić słowo z chłopakiem, zanim go puścicie – z korytarza dobiegł do mnie kobiecy głos.

No, to na pewno nie ojciec.

– A niech sobie pani robi, co chce – odpowiedział policjant, podszedł do celi i otworzył drzwi.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, były buty tej kobiety. Wysokie, czarne oficerki sięgające kolana. Miała na sobie krótką czarną spódniczkę, która opinała się na jej ciele w kolorze karmelu. Może była prawniczką? Choć, z drugiej strony, nie mogła być dużo starsza ode mnie, więc chyba mój domysł okaże się pewnie chybiony. Wchodząc do mojej celi, nie uśmiechnęła się ani nie wykonała żadnego gestu, który można by uznać za przyjazny, przez moment słychać było jedynie stukanie jej obcasów. Stanęła przede mną ze skrzyżowanymi ramionami, czekając, aż policjant wyjdzie.

– Słuchaj, chłopcze. Oto plan. Zabieram cię stąd, wracamy do twojego mieszkania, a tam opowiesz mi o swoich ostatnich wybrykach. A mam długą listę pytań. Nie mów jednak nic, dopóki jesteśmy wewnątrz tego budynku. Zrozumiałeś?

– Ale… kim jesteś? – zapytałem.

– Panną Stewart – powiedziała z krzywym uśmieszkiem.

– Panną Stewart? A ile ty masz lat? Dwadzieścia?

Nawet nie wyglądała na dwadzieścia, prędzej osiemnaście, dziewiętnaście. Coś było nie tak i nie miałem powodów, by ufać komukolwiek. Nawet jeśli oznaczałoby to spędzenie nocy na tej pryczy. Heh, jakby to miało znaczenie. Już sam rok 2007 był więzieniem.

– Nie lubię podawać ludziom swojego imienia.

– Gdzie jest mój ojciec? Zostawiłem mu wiadomość.

Pogrzebała w torebce i wyciągnęła z niej kartkę papieru. To faks – rozpoznałem charakter pisma mojego taty.

Jackson, proszę, zrób wszystko, co każe ci panna Stewart, a będzie dobrze. Pracuje dla mnie i ma rozległą wiedzę na temat tego, jak należy radzić sobie z delikatnymi sytuacjami bez angażowania w to mediów. Porozmawiamy później.

Tata

Wrzuciłem notatkę do torby, ale pani Stewart sięgnęła po nią i schowała do swojej torebki.

– Co robisz dla mojego ojca? – zapytałem.

– Jestem jego sekretarką – odpowiedziała.

– Naprawdę? – Pokręciłem z niedowierzaniem głową i wstałem z pryczy. – Zresztą nieważne.

Wyszła z celi, nawet nie odwracając się, by spojrzeć, czy idę za nią. Jakby zdawała sobie sprawę z tego, że nawet ktoś niespełna rozumu posłuchałby w takiej sytuacji zawartych w liście wskazówek. Na jej nieszczęście czułem się jak kompletny wariat. Ale nie mogłem zignorować listu od taty.

Westchnąłem i poczłapałem korytarzem w ślad za dźwiękiem obcasów, choć nogi miałem jak z ołowiu, a strach wykręcał mi flaki. Jeden z policjantów kiwnął głową i dotknął ronda kapelusza, kiedy go mijałem.

– Bardzo przepraszamy z powodu tego nieporozumienia, panie Meyer – powiedział.

Otworzyłem usta, chcąc odpowiedzieć coś równie uprzejmego, ale panna Stewart syknęła mi do ucha:

– Nie odpowiadaj mu – i ruszyła do drzwi, mówiąc jeszcze na odchodne: – Oczekujemy oficjalnego listu z przeprosinami. I dotrzymania pozostałych warunków, które ustaliliśmy.

Pozostałych warunków?

Zacząłem odwracać się do policjantów, by powiedzieć im coś miłego i załagodzić nieco sytuację, lecz „sekretarka” mojego ojca złapała mnie za ramię i wyciągnęła zza drzwi, gdzie uderzyło mnie chłodne, nocne powietrze.

– To nie było uprzejme. Oni chcieli tylko…

Zakryła mi usta dłonią.

– Czy nie otrzymałeś dokładnych instrukcji?

Przewróciłem oczami i poszedłem za nią do samochodu zaparkowanego przed komisariatem. Mojego samochodu. No, tego, którym jeździł Cal, nasz kierowca.

Jak tylko dotarliśmy do drzwi auta, zastanawiałem się, czy nie uciec, ale zdecydowałem, że nie będzie to mądre, przecież przed sekundą wyszedłem z aresztu. Żadne z nas nie odezwało się słowem w drodze do mojego domu.

Zbyt pochłaniała mnie myśl, że jechaliśmy do mojego mieszkania. A raczej do jego wersji z 2007 roku. Nie byłem tam wtedy, tego dnia w 2007. Byłem w Hiszpanii.

Nadal jestem w Hiszpanii. A raczej ten inny ja jest. Bo ten ja jest tutaj.

Bycie młodszym mną musiało być pokręcone. Jackson z Hiszpanii nie był nawet pełnoletni. Nie mógł głosować, nie wiedział, gdzie pójdzie do college’u. To całkowicie inne doświadczenie i, na razie, niezbyt fajne.

Najgorsze było to, że mogłem utknąć tutaj na dłużej.

Kiedy dojechaliśmy do mojego budynku, panna „suka sekretarka” wyskoczyła z auta zaraz po mnie. Odwróciłem się i stanąłem z nią twarzą w twarz. Czułem się już wystarczająco dziwnie, mając na karku tę dziwną laskę, więc uznałem, że nadszedł czas, by ją odprawić.

– Nie musisz wchodzić ze mną do środka. Poczekam, aż tata wróci do domu. Dziękuję za pomoc.

– Czyż nie jesteś słodki? – Stanęła obok mnie. – Wybacz, ale działam zgodnie z rozkazami. Poza tym twój ojciec jest zajęty i będzie niedostępny jeszcze przez kilka godzin.

Rozkazy? Może to agenci CIA mówią ci, co masz robić? A może władczy kierownik? No i co znaczyło to „zajęty”? Przecież była jedenasta. Co takiego mogło wydarzyć się w firmie farmaceutycznej, że nie mógł nawet za­dzwonić?

Harry, portier, podszedł otworzyć drzwi i spojrzał na mnie zdziwiony.

– Panie Meyer, nie spodziewaliśmy się pana dzisiaj. Czy wszystko w porządku?

Przyjrzał mi się badawczo, po czym przeniósł wzrok na pannę Stewart.

Zmusiłem się do uśmiechu.

– Tak, przyjechałem wcześniej. Z Hiszpanii…

Otworzył dla mnie drzwi.

– Dobrze znowu pana widzieć.

Panna Stewart chwyciła mnie za ramię i zawlokła za sobą do środka.

– Idziemy, chłopcze. Nie musisz iść spać? Nie czas już na ciebie?

 

Wyszarpnąłem ramię z jej uścisku i pognałem naprzód, mając nadzieję, że zdążę wsiąść do windy przed nią. Może drzwi zatrzasną się jej przed nosem.

Ale, oczywiście, windziarz usłyszał stukot jej buciorów, odwrócił się do mnie i powiedział:

– Czy czekamy na tę panią?

– Aha – wymamrotałem.

Muszę przyznać, że widok wnętrza własnego domu i znajomych mebli przyniósł mi pocieszenie. Padłem na kanapę, żałując, że nie mam już siły na kłótnie. Panna Stewart rozsiadła się w dużym fotelu i oparła swoje długie nogi na podnóżku.

– A więc jak to zrobiłeś?

– Co? Dałem się aresztować? – zapytałem.

Wzruszyła ramionami.

– Pewnie, zacznijmy od tego, a potem poszukamy odpowiedzi na wielkie pytanie.

Na gwałt szukałem wymówek. Musiałem narzucić sobie jakąś rolę, a najlepiej szło mi udawanie aroganckiego, nieodpowiedzialnego, rozpieszczonego bogatego dzieciaka. Położyłem nogi na stoliku do kawy i stopami zdjąłem tenisówki, które następnie rzuciłem na drugi koniec pokoju, na leżącą pod drzwiami wycieraczkę.

– No cóż… mam przyjaciela, który dorabia czasem jako fałszerz dokumentów i wykonał dla mnie te wszystkie karty, wiesz, tak dla żartu. Włożył mi je do portfela, choć najwyraźniej pochrzaniły mu się daty.

– Jesteś na prochach? – zapytała.

Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to pytanie, nie ryzykując, że skończę na jakimś odwyku, a trudno było znaleźć dobry kit i zaprzeczyć.

– Może… a może nie.

– Policjanci myśleli, że jesteś. Powiedzieli, że kłamałeś o cukrzycy, aby nie mieć kłopotów.

– Nie mam zamiaru powiedzieć ci więcej, niż powiedziałem im.

Pochyliła się do przodu, z powrotem stawiając nogi na podłodze, i spojrzała na mnie.

– Jak, do kurwy nędzy, wyjechałeś z obcego kraju bez bagażu, bez paszportu, bez pieniędzy i bez żadnego dokumentu tożsamości?

Wciągnąłem powietrze i wstrzymałem na chwilę oddech. A może ten drugi ja wcale nie jest w Hiszpanii? Pozbieraj się, upomniałem samego siebie. Niech nie widzi, że się denerwujesz.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Spoważniała.

– Ależ masz. Właściciel wynajmowanego przez ciebie mieszkania w Hiszpanii powiedział, że zniknąłeś wczorajszego ranka i nie zabrałeś ze sobą ani jednej rzeczy. Myślał, że jesteś martwy. Twój ojciec także. Zamartwiał się na śmierć, dopóki nie zadzwoniłeś z aresztu.

Gdy byłem w Europie, rzadko kiedy wyjeżdżałem gdzieś sam, bez pozwolenia. Jasne, przywykłem do ściemniania, wszak w 2009 ciągle musiałem coś wymyślać, by mieć alibi na czas moich skoków, okłamywałem Holly, ale to byłby przekręt gigant. Trudno poruszać się bez paszportu.

– Mój kumpel z Hiszpanii, ten od fałszywek…

– To Amerykanin? – przerwała.

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

– Nie… to… Brytyjczyk.

Zmarszczyła czoło.

– Nie wiedziałam, że w promieniu dwudziestu mil od twojego miejsca zamieszkania są jacyś studenci z brytyjskiej wymiany.

Okej, to nie było trafione.

– Bo on nie jest studentem… to taki koleś, którego poznałem. Wydaje mi się, że wykopali go z jego własnego kraju. Pewnie ma podrobioną wizę.

Rozsiadła się wygodniej.

– No to miałeś fajnych przyjaciół.

– Robiłem, co mogłem. No i zaproponowałem, że przetestuję jeden z jego produktów. Podrobiony paszport unijny, mogłem więc przekroczyć granicę i wsiąść do samolotu. Szybko mi poszło, kolejka dla Europejczyków jest o wiele krótsza.

Spojrzałem na jej twarz, która w tym momencie wyglądała jak wykuta w kamieniu, i zawahałem się lekko, zanim wznowiłem opowiadanie swojej bajeczki.

– Paszport unijny. To taki dokument wydawany jedynie mieszkańcom Unii.

– Wiem, czym jest paszport unijny – odcięła się. – Kim więc byłeś, skoro nie Amerykaninem?

– Francuzem – powiedziałem.

Wybuchnęła śmiechem pozbawionym wesołości.

– Nikt by ci nie uwierzył.

Wyszczerzyłem się i wyrecytowałem po francusku Powszechną Deklarację Praw Człowieka z najlepszym akcentem, na jaki było mnie stać. Kolejna rzecz, której nauczyłem się w liceum i która okazała się praktyczna.

Zmrużyła oczy.

– Nieźle. Kontynuuj.

– Wraz z moim przyjacielem, nazwijmy go Sam, udaliśmy się do Londynu. Narąbaliśmy się do upadłego i powiedziałem mu, że mogę wsiąść do samolotu lecącego do Stanów bez amerykańskiego paszportu. Jako Pierre, student z Francji. Założyliśmy się o dziesięć tysięcy dolarów. Sam nie byłem pewien, czy uda mi się wykręcić taki numer, ale miałem szczęście, bo poznałem trzy laski, które pracowały dla Delty. Namówiłem je, żeby dały mi darmowy bilet do Nowego Jorku.

– I poskutkowało? – zapytała. – Przyleciałeś tutaj jako francuski student?

– Dokładnie tak było – powiedziałem, rozkładając ręce.

– A gdzie jest ten twój francuski paszport? – drążyła.

– Spaliłem go po przejściu przez odprawę celną.

– A więc chcesz mi powiedzieć, że jeden z lepszych studentów, z 1970 punktami z egzaminów, wykształcony wystarczająco, by mówić biegle w dwóch językach, bez żadnej kartoteki kryminalnej, nawet bez mandatu na koncie, decyduje po pijaku, że złamie nie tylko prawo federalne, ale i zagraniczne. W niektórych krajach mogliby cię za takie rzeczy powiesić.

– Gówno prawda.

Nachyliła się w moją stronę.

– Założysz się? Wyślę ci listę państw, w których zapłaciłbyś głową za podobne przewinienia, i wcale nie żartuję. Mogę także dołączyć zapisy prawne, przez które zostałbyś skazany na śmierć.

– Bystra jesteś jak na sekretarkę – odparłem, sądząc, że doczekam się jakiejś reakcji, ale nawet nie mrugnęła. – Wierz sobie, w co chcesz, mam to w dupie. Byłem tam, a teraz jestem tutaj. Normalnie czary.

Prychnęła, wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

– Przemądrzałe siedemnastolatki – mruknęła.

– Czy pracownicy biurowi nie powinni być uprzejmi? Klient nasz pan i tym podobne bzdety.

Uśmiechnąłem się do niej szeroko, ale nic to nie dało, przewiercała mnie spojrzeniem przypominającym laserowy promień.

– Powinieneś pomyśleć o prysznicu, zanim zobaczysz się z ojcem. Śmierdzisz gorzej niż żule koczujący pod budynkiem.

Nie mogłem nie przyznać jej racji. Przemokłem kilka razy, a miałem na sobie cały czas to samo ubranie, przez jakieś trzy dni. I nie brałem żadnej kąpieli.

Wstałem i poszedłem do swojego pokoju, nawet na nią nie patrząc. Gdy tylko zamknąłem drzwi, oparłem się o nie i pozwoliłem mojemu sercu i mózgowi na chwilę oddechu. Miałem przeczucie, że będę musiał przechodzić przez podobne akcje jeszcze nie raz i chyba nie miałem innego wyjścia. Z rozmowy, którą właśnie odbyłem, wynikało, że młodszy ja zniknął mniej więcej w tym samym czasie, kiedy się tutaj pojawiłem. Nie miało to sensu, nie zgadzało się z informacjami, które zebraliśmy z Adamem. Wiedząc, że ten drugi ja zniknął, poczułem się, jakbym zatonął w tym roku na zawsze; ta baza była niczym lotne piaski.

Mój pokój wyglądał dokładnie tak samo jak w 2009, ale wszystkie jeansy były o dwa cale za krótkie. Jedyne ciuchy, jakie na mnie pasowały, to para spodenek gimnastycznych i jakaś koszulka.

Po kąpieli poszedłem do salonu. Panna Stewart rozmawiała przez telefon, ale gdy tylko mnie zobaczyła, zamilkła.

– Ojciec chce z tobą rozmawiać.

Wetknęła mi słuchawkę w rękę.

Próbowałem zgrywać zbuntowanego nastolatka, który ma w nosie to, co myślą rodzice, ale ugięły się pode mną nogi.

– Tak, tato?

– Jackson, co ty, do cholery, sobie myślałeś?!

Odsunąłem słuchawkę od ucha i odwróciłem się plecami do panny Stewart.

– No… więc…

– Czy zdajesz sobie sprawę, że złamałeś prawo?! Albo ile musiałem się nalatać, by wyciągnąć twoje dupsko z tego bagna?

Nawet nie czekał, aż odpowiem, po prostu opieprzał mnie przez kolejnych pięć minut, a ja potulnie słuchałem. Nagle zamilkł, czekając na moje usprawiedliwienie.

– Przepraszam… ja tylko…

Ja tylko chciałem wiedzieć, czy jesteś w cholernym CIA. I czy zamierzasz zamknąć mnie w klatce.

– Wiesz co, Jackson? Nie mam teraz czasu na takie dyskusje – powiedział ojciec, dysząc wściekle do słuchawki. – Wymieniam właśnie twoje dokumenty. Panna Stewart powinna załatwić ci bilet na jutrzejszy popołudniowy lot do Madrytu. O ile oczywiście będziesz potrafił się zachować.

Nie takich słów się spodziewałem.

– No bo… ja nie chcę wracać do Hiszpanii.

– Dlaczego?

Spojrzałem na pannę Stewart, która zdążyła już usiąść i teraz ostentacyjnie piłowała paznokcie.

– Z powodów osobistych, których wolałbym nie wyjawiać przy osobach postronnych.

– Ok…ej – powiedział wolno. – Zadzwonię rano do Loyoli.

Sytuacja była beznadziejna, utknąłem w 2007, a przynajmniej do momentu, aż wpadnę na pomysł, jak się stąd wydostać i przenieść z powrotem do 2009. Nie ma mowy, bym raz jeszcze poszedł do szkoły.

– Chciałem zrobić sobie wolny semestr.

– Pogadamy jeszcze o tym. Jutro będę w domu.

– To gdzie ty jesteś?

Jakaś supertajna sprawa?

– W Houston – odpowiedział. – Interesy.

– No dobra, to do zobaczenia jutro. – Rozłączyłem się i podałem telefon pilnującej mnie dziewczynie. – Dziękuję. Możesz już sobie pójść.

Podniosła się i złapała leżącą na poręczy fotela torebkę.

– Miło się z tobą gawędziło, junior.

Podjąłem szybką decyzję i postanowiłem, że spróbuję wyciągnąć od niej jakieś informacje – była jedynym źródłem, jakie miałem pod ręką.

– Tata powiedział mi, co naprawdę robisz, że wcale nie jesteś jego sekretarką. Nie musisz już udawać. Właściwie to fajnie, że jesteś w to… zaangażowana.

Zaśmiała się głośno.

– No to akurat prawda. Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć o korupcji i sekretach wielkiej korporacji, zapytaj osobę, która odbiera telefony. Ona zawsze wie wszystko.

– Zna nawet przepisy prawne panujące za granicą. Imponujące – mruknąłem, zbliżyłem się o kilka kroków i uniosłem brew.

– Przecież wiesz, że jesteśmy międzynarodową firmą.

Wyciągnęła z torebki wizytówkę i podała mi ją.

– Zadzwoń do mnie, jeśli zmienisz zdanie w sprawie wyjazdu do Europy. Albo… jeśli będziesz chciał pogadać o prawie.

Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Czy ona ze mną flirtuje? Nigdy nie poznałem nikogo, kto zmieniałby nastawienie tak szybko. Na pewno nie zrobiłby tak nikt szczery.

Kiedy tylko wyszła z mieszkania, padłem na kanapę i czekałem na upragniony sen. Bóg jeden wie, jak bardzo go potrzebowałem, ale myśl o moim ojcu-tajnym agencie nie dawała mi spokoju, a wrażenia związane z rozmową z Courtney i aresztowaniem odciągnęły mnie od szukania wskazówek.

Niemal spodziewałem się, że tamci faceci z bronią wpadną tutaj przez frontowe drzwi. Przewracałem się w łóżku godzinami, targany poczuciem winy, przytłoczony ciężarem tego, co zostawiłem za sobą w 2009. Czy mogę po prostu zacząć wszystko od nowa? Może to właśnie było rozwiązanie – zobaczyć się i porozmawiać z Holly w tym roku, upewnić się, że u niej wszystko w porządku, a wtedy koszmar związany z 2009 przestanie mnie nawiedzać, bo będę pewien, że jest bezpieczna. Tutaj. Teraz. Może uda mi się jednak coś zmienić.

Sięgnąłem za siebie i podniosłem leżący na szafce telefon. Niewykluczone, że Holly ma ten sam numer co w 2009. Dochodziła szósta, poniedziałek rano. Holly pewnie była już na nogach. Kiedy wybierałem numer, serce waliło mi jak młotem.

Po trzech dzwonkach usłyszałem szelest odkładanych kartek papieru i szum muzyki, do których dołączył uprag­niony głos.

– Słucham?

Nie mogłem wypowiedzieć ani słowa, znieruchomiałem.

– Słucham? – powiedziała ponownie.

– Och… przepraszam… pomyłka – udało mi się wydusić.

Usłyszałem jej śmiech.

– Spoko, żaden problem.

Odetchnąłem z poczuciem ogromnej ulgi, ale gdy tylko odłożyłem telefon, wiedziałem, że to nie wystarczy. Musiałem się z nią zobaczyć. Kiedy poczłapałem w stronę swojego pokoju, poczułem zmęczenie większe niż kiedykolwiek w życiu. Zacząłem jednak układać w głowie plan, który wprowadzi mnie nie tylko do świata Holly, ale i Adama.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?