Burza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ VI

Nie zdążyłem nawet otworzyć oczu, kiedy moje nozdrza zaatakował zapach drzewa wiśniowego i cytrynowego płynu do czyszczenia mebli. Żadnego deszczu. Żadnych ludzi. Żadnych ciężarówek, które mogłyby zmiażdżyć mi nogi. Wreszcie podniosłem powieki, rozejrzałem się i od razu rozpoznałem, gdzie jestem. Biuro mojego ojca. Przez szyby okalające duże, narożne biuro widziałem samochody jadące Piątą Aleją. Nie potrafiłem rozpoznać, czy był to wczesny ranek, czy wieczór. No i nie wiedziałem, jaki to dzień tygodnia. Adam zawsze upominał mnie, bym koncentrował się na tym, gdzie chcę wylądować.

Kto wie, gdzie wreszcie skończysz? – mówił.

Otrząsnąłem się z tej myśli i upomniałem sam siebie. Oto, co muszę teraz zrobić: dowiedzieć się, jaki to dzień i która godzina, to obecnie najważniejsze. Podszedłem do komputera i włączyłem monitor. Został zabezpieczony. Do otwarcia systemu potrzebny był odcisk palca. Telefon stojący przy klawiaturze wyświetlał numerki na malutkim ekraniku. Nachyliłem się, aby na nie spojrzeć, a wtedy zza drzwi dobiegł mnie jakiś dźwięk, jakby ktoś wpisywał kod na specjalnym panelu. Nie przypominałem sobie, żeby biuro mojego ojca miało elektroniczny zamek. Cały budynek był bezpieczny i bez tego. A może to przyszłość? Może skoczyłem dalej niż trzydziesty października 2009 roku?

Nie miałem czasu, by zastanowić się nad tym ostatnim pytaniem, ponieważ nagle dotarło do mnie, że jeśli nagle drzwi się otworzą, a do środka wejdzie mój tata albo ktoś inny, to może mu nieźle odwalić, gdy zobaczy wersję mnie, której nie powinno tutaj być. Tego dnia. Albo tego roku. Jakikolwiek to był rok.

W chwili gdy wszedłem do szafy znajdującej się na lewo od biurka, otworzyły się drzwi gabinetu. Czyjeś kroki rozleg­ły się echem i niespodziewanie przed moją twarzą wyrosło czyjeś ramię. Przycisnąłem się do tylnej ściany wielkiej szafy i wstrzymałem oddech, obserwując tatę wieszającego długi, zimowy płaszcz.

Wskazówka numer jeden: na zewnątrz jest zimno.

Mogłem więc wyeliminować niektóre miesiące. Drzwi szafy zamknęły się, ale nie do końca, przez szparę wpadał do środka niewielki promień słońca, co pozwoliło mi na obserwowanie taty kręcącego się przy swoim biurku. Panującą w biurze ciszę zmąciło nagle głośne brzęczenie, mało co nie dostałem ataku serca, sądząc, że ktoś musi wiedzieć o mojej obecności tutaj.

– Tak? – to tata odebrał telefon.

Telefon. Uff.

– Wszystko idzie zgodnie z planem – z głośnika rozległ się lekko przytłumiony, męski głos.

– Poproszę pełny raport, agencie Freeman.

Agencie?

Wydawało mi się, że osoba po drugiej stronie chrząknęła.

– W tej chwili! – uniósł się tata.

– Oczywiście, jasne, przepraszam. Dwie osoby, mężczyz­na i kobieta, przybyły na miejsce o czasie, całe i zdrowe.

– Agencie Freeman, chyba nie rozumie pan definicji pełnego raportu. Czy mam odjąć panu kilka punktów od wyniku egzaminu? – zapytał tata, a w jego głosie czaiła się groźba.

– W porządku, rozumiem. Grzmot przybył ze swoimi przyjaciółmi w samą porę na sesję zespołu jazzowego o siódmej zero dwie rano. Błyskawica przybyła w to samo miejsce dokładnie o godzinie siódmej pięćdziesiąt osiem rano. Dwie minuty przed dzwonkiem. Przyszłaby wcześniej, ale zachciało jej się gorącej czekolady i zboczyła z trasy.

Musi mówić o Courtney i o mnie.

Courtney, która zmarła piętnastego kwietnia 2005 roku.

Grzmot i Błyskawica? To jakiś szyfr?

Nie mogłem nawet tego zapisać, nie było jak. Zamknąłem oczy, przycisnąłem się mocniej do ściany szafy i zacząłem powoli analizować wszystkie fakty.

Jestem więc przed rokiem 2005. Najwyraźniej w drodze do szkoły śledził nas jakiś agent i teraz zdawał mu raport.

Tak, przyznaję, że mój ojciec to poważana osoba na wysokim stanowisku, w końcu jest dyrektorem dużej firmy farmaceutycznej. Jednak nieco ekstremalne wydało mi się śledzenie nas przez prywatnego detektywa, czy kimkolwiek był ten człowiek, z którym rozmawiał przez telefon.

– Przyszła sama? – zapytał tata, wyrywając mnie z rozmyślań.

– Tak, proszę pana.

Usłyszałem, że ojciec zaczął krążyć po pokoju.

– A co z tą dziewczyną, która mieszka dwa piętra wyżej? Peyton.

– Nasz kontakt mówi, że ma grypę.

– I nie uznałeś za istotne, by przekazać mi tę informację? Gdybym wiedział, dołączyłbym do…

– Przez sześć miesięcy wykonywałem grożące utratą życia misje dla CIA na oddalonej od świata pustyni. Potrafię poradzić sobie z kilkoma dwunastolatkami idącymi do szkoły.

W jego głosie słychać było irytację. CIA deptało nam po piętach? A może to emerytowany agent CIA, którego ojciec wynajął do opieki nad nami?

Ojciec westchnął.

– Proszę przyjąć moje przeprosiny. I dziękuję panu za raport. Po prostu po raz pierwszy sam ich nie odprowadzam. Nie sądziłem, że złożenie tego obowiązku na czyjeś ręce będzie dla mnie tak ciężkie.

Że co?!

– Proszę się nie martwić. Połowa jebanego CIA obserwuje ich non stop. Te dzieciaki nie byłyby bezpieczniejsze, nawet jeśli zawinąłby je pan w kuloodporną folię.

– Agencie Freeman, nie lekceważyłbym żadnego obowiązku, nawet odprowadzania dzieciaków do szkoły. Czy pamięta pan najważniejszą zasadę?

– Nie ujawniać swojej obecności, o ile nie będzie to koniecznością – wyrecytował agent Freeman. – Obserwowałem Grzmota i kilku jego przyjaciół, kiedy rzucali jajkami z okna w samochód tego Rosjanina. I nie wychyliłem się.

Tata zaśmiał się.

– To było przed dwoma dniami, prawda?

– Tak, proszę pana. Jedenastego stycznia.

Jedenastego stycznia. A ja miałem dwanaście lat. No nie ja… ten inny ja. Ten inny ja miał dwanaście lat. Dokonałem w pamięci kilku obliczeń i wyszło mi, że dzisiaj jest trzynasty stycznia 2003 roku.

2003? Niech mnie cholera!

– Zajmę się tym. A tak na marginesie, ten Rosjanin to dupek. Proszę jednak nie myśleć, że popieram rzucanie czymkolwiek z okien dwudziestego piętra. Szczególnie że w Nowym Jorku to nielegalne. Dobrze, to wszystko. Proszę meldować się co godzina.

Nawet nie usłyszałem, że tata się poruszył, nie dotarł do mnie żaden dźwięk wskazujący na to, że podchodzi do szafy. Jednym płynnym ruchem otworzył drzwi, zatkał mi usta dłonią, a drugą ręką chwycił za koszulkę i wyciągnął ze środka. Sekundę później tata przycisnął mnie do ściany i złapał za gardło. Naparł na mnie całym swoim ciężarem, nie pozostawiając żadnej możliwości ucieczki.

Gdy otrząsnąłem się z pierwszego szoku, przypomniało mi się, że właściwie miałem asa w rękawie, mogłem przecież podróżować w czasie. Ale widząc twarz mojego ojca, niewzruszoną i pewną siebie, niemal o siedem lat młodszą, nie było łatwo skupić się na skoku.

– Jesteś młodszy niż pozostali – powiedział bez emocji. – Jak się tutaj, do cholery, dostałeś?

Jacy pozostali?

Z gardłem zakleszczonym w jego żelaznym uścisku nie mogłem złapać oddechu, nie mówiąc już o zdobyciu się na udzielenie odpowiedzi. Byłem siedem lat starszy od dziecka, z którym jadł o poranku śniadanie. Nic dziwnego, że mnie nie poznał.

Na jego twarzy malował się spokój, ale jego oczy pałały gniewem. Może nawet nienawiścią. Po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz, ojciec nigdy tak na mnie nie patrzył.

– Jak miałeś zamiar to zrobić? – zapytał. – Pistolet? Trucizna? Strzykawka z jakimś zabójczym środkiem?

Skamieniałem ze strachu. Zabrał przedramię z mojego gardła i ścisnął je palcami.

– A ja mogę cię zabić gołymi rękoma – dodał.

Niemalże czułem, jak pękają mi naczynka krwionośne w gałkach ocznych. Myślałem, że zemdleję, ledwo cokolwiek widziałem, opadły mi powieki, ale nadal miałem przed oczami jego twarz. Nie wiedziałem, czy może mnie zabić podczas skoku, lecz już sama groźba wystarczyła, bym czym prędzej wyskoczył z 2003. I zrobiłem to, nie odzywając się ani słowem do swojego ojca. Człowieka, który najwyraźniej mógł zabić kogoś gołymi rękoma.

Kim. On. Do. Cholery. Był?

ROZDZIAŁ VII

9 WRZEŚNIA 2007, 6:15

Deszcz ponownie uderzył mnie w twarz, mokre krople wpadały mi do ust. Zakręciło mi się w głowie, poczułem nudności… przestraszyłem się. Mój ojciec właśnie próbował mnie zabić. Na śmierć. Gołymi rękoma.

Rzecz jasna, nie wiedział, że to ja. No i wysłał agenta CIA, który miał mnie śledzić i nie dopuścić, aby stała mi się jakaś krzywda. Nie byłem w stanie ogarnąć tego szaleństwa. Ktoś zapukał w szybę znajdującą się za moimi plecami. Podskoczyłem, kompletnie ogłupiały. Wtedy zorientowałem się, że wylądowałem przy drzwiach Starbucksa. Znowu.

W 2007. Dokładnie tam, skąd przeskoczyłem.

Dziewczyna z mojej szkoły, ta pracująca za kasą, wystawiła głowę na zewnątrz i pomachała mi czymś przed oczyma.

– Zostawiłeś komórkę na ladzie – powiedziała.

Wziąłem telefon i patrzyłem na nią przez jakiś czas.

– Jest 2007, prawda? Ostatnia klasa?

Panika w moim głosie kontrastowała ze spokojem ludzi spacerujących w niedzielny poranek po ulicach Manhattanu. Czy nie zdawali sobie sprawy, że świat właśnie wywrócił się do góry nogami? Albo że za chwilę może nastąpić coś katastrofalnego, co uniemożliwi mi powrót do przyszłości?

Oczywiście, że nie. Tylko mój świat się zmienił. Tylko mój.

– Tak, mamy 2007 – odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem pełnym zdziwienia.

Pewnie myśli, że mi odbiło.

– Świetny telefon. Gdzie go dostałeś? Nigdy nie widziałam takiego modelu, a moja siostra pracuje w…

– Bo to prototyp. Mam pewne wtyki. Nawet nie powinienem go pokazywać. – Schowałem urządzenie do kieszeni. – No to… do zobaczenia później.

 

Deszcz nieco ustał. Nadal mżyło, ale zdecydowałem się pobiec przez ulicę w stronę parku. Nic nie mogło sprawić, że ostatnie godziny wydadzą mi się normalne. Teraz, by nie spanikować do końca, mogłem jedynie zapisywać to wszystko. Tak jak obiecałem to Adamowi.

Adam. Gdybym tylko mógł się z nim teraz zobaczyć. Albo z Holly…

Wreszcie udało mi się znaleźć drzewo, pod którym mog­łem usiąść. Wyciągnąłem swój dziennik, mając nadzieję, że uda mi się wreszcie uspokoić. Ale myśl o tej dwójce nie dawała mi spokoju, sprawiała, że serce kołatało mi się niespokojnie w piersi. Szczególnie jeśli chodziło o Holly…

Próbowałem nie myśleć o niej… skupić się na szczegółach. Naukowych faktach. Lecz prawda jest taka, że od mojego pierwszego spotkania z Holly, kiedy wbiegła prosto na mnie i rozlała koktajl na moje buty, nie mogłem przestać o niej myśleć. Nigdy otwarcie się do tego nie przyznałem.

Z początku Holly wydawała mi się dziewczyną zupełnie niedostępną. Nie chodziło nawet o to, że miała bardzo oddanego chłopaka. Po prostu przy każdej okazji głośno wygłaszała swoje mądralińskie komentarze na temat bogatych, uprzywilejowanych dzieciaków, którymi się opiekowaliśmy. Aż odkryła, że w gruncie rzeczy jestem jednym z nich. To zamknęło jej na jakiś czas buzię.

Ludzie zawsze pragną tego, czego mieć nie mogą albo mieć nie powinni. Pewnie dlatego ja i Holly lgnęliśmy do siebie jak dwa magnesy. I jestem pewien, że to nie tylko ja oszalałem na jej punkcie, że fascynacja była obopólna. Musiałem dostać się do roku 2009. Zamknąłem oczy i zmusiłem się do maksymalnej koncentracji, próbując z całych sił przenieść się tam, gdzie chciałem i musiałem być.

ROZDZIAŁ VIII

Kilka godzin później nadal siedziałem pod drzewem, spisując wszystko, co zapamiętałem. Była to rozpaczliwa próba pozostania w kontakcie ze swoim czasem, udowodnienia samemu sobie, że twardo stąpam po ziemi. No i poza tym będę dysponował zapisem moich przypadków, aby Adam albo przyszły Adam, albo ktoś, kto znajdzie moje truchło, mógł to przeczytać.

NIEDZIELA, 9 WRZEŚNIA 2007, 18:30

W ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin podjąłem siedemnaście prób powrotu (a raczej skoku naprzód) do trzydziestego października 2009 roku. Wszystkie nieudane. Za drugim razem przeniosłem się do lutego 2006 roku, w sam środek zamieci śnieżnej, i niemal odmroziłem sobie dupsko. Nadal nie potrafię poskładać tego wszystkiego w spójną całość. Czasem czuję, że żyję, a innym razem jestem przekonany, że znajduję się w jakimś pokręconym czyśćcu. Mam do zapamiętania zbyt wiele dat, zbyt wiele się wydarzyło. Czy ja w ogóle gdzieś istnieję? Czy nadal jestem tym, kim jestem, bez swojej bazy?

Każda próba kończyła się skokiem w przeszłość. Potem zawsze wracałem tutaj, jakby dziewiąty września 2007 roku oznaczał KONIEC ŚWIATA. Aktualnie jestem tak wyczerpany, że nawet nie potrafię myśleć o podróży w czasie. Może jeśli zamknę na kilka sekund oczy…

– Ej, chłopcze. Wstawaj.

Ktoś szturchnął mnie w ramię, a następnie wbił palec w pierś.

Skoczyłem na równe nogi, prawie wpadając na dwóch stojących przede mną policjantów. Słońce zdążyło już zajść. Spojrzałem na zegarek.

20:15.

– Nie wolno tutaj spać – powiedział jeden z funkcjonariuszy.

– Przepraszam.

Podniosłem z trawnika swoją czarną torbę i ruszyłem przed siebie. Miałem ochotę wrzucić tę durną torbę do rzeki Hudson. Była symbolem mojego egoizmu. Znowu ściskało mnie w żołądku. To była kara za tchórzostwo. Za zostawienie jej samej. Zakryłem oczy dłońmi i zmusiłem się do koncentracji. Nie mogę zwariować. Jeśli będę siedział i użalał się nad sobą, nie przyniesie to żadnego pożytku i nie pomoże mi uratować Holly. Nie dowiem się też, o co, do cholery, chodziło w tej dziwacznej akcji z moim ojcem, kiedy przeniosłem się do 2003.

Przeszedłem przez ulicę i skierowałem się do baru. Każdy krok sprawiał mi ból. Coś musiało mi się stać, coś, co sprawiło, że czułem się skrajnie wycieńczony. I obolały. Jakby ktoś dźgał mnie nożami.

Jedzenie. Potrzebowałem czegoś do jedzenia, nie mogłem głodzić się w nieskończoność, choć w tej sytuacji siedzenie przy stole nie było czymś, na co mogłem sobie pozwolić. Miałem wrażenie, że dopadła mnie grypa, gorączka, omamy. Prawdziwa mieszanka choroby fizycznej i umysłowej – i nie miałem pojęcia, która z nich dominuje.

– Stolik dla jednej osoby? – zapytała kelnerka.

Kiwnąłem głową i poszedłem za nią do stolika ustawionego przy drzwiach. Kolejny raz przeanalizowałem w myślach ten koszmar. Nie to, co zdarzyło się po moim skoku w 2009, ale to, co spotkało nas w pokoju Holly. To był mój koszmar, w dodatku wciąż widziałem go dokładnie oczami wyobraźni.

Kim byli tamci mężczyźni? Czemu pytali o mojego tatę? O agentów rządowych?

To on, powiedział jeden z nich. Czy wiedzieli, jaką zdolność posiadam?

– Podać coś do picia? – zapytała kelnerka.

– Poproszę kawę. Aha, gdzie jest toaleta?

Pokazała na lewo. Wtoczyłem się do łazienki, oparłem o ścianę i zamknąłem oczy.

Proszę, niech tym razem zadziała.

ROZDZIAŁ IX

Nozdrza wypełniły mi się smrodem spalin, a z zewsząd zaatakował mnie dźwięk klaksonów. Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą przedni zderzak żółtej taksówki.

– Co jest, do cholery! – krzyknął ktoś.

Zeskoczyłem z jezdni.

– Przepraszam… potknąłem się.

– Debil! Mogłem cię rozjechać.

Chyba tylko w Nowym Jorku osoba, która pojawi się znikąd na ulicy, spotyka się jedynie z kilkoma gniewnymi okrzykami poirytowanych kierowców. Wbiegłem na zatłoczony chodnik, osłaniając oczy przed oślepiającym słońcem. Nie jest łatwo zorientować się w sytuacji, kiedy padasz z nóg i w jednej chwili przenosisz się z zimnego wieczoru w ciepły dzień.

Oparłem się o uliczną lampę, by złapać oddech. Oczami wyobraźni wciąż widziałem twarz Holly zaraz po tym, jak została trafiona. Trudno mi było się na czymś skupić, mając w myślach ten obraz. Oczywiście znów nie mogłem się skoncentrować.

Weź się w garść i próbuj, Jackson.

Wreszcie zdobyłem się na odwagę, by rozejrzeć się wokół, i rozpoznałem ulice Manhattanu. Wiedziałem więc, gdzie byłem, ale nie kiedy. Przy budce z prasą obok budynku, w którym mieszkałem, nie było nikogo, więc podszedłem, by coś kupić, nie spuszczając wzroku z obrotowych drzwi wejściowych, z których korzystał mój ojciec.

Portier, Henry, spojrzał w moim kierunku, mrużąc oczy. Złapałem wiszącą na stojaku czapeczkę z logiem Metsów i włożyłem na głowę, naciągając daszek tak, by nie było widać mojej twarzy.

– Wezmę czapkę i The New York Times. – Podałem sprzedawcy wilgotną pięćdziesiątkę, którą wyjąłem z portfela.

– Fan Metsów, co? No nic, wybaczę ci tym razem – rzucił i wybuchnął śmiechem, który zagłuszyły głośne kroki kolejnej osoby podchodzącej do budki.

– Poproszę Wall Street Journal – rozległ się obok mnie znajomy głos.

Odwróciłem się do ojca plecami tak szybko, jak to było możliwe, i wbiłem wzrok w kupioną gazetę.

1 czerwca 2004.

Tak, rozpoznałby mnie. Hej, Jackson, widziałem cię przed kilkoma minutami. Jak to zrobiłeś? Masz zarost i jesteś trochę wyższy. Na pewno nie poszłoby dobrze. Kurde, jak to możliwe, że znowu przeskoczyłem tak daleko? Jedyne, co mogłem teraz zrobić, to odwrócić głowę i pójść w innym kierunku.

– Zapomniałeś reszty!

Na szczęście nie pobiegł za mną. Bezpieczniej było okrążyć Central Park, zanim udam się do mojego stałego miejsca. Podróże w czasie nieźle dawały w kość i musiałem wypocząć. Chociaż teraz czułem się nieźle, kiedy tylko przeskoczę z powrotem do 2007, będę się słaniał na nogach. Jakbym miał tyfus albo świńską grypę.

Za drzewem mignęła mi burza rudych włosów. Zaraz potem ujrzałem długie, chude jak tyczki nogi. Przyśpieszyłem, czułem się jak spragniony wędrowiec, który zobaczył na pustyni wodopój. Bałem się, że zniknie, jeśli zaraz do niej nie dobiegnę.

– Courtney? – zapytałem przez ściśnięte gardło.

Zdjęła swoje różowo-zielone tenisówki i oparła się o drzewo, na jej udach spoczywała książka.

– Courtney! – powiedziałem raz jeszcze, tym razem o wiele głośniej.

Wyjrzała zza drzewa i zmrużyła oczy, prawdopodobnie próbując dojrzeć moją twarz w jasnym słońcu. Rzuciła książkę na trawnik i powoli wstała.

– Tak?

Zmroziło mnie, stanąłem w miejscu jak wryty. Naprawdę tutaj była. Żywa. Ale ironia tej sytuacja była dojmująca. Moja dziewczyna, która powinna być żywa, zmarła (albo dopiero umierała) w 2009, a moja siostra, którą już raz straciłem, siedziała na trawie w roku 2004, zażywając kąpieli słonecznej i nadrabiając lekturę nowego Harry’ego Pottera.

Nawet jeszcze nie zachorowała.

Wstała i podeszła bliżej, a cieniutki głosik rozlegający się gdzieś w mojej głowie przybrał na sile. Był to głos Adama, rozważającego wszystkie za i przeciw odnośnie do kontaktu z młodszą wersją mojej siostry. Czy to właśnie jedno z tych zdarzeń, przez które skończy się świat?

Straciłem jednak zdolność do racjonalnego rozumowania i zapragnąłem jedynie chwycić się czegoś prawdziwego, czegoś, co znałem. I zrobiłem bodajże najgłupszą rzecz, jaką mogłem zrobić.

Kilkoma susami przemierzyłem dzielącą nas odległość i przytuliłem mocno Courtney, ściskając jej ramiona – upewniałem się tym samym, że naprawdę stoi przede mną. Byłem tak przejęty naszą wspólną chwilą, że dopiero po kilku sekundach usłyszałem jej rozdzierający uszy krzyk. Uniosła kolano i kopnęła mnie w krocze. Wyślizgnęła się z moich objęć i cofnęła o kilka kroków.

– Uspokój się, Courtney – wydyszałem, wznosząc ręce w obronnym geście.

Sądząc po panice malującej się w jej rozbieganych oczach, miała ochotę rzucić się do ucieczki.

– Proszę, nie odchodź… daj mi minutę.

Zielone oczy Courtney stały się jeszcze większe, choć nie sądziłem, że to w ogóle możliwe.

– Zostaw mnie w spokoju. Mój… mój tata zaraz przyjdzie… może się zjawić w każdej chwili! – Pokazała palcem na coś za moimi plecami. – Patrz, tam jest!

Jak ostatni głupek dałem się nabrać na tę sztuczkę i obejrzałem się przez ramię. Rzuciła się do ucieczki, ale zdołałem złapać ją w pasie. Musiałem komuś powiedzieć. Ktoś musiał mi uwierzyć.

– Przysięgam, że nic ci nie zrobię – powiedziałem jej wprost do ucha.

Z kieszeni wyciągnąłem portfel i podetknąłem Courtney przed nos.

– Weź to i przejrzyj. Puszczę cię, a ty usiądziesz sobie pod drzewem. Umowa stoi?

Zesztywniała, ale przestała walczyć. Przypomniałem sobie, że w 2003 roku mężczyzna zwany agentem Freemanem śledził nas w drodze do szkoły.

Czy teraz także nas obserwował? Może się opierdzielał.

– Wiem, że każdy grosz ze swojego kieszonkowego chowałaś przez ostatnie trzy lata pod materacem, choć upominałem cię, że w razie pożaru wszystko spłonie, wiem też, że tata nigdy nie pozwoli ci na kupno motocykla, kiedy skończysz szesnaście lat, nawet jeśli sama sobie za niego zapłacisz.

Wstrzymała na chwilę oddech, słuchała, ale nie odezwała się ani słowem. Spróbowałem podejść ją w inny sposób:

– Osiem lat temu widziałaś, jak spadłem z tego drzewa i złamałem rękę.

Wypuściłem ją z objęć i powoli usiadłem na trawie. Odwróciła się i spojrzała na mnie.

– Jackson?

– Aha – odparłem.

Rzuciłem w jej stronę portfel i obserwowałem, jak przetrząsa jego zawartość, wyciąga dokumenty ze zdjęciem, karty kredytowe, fotografie.

Ponownie spojrzała na mnie.

– Mój Boże… jesteś dorosły… i…

– Potrafię podróżować w czasie – udało mi się wyartykułować, wiedząc, jaką reakcję wywołają te słowa.

Ku mojemu zaskoczeniu Courtney nadal stała w miejscu, nawet jak już podniosłem się z ziemi. Kolejne trzydzieści minut spędziłem na dokładnych wyjaśnieniach, jak się tutaj znalazłem, ale i tak pominąłem kilka szczegółów. Na przykład odnośnie do tego, co przydarzyło się Holly, nie wspomniałem też o moim spotkaniu z ojcem i tajemniczym agentem CIA. Courtney stała i słuchała z szeroko otwartymi oczami. Odezwała się dopiero, gdy skończyłem mówić.

– Nie śnię, prawda? – zapytała.

Uśmiechnąłem się po raz pierwszy od… wieków.

– Nie, przysięgam, że to wszystko prawda.

Podeszła krok bliżej, marszcząc nos i przyglądając się mojej twarzy.

 

– Wyglądasz… zupełnie jak mój brat. Tylko starszy.

Zaśmiałem się.

– Sądziłem, że do tej pory uciekniesz z wrzaskiem.

– Nadal tego nie wykluczam – wymamrotała.

Dotknęła mojego policzka i poklepała go delikatnie.

– Cholera, to naprawdę ty. To musisz być ty.

– Kiedy widziałaś mnie po raz ostatni? To znaczy tego młodszego mnie.

– Przed czterema dniami. Miałeś być na obozie baseballowym w Colorado.

Sięgnęła po moją czapkę.

– Spotkałem ojca przy budce z prasą, musiałem się jakoś zamaskować.

– Naprawdę potrafisz podróżować w czasie?

Kiwnąłem głową.

Mierzyliśmy się wzrokiem przez jakąś minutę, aż wreszcie odezwała się ponownie.

– Czy możesz mi to jakoś lepiej wytłumaczyć? Po naukowemu? To trochę… dziwaczne, wiesz.

– Jasne, pewnie. Zrobię, co w mojej mocy.

Usiedliśmy pod drzewem, naprzeciw siebie. Courtney skrzyżowała nogi, teraz wyglądała na o wiele spokojniejszą.

– A więc moją teraźniejszością jest 2009, tak?

– Aha – odparła Courtney.

– Z jakiegoś powodu nie mogę tam wrócić. Jakby cały wszechświat cofnął się o dwa lata. Od dwóch dni cały czas odbijam się od 2007.

Otworzyła szeroko oczy.

– Dlaczego? I jak to działało, jeszcze zanim wszechświat się cofnął czy coś tam takiego?

Popatrzyłem na trawnik i zacząłem skubać kępki trawy.

– Nie wiem dlaczego. Wcześniej mogłem skakać tylko godzinę lub dwie do tyłu, czasem kilka dni, lecz i tak wracałem zawsze do tego samego czasu, jakbym go nigdy nie opuścił.

– A skąd w ogóle wiesz, który czas jest naprawdę twój? – zapytała.

– Mam coś w rodzaju bazy, a skok działa trochę tak jak rzut bumerangiem. Nawet jak się gdzieś przeniosę, to i tak wracam. Poza tym kiedy nie przebywam w swojej teraźniejszości, czuję się jak cień człowieka. I nic, co zrobię podczas podróży, nie ma wpływu na moją bazę.

– Zupełnie nic?

Pokręciłem przecząco głową.

– Przynajmniej do tej pory.

Obejrzała się za przejeżdżającym na rowerze mężczyzną.

– A więc, jeśli miałbyś pistolet i zastrzelił tamtego faceta, w przyszłości on nadal by żył?

– Tak myślę, ale nie mam zamiaru próbować.

– Jak Dzień świstaka – powiedziała Courtney, zerkając ponad moim ramieniem.

– Słucham?

– Wiesz, ten film, w którym facet cały czas budzi się tego samego dnia. Nawet jak wrzuca sobie do wanny podłączony toster, to i tak wstaje rano cały i zdrowy.

– Nie myślałem o tym wcześniej w ten sposób, ale tak, to dobre porównanie.

– Możesz się stąd przenieść do innego roku, na przykład 1991, albo jakiegoś innego?

– Nie, muszę się zameldować.

– Zameldować?

– Rozumiesz, jak podczas gry w baseball. Kiedy przeciwna drużyna łapie lecącą piłkę, musisz się zameldować w jednej bazie, żeby biec do drugiej. Gdybym próbował przenieść się teraz pięć lat wstecz, najpierw i tak wylądowałbym w łazience w tamtym barze w 2007.

Odetchnęła i pokręciła głową.

– Co za dziwactwa.

– Ano dziwactwa. – Przestawiłem swój umysł na tryb analityczny, co z pewnością było skutkiem zbyt intensywnego przybywania z Adamem. – Ale wiesz, co jest naprawdę dziwne?

– Co takiego? – zapytała.

– Kiedy wyskoczyłem z 2009, poczułem się inaczej, lekki jak powietrze. Normalnie podróż przypomina raczej rozrywanie na kawałki. I tak też wygląda każda moja próba powrotu do mojego czasu z 2007.

– A więc ten jeden jedyny raz podróż wyglądała inaczej, a teraz twój wszechświat wygląda zupełnie inaczej. – Zmarszczyła brwi, a ja odgadłem, że rozważa różnorakie teorie.

Wreszcie pokręciła głową i uśmiechnęła się.

– To wszystko jest zwariowane. Masz ze sobą jakieś rzeczy z przyszłości?

Przewróciłem oczami.

– To znaczy co? Numery totka? Naprawdę potrzebujemy jeszcze więcej pieniędzy? Poza tym widziałaś przecież mój portfel. Wszystko, co w nim jest, przyniosłem z przyszłości.

– A, racja, zupełnie o tym zapomniałam. – Podniosła leżący w trawie portfel i ponownie zaczęła przeglądać jego zawartość.

Obserwowałem każdy jej ruch, studiowałem, zapamiętywałem. Czekałem, aż zniknie.

– Naprawdę dobrze to przyjęłaś.

– Może jestem w szoku – powiedziała, wyjmując moje prawo jazdy i dokładnie mu się przyglądając. – Ej, ile my mamy lat tam u ciebie? Dziewiętnaście? Jak wyglądam? Powiedz, proszę, że mam większe cycki.

Przełknąłem gulę, która urosła mi w gardle. Nie mów jej. Nawet o tym nie myśl. Liczy się to, że jest z tobą tutaj i teraz. Trzęsły mi się ręce, ale starałem się panować nad głosem.

Spojrzała na mnie po dłuższej chwili.

– O co chodzi? Pewnie jestem spaślakiem, co?

Zmusiłem się do lekkiego uśmiechu i spuściłem wzrok.

– Wyglądasz pięknie i nie jesteś ani trochę gruba.

– Tylko tak mówisz, bo jesteśmy rodziną.

– Być może, ale to i tak prawda.

– Powiedz mi coś o przyszłości, ale takiego naprawdę fajnego. – Na jej twarzy malowało się podniecenie, jakby była dziennikarką magazynu brukowego, która właśnie znalazła się na tropie fascynujących plotek.

Wiedziałem dokładnie, na jakich informacjach jej zależy.

– Mam dziewczynę.

Tak jak sądziłem, zainteresowało ją to.

– Jak ma na imię?

– Holly – powiedziałem, opierając głowę o pień drzewa.

Poczułem, jakby uszło ze mnie powietrze, wymówiłem jej imię na głos po raz pierwszy, odkąd zostawiłem ją samą. Ale wiedziałem, że temat Holly odwróci uwagę Courtney od niej samej. Musiałem więc to ciągnąć, choć w ten sposób rozdrapywałem świeżą jeszcze ranę.

– A jak wygląda?

– Blondynka, wspaniała. Niebieskie oczy.

– Tak, mogę sobie ciebie wyobrazić z blond modelką. Pewnie pracuje w Paryżu, co? Robi karierę.

Zaśmiałem się.

– Pochodzi z Jersey i jest trochę za niska jak na modelkę. Poza tym rzadko nosi makijaż.

Courtney wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– No i już ją lubię.

– Ja też.

Objąłem siostrę ramieniem i przytuliłem. Tym razem już nie protestowała.

– Jackson?

– Tak?

– Zdradzę ci pewien sekret. – Odwróciła się do mnie i wtuliła twarz w moją pierś. – Tydzień temu na imprezie urodzinowej Peyton pocałowałam Stewarta Collinsa.

– Wiedziałem! Zbyt długo siedzieliście sami w kuchni, a potem zauważyłem, że łaził uśmiechnięty jak głupek. Mog­łem walnąć go w ryj.

Zachichotała.

– Dlatego nic ci nie powiedziałam.

Objąłem ją mocniej.

– Tak mi ciebie brakuje.

Niczego takiego nie powiedziałbym jej w 2004, ale w rzeczywistości minęły już cztery lata od mojej ostatniej rozmowy z siostrą. Ogarnął mnie smutek. Musiałem stąd uciec, to było więcej, niż mogłem znieść. Bo nic się nie zmieni.

Uścisnąłem ją raz jeszcze i wyszeptałem:

– Do zobaczenia, Courtney.

Wyskoczyłem z 2004 i udałem się do prywatnego czyśćca. Dziewiąty września 2007 roku. Znowu.