Burza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ IV

PIĄTEK, 29 PAŹDZIERNIKA 2009, 18:00

Dzisiejszego wieczoru razem z moim partnerem wprowadzamy w życie opracowywany już od jakiegoś czasu plan: wykradamy medyczną dokumentację dotyczącą mojej skromnej osoby z gabinetu doktora Melvina. Adam jest przekonany, że w tych papierach kryje się coś, co podpowie nam, dlaczego jestem wybrykiem natury. Nie wiem, na co on liczy, że na teczce będzie przybita pieczątka „Szalony podróżnik w czasie”? Ostatnie dwa dni spędziłem na obserwacji doktora Melvina prowadzącego bardzo nieskładne i chaotyczne życie. Żartuję. Tak naprawdę facet nie wychodzi z pracy. Na dłużej opuścił gabinet przed dwoma dniami, dlatego nasz eksperyment polega na wykonaniu czterdziestoośmiogodzinnego skoku w przeszłość (a to mój obecny rekord) oraz na kilku przebiegłych, naukowych manewrach.

Adam powinien już być w drodze powrotnej z MIT i pewnie rwie sobie włosy z głowy, próbując wymyślić odpowiednie formuły. Ja już swoje zrobiłem, zapisałem w punktach cele wypadu i pozostaje mi tylko pozmieniać nieco swoje plany z Holly. Odkąd zaczęła się szkoła, Adam wpadał do mnie w ostatniej chwili, bez uprzedzenia, więc ciągle musiałem odwoływać nasze randki. Ale, całe szczęście, Holly była zajęta lekcjami i treningami tanecznymi. Pewnie wolny wieczór będzie jej nawet na rękę. Chociaż może zdążę zjeść z nią kolację, bo film na pewno odpada… A skoro jesteśmy przy kolacji… Cholera! Mam kwadrans spóźnienia…

Kolejny wpis później.

29 PAŹDZIERNIKA 2009, 21:30

No dobra, może Holly nie przyjęła zmiany planów tak dobrze, jak na to liczyłem.

– Ej, Holly, otwórz drzwi.

Obok mnie przemknęły dwie chichoczące dziewczyny w szlafrokach.

Odwróciłem się do Lydii.

– Ona nie chce cię widzieć – syknęła. – I właśnie dlatego jestem przeciwko facetom. Od miesiąca powtarzam Holly, by dała sobie z wami spokój.

Jakoś powstrzymałem się od powiedzenia kilku dosadnych słów wiecznie wkurzonej współlokatorce Holly. Stała w drzwiach, opierając się o framugę i blokując przejście. Chyba na wypadek, gdybym próbował ją powalić czy coś takiego.

– Lydia, nie masz może teraz jakiegoś spotkania fanklubu Sylvii Plath?

Zza drzwi zaczęła grać muzyka.

– Urocze, Jackson. Teraz to już na pewno nie dam ci klucza.

Uderzyłem głową w ścianę.

– Proszę, wpuść mnie.

– Nie słuchaj go, znowu zrobi cię w konia. A potem jeszcze raz! – krzyczała Lydia.

Okej, teraz to już na serio uduszę tę laskę.

Nagle otworzyły się drzwi po drugiej stronie korytarza i w progu stanęła jakaś dziewczyna przyciskająca do piersi opasłe tomiszcze. Odwróciłem się w jej stronę.

– Jackson, wybacz, ale chciałabym się trochę pouczyć. A ty, Lydia, zamknij się. Wszyscy mają w dupie twoje wściek­łe, antymęskie okrzyki.

Muzyka dochodząca z pokoju Holly gruchnęła ze zdwojoną siłą. Spojrzałem z powrotem na Lydię i, przekrzykując hałas, rzuciłem:

– Zapłacę ci sto dolarów, jeśli dasz mi klucz i znikniesz na noc.

Czekałem na wykład odnośnie do łamania regulaminu akademika oraz na jakieś bzdury o kobietach wręczających mężczyznom metaforyczne „klucze”. Ku mojemu zdziwieniu ciemne brwi Lydii uniosły się, a ona sama powiedziała:

– Dwie stówy.

Otworzyłem portfel, wyciągnąłem z niego kartę kredytową i podałem jej.

– Po prostu weź to.

Rzuciła klucz pod moje nogi, ruszyła z kopyta i pomknęła korytarzem. Odetchnąłem z ulgą.

– Dzięki – powiedziała dziewczyna stojąca w drzwiach.

Podniosłem klucz z podłogi i włożyłem do zamka.

– Hol, proszę, pogadaj ze mną!

Ale jedyną odpowiedzią, jaką otrzymałem, był refren piosenki Pink. Przekręciłem klucz w zamku i powoli otworzyłem drzwi, sądząc, że po drugiej stronie będzie czekała na mnie Holly, gotowa wyrwać mi klucz i wypchnąć mnie z powrotem na korytarz.

Czerwony but poleciał przez pokój i walnął w ścianę nad oknem. Wszedłem do środka, zamknąłem za sobą drzwi i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Stopa Holly wystawała z szafy, dostrzegłem też rąbek jej niebieskiego szlafroka.

Nie byłem pewien, czy mnie usłyszała, ale z drugiej strony – może ten lecący but został przeznaczony dla mnie? Nie byłby to pierwszy raz, kiedy dziewczyna rzuca czymś we mnie, ale nie pasowało mi to do usposobienia Holly.

Kiedy szedłem wyłączyć sprzęt grający, musiałem uchylić się przed kolejnym pociskiem, którym okazał się brązowy sandał. Gdy ustała muzyka, Holly przestała grzebać w swoich rzeczach, wygramoliła się z szafy i stanęła przede mną.

– Mam dobre wieści – powiedziałem, siląc się na uśmiech, który nie współgrał jednak z moim nastrojem. – Lydia zgodziła się zamknąć swoją niewyparzoną gębę za odpowiednią cenę. Nie wróci aż do rana.

– Poważnie? Zapłaciłeś mojej współlokatorce, żeby wyszła?

Na jej twarzy nie gościło jednak zdziwienie. A mój żołądek zawiązał się na supeł.

– Powiedz mi, co się stało. Co takiego zrobiłem? – Zadając takie pytanie, przyznawałem jednocześnie, że doskonale wiem, iż nie chodziło tylko o odwołanie naszego filmowego seansu.

Głupio to rozegrałem. Wyciągnąłem rękę, ale nadal stała, niewzruszona, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

– Zawsze coś przede mną ukrywasz, latasz tu i tam z Adamem jak jakiś rozwydrzony bachor.

– Zazdrosna jesteś? Wiem, że przyjaźniłaś się z nim wcześ­niej, ale może wypracujemy jakiś grafik.

Źle. Bardzo źle. Nie powinienem był tego mówić.

Skrzywiłem się, czekając, aż weźmie do ręki kolejnego buta i ciśnie nim w moim kierunku.

Ale ona odwróciła się do mnie plecami, podeszła do biurka i zaczęła przerzucać stosik papierów.

– Dobra. Masz rację. Nie ma o czym mówić.

Nawet nie mogłem sobie wyobrazić bardziej sarkastycznego tonu. Wypowiedziane przez nią zdanie uderzyło we mnie niczym fala lodowatego powietrza. Przeczesałem palcami włosy, próbując zebrać się w sobie i powiedzieć wreszcie coś przyzwoitego. Albo zastanowić się, czy ucieczka nie będzie przypadkiem najlepszym rozwiązaniem. A jednak zdecydowałem się zmienić temat.

– Czy… coś zgubiłaś? Przekopywałaś się przez swoją szafę.

– Tak, jedną z moich kart pamięci. – Walnęła książką o blat biurka, nawet się do mnie nie odwracając. – Naprawdę muszę się pouczyć, okej?

Podniosłem leżącą na podłodze parę butów i wrzuciłem ją z powrotem do szafy.

– No to może… mógłbym ci jakoś pomóc…

– Nie – odpowiedziała krótko, włączając monitor.

Wypuściła powietrze z płuc i rozluźniła się.

– Poważnie, Jackson. Idź sobie, żebym mogła coś wreszcie zrobić. Proszę.

Nie słyszałem już sarkazmu w jej głosie, raczej zmęczenie i lekkie rozdrażnienie. Poddała się, mogłem się teraz z łatwością wycofać. Ale ciekawość wzięła górę i ponownie otworzyłem gębę.

– Hol, czemu jesteś taka wkurzona?

Pokręciła głową.

– Nie jestem… na ciebie wściekła.

Pozwoliłem sobie na podirytowane westchnienie.

– W takim razie o co chodzi?

Czego ty ode mnie chcesz? – miałem zamiar dorzucić, bo faktycznie nie miałem pojęcia, o co tu chodzi. Wtedy zobaczyłem pojedynczą łzę, która spadła na leżącą przed Holly kartkę papieru. Podszedłem do niej, a ona odwróciła się. Zanim położyła mi głowę na piersi i schowała twarz, zdążyłem zobaczyć, że płacze.

– Nigdy mi o niczym nie mówisz… to jest… jakbyś prowadził zupełnie inne życie, którego nie mogę być częścią.

Drżenie jej głosu poruszyło mnie bardziej, niż się spodziewałem. Powinienem był uciec, kiedy miałem ku temu okazję. Objąłem ją ramionami i przytuliłem do siebie.

– Nie chciałem cię naciskać… przepraszam.

Holly wyślizgnęła się z mojego uścisku i położyła się na łóżku, a jej blond włosy rozsypały się na poduszce. Mruknęła głośno:

– Nienawidzę tego, że nie potrafię się na ciebie porządnie wściec.

Wypuściłem z płuc powietrze, choć nawet nie miałem pojęcia, że wstrzymuję oddech. Położyłem się obok niej i wcisnąłem swoją twarz w jej szyję.

– Przecież powiedziałaś wcześniej, że nie jesteś na mnie wściekła.

Zakryła oczy dłońmi.

– Ale byłam. Czas przeszły.

– Czy to znaczy, że przechodzimy od razu do zwyczajowego seksu na zgodę?

Uśmiechnęła się lekko, po czym kąciki jej ust ponownie uformowały cienką linię.

– Tylko jeśli obiecasz mi, że nie będziesz miał już przede mną żadnych sekretów… nigdy.

Niemożliwe. Nie ma mowy.

Holly podniosła się z łóżka, a ja zacząłem wodzić palcami po jej plecach.

– I tak nie będziesz wiedziała, czy mówię prawdę.

Odwróciła się do mnie i uniosła w górę jedną brew.

– Wypróbuj mnie.

– Dobra, dobra, obiecuję.

– Kłamca – zaśmiała się, zdjęła ze mnie koszulkę i rzuciła ją na lampę. – Jutro z Lydii wyjdzie prawdziwa suka.

Zaciągnąłem ją z powrotem na łóżko i poluźniłem pasek jej szlafroka.

– Ma w kieszeni dwieście dolarów, więc chyba nie znajdzie wielu powodów do narzekania. A zresztą czy ona kiedykolwiek nie narzekała?

– Nigdy. Ale dzięki za zapewnienie mi choć jednej nocy bez feministycznego wykładu.

Nachyliłem się i wyszeptałem do niej:

– Niech to będzie mój prezent na zgodę.

Zrzuciła z siebie szlafrok.

– Dostanę coś jeszcze?

– Na przykład nowy samochód? – zapytałem.

– Niezupełnie.

– Kilogram naprawdę drogiej, nienabiałowej czekolady?

Pocałowała mnie w kark.

– Wiesz, czego chcę.

Mruknąłem głośno:

– Nie ma szans.

 

– Proszę.

– Przez ciebie zostanę jakimś zboczeńcem. Albo gorzej – kobietą.

Popełniłem błąd i odwróciłem głowę w stronę Holly; na jej policzku zobaczyłem łzę, która nie zdążyła wyschnąć.

– Jeśli komuś o tym powiesz, skopię ci twoją małą dupkę. Rozumiesz?

Wykonała gest zapinania ust na suwak i przytuliła się do mnie.

– Myślisz, że dasz radę z brytyjskim akcentem?

Zaśmiałem się i pocałowałem ją w policzek.

– Spróbuję.

Adam i moja medyczna dokumentacja mogą poczekać.

– No dobra, to jedziemy z tym.

Przewróciłem oczami i wziąłem głęboki oddech.

– To był najlepszy wiek, a zarazem najgorszy. Był to wiek wiedzy. Był to wiek głupoty…

Mój nauczyciel angielskiego z dziewiątej klasy zawsze kazał nam deklamować Dickensa przed całą klasą. Nienawidziłem tego. Nie widziałem jednak przeszkód, by robić to samo dla Holly, choć nigdy się jej do tego nie przy­znałem.

– Myślisz, że postąpił słusznie? – zapytała Holly, kiedy skończyłem recytować kilka pierwszych stron.

– Mówisz o Sydneyu? Przecież dał sobie urżnąć łeb po to, by kobieta, którą kocha, mogła pójść z innym facetem.

Holly wybuchnęła śmiechem, a jej drżące wargi łaskotały mój brzuch.

– Aha.

– Myślę raczej, że był kompletnym idiotą. – Pocałowałem ją w kącik ust, a ona wyszczerzyła się do mnie szeroko.

– Kłamiesz.

Przytuliłem ją do siebie i pocałowałem ponownie, kończąc dyskusję nieodwołalnie prowadzącą do wyjawienia aż nazbyt wielu sekretów, które w sobie nosiłem i którymi niekoniecznie chciałem się dzielić.

– Nie celowałaś we mnie tymi butami, prawda? – zapytałem pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem.

Położyła się na mnie, a jej włosy utworzyły wokół nas złotą aureolę.

– Nawet nie wiedziałem, że tu jesteś.

– Okej, to dobrze, bo ten czerwony miał naprawdę ostry obcas. Mogłabyś komuś oko wydłubać.

Zaśmiała się naprawdę głośno i szczerze, a potem pocałowała mnie ponownie, i wreszcie wyszeptała mi do ucha:

– Zachowam go na innych moich facetów.

Obudziłem się następnego poranka, gdy należący do Holly budzik brzęczał ogłuszająco w moich uszach. Jasne włosy łaskotały mnie w nos, a jeden z kosmyków wpadł mi prosto do buzi. Holly walnęła pięścią w budzik, celując w przycisk drzemki, i wymamrotała:

– Nastawiłam go, żebyś nie spóźnił się na zajęcia o ósmej.

– Mogę dzisiaj sobie odpuścić. – Odgarnąłem jej włosy z mojej twarzy i pocałowałem ją w kark. – Śpij.

Wcisnęła się we mnie mocniej, mamrocząc przy tym coś niezrozumiale, ale wydaje mi się, że powiedziała: „Zdradź mi jakąś tajemnicę”.

To była jej ulubiona gra. Przeważnie odpowiadałem czymś przypadkowym i niezbyt mądrym, w rodzaju „kochałem się w Hilary Duff”. Ale po wieczornej kłótni wiedziałem, że zasługuje na coś więcej. Dotknąłem wargami jej ucha i wyszeptałem:

– Szaleję za tobą.

Mógłbym przysiąc, że słyszałem, jak kąciki jej ust podnoszą się w uśmiechu, zanim oboje ponownie pogrążyliśmy się we śnie.

Otworzyłem oczy jakieś dwie godziny później. Tym razem obudziło mnie pukanie do drzwi. Sięgnąłem po spodnie i narzuciłem na siebie koszulkę, a następnie szturchnąłem lekko śpiącą Holly.

– Chyba Lydia wróciła.

Mruknęła, podniosła leżący na podłodze szlafrok i poszła otworzyć drzwi. Gdy tylko je uchyliła, do środka wpakowało się dwóch mężczyzn.

– Co jest…? – powiedziała Holly, łapiąc za poły szlafroka i mocno ściskając.

Jeden z intruzów, niższy, rudy, zatrzasnął drzwi.

– To on – poinformował kolegę.

– O co chodzi? – zapytałem.

Niższy spojrzał wprost na mnie.

– Jesteś synem Kevina Meyera?

Serce zaczęło walić mi w piersi. Coś się musiało stać… kiedy ostatni raz widziałem ojca…? Dwa dni temu, przypomniałem sobie. Wyjechał wtedy z kraju.

– Czy z nim wszystko… w porządku?

Holly wciągnęła powietrze i przysunęła się do mnie, ściskając moją dłoń. Zapewne w myślach analizowała przeróżne scenariusze: samolot służbowy rozbił się w górach; syn dyrektora wykonawczego pozostał jedynym żyjącym członkiem rodziny. Czułem, jak po karku spływa mi strużka potu.

Wyższy z mężczyzn sięgnął do kieszeni marynarki, wyciąg­nął z niej odznakę i śmignął mi nią przed oczyma, ale zbyt szybko, bym zdołał z niej cokolwiek odczytać.

– Musisz pójść z nami.

Gliny? A jeśli to FBI? Albo jacyś reporterzy? A może firma farmaceutyczna mojego ojca została oskarżona o pranie brudnych pieniędzy, może wywiązał się jakiś inny skandal. Mój tata i cały zastęp jego doradców biznesowych wielokrotnie uczulali mnie przy różnych okazjach, że dziennikarze posuną się do wszystkiego, byle tylko zdobyć materiał. No i to machnięcie odznaką, nawet nie dał mi zobaczyć, co na niej jest…

Pokręciłem głową.

– Nigdzie nie idę.

– Jackson, może powinieneś…

Podniosłem dłoń, by uciszyć Holly, i spojrzałem na obu mężczyzn.

– Z jakiej jesteście gazety?

Dwaj intruzi spojrzeli po sobie, a wyższy wzruszył ramionami i zapytał niepewnie:

– Gazety?

Palcem wskazałem drzwi za ich plecami.

– Wyjdźcie. Obaj.

Wolnym krokiem Holly odsunęła się od drzwi i schowała za mną, nie spuszczając wzroku z tych facetów. Kątem oka zobaczyłem, że zbliżyła się do swojej komody, wysunęła szufladę i zaczęła w niej grzebać. Szukała komórki? Gazu pieprzowego?

– Czy kontaktowałeś się z jakąś organizacją rządową? – zapytał niższy. – Dostarczyli ci jakichś informacji?

Ależ ci kolesie mnie wkurzają. Szybko zlustrowałem pokój w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć mi za broń, i sięgnąłem niepostrzeżenie po stojącą na podłodze wysoką lampę. Zanim zdołałem otworzyć usta, by coś powiedzieć, jeden z butów Holly przeleciał przez pokój i uderzył niższego z mężczyzn w twarz. Spojrzał w kierunku, z którego nadleciał przedmiot. Nad jego okiem widziałem czerwieniejący ślad po obcasie. Poczułem, że krew zaczyna buzować w moim ciele, a serce za chwilę wyskoczy mi z piersi. Zamachnąłem się niczym Carlos Beltrán, a szklany klosz lampy uderzył dokładnie tam, gdzie przed momentem wylądował but Holly. Mężczyzna poleciał do tyłu i walnął plecami w drzwi. Odłamek szkła rozciął mu dość głęboko skórę na okiem. Przykucnął, rozłożył szeroko ramiona i rzucił się na moje nogi. Poczułem, że tracę grunt, że ziemia wyślizguje mi się spod stóp. Upad­łem na podłogę i uderzyłem w nią głową.

Drugi mężczyzna przeszedł nad naszymi skłębionymi ciałami i skierował się w stronę Holly. Dziewczyna odsunęła się o krok, a prawą rękę schowała za siebie.

– Współpracujcie z nami, a nikomu nic się nie stanie… – powiedział do niej.

Zanim zdołał dokończyć zdanie, Holly zaprezentowała to, co jeszcze przed sekundą chowała za plecami. Zacisnęła dłoń na buteleczce gazu pieprzowego i wycelowała ją prosto w twarz intruza.

– Wynocha z mojego pokoju! – krzyknęła, robiąc użytek ze swojej broni.

– Kurwa! – wrzasnął mężczyzna, pochylając się i trąc oczy.

Holly wyminęła go i pobiegła do drzwi. Niższy mężczyz­na, z którym się szamotałem, wstał, mnie również udało się dźwignąć z posadzki. Korzystając z tego, że rozproszyły go krzyki towarzysza, ruszyłem za Holly.

Zza pleców usłyszałem:

– Stać! Nie ruszać się!

Odwróciłem się w samą porę, by zobaczyć, jak mikrus sięga do wewnętrznej kieszeni swojej rozpiętej do połowy marynarki. Gdy wyciągnął dłoń, zobaczyłem, że ściska w niej pistolet półautomatyczny. Wycelował prosto w moją głowę, choć dysponował tylko jednym zdrowym okiem, drugie zalała mu krew.

Wciągnąłem powietrze, wiedząc, że nie mam szans, zostałem pokonany. Ręka Holly zamarła na klamce, plecami przywarła mocno do drzwi.

Ten wyższy uniósł rękę, a drugą nadal tarł oczy.

– Nie… jeszcze nie. Zrób to tylko wtedy, jeśli skoczy.

Ale gdzie skoczy? Teraz serce naprawdę waliło mi jak młotem. Nie mogli przecież wiedzieć o… prawda?

Cofnąłem się o krok, ale potknąłem się o leżącą na podłodze lampę i poczułem, że moja kostka w coś się zaplątała. Straciłem równowagę i ponownie wylądowałem na podłodze.

Usłyszałem wystrzał, a potem krzyk Holly. Wszystko jakby zatrzymało się w miejscu – moje serce, mój oddech, czas. Holly upadła na ziemię; chciałem krzyczeć, zerwać się, biec do niej, ale kiedy zobaczyłem czerwoną plamę krwi na jej szlafroku, skoczyłem. Nie miałem na to wpływu, nie mogłem nic zrobić. Kiedy jednak nastała czerń, zobaczyłem, że jej piersi uniosły się i opadły. Żyła, a ja zostawiłem ją tam samą.

ROZDZIAŁ V

Wyplułem z ust kilka źdźbeł czegoś przypominającego słomę i zorientowałem się, że leżę na trawniku. Gdzieś. Kiedyś. Serce tłukło mi się w klatce piersiowej. Nawet nie czułem się jak po skoku. Słońce ogrzewało mi kark. Nie powinienem aż tak mocno odczuwać ciepła. Ten skok był inny niż poprzednie. Coś się zmieniło.

To musiał być sen… a może uderzyłem się w głowę. Pewnie nawet nie pokłóciłem się z Holly, a to wszystko nawet się nie zdarzyło. Poczułem pieczenie w żołądku na samą myśl o mojej dziewczynie leżącej bezwładnie na podłodze.

Podniosłem się z trawnika i od razu się o coś potknąłem, z powrotem upadając na ziemię. Ból przy zderzeniu z podłożem rozlał się po moim ciele. Oceniając po tym, jak bardzo mnie to zabolało, uznałem, że to musi być moja baza, nie ma innego wyjścia. Obok mnie leżała czarna torba, musiałem zabrać ją ze sobą przy skoku.

Zmrużyłem oczy i rozejrzałem się po okolicy. Byłem w Central Parku, zaraz obok budynku, w którym mieszkałem. Nogi miałem jak z ołowiu, ale udało mi się jakoś doczłapać do chodnika. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i przechyliłem go, by spojrzeć na datę. Ekran był pusty. Kilka razy uderzyłem komórką o udo, ale poddałem się i zapytałem uprawiającą jogging kobietę o godzinę.

– Przepraszam, czy może mi pani powiedzieć, która godzina?

– Kilka minut po szóstej – odpowiedziała i pobiegła dalej.

Moim ciałem wstrząsnęło kilka skurczów tak silnych, że musiałem zatrzymać się i usiąść na ławce.

– Czy wszystko w porządku? – zapytał siedzący obok starszy mężczyzna.

– Tak, dziękuję – powiedziałem, odchylając głowę.

Musiałem chwilę odpocząć i tyle. Zanim zamknąłem oczy, zauważyłem trzymaną przez staruszka gazetę i przeczytałem dzisiejszą datę.

9 września 2007

Co się, do cholery jasnej, dzieje?

– Przepraszam… czy to… dzisiejsza gazeta? – zapytałem.

– Tak, proszę pana – odparł i zaczął pogwizdywać.

Nie. To nie mogła być prawda. Po prostu jakiś wariat czyta gazetę sprzed dwóch lat. Wpatrywałem się w nią jeszcze przez kilka sekund. Spora kropla deszczu spadła na górny róg strony, w miejsce, gdzie widniała data. Obaj spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy nadciągające czarne chmury. Mężczyz­na złożył gazetę i wstał.

– Nie napisali nic o deszczu – powiedział i odszedł.

Okej, do tej pory okazało się jedynie, że według gazety znajdowałem się dwa lata w przeszłości. A przynajmniej… była to przeszłość dla mnie.

Szedłem chodnikiem, a deszcz się wzmagał. Zobaczyłem stojącego pod drzewem policjanta i podbiegłem do niego, nie bacząc na to, że moknę.

– Przepraszam, panie władzo. Jaki mamy dzisiaj dzień?

– Dziewiąty – wymamrotał, nawet na mnie nie patrząc.

– Września?

Zaśmiał się.

– Tak.

– 2009 roku, prawda?

Przewrócił oczami i odszedł.

– Cholerne dzieciaki! 2009?

Po usłyszeniu tych słów poczułem panikę, jakby nagle ktoś wstrzyknął mi sporą dawkę kofeiny prosto w żyłę. Rąbkiem koszulki wytarłem krople deszczu spływające mi do oczu i uznałem, że potrzebuję jeszcze jednego dowodu. Henry, portier w moim budynku, byłby idealny, ale czy przypadkiem nie łazi gdzieś tutaj drugi ja, z tego czasu? Nie mogę ryzykować. Oddaliłem się od mojego mieszkania, kierując się w stronę kawiarni. Krople deszczu były zimne jak lód, więc kiedy wchodziłem do Starbucksa, nie mogłem powstrzymać szczękania zębami. Panna za ladą wyprostowała się i uśmiechnęła.

– Dawno cię tutaj nie widziałam.

Rzuciłem okiem na puste stoliki w poszukiwaniu porzuconego egzemplarza Timesa.

– No… tak. Byłem zajęty. Szkoła… no wiesz.

Zaśmiała się i dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej. Wyglądała trochę znajomo, ale to być może przez uniform.

– Daj spokój, przecież włóczyłeś się po Europie przez całe lato.

 

Tak?

– E tam, to był tylko tydzień w Niemczech.

Zaczęła przygotowywać zamówienie, lecz nie wiedziałem czyje. Nikt poza mną nie stał w kolejce.

– A więc co robiłeś przez resztę lata?

– Sporo pracowałem – powiedziałem, próbując przekrzyczeć dźwięk urządzenia do spieniania mleka.

– Pracowałeś? – Pokręciła głową i wyłączyła spieniacz. – Czy ty przypadkiem nie miałeś zostać do grudnia w Hiszpanii?

– No… plany się nieco zmieniły i…

– To dlaczego nie było cię w szkole w zeszłym tygodniu? Oddali twoją szafkę jakiemuś pierwszakowi.

Przesunęła filiżankę w moją stronę.

Nie mogłem się nawet poruszyć. Siedziałem bez ruchu i wpatrywałem się w filiżankę pełną płynu w kolorze czarnego marmuru, aż wreszcie zrozumiałem. Szafka oddana pierwszakowi oznacza… szkołę średnią. Europa… ostatnia klasa… pierwszy semestr w Hiszpanii, ostatnia klasa.

Ostatnia klasa… znaczy 2007 rok.

– Co jest, kurwa? – wyszeptałem pod nosem.

Jeszcze niedawno nie potrafiłem skoczyć trzy dni do tyłu, a teraz nagle znalazłem się w 2007? Potarłem zroszone kropelkami potu czoło. I przypomniałem sobie tę dziewczynę. Była jedną ze stypendystek w Akademii Loyoli.

Akademia Loyoli oznacza… moją szkołę średnią. Którą skończyłem. W 2008.

Ale najwyraźniej tutaj to się jeszcze nie zdarzyło.

– Jackson? Wszystko okej? – zapytała.

Znała moje imię, moją twarz. Przychodziłem tutaj kiedyś każdego dnia i zawsze płaciłem kartą, na której widnieją przecież moje dane. Chociaż to miało sens. Reszta tego gówna niezbyt. A może i miała, ale nie powinna. Dziewiętnastoletni ja nie powinien przebywać w tym samym czasie co mój siedemnastoletni ja. Pochyliłem się, by przypadkiem nie zemdleć. Jak się tutaj, cholera, dostałem?

– Przepraszam, muszę już iść… chciałem się tylko przywitać.

Podszedłem do drzwi i oparłem się o nie, próbując złapać oddech. Czy rok 2009 miał w ogóle kiedykolwiek miejsce? Nigdy, przez cały okres moich eksperymentów z podróżą w czasie, nie czułem się tak zdezorientowany. Tu i teraz wydawało się tak samo realne jak czas, z którego tutaj przeskoczyłem. Zaczęło się od bólu, zimnych potów, ciężaru w nogach, przyśpieszonego bicia serca.

Może spróbuję powrócić do swojego czasu i to naprawić? Przez głowę przelatywały mi różnorakie obrazy – spanikowana Holly, krwawiąca Holly, Holly upadająca na podłogę… nadal oddychająca Holly. Ale przez jak długo? I to była moja wina. Wszystko było moją winą. Zacisnąłem oczy, starając się stłumić płacz. Od paniki powstrzymywała mnie jedynie myśl o powrocie do mojej teraźniejszości.

Do trzydziestego października 2009 roku, który oficjalnie stał się najgorszym dniem w moim życiu. Oparłem się plecami o drzwi, a krople deszczu uderzały mnie w twarz. Zamknąłem oczy i starałem się myśleć jedynie o 2009 roku. I nagle poczułem znajome uczucie rozrywania na dwie części i nie potrafiłem się skoncentrować. Było już za późno. Udałem się w podróż w nieznane.