BurzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Sobota, 11 kwietnia 2009

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

PODZIĘKOWANIA

Skrzydełko

Okładka


TYTUŁ ORYGINAŁU: Tempest

Copyright © 2011 by Julie Cross

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2012

ISBN 978-83-63431-35-8

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE: anches 1980

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Banachowicz

REDAKCJA: Sonia Miniewicz

KOREKTA: Urszula Włodarska, Anna Gibasiewicz

REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA:

Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.

ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław

www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl


WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01

www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Dla mojego redaktora, Brendana Deneena,

dzięki któremu powstała ta książka

Sobota, 11 kwietnia 2009

Okej, to prawda – potrafię podróżować w czasie. Ale zapewniam was, że nie jest to tak ekscytujące, jak mogłoby się wydawać. Nie mogę cofnąć się o te kilkadziesiąt lat i zabić Hitlera. Nie mogę spojrzeć w przyszłość i zobaczyć, kto wygra mistrzostwa w baseballu w 2038 roku. Na razie udało mi się skoczyć sześć godzin w przeszłość. Słabo, jak na superbohatera, co nie?

Dzisiaj wreszcie zwierzyłem się komuś ze swojego sekretu. Tym kimś jest chłopak, którego IQ wyprzedza moje o lata świetlne, więc istnieje szansa, że uda mu się rozgryźć to wszystko. Adam upiera się i nalega, abym prowadził dokładną dokumentację, zapisywał praktycznie każdy swój ruch. Z początku chciał, żebym opisał całe osiemnaście lat swojego życia, ale wybiłem mu to z głowy, a przynajmniej na razie. Bo choć zgodziłem się na prowadzenie dziennika, nie oznacza to, że łyknąłem każdą jego sugestię. Przecież to nie tak, że świat skończy się tylko dlatego, że mogę sobie skakać w czasie. Nie służę jakiemuś większemu celowi czy czemuś w tym stylu, nie ratuję ludzkiej rasy przed wymarciem. Ale, jak powtarza Adam, jestem, jaki jestem, z pewnego powodu, i tylko od nas zależy, czy dowiemy się, jaki to właściwie powód.

– JACKSON MEYER

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ I

WTOREK, 4 SIERPNIA 2009, 12:15

– Jak daleko powinienem się cofnąć? – zapytałem Adama.

Utrzymywaliśmy rozsądny dystans między nami a grupką dzieciaków kłębiących się wokół niedźwiedzi polarnych.

– Trzydzieści minut? – zasugerował Adam.

– Ej, dawaj to! – Holly chwyciła paczkę cukierków, którą jeden z obozowiczów zwinął z dziecięcego wózka.

Rzuciła mi rozdrażnione spojrzenie.

– Byłoby fajnie, gdybyś miał oko na swoje bachory.

– Wybacz, Hol.

Postanowiłem dorwać Huntera, zanim jego kleptomańskie nawyki ponownie dadzą o sobie znać.

– Podnieś ręce – rozkazałem.

Wykrzywił usta w bezzębnym uśmiechu i podsunął swoje pulchne dłonie pod mój nos.

– Widzisz? Nic nie mam.

– I niech tak zostanie, dobra? Nie zabiera się rzeczy innych ludzi.

Puściłem go i popchnąłem lekko w kierunku pozostałych dzieciaków zmierzających w stronę sporego trawnika, na którym biwakujący mogli zjeść lunch w zoo.

– Hej, ty – powiedziałem, łapiąc Holly za rękę i ściskając jej palce.

Odwróciła się w moją stronę.

– Masz słabość do tego złodziejaszka, co?

Uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami.

– Możliwe.

Rozluźniła się, złapała mnie za koszulkę i przyciągnęła do siebie.

– A więc… co porabiasz dziś wieczorem? – zapytała, całując mnie w policzek.

– No cóż… mam pewne plany związane z taką jedną naprawdę niezłą blondynką.

Tutaj pojawił się problem, ponieważ nie potrafiłem sobie przypomnieć, co dokładnie zaplanowaliśmy.

– To… niespodzianka – dodałem.

– Ale chrzanisz! – Zaśmiała się i odrzuciła głowę do tyłu. – Nie wierzę, że zapomniałeś! Przecież obiecałeś, że przez cały wieczór będziesz deklamował dla mnie dzieła Szekspira. Po francusku. Wspak. A potem mieliśmy oglądać Titanica i Notting Hill.

 

– Musiałem być pijany, kiedy to mówiłem – mruknąłem i znienacka pocałowałem ją w usta. – Ale zgodzę się na Notting Hill.

Przewróciła oczami.

– Mieliśmy iść na ten koncert, pamiętasz?

Tę romantyczną chwilę zepsuła dziewczynka z grupy Holly, która podbiegła do nas, chwyciła swą opiekunkę za rękę i wskazała palcem w kierunku toalety. Korzystając z okazji, wycofałem się, zanim zdążyliśmy omówić moją nieumiejętność zaplanowania czegoś dwa tygodnie wcześniej i pamiętania o tym dwa tygodnie później.

– Jackson, tutaj – powiedział Adam, wskazując ruchem głowy drzewo.

Pora na planowanie precyzyjnej i dokładnej podróży w czasie.

– Idziesz dzisiaj z nami zobaczyć tę kapelę? – zapytałem.

Właściwie to chciałem sprawdzić, czy również o tym zapomniał.

– No… nie wiem, pomyślmy. Mam spędzić wieczór z twoimi znajomymi z liceum, którzy, jak słyszałem, są żywymi wcieleniami postaci z Plotkary? Nie wspominając o wydaniu całej swojej kasy na przystawki i kilka drinków.

Pokręcił z uśmiechem głową.

– Jak myślisz?

– Okej, rozumiem. A może powłóczymy się jutro po okolicy?

– Brzmi dobrze.

– W porządku, jedziemy z tym koksem. I tak nie mógłbym teraz nic przełknąć, bo wali ode mnie jak z obory, więc możemy zaczynać.

Adam podał mi mój dziennik i wyciągnął z kieszeni długopis.

– Zapisz cel podróży, bo wycieczka w czasie bez określonego celu jest…

– Nierozważna – dokończyłem za niego, powstrzymując jęk.

– Za plecami mamy sklep z pamiątkami. Obserwowałem go przez ostatnią godzinę i na kasie cały czas stoi ta sama dziewczyna.

– Dobrze się jej przypatrzyłeś, co nie?

Adam wzniósł oczy ku niebu i odgarnął z czoła kosmyk ciemnych włosów.

– Okej, nastaw stoper i skocz trzydzieści minut do tyłu. Idź do tego sklepu i zrób wszystko, by dziewczyna zapamiętała twoje imię.

– To się nazywa flirt – powiedziałem tak cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Zacząłem szybko robić notatki, by zdążyć, zanim Holly wróci z toalety.

Cel: sprawdzić teorię na kimś, kto nie wie o eksperymencie.

Teoria: wszystko, co dzieje się podczas podróży, łącznie z interakcją z innymi ludźmi, NIE ma wpływu na teraźniejszość.

Tłumaczenie dla niekujonów: skaczę w czasie pół godziny do tyłu, przystawiam się do dziewczyny na kasie, skaczę z powrotem do teraźniejszości, wchodzę ponownie do sklepu i sprawdzam, czy mnie poznaje.

Nie pozna.

Ale Adam Silverman, laureat Narodowego Festiwalu Nauki w roku 2009 i przyszły student MIT, nie potwierdzi żadnej hipotezy bez jej sprawdzenia pod każdym możliwym kątem. Szczerze? Nie mam nic przeciwko temu. Czasem jest naprawdę zabawnie. I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu nikt poza mną nie wiedział, co potrafię. Teraz, kiedy jest nas dwóch, czuję się dziwadłem w trochę mniejszym stopniu.

I czuję się trochę mniej samotny.

Nigdy nie przyjaźniłem się z naukowym maniakiem, choć Adam jest kimś więcej niż tylko niegrzecznym chłopcem włamującym się na rządowe serwery. Jest po prostu chodzącą zajebistością.

– Jesteś pewien, że potrafisz cofnąć się dokładnie o trzydzieści minut? – zapytał Adam.

Wzruszyłem ramionami.

– Chyba tak.

– Zwróć, proszę, uwagę na czas. Będę liczył, przez ile sekund siedzisz tutaj jak warzywo – powiedział Adam, wkładając stoper w moją dłoń.

– Czy naprawdę tak wyglądam podczas skoku? Ile tak będę siedział? – zapytałem.

– Podczas dwudziestominutowej wyprawy, pół godziny wstecz… wpadniesz w katatonię na jakieś dwie sekundy czasu teraźniejszego.

– A gdzie byłem pół godziny temu? Nie chcę spotkać siebie samego.

Adam kliknął swoim stoperem chyba z dziesięć razy, zanim mi odpowiedział. To jedno z jego zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych.

– Byłeś wewnątrz, gapiłeś się na pingwiny.

– Dobra, spróbuję tam nie wylądować.

– Obaj wiemy, że możesz wybrać miejsce, w którym się znajdziesz, jeśli wystarczająco się skoncentrujesz, więc nie wciskaj mi takich tekstów, dobra? – rzucił Adam.

Może miał rację, ale chyba nie zdawał sobie sprawy, jak trudno było wyczyścić umysł i myśleć o jednym miejscu. Wystarczy, bym wyobraził sobie przez ułamek sekundy jakiś inny punkt, a wyląduję właśnie tam.

– Dobra, dobra. Może ty to zrobisz i zobaczysz, że to nie takie proste.

– Chciałbym.

Rozumiem, dlaczego ktoś taki jak Adam jest obsesyjnie zafascynowany tym, co potrafię, ale ja sam nie uważam swojej umiejętności za jakąś supermoc. Jestem wybrykiem natury. W dodatku nieco niepokojącym.

Spojrzałem na zegarek. 12:25. Zamknąłem oczy i skupiłem się na konkretnym czasie i miejscu, bo muszę przyznać, że nadal nie mam pojęcia, jak to działa.

Po raz pierwszy skoczyłem jakieś osiem miesięcy temu, podczas pierwszego semestru w college’u. Siedziałem na zajęciach z poezji francuskiej. Od kilku minut przysypiałem i nagle obudziła mnie chłodna bryza i trzaśnięcie drzwiami. Stałem przed swoim akademikiem. Nawet nie miałem czasu spanikować, bo po sekundzie znowu siedziałem w klasie.

Dopiero wtedy spanikowałem.

Teraz to czysta zabawa, przynajmniej przez większość czasu. Nadal nie wiem, dokąd trafiłem podczas pierwszej wyprawy. Mój rekordowy skok to czterdzieści osiem godzin do tyłu. Na razie nie potrafię przenosić się w przyszłość, ale nie ustaję w próbach.

Dopadło mnie znajome uczucie, jakby ktoś rozrywał moje ciało, ciągnął je w dwóch przeciwnych kierunkach. Wstrzymałem oddech i czekałem, aż nieprzyjemne szarpanie ustanie. Szło się do tego przyzwyczaić, lecz trudno było mówić o przyjemności.

ROZDZIAŁ II

WTOREK, 4 SIERPNIA 2009, 11:57

Kiedy otworzyłem oczy, Adama już nie było, podobnie jak moich kolegów z pracy i dzieciaków. Nie pozostał ślad po okropnym wrażeniu rozrywania na dwie części, zastąpiło je uczucie niesamowitej lekkości, pojawiające się zawsze po skoku. Jakbym przebiegł kilka mil i nie odczuwał bólu w nogach.

Rozejrzałem się wokół. Miałem farta, wszyscy byli zajęci gapieniem się na zwierzaki i nie zauważyli, że zmaterializowałem się tuż za nimi. Całe szczęście nigdy nie musiałem się nikomu z tego tłumaczyć. Włączyłem stoper w zegarku i rzuciłem okiem na gigantyczną tarczę czasomierza umieszczonego nad głównym wejściem do zoo.

11:57. Blisko. Ruszyłem w stronę sklepu i wszedłem do środka. Dziewczyna za kasą była mniej więcej w moim wieku, może trochę starsza. Praktycznie leżała na kontuarze, podtrzymując głowę dłońmi. Gapiła się na ścianę.

Zawsze, kiedy zabieramy się za to nasze eksperymentowanie, muszę pamiętać o jednej bardzo ważnej rzeczy: w Hollywood nie mają bladego pojęcia o podróżach w czasie.

Poważnie.

Dobra, a teraz najdziwniejsze. Laska za ladą mogłaby walnąć mnie w nos, może nawet mi go złamać, ale kiedy powrócę do teraźniejszości, będzie jedynie nieco napuchnięty albo posiniaczony. Czemu nie złamany, zapytacie? To już zupełnie inna kwestia i nie mam pojęcia, jak to działa. Rzecz w tym, że… będę pamiętał uderzenie.

A gdybym to ja złamał jej nos i wrócił do teraźniejszości, dziewczyna i tak byłaby w jednym kawałku, no i w dodatku zapomniałaby o wszystkim, co się stało. Oczywiście dopiero teraz mam badać tę teorię (po raz kolejny) i… nie mam zamiaru jej bić. Obojętne, co zrobię, efekt będzie ten sam.

– Cześć – powiedziałem do niej – macie może… olejek do opalania?

Nawet na mnie nie spojrzała, tylko wskazała palcem ścianę po lewej. Podszedłem do półki, zgarnąłem cztery różne buteleczki i rzuciłem je na ladę.

– A więc… chodzisz na uniwerek czy…

– Wiesz, mógłbyś kupić te olejki gdzie indziej za połowę ceny – wypaliła.

– Dzięki za cynk, ale potrzebuję ich w tej chwili. – Oparłem się o kontuar tuż przy niej.

Natychmiast się wyprostowała i zaczęła nabijać na kasę moje zakupy.

– Cztery butelki? Poważnie?

No to tyle, jeśli chodzi o flirt.

– No dobra, wezmę jedną. Chyba nie dostajesz prowizji?

– Pracujesz z dzieciakami? – Spojrzała z pogardą na moją zieloną, służbową koszulkę.

– Aha.

Dziewczyna parsknęła i wyrwała kartę kredytową z mojej ręki.

– Naprawdę mnie nie pamiętasz, co?

Przez chwilę przetwarzałem w myślach jej słowa.

– No…

– Karen… siedziałam za tobą na ekonomii przez cały semestr. Profesor Larson powiedział, że jesteś bardzo niesystematyczny i musisz przyłożyć się bardziej do finansów. – Przewróciła oczami. – Czy to dlatego masz taką pracę?

– Nie.

I to akurat była prawda, nawet nie dostawałem pieniędzy za to, co robiłem. Zgłosiłem się jako wolontariusz, lecz nie miałem zamiaru jej tego mówić. Najwyraźniej już wyrobiła sobie o mnie zdanie.

– No więc… fajnie było cię znowu widzieć, Karen.

– Taa, pewnie… – mruknęła.

Szybkim krokiem opuściłem sklep. Skok z powrotem do teraźniejszości nie wymagał ode mnie takiego skupienia, jak ten do przeszłości. Zapewne wynikało to z tego, że i tak przed każdym kolejnym skokiem musiałem wrócić do swojego czasu. Adam nazywa teraźniejszość moją „bazą”. Po mistrzowsku opanował sztukę mówienia do mnie jak do głąba, żebym wszystko doskonale rozumiał. Ale najbardziej lubiłem jego baseballowe analogie. Mam nadzieję, że gdy wrócę, nie będzie się nade mną nachylała grupka nieznajomych, zafascynowanych moim katatonicznym stanem.

ROZDZIAŁ III

WTOREK, 4 SIERPNIA 2009, 12:25

Gdy otworzyłem oczy, Adam stał nade mną.

– Jackson?

– Stary, zjedz miętówkę, bo ci jedzie – wymamrotałem, odsuwając od siebie jego głowę.

– Byłeś zombi przez niecałe dwie sekundy. Miałem rację. Wkrótce będę dysponował wystarczającą ilością danych, by przeprowadzić odpowiednie obliczenia. Tym razem nie odniosłeś żadnych obrażeń, prawda?

– Aha.

Doskonale wiem, dlaczego o to pytał. Tydzień temu skoczyłem kilka godzin do tyłu, ale straciłem koncentrację i wylądowałem na środku ruchliwej ulicy, a nie w swoim mieszkaniu. Po prawej nodze przejechała mi wielka półciężarówka. Kiedy wróciłem do swojej bazy, przez chwilę poczułem ostry ból w łydce. Po sekundzie ból zniknął, ale zastąpił go jasny, purpurowy siniec. Jednak oprócz tego stłuczenia z moją golenią było wszystko w porządku, choć przecież samochód strzaskał kości doszczętnie.

Wstałem i otrzepałem z kurzu tył spodni.

– Wygląda na to, że chodziliśmy razem do jednej grupy. Totalnie ją wkurzyłem. Wiesz, przed chwilą, czyli w przeszłości. Zresztą rozumiesz. A więc, jeśli twoja teoria jest błędna, udało mi się coś zmienić, a ona nadal będzie na mnie wkurzona, kiedy wejdę tam ponownie.

– Zobaczmy. – Adam machnął ręką do Holly. – Ej, Hol! Zaraz wracamy.

Chwyciłem biegnącego przez trawnik Huntera, zmierzającego w stronę sterty pozostawionych bez opieki plecaków. Na pewno miał nadzieję, że się obłowi, a łupy upcha w kieszeniach.

– Mały, idziesz z nami na zakupy.

Nasza trójka weszła do sklepu w momencie, kiedy stojąca za kasą dziewczyna wrzucała breloczki do kluczy do plastikowego pudełka. Stanąłem i spojrzałem na nią, zgrywając durnia.

– Czy my przypadkiem… nie chodziliśmy razem na ekonomię?

Podniosła głowę i pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

– Tak… u profesora Larsona.

Ding, dong, dwa punkty dla Jacksona Meyera. Nie pamiętała, że ją wkurzyłem, czyli wszystko idzie tak, jak się spodziewałem. Mój mały skok w przeszłość nie zmienił teraźniejszości.

– Karen, prawda? – zapytałem.

Uniosła brwi.

– A ty jesteś Jackson, robiłeś dyplom z literatury francuskiej, co nie?

Adam mruknął i wcisnął się przede mnie.

– Nie mają tutaj tego, czego szukam. Idziemy.

Zignorowałem Adama i podniosłem Huntera, by mógł zobaczyć, co stoi na ladzie.

– Angielskiej również. Robiłem dwa fakultety.

Nawet jeśli moje małe wycieczki nie zmieniały sytuacji w bazie, to i tak zacząłem dostrzegać pewne zalety, jak chociażby możliwość zebrania cennych informacji. Zgaduję więc, że, przynajmniej w teorii, podróże w czasie coś tam jednak zmieniają.

 

Chociażby mnie.

Wyszliśmy ze sklepu i zatrzymaliśmy się tuż za progiem, stanęliśmy bowiem twarzą w twarz z Holly, która wrzucała śmieci do kosza stojącego przed budynkiem. Wziąłem ją za rękę i odciągnąłem od moich towarzyszy. Znalazłem drzewo, za którym mogliśmy się schować, skierowaliśmy się więc w jego stronę.

– Adamowi podoba się ta panna ze sklepu. Pomagałem mu ją poderwać.

Holly wybuchnęła śmiechem, a ja delikatnie popchnąłem ją do tyłu, aż oparła się o pień drzewa.

– Czy Hunter coś ukradł? – wymamrotała, ale moje usta dotykały już jej ust, więc miała pewien problem ze swobodnym wyrażeniem swoich myśli.

– Nic, o czym bym wiedział. – Pocałowałem ją po raz drugi i poczułem coś wilgotnego na prawym policzku.

Odsunęliśmy się od siebie. Spojrzałem w górę i zobaczyłem otwierające się nad nami niebo. Dokładnie w tym momencie lunął rzęsisty deszcz.

– Cholera! Myślałam, że będzie ładnie przez cały dzień – mruknęła Holly.

Odbiliśmy się od drzewa i rzuciliśmy się pędem przez trawnik do miejsca, gdzie Adam i pozostali zajęli się ustawianiem dzieci w pary.

Kilku maluchów zaczęło krzyczeć, kiedy rozległ się głośny grzmot.

– Wsiadamy do autobusu? – zapytałem Adama.

– Tak – odparł, próbując przekrzyczeć nagłą burzę.

Dzieciaki zaczęły biec w nierównym szeregu, osłaniając głowy plecakami. Holly i Adam podbiegli na przód kolumny; ja zostałem z tyłu, by dopingować maruderów, kierując ich w stronę wyjścia z zoo. Całe szczęście autobus został zaparkowany zaraz przy bramie. I tak byłem już kompletnie przemoczony, wodę miałem nawet w tenisówkach. Kiedy wsadziłem ostatniego dzieciaka na stopnie autobusu, zobaczyłem rudowłosą dziewczynkę, dziesięcio-, może jedenastoletnią, ubraną w jeansy i koszulkę z długim rękawem. Stała na deszczu, sama, odwrócona plecami do mnie, więc widziałem jedynie jej włosy. Woda ściekała po jej długim warkoczu. Bicie mojego serca dźwięczało mi w uszach, a przez głowę przelatywały mi różnorakie myśli.

To nie mogła być ona.

A co, jeśli jednak…?

Ruszyłem w stronę dziewczynki, kiedy usłyszałem przez szum deszczu głos Holly:

– Jackson, gdzie idziesz?

– Ta dziewczynka nie jest z nami – powiedział Adam. – Chodź już. Ruszamy!

Zrobiłem kilka szybkich i długich kroków, aż wreszcie stanąłem przy niej. Klepnąłem ją w ramię, a dziewczynka odwróciła się gwałtownie. Otworzyła szeroko oczy, jej twarz rozpromienił uśmiech. Jeśli jakimś cudem to byłaby ona, czy w ogóle by mnie rozpoznała?

Krople deszczu rozbijały się o chodnik, piorun rozświetlił ciemne niebo.

– Jackson! – krzyknęła ponownie Holly.

Moje serce niemal przestało bić, kiedy zobaczyłem, że oczy dziewczynki nie są niebieskie, ale zielone. Poczułem ulgę… i srogie rozczarowanie.

– No… przepraszam. Wziąłem cię za kogoś innego.

Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do autobusu. Widziałem, że dzieci obserwują mnie, przylepiając twarzyczki do szyb. Wskoczyłem po stopniach do środka i otrzepałem mokre włosy. Dzieciaki nie spuszczały ze mnie wzroku. Oczy Holly na sekundę spotkały się z moimi, ale wyminąłem ją i usiadłem obok Adama.

Poczułem ukłucie winy, kiedy Holly usiadła sama, nie odzywając się ani słowem, a wiedziałem, że ma ochotę zadać mi kilka pytań. Sądząc po zainteresowaniu wszystkich obecnych, musiałem z siebie zrobić nie lada widowisko.

– Kim był dzieciak, za którym goniłeś? – zapytał Adam.

Musiałem odwrócić głowę, by na niego nie patrzeć.

– A nikim szczególnym… po prostu była do kogoś podobna. Fałszywy alarm. Nic wielkiego.

Adam nachylił się bliżej i po minucie milczenia odezwał się ponownie.

– Wyglądała jak Courtney, prawda?

Westchnąłem, ale wreszcie musiałem przytaknąć skinieniem głowy.

– Wiem, to durne.

– To nie durne, tak się czasem dzieje… – Wciągnął powietrze i kontynuował: – Czekaj, czekaj… nie sądzisz chyba… hm… to interesująca teoria, ale jest chyba zbyt dużo problemów logistycznych.

– Zapomnij o tym – powiedziałem, by powstrzymać lawinę pytań. – Proszę.

Nie mogła przecież istnieć inna możliwość. Moja siostra bliźniaczka była martwa. Ale nawet cztery lata po jej śmierci nadal nawiedzały mnie myśli o niej. Ona mnie nawiedzała. Pewnie dlatego, że tak bardzo za nią tęskniłem.

Kiedy zbieraliśmy się do wyjścia z autobusu, Holly zastąpiła mi drogę.

– Wszystko gra?

Spojrzałem prosto w jej zatroskane oczy i wzruszyłem ramionami.

– Tak, a co?

Posmutniała i odwróciła się do mnie plecami.

– A nic… nieważne.

No dobra, okazywałem się beznadziejny, jeśli w grę wchodziło bycie czyimś facetem. Holly nigdy nie powiedziała mi tego wprost, ale wiedziałem, że tak myśli. Zdjąłem przemoczony plecak z jej ramienia i zarzuciłem na swoje.

– Ej… wpadniesz do mnie? Może się trochę wysuszymy, zanim gdzieś pójdziemy?

Zeskoczyła z ostatniego schodka na chodnik, odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.

– Pewnie.

Zacisnąłem dłoń wokół jej spiętych w koński ogon blond włosów i wycisnąłem z nich wodę.

– Chyba będziesz potrzebowała suszarki.

Wyciągnęła ręce i objęła moją twarz, a jej jasnoniebieskie oczy spojrzały na mnie z powagą; kilka minut wcześniej w ten sam sposób patrzył na mnie Adam.

– Na pewno wszystko w porządku? Co…

– Czasem mi trochę odbija. I tyle. – Rzuciłem jej wymuszony uśmiech i obróciłem ją w stronę drzwi frontowych prowadzących do budynku YMCA, byśmy mogli wreszcie schronić się przed deszczem.