Propozycja dżentelmenaTekst

Z serii: Bridgertonowie #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Propozycja dżentelmena
Propozycja dżentelmena
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,90  57,52 
Propozycja dżentelmena
Propozycja dżentelmena
Audiobook
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Julia Quinn

Propozycja dżentelmena


Tytuł oryginału

An Offer from a Gentleman ISBN 978-83-8202-295-7 Copyright © 2001 by Julie Cotler Pottinger „An Offer From a Gentleman: The 2nd Epilogue” copyright © 2009 by Julie Cotler Pottinger Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o. Propozycja dżentelmena: Drugi epilog przełożyła Katarzyna Krawczyk Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Cheyenne na pamiątkę lata z frappuccino. A także Paulowi, mimo że nie widzi niczego złego w oglądaniu w telewizji operacji na otwartym sercu, kiedy jemy spaghetti.

Prolog

Każdy wiedział, że Sophie Be­ckett jest bękartem.

Wiedzieli o tym wszyscy służący. Ale kochali małą Sophie; pokochali ją, od kiedy pojawiła się w Pen­wood Park — mały trzyletni szkrab owinięty za dużym płaszczem, zostawiony pewnej deszczowej lipcowej nocy na progu rezydencji. A ponieważ ją kochali, udawali, że jest — jak powiedział szósty hrabia Pen­wood — osieroconą córką jego starego przyjaciela. Nieważne, że zielone jak mech oczy i ciemnoblond włosy Sophie miały ten sam odcień, co oczy i włosy hrabiego. Nieważne, że kształt jej twarzy był uderzająco podobny do kształtu twarzy jego niedawno zmarłej matki ani że jej uśmiech stanowił wierne odbicie uśmiechu jego siostry. Nikt nie zamierzał zranić uczuć Sophie — ani ryzykować utraty posady — zwracając na to uwagę.

Hrabia Richard Gunningworth nigdy nie rozmawiał o Sophie ani o jej pochodzeniu, lecz musiał zdawać sobie sprawę, że jest jego nieślubną córką. Nikt nie wiedział, co zawierał list, który gospodyni znalazła w kieszeni przemoczonego płaszczyka Sophie tamtej lipcowej nocy; hrabia spalił papier, ledwie skończył go czytać. Patrzył, jak kurczy się i zwija w płomieniach, po czym kazał przygotować dla dziewczynki pokoik przy pokoju dziecięcym. Odtąd już zawsze była w Pen­wood Park. On nazywał ją Sophią, ona jego milordem, a widywali się kilka razy do roku, kiedy hrabia wracał do domu z Londynu, co nie zdarzało się często.

Ale — co być może najważniejsze — Sophie wiedziała, że jest bękartem. Nie była do końca pewna skąd, ale wiedziała, i to chyba od zawsze. Niewiele pamiętała ze swego życia, zanim pojawiła się w Pen­wood Park, lecz pamiętała długą podróż przez Anglię i babcię, która kasłała i rzęziła, i mówiła jej, że zamieszka ze swoim ojcem. Najlepiej zaś zapamiętała to, jak stała w deszczu na progu domu, wiedząc, że babcia czeka ukryta w krzakach, by się upewnić, że Sophie zostanie wpuszczona do środka.

Hrabia ujął dziewczynkę pod brodę, uniósł jej głowę do światła i w jednej chwili oboje zrozumieli, jaka jest prawda.

Każdy wiedział, że Sophie jest bękartem, nikt o tym nie mówił i wszyscy byli zadowoleni z takiego stanu rzeczy.

Do chwili, gdy hrabia postanowił się ożenić.

Sophie ucieszyła się, kiedy dotarła do niej ta nowina. Gospodyni powiedziała, że słyszała od kamerdynera, któremu mówił to sekretarz, że hrabia zamierza spędzać więcej czasu w Pen­wood Park, kiedy zostanie głową rodziny. A Sophie nie tyle tęskniła za nim, kiedy go nie było — trudno tęsknić za kimś, kto, nawet będąc w domu, niemal nie zwracał na nią uwagi — ile sądziła, że mogłaby zacząć za nim tęsknić, gdyby go lepiej poznała, a gdyby się lepiej poznali, być może on nie wyjeżdżałby tak często. Poza tym pokojówka powiedziała, że gospodyni mówiła, iż kamerdyner sąsiadów słyszał, że przyszła żona hrabiego ma już dwie córki, prawie w tym samym wieku co Sophie.

Po siedmiu samotnych latach Sophie była zachwycona. W przeciwieństwie do innych dzieci z okolicy nigdy nie była zapraszana na przyjęcia i bale. Nie żeby ktoś prosto w oczy nazwał ją bękartem. To równałoby się nazwaniu hrabiego — który oświadczył, że Sophie jest jego wychowanicą, i nigdy więcej nie wracał do tego tematu — kłamcą. Z drugiej strony, hrabia nigdy nie starał się przyczynić do tego, by dziewczynka została zaakceptowana. I tak, kiedy Sophie miała dziesięć lat, pokojówki i lokaj byli jej najlepszymi przyjaciółmi, a gospodyni i kamerdyner mogliby uchodzić za jej rodziców.

Teraz zaś będzie miała prawdziwe siostry.

Och, wiedziała, że nie będzie mogła nazywać ich siostrami. Bez wątpienia zostanie przedstawiona jako Sophia Maria Be­ckett, wychowanica hrabiego, ale będzie je uważała za siostry. A to było najważniejsze.

I tak pewnego lutowego popołudnia Sophie czekała wraz z zebranymi w wielkim holu służącymi, patrząc, jak w kierunku domu skręca powóz hrabiego, którym przyjechały nowa hrabina i jej dwie córki. I naturalnie hrabia.

— Myślisz, że mnie polubi? — zapytała szeptem gospodynię, panią Gibbons. — To znaczy żona hrabiego.

— Oczywiście, że cię polubi — odszepnęła pani Gibbons. Ale w jej oczach było znacznie mniej pewności niż w głosie. Nowa hrabina nie musi być zachwycona obecnością nieślubnej córki swego męża.

— I będę pobierała lekcje razem z jej córkami?

— Nie ma powodu, żebyś się uczyła osobno.

Sophie skinęła z namysłem głową i drgnęła niespokojnie, widząc zbliżający się powóz.

— Już są! — zawołała.

Pani Gibbons uniosła rękę, by pogładzić ją po głowie, ale Sophie już popędziła do okna i niemal przycisnęła twarz do szyby.

Hrabia pojawił się pierwszy, po czym podając rękę, pomógł wysiąść dwóm panienkom ubranym w identyczne czarne peleryny. Jedna z nich miała we włosach różową wstążkę, a druga żółtą. Gdy odsunęły się od powozu, hrabia podał rękę ostatniej osobie siedzącej w środku.

Sophie wstrzymała oddech, czekając na pojawienie się nowej hrabiny. Splotła dłonie, a jej wargi bezgłośnie wyszeptały:

— Proszę. Proszę, niech mnie pokocha.

Może jeśli hrabina ją pokocha, hrabia także okaże jej miłość i może, nawet jeśli nie będzie nazywał jej córką, zacznie ją traktować jak córkę i wtedy będą prawdziwą rodziną.

Kiedy patrzyła przez okno na wysiadającą z powozu hrabinę, każdy jej ruch wydawał się Sophie tak wdzięczny, tak doskonały, że przypomniała sobie delikatnego skowronka, który przylatywał czasami kąpać się w poidełku dla ptaków w ogrodzie. Nawet kapelusz hrabiny ozdobiony był długim turkusowym piórem, które połyskiwało w blasku słońca.

— Jest taka piękna — szepnęła Sophie. Zerknęła na panią Gibbons, aby ocenić jej reakcję, ale gospodyni stała na baczność ze wzrokiem utkwionym przed siebie, czekając, aż hrabia wprowadzi i przedstawi swoją nową rodzinę.

Dziewczynka przełknęła głośno ślinę, nie do końca pewna, gdzie powinna stanąć. Wszyscy inni mieli wyznaczone miejsca. Cała służba stała uszeregowana według rangi, od kamerdynera aż po najskromniejszą pomywaczkę. Nawet psy siedziały grzecznie w kącie trzymane na smyczy przez opiekuna.

Sophie jednak nie miała swojego miejsca. Gdyby naprawdę była traktowana jak córka, stałaby razem z guwernantką i czekała na nową hrabinę. Gdyby naprawdę była wychowanicą hrabiego, znajdowałaby się prawdopodobnie w tym samym miejscu. Lecz panna Timmons oznajmiła, że złapała katar i nie opuści dziecięcego pokoju, by zejść na dół. Nikt ze służby ani przez chwilę nie wierzył, że guwernantka jest naprawdę chora. Poprzedniego wieczoru czuła się znakomicie, ale trudno mieć jej za złe to małe oszustwo. Jakkolwiek by na to patrzeć, Sophie była bękartem hrabiego i nikt nie miał ochoty ryzykować, że urazi nową hrabinę, przedstawiając jej nieślubne dziecko męża.

A hrabina musiałaby być ślepa, głupia albo jedno i drugie, by nie zorientować się w jednej chwili, że Sophie jest kimś więcej niż tylko wychowanicą hrabiego.

Onieśmielona nagle Sophie skuliła się w kącie, gdy dwaj służący z ukłonem otworzyli frontowe drzwi. Dziewczęta weszły pierwsze i odsunęły się na bok, by przepuścić hrabiego i jego nową żonę. Hrabia przedstawił hrabinie i jej córkom kamerdynera, ten z kolei zaprezentował resztę służby.

A Sophie czekała.

Kamerdyner przedstawił kucharki, pokojówki i pomy­waczki.

A Sophie czekała.

Na koniec kamerdyner — nazywał się Rumsey — przedstawił stojącą najniżej w hierarchii służby pomywaczkę imieniem Dulcie, zatrudnioną zaledwie przed tygodniem. Hrabia skinął głową i mruknął słowo podziękowania, a Sophie wciąż czekała, nie wiedząc, co powinna zrobić.

Chrząknęła więc i z nerwowym uśmiechem wyszła z kąta, w którym dotąd stała. Nie spędzała zbyt wiele czasu z hrabią, lecz widywała go za każdym razem, gdy przyjeżdżał do Pen­wood Park. Zawsze poświęcał jej kilka minut, wypytując o postępy w nauce, po czym odsyłał ją do dziecięcego pokoju.

Zapewne będzie chciał wiedzieć, jak idzie jej nauka, nawet teraz, kiedy się ożenił. Chętnie usłyszy, że opanowała trudną sztukę mnożenia ułamków i że panna Timmons uznała niedawno jej francuski akcent za doskonały.

 

On był jednak tak pochłonięty opowiadaniem czegoś hrabinie i jej córkom, że nie usłyszał Sophie. Chrząknęła więc jeszcze raz, nieco głośniej, i powiedziała:

— Milordzie? — Jej głos zabrzmiał bardziej piskliwie, niżby sobie życzyła.

Hrabia odwrócił się gwałtownie.

— Ach, Sophia — mruknął. — Nie wiedziałem, że jesteś w holu.

Sophie się rozpromieniła. A więc jednak jej nie zignorował.

— A któż to może być? — spytała hrabina, podchodząc bliżej, by się jej lepiej przyjrzeć.

— Moja wychowanica — odparł hrabia. — Panna Sophie Be­ckett.

Hrabina obrzuciła Sophie taksującym spojrzeniem i zmarszczyła brwi.

Zmarszczyła je jeszcze bardziej.

I jeszcze bardziej.

— Rozumiem… — powiedziała w końcu.

I wszyscy w holu zorientowali się, że naprawdę zrozumiała.

— Rosamundo, Posy — wyciągnęła ręce do swoich dwóch córek — chodźcie do mnie.

Dziewczynki natychmiast znalazły się przy matce. Sophie zaryzykowała i uśmiechnęła się do nich. Mniejsza odpowiedziała uśmiechem, lecz starsza, której włosy miały kolor złota, poszła za przykładem matki, zadarła nos do góry i odwróciła wzrok.

Sophie przełknęła ślinę i jeszcze raz się uśmiechnęła do bardziej przyjaznej dziewczynki, która jednak tym razem przygryzła wargę, niezdecydowana, i wbiła wzrok w podłogę.

Hrabina odwróciła się od Sophie i powiedziała do hrabiego:

— Zakładam, że kazałeś przygotować pokoje dla Rosamundy i Posy.

Skinął głową.

— Koło pokoju zabaw. Tuż obok Sophie.

Zapadła długa cisza, po czym hrabina musiała dojść do wniosku, że niektórych bitew nie należy toczyć w obecności służby, gdyż powiedziała tylko:

— Chciałabym już pójść na górę.

I odeszła, zabierając ze sobą hrabiego i córki.

Sophie patrzyła, jak nowa rodzina wchodzi po schodach, a kiedy zniknęli na piętrze, zwróciła się do pani Gibbons:

— Czy myślisz, że powinnam iść i im pomóc? Mogłabym pokazać dziewczętom pokoje.

Pani Gibbons pokręciła głową.

— Wyglądają na zmęczone — skłamała. — Jestem pewna, że potrzebują drzemki.

Sophie zmarszczyła brwi. Powiedziano jej, że Rosamunda ma jedenaście lat, a Posy dziesięć. Chyba są już za duże, żeby spać w dzień.

Pani Gibbons poklepała ją po plecach.

— Może pójdziesz ze mną? Miałabym towarzystwo, a kucharka wspominała, że upiekła kruche ciasteczka. Myślę, że są jeszcze ciepłe.

Sophie skinęła głową i wyszła za nią z holu. Wieczorem będzie miała mnóstwo czasu, by lepiej poznać się z dziewczynkami. Pokaże im pokoje, zaprzyjaźnią się i wkrótce będą jak siostry.

Uśmiechnęła się radośnie. Cudownie będzie mieć siostry.

*

Jednak Sophie spotkała Rosamundę i Posy — podobnie zresztą jak hrabiego i hrabinę — dopiero następnego dnia. Kiedy weszła do dziecięcego pokoju na kolację, zauważyła ze zdziwieniem, że stół jest nakryty dla dwóch, a nie dla czterech osób, a panna Timmons (która w cudowny sposób wyzdrowiała) wyjaśniła jej, że nowa hrabina powiedziała, iż Rosamunda i Posy są zbyt zmęczone po podróży i nie będą jadły kolacji.

Dziewczynki jednak musiały się uczyć, więc następnego dnia pojawiły się w dziecięcym pokoju, podążając o krok za hrabiną. Sophie już od godziny siedziała nad arytmetyką i spojrzała na nie z wielkim zainteresowaniem. Tym razem nie uśmiechnęła się do dziewczynek. Z jakiegoś powodu uznała, że tak będzie lepiej.

— Panno Timmons — odezwała się hrabina.

— Milady — wymamrotała panna Timmons z ukłonem.

— Hrabia powiedział mi, że będzie pani uczyła moje córki.

— Zrobię, co w mojej mocy, milady.

Hrabina wskazała starszą córkę, tę o złocistych włosach i chabrowych oczach. Sophie pomyślała, że wygląda jak porcelanowa lalka, którą hrabia przysłał jej z Londynu na siódme urodziny.

— To jest Rosamunda — oznajmiła hrabina. — Ma jedenaście lat. A to — wskazała drugą dziewczynkę, która nie odrywała wzroku od własnych butów — jest Posy. Ma dziesięć lat.

Sophie spojrzała na Posy z zainteresowaniem. W odróżnieniu od matki i siostry miała włosy i oczy raczej ciemne, a policzki dość pulchne.

— Sophie także ma dziesięć lat — odparła panna Timmons.

Hrabina zacisnęła usta.

— Chciałabym, żeby pani pokazała dziewczynkom dom i ogród.

Panna Timmons skinęła głową.

— Oczywiście. Sophie, odłóż tabliczkę. Do arytmetyki możemy wrócić…

— Tylko moim dziewczynkom — przerwała jej hrabina lodowatym tonem. — Chcę porozmawiać z wychowanicą hrabiego sam na sam.

Sophie przełknęła ślinę i próbowała spojrzeć hrabinie w oczy, lecz jej wzrok zatrzymał się na podbródku. Kiedy panna Timmons wyprowadziła Rosamundę i Posy z pokoju, wstała, aby wysłuchać, co ma jej do powiedzenia nowa żona ojca.

— Wiem, kim jesteś — odezwała się hrabina w tej samej chwili, gdy drzwi się zamknęły z trzaskiem.

— M-milady?

— Jesteś bękartem i nie próbuj temu zaprzeczać.

Sophie nic nie odpowiedziała. To była oczywiście prawda, lecz nikt dotąd nie powiedział tego na głos. A przynajmniej nie w jej obecności.

Hrabina chwyciła ją za podbródek, ścisnęła i uniosła głowę, zmuszając Sophie do spojrzenia jej prosto w oczy.

— Posłuchaj mnie uważnie — zaczęła z groźbą w głosie. — Możesz mieszkać tutaj, w Pen­wood Park, możesz uczyć się razem z moimi córkami, ale jesteś tylko bękartem i nigdy nie będziesz niczym więcej. Obyś nigdy, przenigdy nie popełniła błędu, myśląc, że jesteś nam równa.

Sophie jęknęła cicho. Paznokcie hrabiny wbijały się w jej policzki.

— Mój mąż — mówiła dalej hrabina — ma wobec ciebie jakieś zobowiązania. To bardzo ładnie z jego strony, że dostrzega swoje błędy, jednak dla mnie twoja obecność w moim domu, gdzie karmią cię, ubierają i uczą, jakbyś naprawdę była jego córką, jest obelgą.

Ale przecież Sophie była jego córką. A ten dom był jej domem znacznie dłużej niż hrabiny.

Hrabina gwałtownie ją puściła.

— Nie chcę cię widzieć — syknęła. — Nigdy się do mnie nie odzywaj i nigdy nie próbuj szukać mojego towarzystwa. Poza tym nie wolno ci rozmawiać z Rosamundą i Posy poza lekcjami. Teraz one są córkami w tym domu i nie powinny się zadawać z takimi jak ty. Czy masz jakieś pytania?

Sophie pokręciła głową.

— To dobrze.

Po tych słowach wyszła z pokoju, zostawiając Sophie na chwiejących się nogach i z drżącymi wargami.

I z całym morzem łez.

Z czasem Sophie lepiej poznała swoją niepewną pozycję w domu. Służący zawsze o wszystkim wiedzieli i wcześniej czy później docierało to także do uszu Sophie.

Hrabina, która miała na imię Araminta, już pierwszego dnia nalegała, by Sophie została usunięta z domu. Hrabia odmówił. Araminta nie musi kochać Sophie — oznajmił chłodno. Nie musi jej nawet lubić. Ale musi pogodzić się z jej obecnością. On przez siedem lat poczuwał się do odpowiedzialności za tę dziewczynkę i nie zamierza teraz tego zmieniać.

Rosamunda i Posy, idąc za przykładem matki, traktowały Sophie z wrogością i pogardą, choć Posy nie miała aż takiej skłonności do okrucieństwa jak jej siostra. Rosamundzie nic nie sprawiało większej przyjemności niż szczypanie Sophie, kiedy panna Timmons nie patrzyła. Sophie nigdy nie odezwała się nawet słowem. Wątpiła, czy pannie Timmons starczyłoby odwagi, by skarcić Rosamundę (która niewątpliwie pobiegłaby do Araminty z jakąś zmyśloną historią), a nawet jeśli ktoś zauważył, że Sophie ma zawsze posiniaczone ręce, nigdy się o tym nie mówiło.

Posy czasami okazywała jej nieco życzliwości, choć najczęściej tylko wzdychała:

— Mama mówi, że nie powinnam być dla ciebie miła.

Co do hrabiego — nigdy się nie wtrącał.

Życie Sophie biegło tym torem przez następne cztery lata, do chwili, gdy hrabia zaskoczył wszystkich, chwytając się za serce przy herbacie w ogrodzie różanym. Wciągnął jeszcze głęboko powietrze i upadł twarzą na bruk.

Nie odzyskał już świadomości.

Wszyscy byli wstrząśnięci. Hrabia miał dopiero czterdzieści lat. Kto by pomyślał, że jego serce zawiedzie w tak młodym wieku? Najbardziej zaskoczona była Araminta, która od dnia ślubu rozpaczliwie starała się począć dziedzica.

— Mogę być przy nadziei! — oznajmiła pospiesznie prawnikom hrabiego. — Nie możecie oddać tytułu jakiemuś dalekiemu kuzynowi. Bardzo możliwe, że jestem w ciąży.

Ale nie była w ciąży, a kiedy miesiąc później odczytywano testament hrabiego (prawnicy chcieli mieć pewność, że dali hrabinie dość czasu, by przekonała się, czy jest brzemienna), Araminta musiała siedzieć obok nowego hrabiego, rozwiązłego młodego człowieka, który częściej bywał pijany niż trzeźwy.

Większość postanowień hrabiego była typowa. Zostawił zapisy dla wiernych służących. Przewidział fundusze dla Rosamundy, Posy, a nawet Sophie, aby każda z nich dostała przyzwoity posag.

Wreszcie prawnik doszedł do imienia Araminty.

— „Mojej żonie, Aramincie Gunningworth, hrabinie Pen­wood, zostawiam roczną pensję w wysokości dwóch tysięcy funtów…”

— To wszystko?! — zawołała Araminta.

— „…chyba że zgodzi się zaopiekować moją wychowanicą, panną Sophią Marią Be­ckett, do ukończenia przez nią dwudziestego roku życia, a w takim wypadku jej dochód zostanie potrojony, do sześciu tysięcy funtów”.

— Nie chcę jej — szepnęła Araminta.

— Nie musi pani jej przyjmować — zauważył prawnik. — Może pani…

— …Żyć za nędzne dwa tysiące funtów? — warknęła. — Nie sądzę.

Prawnik, którego roczny dochód wynosił znacznie mniej niż dwa tysiące funtów, nic nie odpowiedział.

Nowy hrabia, który popijał przez całe spotkanie, wzruszył tylko ramionami.

Araminta wstała.

— Jaka jest pani decyzja? — spytał prawnik.

— Przyjmę ją — odparła cicho Araminta.

— Czy mam odszukać dziewczynę i ją zawiadomić?

Araminta pokręciła głową.

— Sama ją powiadomię.

Ale kiedy Araminta powiadomiła Sophie, przemilczała kilka istotnych faktów.

Część I
1

Najbardziej pożądanym wydarzeniem tego sezonu będzie z pewnością bal maskowy u Brid­gertonów, który ma się odbyć w najbliższy poniedziałek. Można wręcz powiedzieć, że bardzo trudno jest zrobić dwa kroki, by nie natknąć się na jakąś damę z towarzystwa zastanawiającą się, kto przyjdzie i co znacznie ważniejsze — w co będzie ubrany.

Jednak żaden ze wspomnianych wcześniej tematów nie jest nawet w połowie tak interesujący jak dwaj nieżonaci bracia Brid­gertonowie, Benedict i Colin. (Zanim ktoś z Czytelników przypomni o trzecim nieżonatym Brid­gertonie, niech autorce będzie wolno zapewnić, iż jest w pełni świadoma istnienia Gre­gory’ego Brid­gertona. Ma on jednak dopiero czternaście lat, a tym samym nie stanowi tematu dla niniejszej kolumny, poświęconej, co autorka wielokrotnie podkreślała, najświętszemu ze wszystkich sportów: polowaniu na mężów).

Wprawdzie panowie Brid­gertonowie są tylko panami Brid­gertonami, ale i tak stanowią najcenniejszą zdobycz sezonu. Powszechnie wiadomo, że obaj posiadają zacne fortuny, i nie trzeba mieć sokolego wzroku, by zauważyć, że mają również — jak cała ósemka potomstwa Brid­gertonów — miłą powierzchowność.

Czy jakaś szczęśliwa młoda dama wykorzysta tajemniczą atmosferę maskarady, żeby złowić jednego z dostępnych kawalerów?

Autorka nie zamierza nawet próbować się nad tym zastanawiać.

„Kronika Towarzyska Lady Whistle­down”,

31 maja 1815

Sophie! Sophieee!

Wrzask był tak przenikliwy, że mogło od niego pęknąć szkło. Albo przynajmniej bębenki w uszach.

— Idę, Rosamundo! Idę! — Sophie uniosła brzeg szorstkiej wełnianej spódnicy i popędziła schodami w górę. Poślizg­nęła się na czwartym stopniu i w ostatniej chwili przytrzymała balustrady, by nie wylądować na pupie. Powinna była pamiętać, że schody są śliskie; sama rano pomagała służącej je woskować.

Zatrzymała się gwałtownie na progu sypialni Rosamundy i łapiąc oddech, zapytała:

— Tak?

— Moja herbata jest zimna.

Sophie miała wielką ochotę rzucić: „Była gorąca godzinę temu, kiedy ją przyniosłam, ty leniwa krowo”. Zamiast tego jednak powiedziała:

— Poproszę kucharkę, by zaparzyła nową, i zaraz przyniosę dzbanuszek.

— No, myślę — parsknęła Rosamunda.

Sophie rozciągnęła wargi w czymś, co tylko ktoś na wpół ślepy mógłby nazwać uśmiechem, i podniosła tacę z herbatą.

 

— Czy mam zostawić ciasteczka? — spytała.

Rosamunda pokręciła śliczną główką.

— Chcę świeże.

Lekko przygarbiona pod ciężarem zastawionej tacy, Sophie wyszła z pokoju, pamiętając, by nie zacząć pomstować, dopóki nie dotrze do holu. Rosamunda zawsze zamawiała herbatę, a potem nie raczyła jej wypić. Mijała godzina, wtedy oczywiście herbata była już zimna, więc trzeba było zamówić świeżą.

Co oznaczało, że Sophie musiała biegać po schodach tam i z powrotem, tam i z powrotem. Czasami wydawało jej się, że przez całe życie nie robiła niczego innego.

W górę i w dół, w górę i w dół.

A poza tym oczywiście cerowała, prasowała, czesała, pastowała buty, szyła i ścieliła łóżka.

— Sophie!

Odwróciła się i zobaczyła idącą w jej stronę Posy.

— Właśnie chciałam cię spytać, czy ładnie mi w tym kolorze?

Sophie obejrzała krytycznie jej kostium syrenki. Krój nie do końca pasował do Posy, która nie straciła jeszcze dziecięcego tłuszczyku, ale kolor korzystnie wyglądał przy jej karnacji.

— To uroczy odcień zieleni — odparła całkiem szczerze. — Podkreśla kolor twoich policzków.

— Och, to dobrze. Tak się cieszę, że ci się podoba. Masz dobrą rękę, jeśli chodzi o dobieranie moich strojów. — Posy uśmiechnęła się i wzięła z tacy ciasteczko. — Mama przez cały tydzień mówi tylko o tym balu maskowym i wiem, że nigdy nie przestanę tego wysłuchiwać, jeśli nie będę wyglądała jak najlepiej. Albo — Posy skrzywiła się — jeśli ona uzna, że nie wyglądam jak najlepiej. Wiesz, postanowiła sobie, że jedna z nas upoluje któregoś z braci Brid­gertonów.

— Wiem.

— A co gorsza, ta Whistle­down znowu o nich napisała. To tylko… — Posy zamilkła na chwilę, przełykając ślinę — zaostrzyło jej apetyt.

— Czy dzisiejsza kronika była ciekawa? — spytała Sophie i przesunęła tacę, opierając ją sobie na biodrze. — Jeszcze nie miałam okazji przeczytać.

— Och, jak zwykle. — Posy machnęła lekceważąco ręką. — Wiesz, potrafi być naprawdę nudna.

Sophie próbowała się uśmiechnąć, lecz bez powodzenia. Wiele by dała, żeby choć przez jeden dzień cieszyć się nudnym życiem Posy. No dobrze, może nie chciałaby mieć Araminty za matkę, ale nie miałaby nic przeciwko przyjęciom, rautom i koncertom.

— Zaraz sobie przypomnę. — Posy zamyśliła się na chwilę. — Jest recenzja z ostatniego balu lady Worth, kilka słów o wicehrabim Guelphie, który podobno jest olśniony jakąś dziewczyną ze Szkocji, i długa tyrada o zbliżającej się maskaradzie u Brid­gertonów.

Sophie westchnęła. Już od tygodni czytała o zapowiadanym balu maskowym i choć była tylko pokojówką (a czasami także służącą, kiedy Araminta dochodziła do wniosku, że nie dość ciężko pracuje), nic nie mogła poradzić na to, że też pragnęłaby się na nim znaleźć.

— Jeśli idzie o mnie, będę zachwycona, jeśli ten wicehrabia Guelph się zaręczy — zauważyła Posy, sięgając po następne ciasteczko. — To by oznaczało mniej o jednego kawalera, w którym matka widzi potencjalnego męża. Nie żebym się spodziewała przyciągnąć jego uwagę. — Ugryzła kawałek ciasteczka i schrupała głośno. — Mam nadzieję, że lady Whistle­down ma rację co do niego.

— Prawdopodobnie ma — odparła Sophie. Czytała „Kronikę Towarzyską Lady Whistle­down”, od kiedy zaczęła się ukazywać w 1813 roku, i autorka tej plotkarskiej kolumny niemal nigdy się nie myliła w sprawach rynku matrymonialnego.

Oczywiście Sophie nie miała okazji oglądać wszystkich tych opisywanych wydarzeń na własne oczy. Ale czytając „Whistle­downa” w miarę regularnie, można było się niemal poczuć częścią londyńskiej socjety, nawet nie bywając na żadnych balach.

Prawdę mówiąc, czytanie „Whistle­downa” było dla Sophie jedynym przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Przeczytała już wszystkie powieści, jakie znalazła w bibliotece, a ponieważ Araminta, Rosamunda ani Posy nie były miłośniczkami literatury, Sophie nie mogła liczyć na to, że w domu pojawią się nowe książki.

Ale „Kronika” była zabawna. Nikt nie znał prawdziwej tożsamości autorki. Przed dwoma laty, kiedy gazetka zaczęła się ukazywać, w mieście zahuczało. Nawet teraz, gdy lady Whistle­down przekazywała jakąś szczególnie smakowitą plotkę, ludzie zaczynali na nowo rozmawiać i zgadywać, snując najdziwniejsze przypuszczenia, kto też może mieć tak błyskawiczne i dokładne informacje.

Dla Sophie gazetka była powodującym jej udrękę oknem na świat, który mógłby być jej światem, gdyby rodzice zalegalizowali swój związek. Ona byłaby córką hrabiego, a nie bękartem; nazywałaby się Gunningworth, a nie Be­ckett.

Chciałaby choć raz — tylko jeden jedyny raz — wsiąść do powozu i pojechać na bal.

Tymczasem mogła się zajmować wyłącznie ubieraniem innych na nocne zabawy — zawiązywaniem gorsetu Posy, układaniem włosów Rosamundy albo czyszczeniem butów Araminty.

Ale nie mogła — a w każdym razie nie powinna — narzekać. Może i była służącą Araminty i jej córek, lecz przynajmniej miała dom. A to znacznie więcej niż ma większość dziewcząt w jej sytuacji.

Kiedy ojciec umarł, została bez niczego. No dobrze, bez niczego oprócz dachu nad głową. Ojciec zapisał w testamencie, że nie może zostać wyrzucona z domu, dopóki nie skończy dwudziestu lat. Araminta nigdy w życiu nie zrezygnowałaby z czterech tysięcy funtów rocznie, pozbywając się Sophie.

Ale te cztery tysiące należały do Araminty, a nie do Sophie, która nigdy nie zobaczyła z nich nawet pensa. Odeszły w przeszłość piękne suknie, jakie zwykle nosiła. Zastąpiły je stroje służby z grubej szorstkiej wełny. I jadała to samo, co reszta służby — to, czego nie zjadły Araminta, Rosamunda i Posy.

Minął już jednak rok od jej dwudziestych urodzin, ale nadal mieszkała w Pen­wood House, wciąż usługując Aramincie. Z jakiegoś tajemniczego powodu — zapewne dlatego, że nie miała ochoty przyuczać (ani opłacać) nowej pokojówki — hrabina wdowa pozwoliła jej zostać w domu.

I Sophie została. Araminta była co prawda diablicą, lecz dobrze znaną, natomiast całej reszty świata Sophie nie znała. I sama nie wiedziała, co może być gorsze.

— Czy ta taca nie jest ciężka?

Sophie zamrugała, wyrwana z zamyślenia, i spojrzała na Posy, która wzięła z tacy ostatnie ciasteczko. A niech to. Miała nadzieję, że zostanie dla niej.

— Tak — mruknęła. — Tak, dosyć. Naprawdę powinnam zanieść ją już do kuchni.

Posy się uśmiechnęła.

— Nie chcę cię dłużej zatrzymywać, ale czy mogłabyś wyprasować moją różową suknię, kiedy skończysz? Zamierzam ją włożyć dziś wieczorem. Och, i myślę, że warto byłoby przygotować pasujące do niej buty. Zabrudziłam je trochę ostatnim razem, a wiesz, jak matka jest na to wyczulona. Nieważne, że nie będą widoczne pod suknią. Natychmiast zauważy najmniejszą plamkę, kiedy będę wchodziła po schodach.

Sophie skinęła głową, dodając w pamięci prośby Posy do swojej listy codziennych obowiązków.

— Więc do zobaczenia później! — Posy pochłonęła ostatni kawałek ciasteczka, odwróciła się na pięcie i zniknęła w swojej sypialni.

A Sophie poczłapała do kuchni.

Kilka dni później Sophie klęczała, trzymając w zębach szpilki, i dokonywała ostatnich poprawek kostiumu Araminty na bal maskowy. Suknia królowej Elżbiety przyjechała oczywiście od krawca idealnie dopasowana, lecz hrabina upierała się, że jest o ćwierć cala za szeroka w pasie.

— Czy teraz jest dobrze? — spytała dziewczyna przez zaciś­nięte zęby, by nie wypuścić szpilek.

— Za ciasno.

Sophie poprawiła kilka szpilek.

— A teraz?

— Za luźno.

Dziewczyna wyjęła szpilkę i wbiła ją dokładnie w to samo miejsce.

— Proszę. Czy teraz jest lepiej?

Araminta wygięła się w jedną stronę, potem w drugą i w końcu stwierdziła łaskawie:

— Może być.

Sophie uśmiechnęła się do siebie i wstała, żeby pomóc jej uwolnić się z sukni.

— Muszę włożyć ją za godzinę, jeśli mamy zdążyć na bal — uprzedziła hrabina.

— Oczywiście — mruknęła Sophie. Już dawno przekonała się, że to słowo najlepiej sprawdza się w rozmowie z Aramintą.

— Ten bal jest bardzo ważny — powiedziała ostro Araminta. — Rosamunda musi w tym roku znaleźć dobrą partię. Nowy hrabia. — Otrząsnęła się z odrazą. Wciąż uważała nowego hrabiego za intruza, mimo że był najbliższym męskim krewnym jej zmarłego męża. — Cóż, oznajmił mi, że w tym roku ostatni raz możemy korzystać z Pen­wood House w Londynie. Cóż za bezczelny człowiek. Jestem przecież hrabiną wdową, a Rosamunda i Posy są córkami hrabiego.