Mój książęTekst

Z serii: Bridgertonowie #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mój książę
Mój książę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Mój książę
Mój książę
Mój książę
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Julia Quinn

Mój książę


Tytuł oryginału

The Duke and I ISBN 978-83-8202-184-4 Copyright © 2000 by Julie Cotler Pottinger „The Duke and I: The 2nd Epilogue” copyright © 2013 by Julie Cotler Pottinger Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o. Mój książę: Drugi epilog przełożyła Katarzyna Krawczyk Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Danelle Harmon i Sabrinie Jeffries,

bez pomocy których nigdy nie oddałabym tej książki na czas.

Marcie z „Romance Journal” za cenne sugestie.

A także Paulowi, choć jego sposób tańca

to w bezruchu trwanie, gdy za rękę mnie trzyma,

chwali me pląsanie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Od Autorki

Część honorariów autorskich ze sprzedaży tej książki została przekazana National Multiple Sclerosis Society.

Do dzieła, Elizabeth!

Prolog

Narodziny Simona Arthura Henry’ego Fitzranulpha Basseta, lorda Clyvedon, spotkały się z nad wyraz gorącym przyjęciem. Godzinami biły dzwony na kościelnych wieżach. W wielkim zamku, który nowo narodzony będzie nazywał kiedyś swoim domem, szampan lał się strumieniem, a całe Clyvedon przerwało pracę, by uczestniczyć w biesiadzie wyprawionej przez ojca małego lorda.

– To nie jest zwykłe dziecko – rzekł piekarz do kowala.

Tak było w istocie. Bo przecież wszyscy wiedzieli, że Simon Arthur Henry Fitzranulph Basset nie spędzi całego życia jako lord Clyvedon. Był to jedynie tytuł grzecznościowy. Simon Arthur Henry Fitzranulph Basset – który nosił więcej imion niż to potrzebne jakiemukolwiek dziecku – był dziedzicem jednego z najstarszych i najbogatszych księstw w Anglii. Jego ojciec zaś, dziewiąty książę Hastings, czekał na tę chwilę od wielu, wielu lat.

Stojąc przed drzwiami pokoju, w którym leżała w połogu jego żona, i kołysząc na rękach płaczące dziecko, czuł, że serce przepełnia mu duma. Już kilka lat temu skończył czterdziesty rok życia i wciąż tylko patrzył, jak wszyscy jego bliscy przyjaciele – książęta i hrabiowie – płodzą następców. Niektórzy musieli pogodzić się z przyjściem na świat niejednej córki, zanim doczekali się wreszcie bezcennego syna, jednakże zyskiwali w końcu pewność, że zachowają ciągłość rodu, a ich krew zostanie przekazana następnemu pokoleniu angielskiej elity.

Niestety, nie książę Hastings. Wprawdzie jego żona w ciągu piętnastu lat małżeństwa zdołała pięciokrotnie zajść w ciążę, lecz tylko dwa razy donosiła ją do końca, a dzieci przyszły na świat martwe. Po piątej ciąży, która zakończyła się poronieniem już w szóstym miesiącu, chirurdzy i konsyliarze kategorycznie zabronili Ich Wysokościom podejmowania nowych prób spłodzenia potomka. Życie samej księżnej zawisło na włosku. Była zbyt słabego zdrowia, zbyt wątła i – delikatnie powiedziawszy – chyba zanadto dojrzała. Książę po prostu musiał pogodzić się z faktem, że księstwo nie pozostanie w rękach rodu Bassetów.

Lecz księżna, niech Bóg ma ją w swej opiece, znała swoją rolę w życiu i po sześciomiesięcznej rekonwalescencji otworzyła drzwi łączące małżeńskie sypialnie, a książę podjął na nowo starania o syna.

Pięć miesięcy później księżna poinformowała księcia, że jest brzemienna. Gwałtowne uniesienie księcia zostało poskromione przez kategoryczne postanowienie, że nic – absolutnie nic – nie zdoła zaszkodzić tej ciąży. Gdy tylko stwierdzono, że ustały miesięczne krwawienia księżnej, ją samą przykuto do łóżka. Codziennie sprowadzano do niej medyka, a po czterech i pół miesiąca książę wyszukał w Londynie wziętego lekarza i zapłacił mu bajońską sumę, aby ten zrezygnował z dotychczasowej praktyki i na pewien czas przeniósł się do zamku Clyvedon.

Tym razem książę nie ryzykował. Będzie miał syna i księstwo pozostanie w rękach Bassetów.

Bóle chwyciły księżną na miesiąc przed terminem, więc natychmiast podłożono jej pod biodra kilka poduszek. Siła ciążenia powinna pomóc utrzymać dziecko w środku, wyjaśnił doktor Stubbs. Książę uznał ten argument za logiczny i gdy tylko medyk wrócił wieczorem do swego pokoju, wcisnął pod małżonkę jeszcze jedną poduszkę. Lędźwie przyszłej matki wygięły się pod kątem dwudziestu dwóch stopni i pozostawały w tej pozycji przez okrągły miesiąc.

Wreszcie nadeszła chwila prawdy. Domownicy modlili się za księcia, który z całej duszy pragnął dziedzica, a kilka osób nie zapomniało nawet pomodlić się za księżną. Ta zaś chudła i mizerniała nawet wówczas, gdy jej brzuch coraz bardziej zaokrąglał się i uwydatniał. Małżonkowie starali się nie robić sobie zbyt wielkich nadziei – ostatecznie księżna zdążyła już wydać na świat i pochować dwoje dzieci. A nawet jak uda jej się bezpiecznie urodzić, dziecko może okazać się, cóż, dziewczynką.

Gdy krzyki księżnej stały się głośniejsze i częstsze, książę wpadł jak burza do jej pokoju, ignorując zgodne protesty lekarza, akuszerki i pokojówki. To była krwawa scena, ale książę chciał być koniecznie obecny w chwili ustalania płci dziecka.

Najpierw pojawiła się główka, a później ramionka. Wszyscy pochylili się nad łóżkiem, by patrzeć na księżną, jak napina się i prze, a potem…

A potem książę przekonał się, że Bóg jednak istnieje i wciąż uśmiecha się do Bassetów. Dał akuszerce minutę na obmycie malca, po czym wziął go na ręce i pomaszerował do przestronnego holu, aby się nim pochwalić.

– Mam syna! – zawołał. – Ślicznego chłopczyka!

Kiedy zaś służba zaczęła wiwatować i płakać z ulgi, książę przyjrzał się maleńkiemu lordowi i oznajmił:

– Jesteś doskonały. Jesteś Bassetem. Jesteś mój.

Chciał wynieść syna na dwór, aby udowodnić całemu światu, że wreszcie udało mu się spłodzić zdrowego męskiego potomka, lecz we wczesnym kwietniowym powietrzu czuć było lekki chłód, więc pozwolił akuszerce oddać dziecko matce. Sam dosiadł za to jednego ze swych obsypanych nagrodami rumaków i pogalopował przed siebie, świętując narodziny syna i wykrzykując swoje szczęście wszystkim, którzy chcieliby posłuchać.

Tymczasem księżna, która od chwili rozwiązania mocno krwawiła, straciła przytomność, a w końcu zgasła.

Książę rozpaczał nad śmiercią żony. Szczerze rozpaczał. Nie kochał jej, rzecz jasna, tak jak księżna nie kochała jego, byli jednak parą przyjaciół na swój własny, oryginalny sposób. Książę nie oczekiwał od małżeństwa niczego oprócz syna i dziedzica, pod tym zaś względem jego żonę można było stawiać za wzór. Zarządził, by niezależnie od pory roku na jej grobie zawsze leżały świeże kwiaty, oraz kazał przenieść portret nieboszczki z salonu do holu i powiesić go na honorowym miejscu nad schodami.

A potem zabrał się do wychowywania swego syna.

W ciągu pierwszego roku oczywiście niewiele mógł zdziałać. Niemowlę było za małe na słuchanie wykładów o zarządzaniu majątkiem ziemskim i poczuciu odpowiedzialności, toteż książę zostawił Simona pod opieką bony i przeniósł się do Londynu. Tu jego życie nie różniło się specjalnie od tego, jakie wiódł wcześniej, zanim dzięki łasce boskiej stał się ojcem, z tym tylko że zmuszał wszystkich – nie wyłączając króla – do podziwiania miniaturowego portretu synka, jaki osobiście namalował wkrótce po jego narodzinach.

Od czasu do czasu wpadał do Clyvedon, a w dniu drugich urodzin Simona wrócił na stałe, gotowy przejąć obowiązek wychowywania chłopca. Zakupiono kucyka, wybrano małą strzelbę do przyszłych polowań na lisa i zatrudniono guwernerów do wszystkich przedmiotów, jakie tylko zna człowiek.

– On jest za mały na to wszystko! – wykrzyknęła bona, pani Hopkins.

– Nonsens – odparł wyniośle Hastings. – Nie oczekuję od niego, żeby wkrótce opanował biegle którykolwiek z tych przedmiotów, ale na rozpoczęcie edukacji księcia nigdy nie jest za wcześnie.

– On nie jest księciem – mruknęła Hopkins.

– Ale nim będzie. – Książę odwrócił się plecami do bony i przykucnął obok syna, który budował na podłodze zamek z klocków pozbawiony wszelkiej symetrii. Księcia nie było w Clyvedon kilka miesięcy, toteż bardzo ucieszył się z postępów Simona. Był to silny, zdrowy chłopczyk o lśniących kasztanowych włosach i bystrych błękitnych oczach. – Co tam budujesz, syneczku?

Simon uśmiechnął się i pokazał ręką.

Książę Hastings podniósł wzrok na panią Hopkins.

– On nie mówi?

Pokręciła głową.

– Jeszcze nie, Wasza Wysokość.

Książę zmarszczył czoło.

– Skończył dwa lata. Czy nie powinien już mówić?

– Niektóre dzieci potrzebują więcej czasu, inne mniej, Wasza Wysokość. To bardzo mądry mały chłopiec.

– Oczywiście, że mądry. Jest Bassetem.

Bona przytaknęła skinieniem głowy. Zawsze przytakiwała, gdy książę mówił o wyższości rodu Bassetów.

– Może po prostu nie ma nic do powiedzenia – zasugerowała.

Książę nie wyglądał na przekonanego, dał jednak Simonowi ołowianego żołnierzyka, pogładził syna po głowie i wyszedł z zamku, aby przegonić nową klacz, którą nabył od lorda Worth.

 

Jednakże dwa lata później nie był już takiej dobrej myśli.

– Dlaczego on nie mówi? – zagrzmiał któregoś dnia.

– Sama nie wiem. – Bona załamała ręce.

– Co mu pani zrobiła?

– Nic nie zrobiłam!

– Gdyby wypełniała pani swoje obowiązki należycie, to on… – Tu książę pokazał gniewnie palcem na syna. – To on już dawno by mówił.

Simon ćwiczył pisanie liter przy swoim miniaturowym biurku i z zainteresowaniem przysłuchiwał się wymianie zdań.

– Niech to diabli, przecież ma już cztery lata! – ryknął książę. – Powinien umieć mówić.

– Umie już pisać – powiedziała szybko pani Hopkins. – Wychowałam pięcioro dzieci, a ani jedno nie zasmakowało w literkach tak bardzo jak panicz Simon.

– Dużo mu przyjdzie z tego pisania, jak nie będzie umiał mówić. – Hastings odwrócił się do chłopca, a w jego oczach malowała się furia. – Niech cię diabli, powiedz coś!

Simon skulił się, a jego dolna warga zaczęła drżeć.

– Wasza Wysokość! – wykrzyknęła bona. – Dziecko się pana boi.

Hastings obrócił się na pięcie i popatrzył kobiecie w oczy.

– Może powinien się bać. Może potrzebuje dyscypliny. Kilka porządnych klapsów na pewno pomoże mu odzyskać głos. – Chwycił zakończoną srebrną rączką szczotkę, która służyła bonie do czesania Simona, i zamierzył się nią na syna. – Zmuszę cię do mówienia, ty głupi mały…

– Nie!

Pani Hopkins gwałtownie nabrała powietrza w płuca. Książę wypuścił szczotkę z ręki. Pierwszy raz w życiu usłyszał głos własnego dziecka.

– Co powiedziałeś? – szepnął ze łzami w oczach.

Dłonie chłopca zaciskały się w piąstki, a jego maleńki podbródek wysunął się do przodu.

– Nie b-b-b-b-b-b-b…

Twarz księcia zrobiła się trupio blada.

– Co on mówi?

Simon spróbował ponownie.

– N-n-n-n-n-n-n…

– Mój Boże – westchnął książę z przerażeniem. – On jest kretynem.

– Nie jest kretynem! – krzyknęła bona, obejmując chłopca i przytulając go do siebie mocno.

– N-n-n-n-n-n-n-nie b-b-b-b-b-b-bij – Simon odetchnął głęboko – mnie.

Hastings opadł na głęboki fotel przy oknie i wsparł głowę na rękach.

– Czym sobie zasłużyłem na taki los? Gdzie popełniłem błąd…

– Powinien pan chłopca pochwalić! – zwróciła mu uwagę bona. – Czekał pan cztery lata na to, żeby chłopiec się odezwał, a…

– A on okazał się idiotą! – ryknął książę. – Przeklętym małym idiotą, do diabła!

Simon się rozpłakał.

– Hastings będzie poczytywany za półgłówka – jęknął książę. – Tyle lat modliłem się o następcę, a teraz wszystko idzie na marne. Powinienem był się zgodzić, aby tytuł przeszedł na kuzyna. – Odwrócił się z powrotem w stronę chłopca. Simon popłakiwał z cicha i ocierał z oczu łzy, starając się jednak nadrabiać miną. – Nie mogę nawet na niego patrzeć. – Książę westchnął. – Nie mogę znieść jego widoku.

I z tymi słowy sztywnym krokiem opuścił pokój.

Bona Hopkins jeszcze mocniej przygarnęła chłopca do siebie.

– Wcale nie jesteś idiotą – szepnęła gorączkowo. – Jesteś najmądrzejszym chłopcem na świecie. Kto jak kto, ale ty na pewno nauczysz się prawidłowo mówić.

Simon wtulił się w ciepłe ramiona opiekunki i rozpłakał na dobre.

– Już my mu pokażemy – oświadczyła pani Hopkins. – Wepchnę mu te słowa z powrotem do gardła, nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobię.

Pani Hopkins dotrzymała słowa. Podczas gdy książę Hastings mieszkał w Londynie i próbował udawać, że nie ma syna, bona każdą wolną chwilę spędzała z Simonem, wymawiając głośno poszczególne sylaby i wyrazy, obsypując go szczodrze pochwałami, ilekroć udało mu się coś wymówić prawidłowo, i nie żałując mu słów otuchy, kiedy popełnił jakiś błąd.

Wprawdzie nauka przebiegała w wolnym tempie, mowa dziecka jednak stale się poprawiała. Zanim chłopiec ukończył szósty rok życia, „n-n-n-n-n-n-n-nie” brzmiało „n-n-nie”, a nim skończył ósmy, potrafił wymawiać bez zająknięcia całe zdania. Zacinał się w chwilach silnego wzruszenia, toteż pani Hopkins musiała mu często przypominać, że powinien się uspokoić i opanować, jeśli chce wypowiadać słowa w jednym kawałku.

Ale Simon był zdeterminowany, mądry, a co chyba najważniejsze, piekielnie uparty. Nauczył się wciągać głęboko powietrze do płuc i przed każdą wypowiedzią powtarzać w myślach poszczególne słowa. Zawsze badał dotykiem wargi, kiedy mówił bezbłędnie, i starał się dokonać analizy tego, co poszło źle, kiedy mu się nie udawało.

Wreszcie pewnego dnia, w jedenastym roku życia, stanął przed panią Hopkins, chwilę zbierał myśli, po czym oznajmił:

– Myślę, że nadszedł czas, abyśmy pojechali odwiedzić ojca.

Bona podniosła gwałtownie wzrok. Książę od siedmiu lat ani razu nie widział syna. Prócz tego nie odpisał na żaden z listów, jakie Simon do niego wysłał.

A wysłał ich niemal sto.

– Jesteś tego pewny? – zapytała.

Chłopiec skinął głową.

– No cóż, a więc dobrze. Zamówię powóz. Jutro rano pojedziemy do Londynu.

Podróż zajęła półtora dnia, a nim powóz zatrzymał się przy Basset House, było już późne popołudnie. Kiedy Hopkins prowadziła Simona schodami do wejścia, chłopiec ze zdumieniem przyglądał się zatłoczonej londyńskiej ulicy. Żadne z nich nie było wcześniej w Basset House, dotarłszy zatem do frontowych drzwi, bona nie sądziła, aby można było zrobić cokolwiek innego, niż zapukać.

Po kilku chwilach drzwi otwarły się na oścież i zobaczyli przed sobą dość postawnego kamerdynera, który skarcił ich surowym spojrzeniem.

– Zaopatrzenie – oznajmił groźnie, sięgając po klamkę – odbywa się tylnym wejściem.

– Chwileczkę! – rzuciła Hopkins, blokując stopą drzwi. – My nie należymy do służby.

Służący z pogardą obrzucił wzrokiem strój guwernantki.

– To znaczy, ja tak, ale on nie. – Chwyciła Simona za rękę i wypchnęła go do przodu. – To jest lord Clyvedon i lepiej będzie, jak potraktujecie go z szacunkiem.

Kamerdyner dosłownie rozdziawił usta i zamrugał kilka razy, po czym powiedział:

– O ile wiem, lord Clyvedon umarł.

– Co? – wyskrzeczała pani Hopkins.

– Z całą pewnością nie umarłem! – zaprotestował Simon głośno, dając wyraz oburzeniu, na jakie stać było jedenastolatka.

Służący obrzucił go badawczym spojrzeniem i poznawszy w jednej chwili charakterystyczną postawę Bassetów, wprowadził przybyszy do środka.

– Dlaczego sądziliście, że u-umarłem? – zapytał Simon. Przeklinał siebie w duchu za jąkanie, choć wcale się temu nie dziwił. Zawsze istniało ryzyko, że może się zaciąć, gdy się zdenerwuje.

– Nie mnie o tym mówić – oświadczył kamerdyner.

– Wprost przeciwnie – odparła bona. – Nie możecie mówić takich rzeczy chłopcu w jego wieku i pozostawić bez wyjaśnienia.

Kamerdyner milczał przez chwilę, po czym odrzekł:

– Jego Wysokość nie wspominał o paniczu od lat. Słyszałem, jak oświadczył, że nie ma już syna. Mówił to z bardzo posępną miną, więc nikt nie pytał o szczegóły. Wszyscy… to znaczy służba… doszliśmy do wniosku, że już nie żyjesz.

Simon poczuł, że coś chwyta go za gardło.

– Przecież musiałby nosić żałobę – naciskała pani Hopkins. – Nie pomyśleliście o tym? Jak mogliście dojść do wniosku, że chłopiec nie żyje, skoro jego ojciec nie nosił żałoby?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Jego Wysokość bardzo często nosi się na czarno. Żałoba nie zmieniłaby nic w jego ubiorze.

– To oburzające – powiedziała Hopkins. – Żądam, abyście natychmiast zawezwali tu Jego Wysokość.

Simon milczał. Zbyt dużo wysiłku wkładał w to, aby się opanować. A musiał się uspokoić. Krew w nim kipiała tak bardzo, że w tym stanie nie mógłby rozmawiać z ojcem.

Kamerdyner skinął głową.

– Jest na górze. Powiadomię go niezwłocznie o waszym przyjeździe.

Bona zaczęła gorączkowo przemierzać hol, mamrocząc pod nosem inwektywy pod adresem Jego Wysokości i wykorzystując do tego celu najbardziej wulgarne wyrazy ze swego zaskakująco bogatego repertuaru. Simon pozostał na środku holu; ciężko dyszał, a jego ramiona zwisały bezwładnie z obu stron ciała. Potrafisz to zrobić, krzyczał do siebie w myślach. Potrafisz to zrobić.

Pani Hopkins podeszła do niego. Widząc, że chłopiec stara się uspokoić, westchnęła z ulgą.

– Tak, właśnie o to chodzi – rzuciła, klękając na oba kolana i ujmując jego dłonie w swoje. Lepiej niż ktokolwiek wiedziała, co się stanie, gdy Simon spróbuje stawić czoło ojcu, zanim zdąży się opanować. – Głęboko oddychaj. I pamiętaj, najpierw musisz powtórzyć w myślach wszystkie słowa, które chcesz wypowiedzieć. Jeśli zdołasz…

– Widzę, że ciągle rozpieszczasz chłopaka – rozległ się władczy głos od strony drzwi.

Pani Hopkins wyprostowała się i odwróciła powoli. Próbowała znaleźć w myślach wyrazy uszanowania. Usiłowała wymyślić cokolwiek dla załagodzenia tej okropnej sytuacji. Lecz kiedy popatrzyła na księcia, ujrzała w nim Simona, i w jej duszy na nowo rozgorzała wściekłość. Książę może i przypominał wyglądem swego syna, lecz w żadnym wypadku nie był dla niego ojcem.

– Jesteś pan, Wasza Wysokość – wypaliła – podły.

– A ty, moja pani, jesteś zwolniona.

Bona aż się zatoczyła do tyłu.

– Nikt się nie odzywa do księcia Hastings w taki sposób! – ryknął. – Nikt!

– Nawet król? – zadrwił Simon.

Hastings odwrócił się na pięcie, w ogóle nie zwróciwszy uwagi na to, że jego syn wypowiedział się płynnie i wyraźnie.

– Ty… – warknął stłumionym głosem.

Simon skinął nieznacznie głową. Zdołał poprawnie wymówić jedno zdanie, tyle że było ono krótkie. Wolał więcej nie kusić losu. Nie, kiedy był tak zdenerwowany. Zwykle potrafił nie jąkać się przez kilka dni z rzędu, teraz jednak… Wyraz oczu ojca sprawił, że Simon poczuł się smarkaczem. Smarkatym idiotą.

I nagle język stanął mu kołkiem. Książę uśmiechał się okrutnie.

– Co masz do powiedzenia od siebie, chłopcze? No? Co masz do powiedzenia?

– Wszystko jest dobrze, Simonie – szepnęła pani Hopkins, rzucając księciu wściekłe spojrzenie. – Nie pozwól mu wytrącić się z równowagi. Potrafisz to zrobić, mój słodziutki.

Ale w dziwny sposób zachęcający ton kobiety pogorszył tylko sprawę. Simon przyjechał tu, żeby przekonać ojca do siebie, natomiast bona traktuje go jak niemowlę.

– Co się stało? – zakpił książę. – Zapomniałeś języka w gębie?

Mięśnie Simona napięły się tak bardzo, że chłopiec zaczął dygotać.

Ojciec i syn spoglądali na siebie przez pewien czas, który dłużył się jak sama wieczność, aż wreszcie książę zaklął i sprężystym krokiem ruszył w stronę drzwi.

– Jesteś moją największą klęską – syknął przez zęby do syna. – Nie wiem, za jakie grzechy zostałem tobą ukarany, ale niech mnie Bóg ma w swej opiece, jeśli kiedyś jeszcze skieruję na ciebie mój wzrok.

– Wasza Wysokość! – Pani Hopkins nie posiadała się z oburzenia. – Nie godzi się tak mówić do dziecka.

– Niech mi się nie pokazuje na oczy! – zagrzmiał do niej. – Możesz zachować posadę, tylko trzymaj go jak najdalej ode mnie.

– Zaczekaj!

Na dźwięk głosu Simona książę odwrócił się powoli.

– Powiedziałeś coś? – wycedził.

Simon wziął trzy długie oddechy przez nos, usta miał wciąż zaciśnięte ze złości. Zmusił mięśnie do rozluźnienia się i potarł językiem podniebienie. Próbował sobie przypomnieć, jak to jest, kiedy się mówi płynnie. Wreszcie, gdy książę miał już ponownie go odprawić, chłopiec otworzył usta i rzekł:

– Jestem twoim synem.

Simon usłyszał, że pani Hopkins odetchnęła z ulgą, i zobaczył w oczach ojca dziwny błysk, jakiego nigdy przedtem u niego nie widział. Błysk dumy. Był on niezbyt wyraźny, niemniej w oczach starego księcia na pewno coś zaiskrzyło. Coś, co dawało Simonowi promyk nadziei.

– Jestem twoim synem – powtórzył, tym razem nieco głośniej – i nie jestem d…

Nagle jego gardło się zacisnęło. Ogarnęła go panika. Potrafisz to zrobić, potrafisz to zrobić, powtarzał w myślach.

Wciąż jednak czuł ucisk w gardle, język miał sztywny, a tymczasem oczy ojca poczęły się zwężać…

– Nie jestem d-d-d…

– Wracaj do domu – powiedział książę cicho. – Tu nie ma dla ciebie miejsca.

Simon poczuł odrzucenie przez ojca w każdej części swojego ciała; czuł, że przeszywa go dziwny ból, który stopniowo zaczyna ścinać mu w sercu krew. A gdy nienawiść opanowała go całkowicie, chłopiec złożył w duszy uroczystą przysięgę.

Skoro nie może być synem, jakiego pragnie ojciec, to na Boga, stanie się jego absolutnym przeciwieństwem.