Życie modelki

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Julia James
Życie modelki

Tłumaczenie:

Barbara Górecka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Angelos Petrakos delektował się drogim winem ze znakomitego rocznika. Powiódł wzrokiem po gwarnej sali modnej restauracji w Knightsbridge, na moment tracąc skupienie, z jakim słuchał słów towarzyszącego mu mężczyzny.

Poczuł, że ktoś mu się przygląda. Kobieta. Ciekawe, czy zainteresował ją jako człowiek, czy też raczej bajecznie bogaty właściciel potężnej międzynarodowej korporacji?

Jego owdowiały ojciec nie potrafił uczynić takiego rozróżnienia. Obdarzony wyjątkowym wyczuciem w interesach, co rusz padał ofiarą chciwych bogactwa i wpływów młodych piękności. Syn otrzymał wtedy ważną lekcję. Postanowił nie ulegać pokusom i ściśle rozdzielać przyjemności od interesów. Nigdy nie pozwolił się wykorzystać obdarzonej urodą i ambicją kobiecie.

Dalej wodził wzrokiem po sali, przysłuchując się teraz uważniej wywodom towarzysza. Wtem mocniej ścisnął wysmukły kieliszek. Po przeciwnej stronie pod ścianą dostrzegł profil kobiety. Zamarł, po czym powoli odstawił wino. Nie odrywał od niej stalowego spojrzenia. Po chwili uprzejmym tonem przerwał dywagacje gościa, przeprosił i wstał od stołu. Płynnym krokiem ruszył ku swej ofierze.

Thea podniosła szklankę w geście toastu i skosztowała wody mineralnej. Nigdy nie piła alkoholu, nie uległa więc namowom Gilesa, który proponował jej wyborne chablis. Nie chodziło o puste kalorie; alkohol był po prostu niebezpieczny.

Giles spojrzał na nią z nieśmiałością w oczach. Nerwy Thei były napięte do ostateczności. Niech już wreszcie to powie… Tak długo i ciężko pracowała na tę chwilę.

– Thea… – zaczął Giles z determinacją.

Na stolik przykryty obrusem z adamaszku padł długi cień.

Angelos pomyślał, że to dziwne, że rozpoznał ją bez wahania po blisko pięciu latach. To była ona, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Poczuł przypływ wzruszenia, za co natychmiast skarcił się w duchu.

Na twarzy Thei spoczęło ciężkie spojrzenie czarnych oczu. Przez moment widział ją taką, jaka pragnęła ukazać się światu.

Była wprost oszałamiająco piękna. Każdy mógł stracić dla niej głowę.

Wyglądała teraz inaczej, niż zapamiętał. Jasne, lśniące jak jedwab włosy upięła na karku w kształtny kok, makijaż był tak subtelny, jakby się nie umalowała, w uszach połyskujące kolczyki z pereł, satynowa suknia w kolorze szampana z długim rękawem i skromnym dekoltem.

Z wysiłkiem stłumił śmiech. Szykowna, stonowana, była teraz tak odmieniona! Nie do poznania! Oto potęga iluzji.

Podniosła głowę i zobaczył w jej oczach cień przestrachu. Niemal od razu odzyskała opanowanie, co było godne podziwu. Piękna twarz przybrała maskę doskonałej obojętności na widok „nieznajomego”.

Czuł dla niej podziw zmieszany z… nie był pewien, jak to określić. Przez pięć długich lat to uczucie tkwiło w nim głęboko ukryte. Niegdyś wrzące jak lawa, zastygło w litą bazaltową skałę. Aż do tej chwili.

Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął wizytówkę i rzucił przed nią na stół.

– Zadzwoń do mnie – rzucił obojętnym głosem.

Zanim wrócił do stolika, wykonał krótki telefon.

– Blondynka. Chcę mieć jej pełne dossier, kiedy wieczorem wrócę do siebie. – Po sekundzie wahania dodał: – Oraz jej lubego.

Wsunął aparat do kieszeni i zajął miejsce przy stole. Z miłym uśmiechem poprosił gościa o kontynuowanie tematu.

– Thea? Zechcesz mi to wytłumaczyć? – W charakterystycznym dla klas wyższych akcencie Gilesa brzmiało rozbawienie.

Podniosła wzrok. Była wyraźnie wzburzona.

– Angelos Petrakos – przeczytał Giles z eleganckiej kremowej wizytówki.

To nazwisko wyłoniło się nieoczekiwanie z niekończących się czeluści czyśćca. Pięć długich lat…

Początkowa fala szoku przerodziła się w dławiącą panikę. Thea zwalczyła ją z niesłychanym wysiłkiem, odzyskując wreszcie zbawcze opanowanie. Wprawdzie kruche, ale tyle na razie wystarczy. Musiała sobie poradzić.

Dam radę, powtarzała te słowa jak znajomą mantrę. Przywykła do nich przez wszystkie trudne lata. Dzięki nim osiągnęła to, co miała.

Zmusiła się, by skupić wzrok na szczerym obliczu Gilesa. Był uosobieniem jej najskrytszych pragnień i tęsknot. Jeszcze nie wszystko stracone… Zadrżała pod wpływem nowego ataku paniki. Giles popatrzył za oddalającym się intruzem.

– Ewidentny brak dobrych manier – orzekł z dezaprobatą.

Thea zdusiła śmiech rosnący w gardle. Spodziewać się dobrych manier po Petrakosie, który pięć gorzkich lat temu nazwał ją… Nakazała sobie nie myśleć o tym, nie wspominać nawet przez chwilę!

Giles coś do niej mówił. Zmusiła się do słuchania, byle tylko nie rozpamiętywać, co się właśnie zdarzyło. Angelos Petrakos, człowiek, który ją zniszczył, wyrządził jej liczne krzywdy, objawił się na powrót niczym złowrogi demon z dna piekieł.

– Może chce cię zaangażować – rzekł Giles. – Przyznam, że zabrał się do tego niezbyt zręcznie… No cóż, nie mówmy już o tym. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Zanim ten gbur nam przeszkodził, zamierzałem zapytać, czy zechcesz… – urwał i chrząknął niepewnie.

Thea zamarła ze wzrokiem utkwionym w siedzącym naprzeciw niej mężczyźnie.

– Czy zechcesz – podjął już spokojniejszym tonem – wyświadczyć mi ten zaszczyt i wyjść za mnie?

Przymknęła oczy, czując pieczenie łez pod powiekami oraz kosmiczną wręcz ulgę.

– Ależ z wielką chęcią, Giles – odrzekła miękkim, zdławionym ze wzruszenia głosem, kołysząc się na falach bezbrzeżnego ukojenia. Po raz pierwszy w życiu była całkowicie bezpieczna i nic – nikt! – nie mogło jej zagrozić.

Uspokojona oświadczynami odczuła pokusę posłania znienawidzonemu Grekowi buntowniczego spojrzenia. Wolała jednak, by sądził, że go nie rozpoznała. Był mimowolnym świadkiem jej triumfu, choć przecież nie mógł wiedzieć, co ją naprawdę spotkało i jak cudownie odmieni się teraz jej życie. Panika i szok ustąpiły miejsca złośliwej satysfakcji.

Nie pozwoliła mu zniszczyć sobie życia, a teraz zdobyła wszystko, na czym jej zależało. Idź do diabła, Petrakos! Wynoś się z mojego życia i nigdy nie wracaj!

Spojrzała w jaśniejące uczuciem oczy Gilesa, mężczyzny, którego niedługo miała poślubić.

Oczy Petrakosa były zimne jak lód.

Reszta wieczoru upłynęła spokojnie. Początkowa ulga i wdzięczność Thei zmieszały się z lekkim zaniepokojeniem. Wiedziała, że nie jest idealną parą dla Gilesa, ale zamierzała zrobić wszystko, by okazać się godną miana jego żony i nie zawieść pokładanych w niej nadziei. Złożył u jej stóp bezcenny dar i nie chciała, by kiedyś tego pożałował.

Powtórzyła w duchu swoje zaklęcie dodające jej sił i z uwagą słuchała słów Gilesa opowiadającego o pradawnej rodzinnej rezydencji Farsdale w Yorkshire, którą w przyszłości odziedziczy.

– Wiem, że mnie nie zawiedziesz – zapewnił z przekonaniem, ujmując ją za rękę. – Będziesz najpiękniejszą, najlepszą wicehrabiną w historii naszej rodziny!

Stojąc przy panoramicznym oknie w obszernym londyńskim apartamencie, Angelos spoglądał na ciemną wstęgę rzeki w dole. Odbijały się w niej światła pobliskich kamienic.

Wielu pragnęło zamieszkać w tej dzielnicy bogaczy, ale tylko nieliczni osiągnęli cel. Niełatwo było zdobyć klucz do sukcesu.

Najważniejsze były pieniądze. Przed bogatymi drzwi otwierały się same. Czasem jednak nie było to konieczne, bo liczyły się inne atrybuty. Oczy Angelosa zwęziły się niebezpiecznie. Zwłaszcza gdy się było kobietą.

Skorzystała ze starej i skutecznej metody, choć tym razem mierzyła wyżej niż w jego przypadku, o czym dobitnie świadczyło dossier.

„Szlachetnie urodzony Giles Edward St. John Brooke, jedyny syn piątego wicehrabiego Carriston z Farsdale w Yorkshire. Od roku regularnie widywany w towarzystwie obiektu z okazji rozmaitych wydarzeń. Według kolumn plotkarskich związek może się skończyć małżeństwem, o ile zgodzą się na to rodzice wyżej wymienionego, którzy woleliby widzieć u boku syna bardziej odpowiednią żonę”.

Angelos powtarzał w duchu ostatnie słowa. Ciekawe, czy wicehrabiostwo zebrali informacje na temat przyszłej żony dziedzica tytułu i majątku. Jeśli tak, to dowiedzieli się tylko tego, co jego własna ochrona.

„Thea Dauntry lat dwadzieścia pięć, modelka. Posiada trzypokojowe mieszkanie w Covent Garden. Narodowości brytyjskiej, urodzona w Maragui w Ameryce Środkowej. W wieku sześciu lat straciła zatrudnionych w organizacji charytatywnej rodziców, którzy zginęli tragicznie podczas trzęsienia ziemi. Po powrocie do kraju uczyła się i mieszkała w internacie szkoły pod auspicjami kościoła anglikańskiego. Po osiągnięciu pełnoletniości przez dwa lata podróżowała. W wieku dwudziestu jeden lat rozpoczęła karierę modelki. Obowiązkowa, bez nałogów. Brak innych relacji niż z Gilesem St. Johnem Brookiem. Nienotowana, żadnych skandali”.

Ogarnęła go furia. Odsunął się od okna i wrócił w głąb pokoju.

Nie mogąc zasnąć, Thea wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w ciemny sufit londyńskiego mieszkania. Z ulicy dochodziły stłumione o tej porze odgłosy, choć miasto nigdy nie usypiało. Znała je jak chroniczną chorobę, wszak spędziła tu całe życie. Ale nie w tym Londynie. Ten Londyn był odległy o lata świetlne od znanego jej niegdyś miasta, do którego już nigdy nie powróci.

Zresztą i tak niedługo opuści stolicę. Z radością zamieszka wśród smaganych wiatrem wrzosowisk Yorkshire i rozpocznie wytęsknione nowe życie. Na zawsze będzie bezpieczna.

Skuliła się na wspomnienie mrocznego cienia, który rzucił jej wizytówkę. Okrutny głos wyłonił się z trzewi przeszłości. Nie, przeszłość nie wróci. Nie mogła na to pozwolić.

 

Giles zadzwonił rano z propozycją wyjazdu do Farsdale, gdzie chciał wręczyć zabytkowy pierścionek zaręczynowy i przedstawić narzeczoną rodzicom. Thea wymówiła się sesją zdjęciową, przekonując, że będzie lepiej, jeśli sam powiadomi ich o oświadczynach.

Słoneczny poranek przegonił nocne troski. Czuła się lekka, jakby w jej żyłach płynął szampan zamiast krwi. Przeszłość umarła, by już nigdy nie powrócić. Przekonywała samą siebie, że objawiony nagle demon nie ma nad nią władzy. Co z tego, że przebywa w Londynie i rozpoznał ją bez wahania? Tym większy jej triumf, że wyrwała się z jego morderczych szponów i sama coś osiągnęła. Dokazała tego, co kiedyś jawiło się niemożliwością.

Nie pozwoli się znów strącić w otchłań.

Angelos postukiwał palcami w mahoniowy blat biurka. Z jego miny nie można było nic wyczytać. Naprzeciwko siedziała jego asystentka, czekając na instrukcje. Sporadycznie odwiedzał Londyn, bo wolał zarządzać swoim imperium z drugiej strony Kanału, miała więc rzadką okazję przyjrzeć mu się ukradkiem. Wysoki i barczysty, odziany w lekko połyskujący, szyty na miarę garnitur, emanował twardym męskim urokiem. O ciarki przyprawiało ją zwłaszcza spojrzenie czarnych, nieodgadnionych oczu i lekkie skrzywienie miękkich zmysłowych warg.

– Jesteś pewna, że nie było wczoraj żadnych innych telefonów?

– Tak, proszę pana – odparła spłoszona. – Tylko te, które zanotowałam.

Twarz Angelosa przybrała mroczny wyraz. Widocznie zależało mu na telefonie, którego nie było. Przelotnie pomyślała ze współczuciem o osobie, która naraziła się na niezadowolenie szefa.

O zmierzchu pewnego wczesnoletniego dnia Thea wracała do domu z biblioteki. Czuła się teraz o wiele spokojniejsza. Giles miał jutro wrócić do Londynu. Nie było powodu do obaw czy strachu. Zbliżając się do budynku, w którym mieszkała, kątem oka zauważyła zaparkowaną po przeciwnej stronie czarną limuzynę. Zważywszy na bliskie sąsiedztwo opery, uznała, że to szofer czeka na pracodawcę. Przystanęła przed wejściem z kluczem w ręku. Wtem usłyszała kroki za plecami i stanął przy niej jakiś mężczyzna. W ułamku sekundy wepchnął ją na klatkę schodową. Thea była jak sparaliżowana, ale szybko zadziałał instynkt samozachowawczy i odwróciła się na pięcie, gwałtownie unosząc kolano. Mężczyzna syknął i zgiął się w pół, lecz nim zdążyła zaprawić go łokciem w kark, została mocno popchnięta do tyłu. Z góry spojrzały na nią czarne bezlitosne źrenice. Przywarła do zimnej ściany.

Strach. Panika. I znacznie potężniejsze od nich niechęć i odraza.

– Jak zawsze dzika i nieobliczalna – wycedził Petrakos. – Poradzę sobie – dodał, mierząc wzgardliwym spojrzeniem wciąż trzymającego się za brzuch ochroniarza. – Na górę – zwrócił się do Thei.

– Idź do diabła – warknęła z nienawiścią. Nie spuszczając z niego zwężonych oczu, wyjęła z torebki komórkę. – Dzwonię na policję.

– Proszę bardzo – rzucił z fałszywą uprzejmością. – Prasa będzie miała sensację, z pewnością zainteresuje to czytelników w Yorkshire.

Ręka Thei opadła wzdłuż boku. Serce pompowało adrenalinę jak szalone. Musiała za wszelką cenę odzyskać kontrolę nad sytuacją. Wyprostowała się powolnym ruchem. Przyda się choćby złudzenie opanowania.

– Dlaczego tu przyszedłeś?

– Kazałem ci do mnie zadzwonić – wycedził.

– Ale po co?

– Omówimy to w twoim mieszkaniu. – Zobaczył, że się waha, i dodał: – Usłuchaj, to w twoim najlepszym interesie.

Bez słowa ruszyła na górę. Wiedział, dlaczego nie skorzystała z ciasnej windy. Poszedł za nią, napawając się gracją jej ruchów. Miała na sobie swetrową sukienkę, legginsy i krótkie kozaczki, strój z pozoru zwyczajny, ale kaszmir i najwyższej jakości miękka skóra świadczyły o luksusie. Nosiła go z elegancją, jak wiedział – wyuczoną, tak samo jak jej kulturalny akcent z wyższych sfer.

Wszystko w niej było kłamstwem, które zamierzał obnażyć.

– Słucham, mów – powiedziała, gdy weszli do mieszkania. Stanęła w postawie wojowniczej, podparta pod boki, z wysoko uniesioną brodą.

Przez chwilę mierzył ją uważnym spojrzeniem. Nie tyle się zmieniła, ile dojrzała jak wyborne wino. Nieśmiały podlotek stał się pięknością w rozkwicie kobiecości. Jej wdzięk porażał męskie zmysły.

W jego sercu wezbrało uczucie, lecz wiedział, że musi poskromić ten niewczesny wybuch. Taktyka dziewczyny była oczywista. Atakowała, żeby nie musieć się bronić, bo przecież nie miała niczego na swoją obronę. Pokazał jej posiadane atuty, wspomniawszy na dole o Yorkshire, a ona natychmiast pojęła skalę zagrożenia. Czy rozumiała, jak bardzo się przed nim odkryła, rezygnując z wezwania policji? Udowodniła, że jest całkowicie bezbronna.

Oczywiście nie zaprzestanie walki, choć jak zwykle było to daremne.

Wpatrywał się w nią oczami bez wyrazu. Niczego nie przyspieszał. Pozwalał, by rosło w niej napięcie. Po długiej chwili powiódł wzrokiem po gustownie urządzonym saloniku.

– Powodzi ci się, jak widzę. – To mógł jej przyznać, ale nic więcej.

Skinęła niemo głową.

– Ale to nie koniec twoich planów na przyszłość. Czy naprawdę wierzysz – spytał z jawną drwiną – że Giles Brooke ożeni się z kimś twojego pokroju?

– Już przyjęłam jego oświadczyny – wycedziła przez zaciśnięte zęby i poczuła, że zemsta naprawdę jest słodka.

Z lubością patrzyła, jak twarz mu mrocznieje, a z oczu wyziera zimna wściekłość. Słodycz odpłaty była nieziemsko przyjemna.

Nagle twarz Angelosa stała się jak maska. Usiadł wygodnie na sofie, wyciągając przed sobą długie nogi i kładąc ramiona na oparciu. Widział po Thei, że niezbyt jej się spodobał ten brak skrępowania.

– Thea Dauntry – wyrzekł z namysłem, nie kryjąc drwiny. – Nazwisko wprost wymarzone dla żony prawdziwego arystokraty. Wielce szanowna pani Gilesowa Brooke, a w przyszłości wicehrabina Carriston – zaintonował śpiewnie, po czym zaległa złowroga cisza.

Żołądek Thei skurczył się boleśnie. Wiedziała, co zaraz nastąpi.

Wodził po niej wzrokiem, powoli, obraźliwie, a potem przemówił głosem przesyconym jadem:

– Powiedz mi, co Giles myśli o twoim małym sekrecie? Jak się zapatruje na znajomość… – przyszpilił ją złowrogim spojrzeniem – z niejaką Kat Jones…?

Mur odgradzający przeszłość od teraźniejszości runął z bezgłośnym hukiem. Zalała ją cuchnąca fala brudnych wspomnień.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kat przeskakiwała po dwa stopnie ruchomych schodów, nie przejmując się, że potrąca innych pasażerów metra. Musiała biec, bo była już mocno spóźniona. Głos wewnętrzny szeptał, że to nie ma znaczenia, że ta eskapada jest jedynie stratą czasu. Tak samo powiedziała kobieta z agencji, która zawsze mierzyła ją karcącym spojrzeniem.

Czuła się niedomyta. Nic dziwnego, skoro w ciasnej norze, zwanej stanowczo na wyrost „mieszkaniem”, miała do dyspozycji tylko zlew z zimną wodą. Niekiedy korzystała z pryszniców na publicznym basenie. Marzyła, że pewnego dnia będzie właścicielką przestronnej jasnej łazienki z wanną i kabiną prysznicową. Lista rzeczy, które „pewnego dnia” staną się jej własnością, była znacznie dłuższa, dlatego potrzebowała tej pracy. O ile zdoła wyróżnić się w tłumie pełnych nadziei kandydatek, a potem zdobędzie inne zlecenia.

Nie miała łatwego życia. Nie znała ojca; facet nie miał pewnie pojęcia, że ma córkę, bo nie interesowało go, jak radzą sobie liczne kobiety, z którymi sypiał. Matce odebrano prawa rodzicielskie po tym, jak pracownice opieki społecznej znalazły pięcioletnią Kat głodną, brudną i posiniaczoną. Jak przez mgłę pamiętała wrzask pijanej matki, kiedy zabierano ją do domu dziecka. Inne wspomnienia szczęśliwie się zatarły.

W sierocińcu nie potrafiła się odnaleźć, nie chciała się uczyć, była często karana za krnąbrność i nieposłuszeństwo.

Gdy skończyła osiemnaście lat, jej życie uległo całkowitej odmianie, uzyskała bowiem dostęp do informacji o swoim pochodzeniu. Bardzo dobrze pamiętała tę chwilę. Kurczowo ściskała w dłoniach plik kartek zapisanych urzędowym językiem.

„Ojciec – nieznany. Matka – notowana za prostytucję i narkotyki, odmowa kuracji odwykowej. Zmarła wskutek przedawkowania w wieku dwudziestu trzech lat”.

Żółć podeszła jej do gardła na myśl o kobiecie, którą ledwie pamiętała. We wspomnieniach zachowały się krzyki i bicie, samotność i głód, gdy matka znikała na całe dnie z domu. Narkotyki kochała bardziej niż córkę.

Następny akapit dotyczył rodziców matki.

„Ojciec – nieznany. Matka – prostytutka i alkoholiczka. Zginęła w wypadku samochodowym w wieku dwudziestu lat. Córka zabrana do domu dziecka”.

Przeszedł ją zimny dreszcz. Dokumenty wydały jej się świadectwem klątwy, przechodzącej z matki na córkę, z pokolenia na pokolenie. Powoli podniosła głowę, oczy jej płonęły. Rosło w niej twarde jak skała postanowienie, że uczyni wszystko, by wyrwać się ze szponów złego losu.

W piekielną otchłań mogły ją ściągnąć dwie rzeczy – alkohol i narkotyki. Była pewna, że właśnie przez to jej matka i babka stały się prostytutkami. Seks także należało wykluczyć, bo jego skutkiem były niechciane dzieci, samotne macierzyństwo, skazanie na pomoc opieki społecznej. Postanowiła nie dopuścić tych trzech trucizn do swojego życia.

Odtąd miała się kierować wyłącznie rozsądkiem i stawiać sobie kolejne życiowe cele. Drogą do ich osiągnięcia była ciężka praca. Co jednak mogła robić, skoro nie miała wykształcenia? Odpowiedź pomogła jej znaleźć Anna, młoda Polka poznana w noclegowni dla bezdomnych, gdzie Kat dostała pokój. Jej ojciec był emerytowanym górnikiem, bezrobotna matka chorowała na gruźlicę. W domu było ośmioro młodszego rodzeństwa, którym dziewczyna musiała się zajmować.

– Powinnaś zostać modelką – powiedziała do Kat. – Jesteś ładna i zgrabna.

– Tysiące dziewczyn chcą się na to załapać – odparła Kat zdawkowo.

– I co z tego? Niektórym się udaje, więc dlaczego nie tobie?

Kat przyjrzała się sobie w lustrze. Była wysoka i bardzo szczupła. Miała duże niebieskoszare oczy, owalną twarz, wydatne kości policzkowe, prosty nos, pełne wargi. Nie używała makijażu. Nie chciała się podobać i unikała mężczyzn jak zarazy. Postanowiła spróbować, a nuż jej się uda?

Anna twierdziła, że Kat musi mieć portfolio, choć to spory wydatek. Żeby zarobić pieniądze, Kat pracowała sześć dni w tygodniu w sklepie z obuwiem, po czym co wieczór kelnerowała w kawiarni. Była posłuszna, punktualna i uprzejma. Oszczędzała każdy zarobiony grosz.

W ciągu pół roku zarobiła dość, żeby zapłacić za profesjonalnie wykonane portfolio. Anna poleciła jej znajomego fotografa, Mike’a. Facet nie przypadł jej do gustu, ale postanowiła nie grymasić. Stanowczo zaprotestowała jednak, gdy kazał jej się rozebrać, żeby „ocenić figurę”. Sesja ciągnęła się w nieskończoność; Anna pomagała jej się przebierać, poprawiała makijaż i fryzurę. Mike popychał ją niby lalkę, ustawiając w coraz to innej pozie. Znosiła to z pokorą, wiedząc, że taka jest rola modelki – ma być manekinem, a nie osobą. Uznała, że lepiej zawczasu do tego przywyknąć.

Oniemiała, gdy Mike pokazał jej w końcu gotowe fotosy. Z trudem rozpoznała siebie w piękności o ogromnych wyrazistych oczach i zmysłowych ustach. Wyglądała wprost fantastycznie. Wylewnie podziękowała Annie.

Nie dostrzegła dziwnego wyrazu jej oczu.

Następnego dnia wzięła wolny dzień i z bijącym sercem zaniosła portfolio do agencji modelek. Ku jej radości od razu ją przyjęli. Nie oznaczało to bynajmniej, że teraz wszystko pójdzie jak po maśle. Konkurencja była duża, a zleceń wcale nie tak znowu wiele, zwłaszcza tych lukratywnych. Takich jak to, na które się właśnie spieszyła. Casting odbywał się w hotelu Park Lane, a sama sesja w Monte Carlo, na tle jachtów cumujących przy nabrzeżu. Biegnąc do hotelu, poczuła dreszcz podniecenia. Jeszcze nigdy nie była za granicą!

Chciała jak najprędzej znaleźć się w lobby. Nie zwróciła uwagi na czarną limuzynę, do której podszedł odźwierny, by otworzyć tylne drzwi, ani na jej pasażera. Spostrzegła tylko, że facet zastawił jej drogę.

– Przepraszam! – wysapała, chcąc go wyminąć i wpaść w obrotowe drzwi.

Mężczyzna spojrzał na nią z góry, nie ruszając się z miejsca. Zmierzyła go wzrokiem. Wysoki, czarnowłosy i opalony, w drogim ciemnym garniturze. Świdrował ją groźnym spojrzeniem.

Jej puls przyspieszył, tylko dlatego, że była spóźniona, a facet blokował jej wejście. Nie było innej przyczyny.

– Zamierza pan się stąd ruszyć czy nie? – wypaliła zniecierpliwiona. – Zechciałby mnie pan wpuścić łaskawie do tego przeklętego hotelu? – dodała z drwiącą uprzejmością.

 

Czarne oczy błysnęły. Mężczyzna odstąpił bez słowa, jedynie gestem pokazując, że przepuszcza ją przed sobą. Było w tym jawne lekceważenie, co zupełnie jej się nie spodobało. Znalazłszy się w drzwiach, rzuciła przez ramię z jadowitą słodyczą:

– Ogromnie dziękuję. Wielce pan łaskaw, doprawdy!

Znowu ten nieprzyjemny błysk oczu. Pchnęła drzwi i wkroczyła do wyłożonego marmurem lobby.

– Co za idiota! – wymamrotała pod nosem i pognała do sali, w której odbywał się casting.

Kłębiący się tłum ślicznych dziewczyn jak zwykle wprawił ją w przerażenie. Chwilowo nastąpiła przerwa, a zebrani wokół stołu faceci w garniturach zajęli się dokonywaniem wyboru kandydatek. Kat niepewnie rozejrzała się po sali. Czuła się nie na miejscu, dziwnie wyobcowana. Powtarzała sobie, że już niedługo pozna werdykt. Wiedziała, że nie należy do mocnych kandydatek. Nie nadawała się do sesji na tle drogich jachtów, to nie był jej styl, bo wyglądem przypominała raczej miłą i sprytną dziewczynę z sąsiedztwa. Czuła, że brakuje jej manier i klasy, w przeciwieństwie do szczupłych piękności o arystokratycznym pochodzeniu, które miały odpowiedni akcent, znały się z ekskluzywnych szkół z internatem i traktowały modeling jak hobby.

Wreszcie narada przy stole zakończyła się i szykownie ubrana kobieta w średnim wieku zaczęła czytać listę nazwisk.

Kat na niej nie było.

Nie przejęła się tym zbytnio, bo rozczarowanie było niejako wpisane w ten zawód. Dziewięć roześmianych szczęściarek podbiegło do stołu, a reszta dziewczyn zaczęła się zbierać do wyjścia.

Wtem otworzyły się drzwi po przeciwnej stronie sali i pojawiła się w nich władcza postać. Natychmiast rozpoznała zawalidrogę, na którego napatoczyła się przed hotelem. Po sposobie, w jaki garniturowcy, w tym dwie kobiety, zerwali się na jego widok, oceniła, że to ktoś ważny. Nie zdziwiło jej to; kosztowne ubranie i władcze maniery właśnie o tym świadczyły.

W duchu ucieszyła się, że nie została wybrana, skoro ten facet miał coś wspólnego z tą sesją. Nie wątpiła, że wywarła na nim fatalne wrażenie, odszczekując mu się przez ramię. Zgarnęła rzeczy i wstała.

Powiódł wzrokiem po sali i zatrzymał go na niej. Być może sprawdzał, czy jego ludzie wybrali najodpowiedniejsze modelki. I tak jej to nie dotyczyło. Ruszyła w stronę drzwi.

Za sobą usłyszała dźwięczny głos jednej z kobiet.

– Ty: krótkie blond włosy, zielona sukienka. Zaczekaj!

Kat odwróciła się powoli. Kobieta przywołała ją niecierpliwym machnięciem.

– Kat Jones, prawda?

Skinęła głową, mimo woli zerkając na wysokiego ważniaka. Nie spuszczał z niej oczu. Z tej odległości nie potrafiła z nich niczego wyczytać, ale nagle poczuła się niezręcznie. Ruszyła w jego stronę.

Angelos Petrakos krytycznie obserwował dziewczynę. Spoglądała nieufnie, zapewne żałując swojego występu przed hotelem. Za chuda jak dla niego, chociaż bardzo ładna i zgrabna, nie lubił jednak krótkich rozczochranych włosów. Zdecydowanie wolał klasyczną elegancję.

Zmrużył z namysłem oczy. Miała w sobie coś wyjątkowego…

Ujrzał niechęć w jej wzroku, jakby jej się nie podobało, że ktoś ją ogląda. Dziwne, przecież była modelką, na tym polegała jej praca. Zresztą kobiety na ogół lubiły, gdy zwracał na nie uwagę, ustawiały się po ten przywilej w kolejce. Ta natomiast gotowa była drapać i gryźć niczym dzika kocica.

W sumie to bez znaczenia. Istotne było jedynie to, czy dziewczyna pasuje do zaplanowanej przez niego kampanii. Będzie się musiał zastanowić. Skinął głową dyrektorowi kreatywnemu agencji reklamowej, którą wynajął, i bez dalszych wyjaśnień polecił wpisać ją na listę. Dodał, że wybrane modelki mają się stawić w hotelu o siódmej wieczorem.

Potem szybkim krokiem wyszedł z sali.

Za pięć siódma Kat wyszła z hotelowej przebieralni w długiej wieczorowej sukni i pełnym makijażu. Była pewna, że wygląda dobrze, i powtarzała to sobie, mając nerwy napięte do ostateczności. Kupiona na wyprzedaży jedwabna kreacja spływała z ramion, miękko otulając szczupłe ciało. Cielisty kolor dobrze komponował się z bladością cery. Lekkie sandałki na niebotycznych szpilkach przydawały krokom sprężystości.

Zdenerwowanie Kat mieszało się z uczuciem, którego wolała na razie nie określać.

Znała już nazwisko władczego mężczyzny, wyjawione przez pracowników agencji reklamowej, gdy tylko opuścił salę. Nie był zwykłym właścicielem jachtu w Monte Carlo, lecz bajecznie bogatym carem międzynarodowego imperium biznesowego. No i dobrze, jeśli chce ją wynająć, to proszę, ale nie zamierzała się do niego przymilać.

Wciąż nie wiedziała, dlaczego kazał ją wpisać na listę. Ona jedna odróżniała się od reszty kandydatek. Po prawdzie niewiele ją to obchodziło, choć wolałaby reagować na jego obecność z doskonalszą obojętnością. Czuła się bezbronna pod jego spojrzeniem, a wcale tego nie chciała.

Przyspieszyła kroku i ruszyła na górę do wyznaczonej sali. Pozostałe dziewczyny już tam były, podobnie jak Pan Ważny, który rozmawiał z najważniejszym garniturowcem. Celowo omijając go wzrokiem, zajęła miejsce pod ścianą.

Angelos podniósł głowę i natychmiast zauważył dziewczynę, którą kazał wpisać na listę. Wyglądała prześlicznie. Nie rozumiał, dlaczego wywiera to na nim aż takie wrażenie, w końcu były tu same wybitne piękności, a jednak pragnął patrzeć wyłącznie na nią. Odróżniała się od modelek, jakich sobie zażyczył do kampanii promującej nową linię jachtów dla najbogatszych. Zajął miejsce za stołem i polecił, żeby dziewczyny przespacerowały się po sali.

Zaczęły paradować przed nim jak na wybiegu. Przyglądał im się uważnie, oceniał, po czym przeniósł wzrok na blondynkę. Od razu się najeżyła. Widać nie lubiła wypełniać poleceń, paradować na zawołanie, przechwalać się swymi wdziękami. Niechęć biła z każdej komórki ponętnego ciała.

– Wystarczy.

Dziewczyny wróciły pod ścianę. Dyrektor kreatywny nachylił się do klienta z sugestią, ale Petrakos powstrzymał go gestem, mierząc modelki chłodnym spojrzeniem.

– Ty, ty i ty – powiedział w końcu z twarzą bez wyrazu.

Wybrał blondynkę z włosami do pasa, brunetkę o wyglądzie królowej i Euroazjatkę o porcelanowej cerze, spełnienie fantazji każdego mężczyzny. Idealnie nadawały się do zaplanowanej kampanii.

Podjął kluczową decyzję, resztę zostawiając pracownikom. Mimo woli powędrował wzrokiem do krótkowłosej blondynki, stojącej nieco z boku grupki odrzuconych dziewcząt. Nie wyglądały na przejęte, szczebiocząc i śmiejąc się, podczas gdy trzy wybranki konferowały z ożywieniem z personelem agencji.

Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Przez chwilę stała nieruchomo, po czym ruszyła do drzwi. Patrzył za nią, nie słuchając, co mówi do niego dyrektor kreatywny, a potem wyszedł, żeby ją dogonić.

Zrównał się z nią przy schodach i ujął za ramię.

Stanęła jak wryta i odwróciła się na pięcie.

– Nie dotykaj towaru, słoneczko! – warknęła, na próżno próbując się wyswobodzić. Oczy ciskały błyskawice. Była w nich wrogość zmieszana z uczuciem, którego nie umiał nazwać.

– Mógłbym ewentualnie zatrudnić jeszcze jedną modelkę – powiedział i zwolnił uścisk. – Omówimy to w moim apartamencie.

– Wypchaj się – odparowała i ruszyła dalej, ale ją powstrzymał.

– Źle mnie zrozumiałaś – rzucił lodowatym tonem. – Chodzi mi tylko o to, czy pasujesz do mojej kampanii, to wszystko. – Skierował się do windy, nie oglądając się na nią. Był pewien, że pójdzie za nim.

Wsiadła i stanęła jak najdalej od niego, patrząc prosto przed siebie. Nieufna, ale zaciekawiona, co on może jej zaoferować. Złowił węchem delikatną woń jej perfum, świeżą, cytrusową. Uznał, że do niej pasuje.

W głowie Kat trwała gonitwa myśli. Dziś wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Najpierw gorycz porażki, potem radość, że jednak coś osiągnęła, a na koniec nieuchronne rozczarowanie. Mdliło ją ze zdenerwowania, nie tylko z chęci zdobycia dobrze płatnego zlecenia, lecz także z powodu bliskości tego mężczyzny. Miał w sobie coś, co wyjątkowo działało jej na nerwy. Tłumaczyła sobie, że to sposób, w jaki patrzy na nią ten arogant. Jakby była kawałkiem mięsa. Wszystko przez to, że tak bardzo zależało jej na posadzie, którą właśnie on mógł jej zaproponować.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?