Spotkajmy się w Paryżu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Julia James
Kathryn Ross
Sandra Field
Spotkajmy się w Paryżu

Tłumaczenie:

Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Monika Łesyszak

Natalia Wiśniewska

Julia James
Paryskie noce

Przełożyła

Małgorzata Hesko-Kołodzińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Markos Makarios spacerował sprężystym, spokojnym krokiem po placu przed katedrą Notre Dame. Choć wokół roiło się od turystów zapatrzonych na imponujący kościół, Markosowi to nie przeszkadzało. Wychodził z założenia, że od czasu do czasu warto się wmieszać w tłum. Wiedział jednak doskonale, że jego ochrona ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Taki i Stelios, dyskretnie podążający za nim, ani na moment nie tracili czujności. Mogą się odprężyć dopiero wtedy, gdy Markos ponownie wsiądzie do limuzyny.

Ciepły wrześniowy dzień był jednak zbyt ładny, by przesiadywać w samochodzie, co rusz utykającym w paryskich korkach. Markos nie miał zamiaru oglądać stolicy Francji przez przyciemniane szyby i studiować najnowszych doniesień od swoich bezpośrednich wysłanników z całej Europy. Dobrze się stało, że podążył za głosem instynktu i na Ile de la Cité zrezygnował z transportu kołowego. Zresztą miał większe szanse szybciej dotrzeć do Ile St Louis na piechotę niż autem.

Poza tym wcale nie śpieszyło mu się na następne spotkanie. Na myśl o tym, co go czeka, z trudem stłumił irytację. Musiał wybrać się na długi i męczący lunch w towarzystwie prezesa francuskiej spółki, z którym prowadził żmudne negocjacje.

Ziewnął z nudów, przypomniawszy sobie o obowiązkach. Znużenie stało się elementem jego codzienności, równie irytującym jak nieuchronny lunch. Zasadniczo nie powinien się nudzić. Był w kwiecie wieku – miał trzydzieści trzy lata, uprawiał sporty i wiódł życie, którego mógłby mu pozazdrościć chyba każdy mężczyzna na świecie. Luksusy miał zagwarantowane dzięki imponującemu majątkowi rodziny Makariosów.

Spokoju nie dawało mu tylko jedno: jego ojciec bezustannie, z uporem godnym lepszej sprawy, przypominał mu o konieczności przedłużenia dynastii Makariosów. Bogactwo, kosztowne nieruchomości na całym świecie, jacht na Morzu Śródziemnym i jeszcze jeden na Karaibach, prywatny odrzutowiec, za którego sterami sam siadał, jeśli miał ochotę, parking pełen najdroższych samochodów… No i dowolna liczba najpiękniejszych kobiet, gotowych spełniać każde jego życzenie. Słowem, żyć nie umierać.

A mimo to…

Ponownie poczuł dokuczliwy brak satysfakcji i radości z tego, co miał.

Musiał się z nim uporać. Koniecznie. Dla rozrywki czasem próbował udawać kogoś innego i tak właśnie postąpił teraz. Tym razem wcielił się w przeciętnego turystę i spacerował po najchętniej odwiedzanych miejscach Paryża.

Przerwał rozmyślania i podniósł wzrok na zachodnią ścianę najsłynniejszej katedry w mieście. Przed nim piętrzyły się dwie bliźniacze wieże, wykonane z błyszczącego kamienia z Caen, doskonale widział też wielkie witrażowe okno-rozetę i wysokie, łukowato sklepione wejścia. Turyści gawędzili we wszystkich językach świata, trzaskały migawki aparatów fotograficznych, grupy pozowały do zdjęć.

– Na litość boską, zostawcie mnie w spokoju!

Jego uwagę przykuł wysoki, zirytowany głos kobiecy, który dobiegał z prawej strony. Markos oderwał wzrok od katedry i zerknął w bok. Od razu zwrócił uwagę na dwa fakty. Po pierwsze, kobieta mówiła po angielsku, nie po francusku. Po drugie, była najpiękniejszą dziewczyną, jaką widział od bardzo długiego czasu.

Największe wrażenie zrobiły na nim jej włosy. Kaskada jasnorudych loków spływała po plecach nieznajomej, sięgając niemal do pasa. Ten widok na moment oszołomił Markosa, lecz po chwili oprzytomniał i popatrzył na twarz dziewczyny.

Wyglądała wspaniale, jakby właśnie zstąpiła z prerafaelickiego obrazu. Owalna twarz, blada, delikatna skóra, lśniące oczy i duże, zmysłowe usta. Brakowało jej tylko wewnętrznego spokoju, co rzucało się w oczy. Markos przetarł ręką czoło, rozbawiony swoimi refleksjami. O nie, ta kobieta nie była spokojna.

Rudowłosa piękność kipiała złością. Jej bursztynowe oczy miotały pioruny spoza długich rzęs, mocno zaciskała zęby.

Markos dopiero teraz zorientował się, co jest przyczyną jej wściekłości. Na drodze dziewczyny stało dwóch młodych mężczyzn, którzy uśmiechali się dwuznacznie. Co chwila zerkali na siebie porozumiewawczo, a jeden z nich przekonywał swoją ofiarę, że koniecznie powinna wypić z nimi drinka.

– Nie! – krzyknęła dziewczyna z naciskiem. – Dajcie mi spokój!

Drugi mężczyzna wyciągnął ku niej rękę i złapał ją za nadgarstek. Gwałtownie szarpnęła dłonią, lecz natręt tylko się roześmiał i ponowił nachalne zaproszenie. Najwyraźniej nie zamierzał jej puścić.

Markos błyskawicznie podszedł do rozgniewanej kobiety i wypowiedział kilka soczystych, wyjątkowo obraźliwych słów po angielsku pod adresem jej prześladowców. To wystarczyło, aby obaj znieruchomieli. Markos uśmiechnął się surowo, bez cienia wesołości.

Jeden z młodzieńców puścił nadgarstek dziewczyny, jakby go parzył, i w milczeniu pośpiesznie odszedł wraz ze swoim kompanem.

Merci, m’sieu.

Mówiła altem, z angielskim akcentem.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł Markos w jej ojczystym języku. Dzięki matce Angielce posługiwał się językiem Szekspira równie dobrze, jak greckim, wiedział jednak, że z wyglądu ani trochę nie przypomina Brytyjczyka.

Po minie dziewczyny poznał, że dostrzegła dysonans. Zauważył coś jeszcze. Patrzyła na niego uważnie, ale nie jak na natręta. Po chwili dodał:

– Obawiam się jednak, że na tych dwóch sprawa się nie skończy – zauważył. – Będzie pani musiała ponownie znosić zaczepki mężczyzn.

Jej oczy znów rozbłysły gniewem, a pełne usta wykrzywił grymas.

– Czemu po prostu nie odczepią się ode mnie? – burknęła.

To pytanie go szczerze rozbawiło. Rozłożył bezradnie ręce.

– Bo jesteśmy w Paryżu – oświadczył. – Tutejsi mężczyźni tak się zachowują. Uganiają się za pięknymi kobietami.

– To takie irytujące! – wykrzyknęła. – I na dodatek głupie. Dlaczego im się wydaje, że mają prawo podrywać dziewczyny na ulicy?

Markos przypatrywał się jej ze spokojem.

– Potrzebuje pani osobistej ochrony – oznajmił.

Bursztynowe oczy wpatrywały się w niego. Tym razem widniała w nich niepewność, a nie złość. Dziewczyna zacisnęła usta.

– Do widzenia – odezwała się nagle. – Dziękuję panu za wsparcie w trudnej sytuacji. – Ruszyła przed siebie.

Markos powiódł za nią wzrokiem. Pokonała może dwadzieścia metrów, kiedy zatrzymał ją wysoki i chudy Skandynaw z przewodnikiem w dłoni. Najpierw spytał ją o drogę, a następnie wskazał ręką katedrę, jakby prosił o towarzystwo przy zwiedzaniu. Dziewczyna pokręciła głową, jej gęste włosy zalśniły w promieniach słońca. Obeszła natręta i wpadła prosto na Murzyna, który najwyraźniej nie chciał przyjąć do wiadomości jej braku zainteresowania przygodnymi znajomościami.

Vanessa poczuła, że ogarnia ją niepohamowana wściekłość. Sytuacja była nie do zniesienia! Dopiero co przyjechała do Paryża, a już czuła się zaszczuta. Bez względu na to, czy stała, czy też spacerowała, mężczyźni zlatywali się do niej niczym pszczoły do ula. A przecież pragnęła tylko spokoju, bo chciała spełnić marzenie sprzed lat – obejrzeć wspaniałości najpiękniejszego miasta w Europie.

Va’t’en! – warknęła do mężczyzny, który ją teraz zagadywał. – Zjeżdżaj. Daj mi spokój!

– Angielka? – spytał i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Pokażę, jak robić dobrze.

Nagle usłyszała za sobą inny głos. Nie znała tego języka, lecz przed oczami stanęła jej twarz wybawiciela sprzed chwili. Odwróciła się gwałtownie.

Rzeczywiście, to był ten sam człowiek. Ten, który przepłoszył dwóch Francuzów. On zauważył, że są w Paryżu, i dodał, że powinna się przygotować na następne zaczepki. Nic dodać, nic ująć. Rzeczywiście, potrzebowała osobistej ochrony.

Jeszcze nigdy nie widziała równie atrakcyjnego mężczyzny.

Przypatrzyła mu się ponownie. Przystojny, ale nie Francuz, pomyślała. Był barczysty i wysoki, lecz emanował swoistą kontynentalną elegancją, wręcz zmysłową i oszałamiającą. Posługiwał się nieskazitelną angielszczyzną, choć miał bardzo ciemne włosy i śniadą karnację. Nie potrafiła określić jego narodowości. Rozmawiał z nią po angielsku, z Francuzami po francusku, a do tego delikwenta przemówił w bliżej nieokreślonym języku. Może po arabsku?

Skądkolwiek pochodził, był niesamowicie przystojny.

Vanessie przemknęło przez myśl, że nie wolno jej ulec urokowi tego mężczyzny. Co z tego, że się świetnie prezentował, skoro nic o nim nie wiedziała? Tylko tego brakowało, aby okazała choćby cień zachęty nieznajomemu.

Nawet jeśli dwa razy z rzędu wybawił ją z opresji.

Ciemnoskóry natręt znikł, jakby się zapadł pod ziemię. Vanessa odetchnęła z ulgą.

– Dziękuję – zwróciła się do wybawiciela. Usiłowała mówić bardzo oficjalnym tonem.

Nie wydawał się zniechęcony jej oziębłością.

– Naprawdę przydałby się pani jakiś ochroniarz – podkreślił uparcie. – Ci piekielni cudzoziemcy zachowują się tak, jakby wszystko im było wolno.

Vanessa spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich iskierki rozbawienia.

Są szare, pomyślała. Byłam pewna, że ma czarne oczy, a tymczasem są ciemnoszare.

To spostrzeżenie ją zdekoncentrowało, ale po chwili wzięła się w garść.

– Chce pan powiedzieć, że nie jest pan „tym piekielnym cudzoziemcem”?

 

– Podejrzewam, że jestem w większym stopniu Anglikiem niż pani – oświadczył wyniośle.

– Co takiego? – zdumiała się.

Wbił w nią spojrzenie ciemnoszarych oczu.

– Tylko Celtowie mają rude włosy – mruknął.

– Babcia Szkotka – przyznała Vanessa.

Coś dziwnego działo się z jej głosem. Brzmiał bardziej piskliwie niż zwykle, a w dodatku czuła się tak, jakby doskwierała jej lekka zadyszka. Przełknęła ślinę. Nie mogła tak stać i rozmawiać z kompletnie obcym mężczyzną, nawet jeśli dwukrotnie uratował ją przed niepożądanymi wielbicielami…

Poza tym odnosiła niepokojące wrażenie, że ten człowiek czyta w jej myślach.

– Nie musi pani być taka nieufna – zapewnił ją łagodnym tonem. – Jestem powszechnie szanowanym człowiekiem. Jeśli pani pozwoli… – Jego głos lekko się zmienił. – Z największą chęcią przejdę się z panią dookoła katedry, aby nikt pani nie zaczepiał. Jak rozumiem, zamierzała pani wykonać rundkę wokół świątyni…

Uśmiechnął się, a Vanessa przyłapała się na uważnym studiowaniu jego twarzy. Nie dostrzegła w niej nic niepokojącego. Rozmawiała ze zwykłym, uprzejmym mężczyzną.

Przygryzła wargę i oderwała wzrok od Markosa. Ta chwila nieuwagi wystarczyła, by nie dostrzegła w jego oczach błysku fascynacji, który być może dałby jej do myślenia. Gdy ponownie popatrzyła na rozmówcę, miał zupełnie neutralny wyraz twarzy.

To biznesmen, uświadomiła sobie. Ma na sobie garnitur, diabelnie elegancki, wyjściowy. Takie ubranie budziło szacunek.

Biła się z myślami. Zaproponował mi spacer dookoła katedry, nic więcej, powtarzała sobie. Nie sugerował nocy szalonego seksu, na miłość boską! Poza tym dowiódł, że potrafi trzymać na dystans tych wszystkich nachalnych natrętów…

Odetchnęła głęboko i uniosła głowę.

– Dziękuję – odparła. – To bardzo miło z pana strony.

Markos opuścił wzrok na gęste, rudozłote włosy dziewczyny odwróconej do niego plecami i zasłuchanej w informacje z audioprzewodnika. Przystojny Grek jeszcze nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji – dotąd nie musiał rywalizować o względy kobiety, zwłaszcza ze średniowiecznym kościołem. Inna sprawa, że mógł korzystać z okazji i do woli napawać się urodą dziewczyny, skupionej na kontemplacji wnętrza katedry Notre Dame.

Już po krótkiej chwili doszedł do wniosku, że mógłby bez końca gapić się na swoją towarzyszkę.

Była po prostu niepowtarzalna. Wszystko w niej zasługiwało na szczególną uwagę: fantastycznie gęste, długie włosy o osobliwej, słonecznorudej barwie, delikatny zarys szyi, łagodna linia szczęki, jedwabista, blada skóra. Nawet nie uświadamiała sobie, ile gracji kryje się w każdym ruchu jej kształtnego ciała. Na ustach Markosa zagościł uśmiech niedowierzania. Czy ta urocza osoba była szalona? Jak mogła zakładać, że ze swoim zapierającym dech w piersiach wyglądem będzie się przechadzała po Paryżu i nikt nie zwróci na nią uwagi? To oczywiste, że mężczyźni zlatywali się do niej niczym pszczoły do ula. Pomyślał ze skruchą, że i on dał się zauroczyć ślicznej nieznajomej.

Z niedowierzaniem pokręcił głową. Podrywanie panienek na ulicy nie było w jego stylu. Nawet dokuczliwa nuda nie usprawiedliwiała takiej lekkomyślności. Chociaż z drugiej strony… Ponownie przyjrzał się dziewczynie, od stóp do głów. Dla tej kwintesencji piękna warto było zrobić wyjątek.

Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Powabny zarys szczupłych bioder, cudowna wypukłość biustu, wąska talia, długie nogi. Wyglądała wyjątkowo nawet w ubraniu ze zwykłego, sieciowego sklepu z konfekcją. Markos dał się ponieść wyobraźni i w myślach ubrał śliczną nieznajomą w fatałaszki z kolekcji haute couture.

Nie zapomniał przyozdobić jej biżuterią, rzecz jasna. Paryż szczycił się najlepszymi jubilerami na świecie, ale w poszukiwaniu naprawdę niezwykłych świecidełek Markos mógł się zwrócić tylko do jednej osoby. Jego kuzyn, Leo Makarios, niedawno poinformował go, że wszedł w posiadanie fantastycznej kolekcji carskich klejnotów, które odnaleziono na terenie byłego Związku Radzieckiego. Któryś z rarytasów z przedrewolucyjnego skarbu z pewnością pasowałby do kobiety o tak niespotykanej urodzie.

Szafiry czy szmaragdy? Wyobraźnia Markosa galopowała, lecz wniosek musiał być tylko jeden: do tej dziewczyny pasowały wszystkie rodzaje kamieni, pod warunkiem że były najczystszej wody.

Chętnie osobiście udekorowałby ją biżuterią, a jeszcze chętniej odkryłby całą jej urodę we własnej sypialni.

Nagle i całkiem niespodziewanie jego życie nabrało rumieńców, i to za sprawą jednej dziewczyny. Nuda zniknęła całkowicie, a jej miejsce zajęła fascynacja potencjalną przygodą.

Vanessa wyciągnęła szyję ku imponującemu witrażowi. Nagrany na taśmę przewodnik opowiadał jej o datach i monarchach, a także przybliżał techniczne problemy związane z wytwarzaniem witraży w średniowieczu. Choć słuchała najuważniej, jak umiała, nie potrafiła się skupić, gdyż automatyczny przewodnik miał potężnego konkurenta.

Bezustannie musiała się powstrzymywać od zerkania na mężczyznę, który jej towarzyszył. Korciło ją, by sprawdzić, czy naprawdę jest tak przystojny, jak jej się wydawało. Choć pokusa była ogromna, Vanessa czuła, że musi ją przezwyciężyć. Przyjechała tutaj zwiedzić Paryż. Nie miała innych zamiarów.

Tę wyprawę obiecała sobie już wiosną, po pogrzebie dziadka, który od nieoczekiwanej śmierci babci przed trzema laty coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Vanessa wiedziała, że musi znaleźć sobie jakiś cel w życiu, aby przezwyciężyć ból po stracie bliskich osób.

Poczuła bolesne ukłucie w sercu. Po tragicznym w skutkach wypadku samochodowym, w którym zginęli rodzice Vanessy, jej wychowaniem zajmowali się dziadkowie. Nie pamiętała tej dramatycznej kolizji, była wówczas zbyt mała, nie pamiętała też mamy i taty. Dziadkowie nie skąpili jej uczuć, lecz niepotrzebnie trzymali wnuczkę pod kloszem. Przez wzgląd na nich zrezygnowała z wielu młodzieńczych pragnień. Gdy była dzieckiem, dziadkowie zapewniali jej dobre i dostatnie życie. Kiedy dorosła, role się odwróciły. Nie mogła ich porzucić, taka ewentualność nawet nie przeszła jej przez myśl.

W rezultacie straciła większość szans, po które jej rówieśniczki ochoczo sięgały. Zadowoliła się studiami na wydziale bibliotekoznawstwa miejscowej uczelni, choć wolałaby zgłębiać tajniki sztuki lub lingwistyki gdzieś na odległym uniwersytecie. Mieszkała ze staruszkami w ich komfortowym, wiktoriańskim domu, w uroczym miasteczku na południu Anglii. Zamiast poświęcać wakacje na zwiedzanie świata, pracowała w pobliskiej bibliotece. Czytała książki o dalekich podróżach, ale nigdy nie odwiedziła żadnego z nieznanych krajów. Nie chodziła na imprezy ani na randki, nie szwendała się po nocnych klubach, a zamiast tego wszystkiego zabierała dziadków do miejscowego teatru, na klasyczne sztuki i występy niemodnych artystów.

Wiodła życie człowieka zawieszonego w czasie i przestrzeni, lecz nie narzekała na los. Miała świadomość, że taka sytuacja nie potrwa wiecznie. Śmierć babci nastąpiła niespodziewanie, dziadek umierał długo. Jego choroba uniemożliwiła Vanessie pracę w bibliotece, więc złożyła wymówienie, by poświęcić się pielęgnacji staruszka. Jej życie stało się jeszcze bardziej ograniczone. Wiedziała jednak, że musi całym sercem kochać swoich dziadków, bo w każdej chwili może ich utracić.

Teraz oboje nie żyli, a Vanessa miała mnóstwo czasu tylko dla siebie. Jej wolność była okraszona smutkiem. Pozostała sama na świecie, w domu nikt na nią nie czekał.

Pomimo melancholii dreszczyk emocji towarzyszył jej od chwili wylądowania. Dla oszczędności przyleciała do Paryża samolotem jednej z ekonomicznych linii. Wszystko wydawało się jej cudowne, fascynujące, ekscytujące. Przejechała się metrem, próbowała dogadywać się po francusku z prawdziwymi paryżanami, oszołomiona pięknem miasta spacerowała po ulicach, aż w końcu dotarła do staroświeckiego pensjonatu, ukrytego przy jednej z bocznych uliczek na prawym brzegu. Tam się zatrzymała. Gdy trochę odpoczęła i coś zjadła, postanowiła obejrzeć wszystko, co ją mogło zainteresować.

Zaczęła od Notre Dame. Z daleka widziała wielką katedrę, która wznosiła się niczym okręt żaglowy nad Sekwaną, więc jej odnalezienie nie nastręczało żadnych trudności.

Wtedy właśnie Vanessa zorientowała się, że wszyscy mężczyźni w Paryżu najwyraźniej postanowili ją zaczepiać, zagadywać do niej i jej dotykać.

Bardzo ją to zbulwersowało. Dlaczego po prostu nie dadzą jej spokoju? Nie interesowały jej ich umizgi, lecz nie miała siły ani doświadczenia, aby ich przepłoszyć. Niewiele brakowało, a cała jej wymarzona wyprawa do Paryża straciłaby sens.

Posłuszna sugestii przewodnika, podniosła wzrok na charakterystyczne łuki nad swoją głową.

Teraz nikt jej nie nagabywał. Zatroszczył się o to mężczyzna, którzy szedł u jej boku. Poza tym – co za szczęście! – on nie usiłował jej podrywać.

A gdyby zaczął, czy uznałaby go za natręta? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Przyszła jej do głowy myśl niegodna grzecznej dziewczynki. Natychmiast ją przegoniła, ale było już za późno, gdyż na stałe zapadła jej w pamięć. Gdzieś kiedyś przeczytała, że natrętem jest wyłącznie mężczyzna, na którego kobieta nie ma ochoty…

Cyniczne, acz prawdziwe. Do pewnego stopnia.

Towarzysz Vanessy wydawał się niesamowicie atrakcyjny, nawet dla takiej estetki jak ona.

Musiała natychmiast wziąć się w garść. Przecież ten nieznajomy zaproponował tylko, że będzie trzymał natrętów na dystans. Dowiódł, że mogła polegać na rodaku. Chciał ją chronić przed narzucającymi się jej cudzoziemcami, lecz jednocześnie lekko zadrwił z tradycyjnej brytyjskiej ksenofobii.

Zastanowiła się, jakiej może być narodowości poza angielską…

Posłała mu jeszcze jedno dyskretne spojrzenie. Błądził wzrokiem po całej świątyni, a po chwili przeniósł wzrok na ołtarz, więc się nie zorientował, że stał się obiektem jej zainteresowania. I dobrze, pomyślała. W sumie znalazła się w niezręcznej sytuacji. Gdyby nie natarczywi nieznajomi, nie spacerowałaby po Notre Dame z obcym mężczyzną w roli osobistego ochroniarza!

Potajemne spojrzenie na niewiele się zdało. Vanessa utwierdziła się w przekonaniu, że jej wybawiciel pochodzi z rejonu Morza Śródziemnego, lecz poza tym niczego więcej nie wywnioskowała. Zresztą, to nie była jej sprawa. Postanowiła, że gdy tylko nagranie się skończy, uprzejmie podziękuje nieznajomemu i każde z nich pójdzie w swoją stronę.

Już nigdy więcej się nie spotkają.

– Już po wszystkim?

Vanessa ściągnęła słuchawki i wyłączyła urządzenie. Potem pokiwała głową.

– Tak – odparła. – Fantastyczne miejsce, prawda?

Markos pomyślał, że jej oczy lśnią niczym płynne złoto.

– Martwiłam się, że przeżyję rozczarowanie, ale nic podobnego! – ciągnęła. – Witraże są niesamowite. Poza tym bardzo mi się podobały malowidła na suficie. Zdaje się, że w średniowieczu gustowano we freskach, co teraz może się wydawać dziwne. Ale pan z pewnością widział te arcydzieła już wielokrotnie… – Umilkła, jakby zawstydzona własną gadatliwością.

– Od wielu lat nie podziwiałem wnętrza tej katedry – odparł. – Poza tym jeszcze nigdy nie wdrapałem się na wieżę, choć zawsze miałem na to ochotę. Planowała pani wejście na szczyt?

Zauważył, że przełknęła ślinę.

– Właściwie tak, miałam taki zamiar. – Sprawiała wrażenie nieco zagubionej.

– To dobrze. – Jego głos zabrzmiał łagodnie i miło. – Wobec tego na co czekamy?

Popatrzyła na niego niepewnie.

– Wejście na wieżę jest po drugiej stronie katedry, od zewnątrz – wytłumaczył Vanessie i łagodnie pokierował ją ku wyjściu.

Gdy ponownie znaleźli się na skąpanym w ciepłych promieniach słońca placu, dziewczyna znieruchomiała i odwróciła się do towarzysza. Od razu się zorientował, że zamierza się z nim pożegnać w sposób bardzo angielski, uprzejmy i ostateczny.

Nie mógł do tego dopuścić.

– Tędy – powiedział pierwszy i delikatnie ją popchnął wzdłuż zachodniej ściany kościoła.

– Hm… – mruknęła.

Uśmiechnął się do niej – miło, życzliwie, ale bez żadnych podtekstów. Podobnym uśmiechem mógłby obdarzyć pięćdziesięcioletnią matronę.

Wybieg odniósł pożądany skutek. Vanessa ruszyła dalej.

Przed wejściem na wieżę stała krótka kolejka. Zajęli miejsce na końcu, Markos stanął za plecami dziewczyny.

– Szybko pójdzie – oświadczył z przekonaniem i znowu się uśmiechnął. – Muszę panią na moment przeprosić.

Wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął telefon. Kątem oka dostrzegł, że Taki i Stelios wychodzą z katedry, w której dyskretnie obserwowali szefa. Wystukał ich numer, a gdy odebrał Taki, Markos w krótkich słowach polecił, aby odwołali jego biznesowy lunch, przekazali panu Dubois stosowne przeprosiny i powiedzieli, że pan Makarios chętnie spotka się z nim w innym, ustalonym przez niego terminie. Następnie się rozłączył i wsunął komórkę do kieszeni.

 

Vanessa patrzyła na niego z zainteresowaniem.

– Jestem Grekiem – wyznał, domyślając, jakie pytanie padnie za moment.

– Od początku się zastanawiałam, kim pan jest w drugiej połowie! – wykrzyknęła i od razu się zmieszała.

Tym razem uśmiechnął się tak, jak z całą pewnością nie uśmiechnąłby się do pięćdziesięciolatki. Zauważył, jak zmienia się wyraz błyszczących, bursztynowych oczu młodej kobiety, i przeszył go dreszcz satysfakcji.

– Ojciec Grek, mama Angielka – dodał lakonicznie.

– Nie wygląda pan na Anglika. Z której części Grecji pan pochodzi?

Markos pomyślał o kilkunastu domach, w których mieszkał od dzieciństwa – połowa z nich znajdowała się w Anglii i w różnych atrakcyjnych zakątkach Europy. Opiekę nad nim sprawowała matka, tocząca nieskończenie długą batalię sądową o podział majątku w związku z rozwodem. Przeprowadzali się wielokrotnie i nie był w stanie określić, który rejon Grecji jest mu najbliższy. W żadnym domu nie czuł się specjalnie dobrze.

Postanowił udzielić Vanessie standardowej, sprawdzonej odpowiedzi.

– Moja rodzina pochodzi z Turcji, gdzie znajduje się wiele greckich społeczności. W dziewiętnastym wieku pradziadek osiedlił się w Atenach. Obecnie jednak jestem bezdomny. Och, kolejka ruszyła. Nareszcie.

Z przyjemnością zmienił temat. Słowo „dom” było dla niego całkowicie pozbawione znaczenia.

– Jeszcze kawy?

Vanessa pokręciła głową.

– Nie, dziękuję. – Po krótkim wahaniu dodała: – Chyba na mnie już pora.

Siedzieli pod markizą przed restauracją na małym placyku nieopodal Notre Dame. Właściwie nie do końca rozumiała, jak to się stało, że zjadła tam lunch z tym przystojnym, lecz niemal obcym mężczyzną. Tak się po prostu złożyło, pomyślała oszołomiona.

Markos Makarios. Tak się nazywał. Przedstawił się na samym szczycie wieży, gdy cały Paryż znalazł się u ich stóp.

– Teraz zawsze będzie pani kojarzyła mnie z dzwonnikiem z Notre Dame. – W jego ciemnoszarych oczach zamigotały wesołe ogniki.

Wiedziała, że nie powinna podawać mu imienia i nazwiska ani też wymieniać z nim uścisku dłoni na szczycie Notre Dame, w promieniach wrześniowego słońca.

Z całą pewnością nie powinna pozwalać sobie na to, aby podczas schodzenia przytrzymywał ją za łokieć, tak jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Nie powinna spacerować z nim po placu przed katedrą i nie powinna iść na ten lunch. Fakt, Markos Makarios skutecznie odprawił wszelkich natrętów, ale przecież sam również był jej obcy.

Nie powinna robić tego wszystkiego, a jednak to robiła.

– Wypijmy za Paryż i za nasze dobre samopoczucie w tym mieście – zaproponował Markos i wzniósł kieliszek, aby spełnić toast.

To tylko lunch, pomyślała. Nic więcej. Ten człowiek jest po prostu uprzejmy. Życzliwy. Grzeczny. Przyjacielski. Użalił się nad ciężkim losem angielskiej turystki w Paryżu.

Poza tym zaplanowała na ten dzień jeszcze sporo zwiedzania, więc nie powinna tracić czasu.

Sięgnęła po torebkę, której rączkę dla bezpieczeństwa owinęła wokół oparcia krzesła – nie mogła sobie pozwolić na nieostrożność – i wydobyła ze środka portfel.

– Chciałabym zapłacić za siebie. Czy mógłby pan poprosić o oddzielne rachunki? – spytała.

Markos popatrzył na nią uważnie. Dla odmiany zapragnął czegoś nowego, i oto jego życzenie się spełniło. Ani jedna ze znanych mu kobiet nigdy nie dała mu do zrozumienia, że wolałaby sama zapłacić za swój lunch. Ani za nic innego, dodajmy.

– Ja się tym zajmę – mruknął i przywołał kelnera. W normalnych okolicznościach takimi przyziemnymi drobiazgami zajmował się Taki albo Stelios, lecz tym razem obaj siedzieli na placu i udawali, że czytają gazety. Vanessa nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi.

Vanessa. Powtarzał w myślach jej imię. Musiała się przedstawić, kiedy Markos wyjawił swoje nazwisko. To była dla niego jeszcze jedna nowość. Kobiety zazwyczaj nie mogły się doczekać, aż przejdą z nim na ty. Chciały się jak najszybciej spoufalić z przystojnym znajomym. Ta prerafaelicka piękność sprawiała wrażenie, jakby wyjawienie swojego imienia budziło w niej sporą niechęć.

Najwyraźniej była nieśmiała.

A jednak zdecydowała się iść z nim na lunch. Z pewnym rozbawieniem doszedł do wniosku, że Vanessa sama nie wie, dlaczego tak postąpiła. Chyba nie wierzyła we własną odwagę – bądź lekkomyślność. Ta świadomość nie tylko go śmieszyła, lecz także mu schlebiała.

Rzadko spotykał kobiety, które nie osaczały go niczym myśliwy ofiarę. Vanessa Ovington była niecodziennym zjawiskiem.

Dlatego zamierzał się nią cieszyć, bawić i rozkoszować.

Podszedł kelner. Markos sięgnął po portfel i wręczył mu jedną z kart kredytowych. Vanessa pośpiesznie wygrzebała kilka banknotów euro i podsunęła je Grekowi.

– To powinno wystarczyć na pokrycie mojej części rachunku – wyjaśniła.

Popatrzył na nią niepewnie. W jej złotych oczach dostrzegł jednak znajomy błysk i momentalnie się uśmiechnął.

– Dziękuję – powiedział spokojnie i przyjął banknoty. – Czasami dobrze jest zastosować gambit.

Tym razem Vanessa zrobiła niepewną minę.

– Niekiedy warto stracić pionek, aby zyskać lepszą pozycję na szachownicy – wytłumaczył.

Nadal spoglądała na niego niepewnie. Najwyraźniej nie miała pojęcia, po co Markos o tym mówi.

Nie przeszkadzało mu to. Ani trochę.

Miał swój cel i konsekwentnie do niego dążył. Rudowłosa piękność chyba o tym nie wiedziała, co tylko dodawało pikanterii jego rozgrywce, zarazem niesłychanie interesującej i całkiem nowej.

– Dokąd teraz? – spytał. – Les Invalides czy muzeum Rodina? Powiedziała pani, że czasami trudno zadecydować, co obejrzeć na początek.

Vanessa długo potem myślała o tej sytuacji i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego potulnie poszła z tym mężczyzną tam, dokąd postanowił ją zaprowadzić.