Przygoda na Bermudach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Julia James
Przygoda na Bermudach

Tłumaczenie:

Barbara Górecka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nikos Parakis zerknął na kosztowny zegarek i zmarszczył brwi. Jeśli chce zdążyć na umówione spotkanie w londyńskim City, to będzie musiał zrezygnować z lunchu. Przyśpieszył kroku, zamierzając złapać taksówkę, lecz już po chwili zmienił zamiar, poczuł bowiem silne ukłucie głodu.

Posłuchał podpowiedzi organizmu i skierował się w stronę baru z kanapkami na wynos. Choć pochodził z szacownego rodu greckich bankierów, nie był szczególnie wybredny w kwestii jedzenia. Kanapka to kanapka, ważne, żeby była smaczna i świeża.

Znalazłszy się w środku, omal nie zrezygnował, gdy okazało się, że bar nie sprzedaje gotowych wyrobów, lecz kanapki przyrządzane na miejscu. Nikos obawiał się, że straci przez to zbyt dużo cennego czasu, zwłaszcza że młoda kobieta za ladą obsługiwała akurat klienta. Z trudem powściągnął zniecierpliwienie i gdy wreszcie przyszła jego kolej, zamówił „to, co da się najszybciej przygotować”. Mimo to obsługująca wdała się z nim w dłuższą rozmowę i dopiero po chwili udało się ustalić, co Nikos właściwie zamawia – kanapkę z szynką, bez żadnych dodatków. Uświadomiwszy sobie, że jest spragniony, wyjął z lodówki butelkę wody mineralnej.

‒ Trzy pięćdziesiąt ‒ powiedziała, podając mu gotową kanapkę.

Nikos wyszarpnął banknot z portfela.

‒ To pięćdziesiątka – bąknęła tonem, który świadczył o tym, że nieczęsto miewa do czynienia z większymi sumami pieniędzy. – Nie ma pan drobnych?

Gdy zaprzeczył, z poirytowanym westchnieniem wydała mu resztę, głównie drobniakami. Po raz pierwszy zetknęli się wzrokiem i Grek oniemiał. Głos rozsądku podpowiadał mu, żeby włożyć garść drobnych do kieszeni i wybiec z kanapką w ręku w poszukiwaniu taksówki. Jak to się często zdarza, ów głos został jednak zignorowany.

W obecnej chwili prawidłowo funkcjonowała jedynie ta część jego mózgu, która odpowiadała za reakcję prawdziwego mężczyzny na niezwykle piękną kobietę.

Przyszło mu na myśl, że nieznajoma przypomina urodą posąg greckiej bogini: wysokie kości policzkowe, idealnie prosty nos, duże błękitne oczy i miękkie, prześlicznie wykrojone usta, słodkie niczym polany miodem deser…

Będąc potomkiem dynastii zamożnych greckich bankierów, Nikos przywykł do towarzystwa pięknych kobiet, które kręciły się przy nim nie tylko dla jego milionów. Natura obdarzyła go bowiem nader hojnie – był wysoki, świetnie zbudowany, co wspomagał rygorystycznymi ćwiczeniami, by utrzymać kondycję fizyczną, i zabójczo przystojny. Bez cienia próżności mógł stwierdzić, że podoba się wielu kobietom, i korzystał z tego bez skrupułów.

Stojąca za ladą baru piękność była jednak absolutnie wyjątkowa.

Nikos przyjrzał jej się dokładniej i ze zdumieniem zauważył, że nie nosiła śladu makijażu, a jasne włosy skryła pod czapką z daszkiem. Wydawała się dość wysoka, a jej kształtów mógł się jedynie domyślać, nosiła bowiem luźny, sprany T-shirt. Przez moment wyobrażał ją sobie w szykownej sukni od znanego projektanta.

‒ Kawał mięcha może pan sobie kupić u rzeźnika! – szorstki głos kobiety wytrącił go nagle z zamyślenia. – Proszę zabrać resztę i do widzenia! – warknęła z irytacją.

Nikos odpowiedział lodowatym tonem, że gdyby pracowała u niego, natychmiast by ją zwolnił za niegrzeczne traktowanie klientów. O dziwo, wcale nie zbiło jej to z tropu. Oparłszy dłonie na ladzie – wbrew sobie zauważył, jak są drobne i wypielęgnowane – odparowała chłodno, że gdyby pracowała u niego – „dzięki Bogu, tak nie jest!” – oskarżyłaby go o molestowanie.

‒ Odkąd to podziw dla kobiecej urody jest niezgodny z prawem? – zapytał z jadowitą uprzejmością, omiatając wzrokiem jej sylwetkę. Pociąg do nieznajomej mieszał się z rosnącą w nim irytacją. Nagle zapragnął zachwiać jej pewnością siebie.

‒ Jeśli chce się pan gapić na kobiety jak na połcie mięsa, to powinien pan założyć ciemne okulary, żeby oszczędzić nam tej męki! – zaproponowała kąśliwie.

Nikos raptem poczuł, że sytuacja zaczyna go bawić. Jego spojrzenie zmiękło, stało się pieszczotliwe. Pragnął przekonać nieznajomą, że jego zainteresowanie nie jest dla płci pięknej żadną męką. Z zadowoleniem ujrzał, że dziewczyna rumieni się i spuszcza wzrok.

‒ Proszę już iść – wyszeptała.

Szach, mat, powiedział sobie w duchu. Jakże łatwo pokonał jej mur obronny. Szerokim gestem zgarnął resztę, wziął kanapkę i wodę i życząc miłego dnia, wyszedł z baru. Irytacja opuściła go bez śladu.

Na widok podpierającego latarnię włóczęgi impulsywnie sięgnął do kieszeni i podał mu garść drobnych. Mężczyzna wymamrotał słowa podziękowania. Nikos dostrzegł nadjeżdżającą taksówkę i zamachał gwałtownie wolną ręką. Wsunął się na tylne siedzenie i z apetytem zaczął pochłaniać kanapkę. Gdy skończył, wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki komórkę i wybrał numer do swej londyńskiej asystentki. Odebrała natychmiast i Nikos przekazał jej polecenie.

‒ Janine, proszę, żebyś zaraz wysłała kwiaty na adres…

Mel stała oparta o ladę, złym wzrokiem śledząc oddalającą się postać. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio tak się rozzłościła. Co za arogant!

Potraktował ją jak służącą, nie zaczekał, aż obsłuży poprzedniego klienta, lecz od razu zaczął wykrzykiwać swoje zamówienie. Przywykł, widać, że wszyscy koło niego skaczą. A ten wzrok, jakim spojrzał na ubogiego człowieka, któremu z dobrego serca postanowiła zrobić kanapkę! To ją zdenerwowało najbardziej. Nie miał prawa okazać mu pogardy.

W dodatku zapłacił banknotem pięćdziesięciofuntowym. Uśmiechnęła się z satysfakcją na myśl, że wydając mu resztę, sypnęła garść drobnych.

Gniew płonął w niej nadal, ale teraz pojawiło się jeszcze inne uczucie. Niechętnie przyznała, że nieznajomy wywarł na niej wielkie wrażenie. Na myśl o nim zrobiło jej się gorąco i poczuła w ciele dziwną słabość. Do tego doszło jeszcze zdradzieckie mrowienie i… Nie, to jakiś kanał!

Przypomniała sobie jego pałające oczy, gdy omiatał spojrzeniem jej ciało. Dobrze, że powiedziała mu prosto w twarz, co o tym myśli. Uważał ją za kawałek atrakcyjnego mięsa, tyle że teraz nie była już o tym przekonana. W jego wzroku było coś takiego… Znowu oblał ją żar. Westchnęła rozdzierająco. No dobrze, nie ma co się dłużej oszukiwać. Facet był arogancki i władczy, zgoda, ale przy tym szalenie, niesamowicie przystojny.

Spostrzegła to od razu, gdy tylko na niego zerknęła, zajęta słodzeniem herbaty dla poprzedniego klienta. Pamiętała, z jakim trudem odwróciła wzrok. Miała ochotę zastygnąć i wpatrywać się z uwielbieniem w jego szczupłe, wysportowane ciało w szytym na miarę garniturze i śnieżnobiałej koszuli z dyskretnym monogramem przy kołnierzyku. Elegancki strój tak doskonale na nim leżał. Ale największe wrażenie zrobiły na niej jego oczy.

Były czarne jak bezgwiezdne niebo, przeszywające, ocienione nieprzyzwoicie długimi, ciemnymi rzęsami. Kwadratowa szczęka, długi, prosty nos, wydatne kości policzkowe, wysoko sklepione czoło dopełniały obrazu, ale to właśnie oczy, w których później dostrzegła jeszcze plamki złota, były najbardziej niebezpieczną bronią.

Pragnęła w nich zatonąć, ta myśl nie dawała jej spokoju podczas obsługiwania nieznajomego.

Musiał się zorientować, że wywarł na niej tak wielkie wrażenie, bo w pewnej chwili przeszył ją pałającym wzrokiem niby promieniem lasera. Gdy na nią spoglądał, wydawało jej się, że oblewa ją ciepły, roztopiony miód. Odczuwała jego wzrok jak pieszczotę delikatnych rąk, niemal czuła jego miękkie wargi na swoich…

Zdobyła się na wysiłek i poprosiła, żeby sobie poszedł, a on się wtedy zaśmiał! Śmiał się, bo wiedział, że zyskał nad nią przewagę i przejrzał jej prawdziwe uczucia.

Zarumieniła się mocniej.

Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w dal; nieznajomy już dawno znikł w tłumie. W końcu potrząsnęła głową i zabrała się do pracy, nakazując sobie przestać o nim myśleć. Jeszcze nigdy tak okropnie nie hałasowała przy zmywaniu i nie kroiła chleba z taką zaciekłością.

ROZDZIAŁ DRUGI

Po powrocie ze spotkania Nikos natychmiast zapytał asystentkę, czy wysłała kwiaty pod wskazany adres. Oczywiście nie wątpił, że tak właśnie się stało, ponieważ asystentka niejeden raz wypełniała już takie polecenie – Nikos chętnie obdarzał kwiatami kobiety, które uprzyjemniały mu pobyt w Londynie.

Po raz pierwszy jednak adresatką była pyskata dziewczyna z baru z kanapkami.

W dodatku tak śliczna, że wciąż nie mógł przestać o niej myśleć.

Potrząsnął głową i zasiadł przy biurku. Nie było sensu dłużej zastanawiać się nad tym, jak wyglądałaby w eleganckiej kreacji, wspaniale podkreślającej jej wyjątkową urodę. Mimo to nie mógł się uwolnić od tej myśli podszytej pożądaniem. Zapewne prezentowałaby się wprost zachwycająco.

Rozpuszczone włosy, suknia zmysłowo opływająca szczupłe, lecz niepozbawione apetycznych krągłości ciało, błyszczące jak gwiazdy, szafirowe oczy…

Dosyć tych rozmyślań, orzekł, włączając komputer. To było tylko przelotne spotkanie, kwiaty zaś wysłał w formie przeprosin, bo sprowokowany przez dziewczynę zachował się odrobinę niegrzecznie.

Zaczął przeglądać terminarz. Ponieważ ojciec niechętnie ruszał się z Aten, niemal wszystkie podróże zagraniczne, jakich wymagało prowadzenie sporego banku inwestycyjnego, spadały na barki Nikosa.

Zmarszczył brwi. Na szczęście w Londynie mógł być pewien, że ojciec nie wejdzie do gabinetu, by wygłosić jedną ze swych tyrad przeciwko matce Nikosa. Czekało go to dopiero w Atenach. Za to przy kolejnym spotkaniu z matką bez wątpienia usłyszy litanię jej skarg i pretensji do ojca. Pokręcił głową i odsunął od siebie myśli o swych wiecznie walczących rodzicach. Wzajemne ataki werbalne nigdy się nie skończą, przeciwnie, staną się jeszcze bardziej jadowite. Tak było zawsze i Nikos miał już tego kompletnie dość.

 

Przebiegł wzrokiem resztę zaplanowanych spotkań i zmarszczył czoło. Jakim cudem dał się wmanewrować w coś takiego? Bal charytatywny w hotelu Viscari St James w najbliższy piątek.

Przy tym to nie bal był problemem, lecz obecność pewnej kobiety, Fiony Pellingham, z którą nie miał ochoty się spotkać.

Prawniczka, wysokiej klasy specjalistka od fuzji przedsiębiorstw, po kolejnym spotkaniu biznesowym dała mu niedwuznacznie do zrozumienia, że chętnie nawiązałaby z nim bliższą znajomość na gruncie prywatnym.

Choć była zgrabną, ponętną brunetką, to jednak Nikos od razu rozpoznał w niej władczy charakter i przeczuwał, że chciałaby od niego czegoś więcej niż tylko przelotnego romansu, na co on wcale nie miał ochoty. Krótkie flirty były jego dewizą, nie pragnął się wiązać na stałe. Co za tym idzie, nie chciał dawać Fionie okazji do kolejnego spotkania.

Tyle że jeden unik z pewnością nie wystarczy. Fiona będzie go dalej zarzucała propozycjami. Należało jej raz na zawsze pokazać, że nie ma szans na związek z Nikosem.

W tym celu musiał zabrać ze sobą na bal inną kobietę. Przez chwilę czuł pustkę w głowie, po czym go olśniło. Już wiedział, z kim chce pójść na piątkowy bal. Rozsiadł się wygodniej i zaczął się zastanawiać. Sprawa była w zasadzie jasna – skoro tak bardzo go ciekawiło, jak nieznajoma prezentowałaby się w sukni wieczorowej, to miał teraz niepowtarzalną okazję, by się o tym przekonać.

Na jego ustach pojawił się uśmiech zadowolenia.

Mel stała na zapleczu baru z kanapkami, wpatrując się w zagracony stół, pośrodku którego pysznił się dostarczony przez posłańca olbrzymi bukiet kwiatów w celofanowym pojemniku z wodą. Był tak przesadnie wielki, że wyglądał wręcz nieco śmiesznie. Co ten facet sobie wyobrażał?

Wzięła do ręki przyczepioną do celofanu kopertę i ponownie przeczytała liścik.

Mam nadzieję, że poprawi Ci to nastrój.

Podpisano „Nikos Parakis”.

Zatem był Grekiem. Rzeczywiście, przypomniała sobie, mimo że mówił doskonałą angielszczyzną, bez śladu obcego akcentu, to oliwkowa karnacja i kruczoczarne włosy świadczyły o pochodzeniu z któregoś z krajów śródziemnomorskich. Znowu zaczęła myśleć o tych jego przeszywających oczach…

Słodki, duszący zapach lilii wypełnił ciasne pomieszczenie, przeganiając wszechobecną woń produktów spożywczych. Mel czuła, że kręci jej się w głowie. Lilie pachniały tak egzotycznie, tak zmysłowo. Drażniły zmysły zupełnie jak jego spojrzenie.

Skarciła się w duchu za głupotę i okręciła na pięcie, szukając wzrokiem, gdzie mogłaby odstawić monstrualny bukiet. Po chwili jednak dała sobie z tym spokój, gdyż musiała się zabrać do pracy. Właściciel wyjechał na krótki urlop i zostawił ją samą. Płacił jej za to dodatkowo, a bardzo potrzebowała pieniędzy.

Przebiegła w myśli stan swojego konta w banku. Przez ostatni rok skrupulatnie oszczędzała, harując przy tym jak wół, żeby spełnić wielkie marzenie.

Zamierzała wyjechać z kraju i zwiedzić pół świata! Zobaczyć na własne oczy te wszystkie cuda, o których tylko czytała – Europę, Afrykę Północną, Stany… potem może Bliski Wschód i Australię, kto wie?

Jeszcze nigdy nie była za granicą.

Dziadek nie lubił wyjeżdżać z kraju, odwiedzali jedynie co roku południowe wybrzeże Anglii. Uważał, że w Brighton lub Barnemouth jest jeszcze piękniej niż na Riwierze. Jako dziecko spędzała tam każde wakacje, bawiąc się samotnie na plaży. Była jedynaczką wychowywaną przez dziadka. Rodzice wraz z babcią zginęli tragicznie w wypadku samochodowym.

Patrząc na to oczami osoby dorosłej, pojmowała, że opieka nad pięcioletnią wnuczką po śmierci najbliższej rodziny była dla dziadka zbawieniem. Ocaliła go przed pogrążeniem się w rozpaczy. On z kolei stał się dla niej opoką, centrum jej świata, jedynym człowiekiem na świecie, który ją kochał.

Po ukończeniu szkoły i rozpoczęciu nauki w college’u postanowiła nie wyprowadzać się z szeregowca w północnej dzielnicy Londynu, w którym się wychowała. Akademik kosztował krocie, podobnie jak kwatery do wynajęcia na mieście. Dziadek przyjął jej decyzję z radością i ulgą.

Jako świeżo upieczona studentka chętnie umawiała się na randki. Na drugim roku studiów poznała Jacka i poważnie się w nim zakochała, zresztą z wzajemnością. Wkrótce stali się nierozłączni. Uczucie nie było jednak tak wielkie, by chcieć z nim spędzić resztę życia. Jack zamierzał wyjechać do Afryki i działać charytatywnie, między innymi budując tam studnie. Marzył o tym od dziecka. Powiedział Mel o swych planach i zapytał, czy zgodzi się z nim wyjechać.

Wiedziała, że prędzej czy później przyjdzie jej się zmierzyć z tym pytaniem. Odparła, że nie wyobraża sobie opuszczenia dziadka.

Była to poniekąd prawda, bo jej opiekun bardzo się przez ostatnie lata postarzał. Nastąpiła niemal zamiana ról, teraz to ona opiekowała się nim. Do problemów z sercem doszła pogłębiająca się starcza demencja. Mel obserwowała codziennie ze ściśniętym gardłem, jak bardzo był uzależniony od jej opieki.

Nie potrafiła go opuścić, czuła bowiem, że przyszła kolej, by odwdzięczyć mu się za miłość, jaką od niego otrzymała.

Schorowany dziadek umarł po trzech długich, trudnych latach.

Płakała, nie tylko z żalu. W jej płaczu była też ulga, że wreszcie przestał cierpieć, a ona odzyskała swoje życie. Była teraz odpowiedzialna wyłącznie za siebie, mogła żyć, tak jak chciała. Mogła się cieszyć wolnością i spełniać swoje marzenia.

Od dziecka pragnęła podróżować, zwiedzać świat, jechać tam, gdzie ją oczy poniosą, bez żadnego planu.

Do tego potrzebne jej były pieniądze. Opiekując się chorym dziadkiem, niewiele czasu mogła poświęcić na pracę. Miała trochę otrzymanych w spadku oszczędności, ale nie mogła ich roztrwonić na podróże. Przez ostatni rok pracowała na dwóch posadach: w dzień w barze kanapkowym, a wieczorem w restauracji jako kelnerka.

Już niedługo wyjedzie w nieznane. Opłaci tani przelot i będzie podróżowała, dopóki wystarczy pieniędzy, a potem wróci i zajmie się karierą.

Chyba że życie potoczy się inaczej… Czasem myślała, że lepiej być wolną jak ptak i nie mieć żadnych zobowiązań, wobec nikogo, a zwłaszcza szefa i firmy!

Tęskniła też za miłością. Odkąd Jack wyjechał do Afryki, a zdrowie dziadka zaczęło się systematycznie pogarszać, nie miała czasu na randki. Teraz jednak powitałaby uczucie z otwartymi ramionami.

Wiedziała dokładnie, czego chce. Żadnego poważnego związku jak z Jackiem, lecz przelotnych, intensywnych flirtów i beztroskiej zabawy.

Skrzywiła usta w cynicznym uśmiechu. Nie powinna mieć z tym problemu. Czyż nie tego właśnie pragnęli mężczyźni? Znajomości bez zobowiązań? Bali się wręcz kobiet, które chciały ich do siebie przywiązać.

Uśmiech Mel stał się szerszy. Mogła się założyć, że Nikos Parakis był człowiekiem, który szuka przygód. Wzrok, jakim na nią patrzył…

Wejście klienta oderwało jej myśli od życia uczuciowego pana Parakisa. Wkrótce przysłany jej bukiet lilii zwiędnie, podobnie jak wspomnienie o ich dzisiejszym spotkaniu. I o piorunującym wrażeniu, jakie na niej zrobił.

‒ Jaką kanapkę pan sobie życzy? – zapytała uprzejmie klienta.

Nikos pokazał szoferowi, gdzie ma zaparkować najnowszy model bmw, i wysiadł.

Przez moment obserwował ruch w barze kanapkowym, zastanawiając się, czy nie oszalał, skoro się tu jednak zjawił.

Po drodze kilka razy zmieniał podjętą wczorajszego dnia decyzję, ale perspektywa tortur psychicznych, jakie zapewne zada mu Fiona, jeśli się z nią spotka na balu, była zbyt przytłaczająca, żeby się teraz wycofać. Jeszcze raz przemyślał argumenty za i przeciw i doszedł do wniosku, że zwyczajnie pragnie, by piękność z baru towarzyszyła mu w piątek na balu.

Od wczoraj nie przestawał o niej myśleć.

Pragnienie ujrzenia jej znowu stało się przemożne. Chciał sycić oczy jej widokiem, poczuć płomień, jaki w nim roznieciła.

Spojrzał na zegarek; niedługo powinna skończyć pracę. Zbliżył się, pchnął drzwi i wszedł do środka. Klient podał jej akurat pieniądze i dostał zapakowaną kanapkę.

Wzrok Nikosa przylgnął do oszałamiającej blondynki.

Była równie atrakcyjna jak wczoraj, twarz, figura, dokładnie jak zapamiętał. Krew szybciej popłynęła mu w żyłach.

Uprzejmie, z szerokim uśmiechem pożegnała klienta. Nikos zdążył zauważyć, że dzięki temu jej twarz jeszcze wypiękniała, a oczy rzucały ciepły blask. Z emocji aż zaschło mu w ustach, mimo że uśmiech nie był przecież przeznaczony dla niego. Był ciekaw, jakie to uczucie zostać obdarzonym jej słodkim uśmiechem, choć w sumie znał przecież odpowiedź. Cudowne.

Nie mógł się tym długo napawać, bo gdy tylko spojrzała na niego, jej twarz zupełnie się zmieniła. Odczekała, aż drzwi zamkną się za klientem, i od razu przypuściła atak.

‒ Co pan tutaj robi? – zapytała.

Nikos podszedł bliżej, z satysfakcją zauważając, że odruchowo się przed nim cofnęła. Dobrze wiedział, co to oznacza – przyznała w ten sposób, że działa na nią jego męski urok i jego bliskość jest dla niej niebezpieczna. Dokładnie tego oczekiwał. Poznał to po jej spłoszonych nagle oczach.

Znał to uczucie, równie stare jak świat, wywołał je zresztą celowo, omiatając jej sylwetkę zmysłową pieszczotą rozpalonych oczu. Teraz wiedział już o niej wszystko, czego potrzebował. Pozorna szorstkość kryła wrażliwe wnętrze, w rzeczywistości dziewczyna reagowała na niego tak samo silnie jak on na nią. Ze wszystkich sił starała się tego nie dać po sobie poznać.

Dziewczyna odznaczała się naturalną urodą, której nie musiała podkreślać makijażem, fryzurą czy strojem. Nawet w zwykłym, spranym T-shircie i czapce bejsbolowej wyglądała zjawiskowo.

‒ Chciałem cię znowu zobaczyć – odparł zgodnie z prawdą, stając przed kontuarem.

Tym razem się nie cofnęła, lecz jej oczy nabrały czujności. Poprosiła o wyjaśnienie.

‒ Czy dostałaś kwiaty? – zapytał, a widząc jej sceptyczną minę, dodał domyślnie: ‒ Nie podobały ci się.

‒ Jestem pewna, że nie wysłał ich pan osobiście! Pewnie zrobiła to sekretarka! – fuknęła dziewczyna.

‒ Janine uwielbia lilie, więc zawsze je wysyła – wytłumaczył.

‒ Trzeba było jej podarować ten bukiet!

‒ Przecież to nie jej należały się przeprosiny. To nie jej kwiaty miały poprawić nastrój – dodał, patrząc na nią znacząco. Wiedział, że niepotrzebnie się z nią drażni, ale nie umiał się powstrzymać. Była taka ponętna, kiedy wpadała w złość.

Odparowała mu w swoim stylu, ale on postanowił nie ciągnąć przekomarzania i przybrał rzeczowy ton.

‒ Mam dla ciebie zaproszenie – powiedział. Dziewczyna okazała zaskoczenie, po czym w jej oczach mignęła podejrzliwość. – Na galę charytatywną w najbliższy piątek. – Nikos udzielił niezbędnych wyjaśnień, obserwując przy tym uważnie jej reakcję. Patrzyła na niego wrogo, ale widział, że słucha z uwagą. Dostrzegł coś jeszcze – starała się nie patrzeć mu w oczy i zachować pozory obojętności.

Nie odnosiła na tym polu szczególnych sukcesów.

Nikos był pewien, że między nimi zaiskrzyło, czy tego chciała, czy nie.

‒ Zbyt późno się okazało, że nie mam na ten wieczór partnerki, a bardzo mi zależy na obecności na tym wydarzeniu – ciągnął ostrożnie. – Byłbym wdzięczny, gdybyś zechciała mi towarzyszyć. Jestem pewien, że będziesz się dobrze bawić w tych zabytkowych wnętrzach. – Pozwolił sobie na przelotny uśmiech. Jej mina pozostała sceptyczna i nieufna.

‒ Trudno mi uwierzyć, panie Parakis, że nie ma pan kogo zaprosić, tylko musi się zwracać do zupełnie obcej osoby… ‒ zauważyła z ironią.

‒ Tak bywa – odparł lekkim tonem. – Jak wspomniałem, byłbym wdzięczny, gdybyś mi pomogła w potrzebie. – Utkwił w niej wzrok i ciągnął: ‒ Jesteś niezwykle piękna, każdy mężczyzna czułby się wyróżniony, mogąc się pojawić w twoim towarzystwie. – Spostrzegł, że zarumieniła się głęboko, i dodał z nadzieją: ‒ Czy zatem pozwolisz mi się zaprosić?

‒ Nie – ucięła stanowczo, kończąc temat.

‒ Ale dlaczego? – zapytał. Przecież nie mógł tego tak zostawić.

‒ To proste: nie lubię pana! – brzmiała wygłoszona jadowitym tonem odpowiedź.

Nikos roześmiał się na to; sytuacja zaczynała go bawić. Postanowił wytłumaczyć dziewczynie, dlaczego poprzednim razem zachował się wobec niej dosyć obcesowo: był głodny i bardzo się śpieszył, a ona zwlekała z obsługą. Jeszcze przez chwilę rozmawiali o tamtej sytuacji, spierając się i przytaczając różne wyjaśnienia, po czym Nikos spoważniał i zadał nurtujące go przez cały czas pytanie:

 

‒ No więc jak, zlitujesz się nade mną i przyjmiesz zaproszenie na galę?

Jej opór słabł z każdą chwilą, podpowiadał mu to męski instynkt. Chętnie zgodziłaby się z nim pójść, ale duma nie pozwalała jej się do tego przyznać. Postanowił użyć innych argumentów.

‒ Zapewniam, że nie masz się czego obawiać – powiedział. – Jestem zamożnym, szanowanym człowiekiem. Nie zapraszam cię przecież na randkę, tylko na galę charytatywną do hotelu Viscari St James.

‒ Nie znam pana.

‒ Nieprawda, przed chwilą wymieniłaś moje nazwisko.

‒ Było na dołączonej do bukietu wizytówce… Widzę, że nawet pan nie wie, że mnie tym obraził. – Szafirowe oczy błysnęły gniewnie na widok zdumienia Nikosa. – Wobec tego wyjaśnię: przysyła mi pan wystawny bukiet i życzy poprawy nastroju… Jakby to nie pan mi go zepsuł! Potraktował mnie pan protekcjonalnie!

‒ Widzę to zupełnie inaczej.

Mel skrzywiła się, jakby ugryzła cytrynę. Ledwie poradziła sobie z emocjami wywołanymi wczorajszym spotkaniem z tym człowiekiem, a już znowu miała go przed oczami. Ze wszystkich sił starała się zachować równowagę i nie zdradzić targających nią uczuć. Z wysiłkiem powstrzymywała się, by nie utkwić spojrzenia w jego pięknej twarzy i gwiaździstych oczach i nie zatracić się w nich.

Próbowała pokonać go niechęcią i gniewem, ale chyba ją przejrzał, bo nie dawał się zbić z tropu ani nie obrażał. A to jego zaproszenie na galę było jeszcze bardziej przesadne niż olbrzymi bukiet lilii, jaki jej przysłał.

‒ Pan i władca posyła kwiaty ubogiej dziewczynie! – zadrwiła złośliwie.

‒ Nie taka była intencja – odparł Nikos po chwili milczenia. – Już tłumaczyłem, że chciałem jedynie przeprosić za nieuprzejme zachowanie.

Nie sprecyzował dokładnie, co miał na myśli, ale po jej rumieńcu poznał, że sama się domyśliła. Dodał, że chętnie przeprosi ją za przysłanie kwiatów.

‒ To niepotrzebne – ucięła. Rozumiała, że nie chciał być wobec niej protekcjonalny i był gotów przeprosić. Nie była jednak w stanie zgodzić się na to, o co ją prosił.

Jak mogła się umówić z mężczyzną, na widok którego jej puls gwałtownie przyspieszał? Który patrzył na nią pożądliwie i sprawiał, że pragnęła omdlewać w jego ramionach? Nie rozumiała, jak to się dzieje, że czuje się przy nim taka bezbronna i krucha. Dlaczego nie potrafi mu powiedzieć, żeby już sobie poszedł, bo chce zamknąć bar i iść wreszcie do domu?

W głębi duszy znała odpowiedź na te pytania i musiała jej teraz udzielić.

‒ Panie Parakis, naprawdę nie rozumiem, o co panu chodzi… Widzi mnie pan drugi raz w życiu i niespodziewanie zaprasza mnie pan na galę? Przyzna pan, że to co najmniej dziwne.

‒ Będę z tobą szczery i chętnie ci to wyjaśnię – odrzekł, nie odrywając od niej spojrzenia płonących oczu. – Sytuacja jest dla mnie niezręczna. Zapomniałem, że obiecałem się pojawić na dorocznej gali w hotelu Viscari St James i że będzie tam także pewna kobieta, którą znam na gruncie zawodowym, ona jednak wyobraża sobie, że nasza znajomość może się przerodzić w coś więcej.

Mel słuchała z rosnącym zainteresowaniem.

‒ Nie uśmiecha mi się unikać jej przez cały wieczór, a za nic nie chciałbym rozbudzić jej nadziei… Nie chcę jej także obrazić, więc pomyślałem, że najlepiej będzie w jaskrawy sposób dać jej do zrozumienia, że nie jestem bynajmniej wolny. Wspomniana dama orientuje się wszakże, że nie jestem z nikim związany, ale kiedy zobaczy u mego boku zupełnie nową, a do tego piękną kobietę, porzuci, jak mniemam, wszelką nadzieję na związanie się ze mną. W tym celu potrzebna mi właśnie twoja pomoc – zakończył, obdarzając Mel promiennym uśmiechem.

Dziewczyna milczała, on zaś patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.

‒ Jestem pewien, że twoja obecność rozwieje nadzieje tej pani – powiedział.

Tym razem popatrzył prosto na nią, nie kryjąc podziwu. Fala emocji, jaka wezbrała w niej pod wpływem jego spojrzenia, omal nie zbiła jej z nóg. Otwierała się przed nią niespodziewana okazja, najlepsza, jaka mogła jej się przydarzyć. Niezwykły wieczór w towarzystwie bosko przystojnego mężczyzny.

Przebiegła w myśli wszystkie powody, dla których nie powinna się zgodzić na jego propozycję. Parakis był wprawdzie niesamowicie przystojny i pociągający, lecz zarazem cechowała go irytująca arogancja i zadowolenie z siebie.

Z drugiej strony potrafił przeprosić…

Jest obcym człowiekiem.

Lecz zaprasza na galę do eleganckiego hotelu, a nie do speluny, w której pali się opium…

Nie posiadała stosownej kreacji.

Nieprawda, w sklepie dobroczynnym kupiła kiedyś za bezcen przepiękną suknię wieczorową, która miała ledwie widoczną plamkę. Można by ją zasłonić przypiętym kwiatem, na przykład jedną z lilii, jakie otrzymała…

Jeśli w piątek wieczorem nie przyjdzie do pracy, straci świetne napiwki.

Da się to nadrobić w niedzielę, kiedy bar kanapkowy będzie zamknięty…

Argumenty powoli się wyczerpywały. Instynkt podpowiadał jej, że powinna przyjąć zaproszenie.

Ogarnęła ją radość. Zamierzała wszak rozpocząć nowe życie, bez zobowiązań wobec kogokolwiek oprócz siebie. Pragnęła się cieszyć wolnością i oto nadarzała się wspaniała okazja!

Uznała, że pokusa jest stanowczo zbyt silna, żeby się jej dłużej opierać.

‒ Więc jaki jest werdykt? – dobiegł do niej jego lekko ochrypły głos. – Czy przyjmujesz moje zaproszenie?

Na moment przymknęła powieki i poczuła, że zaczyna się uśmiechać.

‒ Okej – odrzekła rezolutnie. – Przyjmuję!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?