Karaibska przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

>Marisa weszła oszołomiona do mieszkania. Ich spotkanie trwało raptem kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund – rozsuwające się drzwi windy, jej wyjście na korytarz i moment, kiedy przeszedł obok niej. Tymczasem ciągle stał jej przed oczami. Widziała go, jak zmierza w jej stronę. Sprężysty, pewny krok pasował do reszty wizerunku i robił wrażenie. Wysoki, smagły, oszałamiająco przystojny… Ale nie w ten sam sposób co Ian. Ian był jasnowłosy, jak ona sama, z jasnymi chabrowymi oczami, też tak samo jak ona, i cechowała go chłopięcość, z tym jego zachęcającym, uśmiechniętym spojrzeniem, którym momentalnie przyciągnął ją do siebie.

Ten mężczyzna był zupełnie inny. Wyższy od Iana przynajmniej o głowę, dużo lepiej zbudowany. Postawny, ale o szczupłej, wysportowanej sylwetce, z długimi nogami. I z dużo ciemniejszą karnacją. Europejczyk, ale o wyraźnie śródziemnomorskim typie urody i kruczoczarnych włosach.

No i te oczy.

Och, tak, te oczy…

Czarne niczym obsydian i ciemno oprawione. Przez ten krótki moment, kiedy nadchodził, wpatrując się w nią, zdawały się ją przeszywać na wskroś. A potem przemówił – tylko kilka słów – a ona poczuła, jak niski, dudniący tembr jego głosu przenika i rozpala całe jej ciało. Słuchała go jak zaczarowana, mimo że powiedział tylko kilka słów. Mówił z leciutkim akcentem, ale nie była w stanie powiedzieć, jakim; tak czy inaczej, na pewno mówił płynnie po angielsku. Poprosił, by zatrzymała dla niego windę. Skinął potem głową i krótko podziękował, przechodząc obok i wchodząc do kabiny, a zasuwające się drzwi odcięły go od jej wzroku.

To trwało tylko chwilę – raptem kilka sekund – ale teraz, stojąc w swoim mieszkaniu, odtwarzała w głowie tę scenę wielokrotnie, w zwolnionym tempie. Przeszła do sypialni, rzucając torebkę na łóżko, zdjęła kurtkę i odruchowo strzepnęła ją przed powieszeniem w szafie. Wciąż była jak w transie.

Kto to jest?

Pytanie kołatało jej się w głowie, domagając się odpowiedzi. Na jej piętrze były tylko trzy apartamenty, w tym jeden zajęty przez starszą parę, która używała go tylko okresowo. Rozmawiali z nimi raz przelotnie, gdy spotkali się któregoś wieczoru, ot, zwyczajna pogawędka o tym i owym, o pogodzie i jak im i jej się tu mieszka. Zadowoliła ich szczególnie informacja, że Marisa dopiero co wróciła z teatru. Okazało się bowiem, że oni robili tego wieczoru dokładnie to samo. Wtedy rozmowa zboczyła oczywiście na teatr, co kto oglądał i jakie mieli wrażenia ze spektakli, które właśnie obejrzeli. Wydawali się pochodzić z tak zwanych dobrych domów, mówili z akcentem charakterystycznym dla wyższych klas. Powiedzieli, że mieszkają w Hampshire, a Londyn odwiedzają jedynie sporadycznie, głównie, by zaznać kulturalnych rozrywek, takich właśnie jak teatr czy wystawy.

Drugie mieszkanie zajmował dżentelmen z Dalekiego Wschodu, którego widziała raz przelotnie jakieś dwa czy trzy tygodnie temu. Skinął jej grzecznie głową, ona również odpowiedziała skinieniem i to było wszystko. Od tego czasu nie widziała ani nie słyszała nikogo.

Ale mężczyzna, którego spotkała, najwyraźniej wyszedł z tego właśnie mieszkania. Gość? Nowy najemca? Nie miała pojęcia.

To przecież nie ma znaczenia, upomniała siebie w myślach.

Ludzie tutaj nie plotkują. Wszyscy zajmują się tylko sobą i widują się niezmiernie rzadko. Jeśli więc nawet on tutaj mieszka czy bywa, to bardzo możliwe, że zobaczyła go tylko jeden jedyny raz. W jej głowie pojawiło się uczucie żalu.

Niecierpliwie usiadła na łóżku, ściągając kozaki i zastępując je bardziej pasującymi w mieszkaniu pantoflami. Czas skończyć rozmyślania o wysokim, smagłym nieznajomym, którego widziała przez krótką chwilę – a może to była tylko zjawa? – i przypomnieć sobie, że jest tu przecież dzięki Ianowi. To on się nią zajął i powinna o tym pamiętać. Spędzali razem tak mało czasu, że każda wspólna chwila była drogocenna. A właśnie…

Sprawdziła pocztę głosową w telefonie stacjonarnym koło łóżka. Ku jej zadowoleniu miała jedną nową wiadomość. Gorliwie nacisnęła przycisk odtwarzania, ale słuchając nagrania, spochmurniała.

– Marisa, tak mi przykro, nie dam dziś rady. Jestem wykończony, a czeka na mnie jeszcze sterta papierów, jakiś kontrakt, który ma być podpisany jutro rano. A to oznacza, że muszę zarwać noc na przejrzenie ich. Jeśli wszystko pójdzie gładko, może uda nam się zjeść razem lunch jutro. Wyślę ci wiadomość.

Głos Iana urwał się, a ona patrzyła bezmyślnie na aparat. Nie widziała go od trzech dni i miała nadzieję, że dziś się uda. Pustkę po nim starała się wypełniać codziennym zwiedzaniem Londynu. Ale to, co wydawało się ekscytującą przygodą, kiedy wprowadziła się do tego mieszkania miesiąc temu, teraz zaczynało ją nudzić. Poczuła się źle, myśląc w ten sposób. Cztery tygodnie temu, zanim go poznała, zaharowywała się przez całe dnie tylko po to, by móc pozostać w Londynie. Dłuższe spacery i wszelkie rozrywki były dla niej niedostępne.

Teraz, gdy Ian zaczarował jej życie, miała i czas, i pieniądze, by przeżyć wszystko, co oferowało to miasto. Dla dziewczyny wychowanej w głuszy hrabstwa Devon to był istny róg obfitości. Rzeczy, które dotychczas widziała tylko w telewizji, stały się dla niej nagle dostępne – leżały na wyciągnięcie ręki. Na początku był to dla niej szok. Z pełnym – dzięki hojności Iana – portfelem mogła swobodnie snuć się po markowych sklepach i butikach, kompletując garderobę, o której wcześniej jedynie marzyła. Jednak nie tylko zakupy ją kusiły. W Londynie było znacznie więcej rzeczy do odwiedzenia i zobaczenia niż same sklepy. Oglądała zatem wszystkie słynne widoki, chłonęła kulturowe i historyczne dziedzictwo stolicy, zanurzała się w tych wszystkich cudach, w które obfitowało to miasto – od niezapomnianej przejażdżki diabelskim młynem London Eye, po zwiedzanie Buckingham Palace. Wieczorami poznawała teatralne życie Londynu, chodząc na musicale, spektakle czy wystąpienia na żywo z udziałem sławnych gwiazd. Siedziała bynajmniej nie na najtańszych miejscach wraz z tłumem, ale w wygodnej loży, i wracała do mieszkania nie zatłoczonymi autobusami czy metrem, ale komfortowymi taksówkami.

To wszystko było po prostu… cudowne!

Był tylko jeden problem: chodziła do tych wszystkich miejsc sama; Ian nigdy jej nie towarzyszył. Nigdy. Czuł się z tym źle, tak jak ona. Powtarzał jej to cały czas.

– Tak bardzo chciałbym zabrać cię gdzieś wieczorem, ale… nie mogę. Po prostu nie mogę.

Jego głos zawsze był napięty, gdy to mówił, i Marisa wiedziała, że faktycznie pragnął, by było inaczej. Ale to było niemożliwe – nie mogli wyjść i pokazać się gdzieś razem. Już wystarczająco niebezpieczne były ich obecne spotkania i Marisa wiedziała, że nie może prosić o więcej.

Nie mogę być zaborcza. Muszę być wdzięczna za to, co mam. Był dla mnie taki wspaniały, a ja jestem taka szczęśliwa, że się poznaliśmy.

Powtarzała sobie to napomnienie codziennie rano, kiedy wstawała z łóżka, po czym kierowała się do kuchni. Nie może wściekać się i gniewać, gdy on zmuszony jest odwołać ich spotkanie. Musi sobie jakoś dać radę sama.

Popatrz, gdzie teraz mieszkasz, jak wygląda twoje obecne życie. Jakie jest łatwe i przyjemne. A to wszystko dzięki Ianowi!

Pocieszała się w ten sposób również teraz, włączając elektryczny czajnik z wodą na herbatę i wstawiając gotowe danie do mikrofalówki. Przypominała sobie brudną, obskurną kuchenkę z poprzedniego mieszkania, czy niewiele lepszą kuchnię w domu rodzinnym, z kamiennym zlewem i chybotliwymi drewnianymi kredensami. Warunków, w których żyła teraz, nie dało się w ogóle porównać z tamtym jej życiem, jak nie da się porównać nieba i ziemi. A jednak nie była w stanie opanować ogarniającego ją smutku.

Za wszelką cenę postanowiła pozbyć się tego uczucia. Przeszła przez salon, by ponownie podziwiać jasnoszary trzypokojowy apartament, ciemnoszary włochaty dywan i srebrzyste zasłony obramowujące okno wychodzące na ulicę. Spojrzała w dół, na znajdującą się dwa piętra niżej cichą aleję ze szpalerem drzew po obu stronach, teraz jeszcze nagich, ale za miesiąc czy dwa, na wiosnę, mających obsypać się kwiatami.

Zaparkowane na ulicy drogie samochody utwierdzały ją w przekonaniu, że była to luksusowa okolica, gdzie jedynie osoby bogate i wpływowe mogły pozwolić sobie na mieszkanie. Była wdzięczna, że Ian wybrał mieszkanie w tak spokojnej okolicy, tak blisko Holland Parku, bo pomimo uroków Londynu była przyzwyczajona do ciszy i spokoju. Zapadał zimowy zmrok i niewielu ludzi było na ulicy. Ponury chłód zdawał się wyciągać ku niej swe macki.

Nie znała nikogo w Londynie. Tylko Iana. Dziewczyny, z którymi od niedawna pracowała, były cudzoziemkami; przyjechały do Londynu za pracą, podobnie zresztą jak ona. Trzymały się ze sobą we własnych grupkach i mimo że były wobec niej uprzejme, nie zdążyła się z nimi jak dotąd bliżej zaprzyjaźnić. Wiedziała, że Londyn będzie wielkim, zabieganym miejscem i że nie będzie tu nikogo znała, ale nie wiedziała, że będzie to aż takie trudne. Że tak samotnie można się czuć w tłumie. I że tak źle może być komuś w tak luksusowym w końcu, z pozoru beztroskim życiu…

Zła na siebie, odsunęła te czarne myśli, zaciągnęła zasłony i zapaliła w salonie światło modernistycznej lampy. Wypije filiżankę herbaty, w międzyczasie podgrzeje się jedzenie w mikrofalówce, potem obejrzy coś na wielkim ekranie telewizora i położy się wcześnie spać. Naprawdę nie miała na co narzekać i nie powinna się nad sobą użalać.

Przywykłam już do samotności, pomyślała.

Żyjąc z matką na obrzeżach trzęsawisk Dartmoor, przyzwyczaiła się do dni spędzanych samotnie. Najbardziej samotna była ostatni rok w Devon, już po śmierci matki. Przez ten czas zdołała pogodzić się z jej odejściem, zwłaszcza że końcówka jej życia była prawdziwą męczarnią. Matka Marisy cztery lata przed śmiercią została potrącona przez samochód i od tego czasu była przykuta do wózka inwalidzkiego. Wypadek osłabił też jej serce i to właśnie zawał zakończył jej cierpienie osiemnaście miesięcy temu. Chcąc nie chcąc, Marisa zdała sobie sprawę, że śmierć matki stanowiła dla niej uwolnienie od obowiązku nieustannego opiekowania się nią. Mogła teraz wreszcie opuścić rodzinny dom i ruszyć w szeroki świat. Tuż przed wyjazdem po raz ostatni poszła na przykościelny cmentarz.

 

– Wyjeżdżam do Londynu, mamo. Wiem, że nie chciałabyś tego, wiem, że będziesz się o mnie martwić. Obiecuję ci jednak, że nie skończę jak ty, ze złamanym sercem i niespełnionymi marzeniami. Przysięgam.

Spakowała walizki, kupiła bilet na pociąg i wyjechała, nie mając pojęcia, co na nią czeka. Nie wiedziała, że w jej życiu pojawi się Ian i zmieni je tak radykalnie.

Zapiszczała mikrofalówka, dając znać, że jedzenie jest już podgrzane. Otrząsnęła się z rozmyślań i udała się do kuchni. Nie będzie się nad sobą użalać, postanowiła. Musi pamiętać, że jeszcze niedawno jej życie wyglądało zupełnie inaczej od obecnego. Spędzi dziś miły, cichy wieczór w domu. Nacisnęła parę przycisków na termostacie, który sprawiał, że centralne ogrzewanie utrzymywało jej mieszkanie w przytulnym cieple. Dwie minuty później zwinięta na kanapie podjadała przyrządzone danie i oglądała telewizję. Był to program dokumentalny o życiu gdzieś w tropikach i Marisa, podziwiając płytkie lazurowe wody pełne kolorowych mieniących się w słońcu rybek, słuchała lektora opowiadającego o morskiej faunie i florze. Ale najbardziej wzrok dziewczyny przyciągała plaża. Prawdziwy raj otoczony palmami.

Wyobraź sobie, że jesteś w takim miejscu… Gdyby tylko Ian…

Szybko ucięła te dywagacje. Ian nie może jej zabrać w takie miejsce. Nie może jej zabrać nigdzie, choćby na jeden dzień, kropka. Taka była rzeczywistość. Mógł dla niej wynająć to mieszkanie, mógł dać jej wspaniały diamentowy naszyjnik, ofiarować pieniądze, by się pięknie ubierała, ale jednej rzeczy dać jej nie mógł: własnego czasu.

Sięgnęła po kubek z herbatą, starając się skupić na programie. Prezenter nie był Brytyjczykiem. Miał akcent. Śpiewny i atrakcyjny. Próbowała go dopasować do konkretnego kraju. Francuski? Hiszpański? Nie była pewna. Zmarszczyła brwi. Czy to aby nie ten sam akcent co u mężczyzny, który poprosił ją o zatrzymanie windy? Zamknęła oczy, by usłyszeć ten głos jeszcze raz. Akcent prowadzącego program był mocniejszy, ale w tym samym typie. Jego wygląd, kolor włosów i karnacja również były podobne. Sięgnęła po pilota, sprawdzając informację o programie. Imię gospodarza programu było greckie. Czy mężczyzna w korytarzu także był Grekiem? Zamyśliła się. Mógł być. Ale mógł równie dobrze pochodzić skądinąd. Był w każdym razie cudzoziemcem, to było pewne. A mieszkanie, z którego wyszedł, poprzednio też wynajmował obcokrajowiec. Może to jakaś międzynarodowa agencja wynajmująca mieszkania dla biznesmenów?

Ciekawe, kto to? Jest tak nieziemsko przystojny…

Z nutką zniecierpliwienia odsunęła od siebie tę myśl. Czy to ważne, kim jest, dlaczego tu mieszka i jakiej jest narodowości? Widziała go przez kilka czy najwyżej kilkanaście sekund, kiwnął jej głowią i powiedział dziękuję, po czym zniknął. Być może widziała go jedyny raz w życiu. A jeśli nawet nie, to przecież to i tak nieistotne. Przełączyła kanał i skończyła posiłek. Wieczór zaczynał się dłużyć…

Dwie godziny później było już bliżej niż dalej do końca wieczoru, ale ona czuła się znudzona i niespokojna. Nie mogła się zdecydować, co robić dalej: iść do łóżka czy oglądać filmy. W telewizji nie leciał wprawdzie żaden ciekawy film, ale z drugiej strony była dopiero dziewiąta. W budynku panowała tak absolutna cisza, jak gdyby była tu jedynym mieszkańcem. Sięgnęła po pilota. Traciła czas, oglądając coś, czego nie chciała oglądać. Pójdzie do łóżka i poczyta sobie książkę o historii Londynu, którą znalazła tydzień temu. To było jej nowe hobby, luksus, o którym nie mogła wcześniej śnić.

Nie chcesz przecież wyjść na wieśniaczkę przed Ianem, prawda? Nawet jeśli nie jest intelektualistą, zna się na interesach, bieżącej sytuacji ekonomiczno-gospodarczej i tak dalej. No i zna oczywiście Londyn…

Wyłączyła telewizor i zebrała się w sobie, by wstać. Lecz nagle zamarła. Z korytarza dobiegł ją dźwięk, którego wcześniej nie słyszała. Dzwonek do drzwi. Kto, do diabła? Zagubiona i zalękniona podeszła do drzwi. Były zabezpieczone łańcuchem i miały wizjer. Wyjrzała przez niego, ale jedyne, co widziała, to rozmyty obraz ciemnego garnituru. Nic więcej. Cóż, włamywacze raczej nie dzwonią do drzwi w apartamentowcu z kamerami na każdym piętrze. Ostrożnie otworzyła drzwi z łańcuchem na parę centymetrów, przygotowana, by je zatrzasnąć, gdyby ktoś próbował wejść siłą. Zamiast tego usłyszała głos. Głęboki i z akcentem, który brzmiał znajomo.

– Szalenie przepraszam za najście…

Zrobiło jej się gorąco.

– Chwileczkę. – Odsunęła blokujący drzwi łańcuch i otworzyła je szerzej.

To był mężczyzna, który prosił ją tego dnia o zatrzymanie windy.

– Pani wybaczy – powiedział – ale… czy mógłbym prosić panią o przysługę?

Na jego twarzy wykwitł delikatny, tajemniczy uśmiech. Marisa chciała coś odpowiedzieć, ale stała jak sparaliżowana, nie mogąc wydobyć głosu z lekko otwartych ust. Jakoś udało jej się jednak pozbierać.

– O… oczywiście – powiedziała, starając się brzmieć grzecznie i spokojnie.

Uśmiech na twarzy mężczyzny pogłębił się, a jej serce zabiło jeszcze mocniej. Ścisnęła framugę drzwi.

– Właśnie wprowadziłem się do apartamentu po sąsiedzku i zdałem sobie sprawę, że nie dokonałem żadnych zakupów spożywczych. To brzmi idiotycznie, ale jeśli mogłaby mi pani pożyczyć trochę mleka i parę łyżeczek kawy, będę pani dozgonnym dłużnikiem.

Ciemne oczy z długimi rzęsami spoczęły na niej, ich tajemniczy wyraz współgrał z aurą dominacji, jaką wokół siebie roztaczał. Kimkolwiek był, na pewno nie był sługą losu, lecz jego panem.

To typ faceta, który wydaje rozkazy… inni je wykonują. Ugnij się pod jego rozkazem… I spełnij jego prośbę, jakby przekręcił kluczyk umieszczony w twoich plecach…

Zwłaszcza, jeśli jesteś kobietą…

Łaskotanie w brzuchu i ucisk ręki na framudze zwiększyły się. Przełknęła ślinę i mogła wreszcie przemówić.

– Tak, tak, oczywiście. Nie ma problemu. – Jej głos brzmiał szorstko, jakby miała chrypkę.

Uśmiech rozjaśnił teraz jego twarz do końca. Gardło Marisy ścisnęło się jeszcze bardziej.

– To naprawdę miłe z pani strony – odpowiedział swym niskim głosem, przed którym Marisa nie wiedziała, jak się bronić. Zresztą nie chciała się bronić…

Powoli otworzyła drzwi szerzej, sama natomiast odsunęła się tak, by mógł wejść.

– Ja… hm… Pójdę i przyniosę te rzeczy – wykrztusiła.

Udała się w stronę kuchni. Wydawało jej się, że idzie nieporadnie i z pewnością obiła się o róg sofy, przechodząc przez salon. Czuła się jak idiotka, wpadając na własne meble. W kuchni otworzyła lodówkę i wzięła z niej mleko. Było półtłuste. Miała nadzieję, że lubi takie. Podobnie jak markę kawy; facet nie wyglądał na kogoś, kto pije kawę rozpuszczalną. Jej oczy powędrowały szybko do przerażająco skomplikowanego i nigdy dotąd nieużywanego ekspresu do kawy stojącego koło mikrofalówki. Kupiła ziarna kawy w nadziei, że ją wypróbuje, ale jedno spojrzenie na instrukcję zatrzymało jej ambicje.

Och, przestań dygotać, dziewczyno, po prostu daj mu to mleko i kawę!

Wyszła pospiesznie z kuchni, ostrożnie unikając kontaktu fizycznego z meblami. Weszła na korytarz i podeszła do wciąż otwartych drzwi.

– Proszę bardzo – wydusiła, wyciągając w jego stronę produkty.

– Naprawdę, to bardzo miłe z pani strony – odpowiedział.

Jego uśmiech wciąż na nią działał jak magia. Jego wzrost czynił niewielki i bez tego korytarz jeszcze mniejszym. Tak samo ciemny garnitur i kaszmirowy płaszcz. Obecność tego mężczyzny nagle wydała jej się przytłaczająca. Uderzyła ją pewna myśl.

– Mam ziarna kawy, jeśli pan woli. Paczka jest nieotwarta, bo… nie umiem obsługiwać tej maszyny.

Co ja mówię? Bełkocę zupełnie bez sensu. Przecież jego nie obchodzi, czy potrafię użyć kawiarki.

Ale on wydawał się tym zainteresowany.

– Pokazać pani, jak to się robi? Te maszyny potrafią być szalenie skomplikowane.

Momentalnie zesztywniała.

– Nie, dziękuję… W porządku. Nie śmiałabym pana zajmować – wybąkała z trudem.

– To żaden problem, naprawdę – zapewnił.

Jego głos się zmienił. Nie wiedziała jak, ale się zmienił. I nagle, w przebłysku jasności, zrozumiała dlaczego. Podpowiedział jej to błysk w jego oczach, tych jego czarnych, głębokich oczach…

Wzięła głębszy oddech, by się uspokoić. Intuicja podpowiadała jej, że… ona również zrobiła na nim wrażenie i prawdopodobnie spodobała mu się. Jej wola rozdzieliła się w tym momencie dokładnie na pół. Jedna połowa – ta, która wcześniej zredukowała ją do ledwie dukającej idiotki – próbowała oswoić się z tą nową wiedzą… Druga krzyczała głośne ostrzeżenia: Nie rób głupstw, posłuchaj głosu rozsądku! Potrząsnęła głową.

– Dziękuję, ale nie – powiedziała grzecznie, lecz stanowczo. Podała mu mleko i kawę.

Przez sekundę wpatrywał się w nią, tym razem to on był najwyraźniej wytrącony z równowagi. Wyciągnął w końcu ręce, by zabrać ofiarowane mu rzeczy. Wziął je w jedną rękę. W drugiej trzymał neseser.

– Jeszcze raz dziękuję – powiedział. – I… dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedziała dziwnie spokojnym głosem. Potem zamknęła drzwi.

>Na zewnątrz Atan stał chwilę bez ruchu, a jego oczy zwęziły się. Interesujące, pomyślał. Zareagowała na niego, tak jak planował – co do tego nie było wątpliwości. Lata doświadczenia nauczyły go rozpoznawać znaki, które dają kobiety uważające go za atrakcyjnego. I ta kobieta też dała mu takie znaki. Ale potem zdecydowanie zakreśliła granicę, której przekroczenia nie chciała.

A jeśli by nie odmówiła? Jeśli wpuściłaby mnie do mieszkania, zaparzyła kawę i napiła się ze mną? Czy zgodziłaby się na kolejną sugestię, by zamówić kolację i zjeść ją razem?

A jeśli tak, to co by następnie zrobił?

Czy spędziłby z nią noc, jeśli by mu na to pozwoliła?

Przez jedną krótką chwilę obraz ich ciał splatających się w uścisku wypełnił jego umysł.

Jasne złociste włosy rozrzucone na poduszce. Gładkie, nagie ciało, całe dla niego. Piękna twarz rozjaśniona rozkoszą… tym, co mógł jej dać.

Ruszył zdecydowanie w stronę swoich drzwi, z trudem utrzymując w rękach mleko, kawę i neseser i jednocześnie wyjmując klucze. Gdy wszedł do środka, poczuł głód, bardzo przyziemną potrzebę zjedzenia czegoś. Cóż, zrobi sobie kawę, niech będzie i rozpuszczalna, i zamówi kolację przez internet. Musi być tu gdzieś w okolicy firma cateringowa. Dobrze, że w apartamentowcu nie ma konsjerża, pomyślał. Taki człowiek sam wygadałby się przed Marisą na temat wszystkiego, co wie o nowym lokatorze. A tak to Atan miał przewagę nad swoją sąsiadką: wiedział, że jest w związku z Ianem Randallem. Związku, który on powinien przerwać. Ona natomiast nie wiedziała o nim nic.

>Marisa nie spała dobrze. Rzucała się z boku na bok. Oszukiwała się, że to przez odwołane spotkanie z Ianem, ale w głębi duszy znała prawdziwy powód. Był nim ten mężczyzna mieszkający po sąsiedzku – wysoki, ciemny, oszałamiający.

Z najbardziej podręcznikowym tekstem na podryw! Tego się trzymaj!

Nie mógł wymyślić czegoś lepszego niż pożyczanie mleka? I kawy. Jak mogła zapomnieć! Ale coś tu nie grało. Ten niesamowity mężczyzna mógł przecież pstryknąć palcami i mieć wszystkie kobiety z okolicy; czemu zatem miałby zabiegać akurat o jej względy? Poza tym widział ją tylko wychodzącą z windy. Mógł oczywiście przypuszczać, że mieszka na tym piętrze, ale mieszka tu również starsza para. On sam jest nowym lokatorem i nie miał pojęcia, kto gdzie mieszka, więc dzwonek do drzwi i prośba były być może jednak zupełnie niewinne i skierowane do niej przypadkowo. Zresztą… jakie to ma znaczenie?

Ale zaproponował mi pomoc w obsłudze maszyny do kawy…

To nie znaczy nic ponad to, że jest mężczyzną, a oni uważają, że kobiety potrzebują wsparcia technicznego. Myślał zapewne, że grzecznie będzie zaoferować pomoc, skoro Marisa sama powiedziała mu o swoich problemach z kawiarką.

A jeśli on pomyślał, że go w ten sposób podrywam? Próbuję namówić do wejścia do mieszkania… Zachowałaś się jak bezmyślna idiotka, jąkając się w drzwiach i gapiąc na niego. Pewnie przywykł już do takich reakcji na swój wygląd, mówiła do siebie Marisa. Zresztą nie tylko wygląd. Ten jego tajemniczy akcent i niski tembr głosu! Jeśli miałaby powiedzieć szczerze, to dopiero wszystko to połączone w całość miało nieprawdopodobną wręcz siłę rażenia. No i jeszcze kaszmirowy płaszcz i idealnie skrojony garnitur, świadczące o jego zamożności i statusie społecznym.

 

Zastanowiła się. Ian też był bogaty i też widać to było po nim na pierwszy rzut oka. Ale mimo wszystko nie posiadał tej powalającej od pierwszego wejścia mocy, aury władzy i dominacji, która emanowała z tego człowieka, jak gdyby podświadomie dawał innym mężczyznom znak, że z nim się bezkarnie nie zadziera. A kobietom? Jaki znak dawał kobietom? Czy był typem, który próbuje zdobyć absolutnie każdą przedstawicielkę płci pięknej?

Dreszcz przeszedł jej wzdłuż kręgosłupa. Powinna kłaść się spać, a nie przeżywać to zdarzenie wciąż na nowo.

Ale sny Marisy, gdy udało jej się wreszcie w nie odpłynąć, były wypełnione niepokojem i jakimś dziwnym poczuciem oczekiwania…

>Atan ruszył wcześnie do pracy, gdyż uważał, że ranki – czas, zanim jeszcze zaczynały się spotkania – są najbardziej produktywne. Tego ranka jednak nie był w formie i coś go najwyraźniej zdenerwowało. Również on odtwarzał wielokrotnie w myślach scenkę z poprzedniego wieczoru i było to dla niego wysoce irytujące. To, że jego umysł igrał z tymi wspomnieniami. Wciąż widział przed sobą jasne włosy otaczające jej twarz i spływające na ramiona, widział, jak na niego patrzy szeroko otwartymi oczyma, próbując mówić coś głosem stłumionym i zalęknionym. Widział, jak odchodzi w głąb mieszkania, widział jej długie szczupłe nogi i kołyszące się biodra, a kaskada jasnych włosów opada jej na plecy. Była doprawdy przecudowna…

Tak, tak, już to wiedział i to miało mu ułatwić wykonanie zadania. Miał górę papierów do przebrnięcia i obsesyjne myślenie o niej nie pomagało mu w tym. Musiał również wymyślić pretekst, by usunąć Iana Randalla z kraju. Nadchodzący kontrakt z Zachodnim Wybrzeżem byłby dobrą wymówką. Mógłby go wysłać jako przedstawiciela firmy. Mógłby nawet, pomyślał, a jego oczy zwęziły się, wspomnieć o tym Evie. Powiedzieć, że po załatwieniu interesów będą mogli zostać tam na wakacje. Albo polecieć stamtąd na przykład na Hawaje. Wiedział, że Eva by to kupiła. To zatrzymałoby ich z dala od Londynu na parę tygodni, może nawet dłużej.

Tyle czasu potrzebuję na Marisę Milburne.

Nie wątpił we własne siły. Kobiety nie mówiły mu „nie”, dlaczego teraz miałoby być inaczej? Zwłaszcza po ostatniej nocy. Spekulacje, jakoby Marisa była zakochana w Ianie, odeszły w kąt. Żadna naprawdę zakochana dziewczyna nie zareagowałaby na niego w sposób, w jaki się to wczoraj wydarzyło. Nawet jeśli nie wpuściła go do środka. To było oczywiste. Zmarszczył brwi. Jak zareaguje na jego kolejny krok? Otworzył przeglądarkę internetową, szybko wyszukał i zakupił coś, klikając w pole „dostawa przed południem”. Potem wrócił do pracy i oczyścił umysł z takich rozważań. Jeśli chce mieć wieczorem wolne, to ma teraz przed sobą dużo roboty.

>Marisa robiła przepierkę, gdy zadzwonił interkom. Podniosła słuchawkę.

– Przesyłka dla panny Milburne – powiedział głos.

Zaskoczona, przycisnęła guzik otwierający bramę domu i przy otwartych drzwiach mieszkania poczekała na kuriera, który przyniósł bukiet białych lilii.

Och, Ian, pomyślała, jak słodko. Choć oczywiście milej byłoby cię spotkać!

Ale gdy wniosła kwiaty do mieszkania i postawiła na stole, otworzyła dołączony liścik, a wiadomość w nim zawarta zelektryzowała ją.

„Dziękuję za kawę i mleko. Okazały się niezbędne”.

I podpis: „Wdzięczny sąsiad”.

Przez chwilę wpatrywała się niemo w treść listu. Ten wyraz wdzięczności musiał kosztować przynajmniej trzydzieści funtów, jeśli nie więcej, pomyślała. To trochę przesada. Z drugiej strony… Cóż, odkąd spotykała się z Ianem, odkryła, że bogaci ludzie myślą inaczej niż ona. Mimo to zrobiło jej się przykro, że kwiaty są od nieznajomego, dla którego ona nic przecież nie znaczy, a nie od Iana. Próbowała odgonić od siebie te myśli. To w niczym nie umniejsza Ianowi, powiedziała do siebie. Wiedziała, że niełatwo było mu się z nią spotykać, wiedziała to i akceptowała, nawet jeśli marzyło jej się coś innego. Ale taka była rzeczywistość.

Postanowiła przejść się po Holland Parku. Pogoda nie była zbyt atrakcyjna, bo mżyło, ale pomyślała, że dobrze jej zrobi trochę świeżego powietrza i ruchu.

Powinnam zapisać się na siłownię albo lekcje tańca, pomyślała. Może tam poznam nowe osoby, znajdę przyjaciółki. Mimo że nie była w tym dobra. To dlatego, że zawsze czuła się inna, wyobcowana. Ona i jej matka w ich wiosce zawsze były postrzegane jako przyjezdne. W Londynie nie miała żadnych bliższych znajomych poza Ianem – jedynie z nim dogadywała się, wiedziała, że ją rozumie. Jego urok, poczucie humoru, pozwalały jej poczuć się pewnie po raz pierwszy w życiu. Ale teraz nie było go przy niej.

Ubrała się, wzięła klucze i ruszyła na spacer. Postanowiła pójść na lunch i po zakupy. Tak zabije czas. To właśnie robiła ostatnio. Mimo że jej życie wyglądało jak z bajki, nie mogła przecież w ten sposób spędzić go całego. Wiedziała, że musi zacząć pracę, ale jaką? Ian nalegał, by nie brała nisko płatnych zajęć przy sprzątaniu, którymi się parała po przyjeździe do Londynu, ale może działalność dobroczynna to jest to? Nie wiedziała, od czego zacząć, ale miała przynajmniej jakiś pomysł. Zacznie od pracy w sklepie sieci charytatywnej, a potem coś wymyśli. Ruszyła zdecydowana znaleźć jeden z takich lokali. Może jednak najpierw zje lunch?

>Nieco po szóstej zadzwonił dzwonek do drzwi. Czytała właśnie w internecie o organizacjach dobroczynnych. Życie innych było o tyle trudniejsze od jej! Dzwonek zadzwonił ponownie. Z mieszanymi uczuciami poszła otworzyć.

– Kwiaty dotarły?

Westchnęła. To był on.

– Tak, dziękuję. Ale to było niepotrzebne.

Wydawał się nieporuszony tą odpowiedzią.

– Nie ma za co. – Jego masywna sylwetka znów podziałała na nią tak jak poprzednio. – Miło mieć tak uprzejmych sąsiadów. Nie ma pani pojęcia, jak bardzo potrzebowałem kawy. Nie wpadło mi to wcześniej do głowy, że mogę jej nie mieć w mieszkaniu. Proszę mi powiedzieć, czy udało się pani obłaskawić kawiarkę?

Wiedziała, co powinna powiedzieć. Ale jak?

– Przepraszam, narzucam się, nie znamy się przecież prawie w ogóle.

I tym przełamał jej opór.

– Nie ma za co – odpowiedziała. – To miłe, że chce mi pan pomóc z kawiarką, ale kawa rozpuszczalna też jest smaczna, a ja… ja i tak pijam głównie herbatę.

Znowu, podobnie jak dzień wcześniej, poczuła, że mówi nie to, co chce powiedzieć. Czemu się w ogóle odzywa?!

– No tak, jesteśmy przecież w Anglii – powiedział ze zrozumieniem sąsiad Marisy. Po czym dodał wyraźnie swobodniejszym, rozbawionym niemal głosem: – My w Grecji pijemy hektolitry kawy. To spadek po tureckim panowaniu.

– Jest pan Grekiem!

– Tak. To źle czy dobrze? – zapytał z uśmiechem.

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze, nieco zakłopotana. – Nie znam żadnego Greka. I nigdy nie byłam w Grecji.

– Cóż, mam nadzieję, że nie odstraszyłem pani od naszego narodu. – W jego głosie i oczach widać było rozbawienie.

Nie, kimkolwiek by był, nie obrzydził jej Grecji…

– No cóż, poprosiłem wczoraj o przysługę i wyświadczyła mi ją pani. Ośmielę się zatem pójść za ciosem i poprosić o drugą… – Tajemniczy nieznajomy zawiesił na chwilę głos.

– Tak… Słucham? – Marisa nie miała bladego pojęcia, o co jeszcze może ją poprosić sąsiad Grek. Cukier? Sól?

– Trochę z przypadku wyszło tak, że mam dwa bilety na przedpremierę Czechowa, na dzisiaj. Byłoby dla mnie wielkim zaszczytem, gdyby zechciała mi pani towarzyszyć. Oczywiście, jeśli interesuje się pani teatrem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?