Historia jednego balu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Julia James
Historia jednego balu

Tłumaczenie:

Katarzyna Berger-Kuźniar

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Max Vasilikos rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu za biurkiem.

‒ No i cóż pan tam dla mnie ma? – zapytał.

Jego agent pracujący na terenie Wielkiej Brytanii wręczył mu plik błyszczących broszurek.

‒ Myślę, że znajdzie się parę interesujących propozycji – odrzekł z nadzieją w głosie do jednego ze swych najbardziej wymagających klientów.

Max zerknął pobieżnie na przedstawione mu fotografie nieruchomości i bez wahania zatrzymał się przy jednej z nich.

Stara angielska posiadłość wiejska, zbudowana z kamienia o ciepłej miodowej barwie, z wejściem i gankiem oplecionymi kwiatami, otoczona ogrodami i fragmentem lasu, na zdjęciu dosłownie tonęła w zieleni i blasku słońca odbijającego się dodatkowo w tafli pobliskiego jeziora. Gdy na nią patrzył, czuł, że musi ją natychmiast zobaczyć na żywo.

‒ Wyłącznie ta! – powiedział stanowczo, taksując agenta jednoznacznym spojrzeniem.

Ellen przystanęła w holu, słysząc donośny głos macochy dobiegający z salonu.

‒ Dokładnie na to miałam od dawna nadzieję i nie pozwolę, by ta cholerna dziewucha znów wszystko zepsuła!

‒ Musimy się pospieszyć i sprzedać ten dom! – Drugi rozzłoszczony głosik należał do Chloe, przybranej siostry Ellen, która zresztą nie była wcale zaskoczona tonem wypowiedzi obu kobiet.

Odkąd Paulina poślubiła tatę, wraz ze swą córką miały wyłącznie jeden cel: wydać wszystkie jego pieniądze na swoje luksusowe zachcianki. Teraz po latach wydawania pozostał już tylko dom, który odziedziczyły rok wcześniej we trzy po nagłej śmierci ojca na zawał. Paulina i Chloe marzyły o sprzedaży. Fakt, że dom ten, a właściwie potężna posiadłość, od pokoleń należała do rodziny Ellen, w niczym im nie przeszkadzał. Zresztą wrogość i pogarda wobec niej również nie były żadną nowością. Od samego początku wysoka, silna i odrobinę niezdarna, poruszająca się „jak słoń w składzie porcelany” – bo tak zawsze nazywały ją macocha i przybrana siostra – miała jasno powiedziane, że nie może pod żadnym względem równać się z filigranową, szczuplutką i prześliczną Chloe!

Ellen ruszyła dalej korytarzem, tym razem z premedytacją hałasując, dzięki czemu głosy w salonie natychmiast umilkły. A więc wygląda na to, że macocha znów znalazła klienta na dom… Nie zniechęcała jej nawet świadomość, że pasierbica bez sądu nie zgodzi się na sprzedaż; i tak cały czas wystawiała ofertę Haughton, gdzie tylko mogła. A Ellen na temat sprzedaży domu, w którym była szczęśliwa do dnia wypadku samochodowego matki, postanowiła być nieugięta!

Gdy w końcu zdecydowała się wejść do salonu, przywitało ją wrogie spojrzenie dwóch par lodowato błękitnych oczu.

‒ Coś cię zatrzymało? Chloe godzinę temu wysłała ci esemes, że chcemy porozmawiać.

‒ Byłam na treningu.

‒ No przecież… znów masz błoto na twarzy.

Kobieta westchnęła bezradnie. Przy supereleganckiej Chloe, w jej idealnie skrojonych spodniach i kaszmirowym wdzianku, z nowiusieńkim lakierem na paznokciach, platynową fryzurą prosto od fryzjera i mocnym, modnym makijażu, Ellen w swoim dresie treningowym z pobliskiej prywatnej szkoły dla dziewcząt, gdzie uczyła WF-u i geografii, bez cienia kosmetyków na twarzy i z potężną grzywą niesfornych włosów, które nigdy nie poznały fryzjerskich nożyc, wyglądała odrażająco.

‒ Dzwonili z agencji – oświadczyła Paulina i przeszyła ją świdrującym wzrokiem.

‒ I nie chcemy, żebyś znów wszystko zrujnowała! – wtrąciła się Chloe. – Zwłaszcza przy tym kliencie!

‒ Pan Max Vasilikos poszukuje nowych perełek do swej kolekcji – naświetliła sprawę macocha – i wydaje się, że Haughton będzie mu pasowała!

‒ Mamo, nie spodziewasz się chyba, że ona będzie wiedziała, kim jest Vasilikos! – skomentowała jej córka i zwróciła się do przybranej siostry: ‒ Otóż jest on nieprzyzwoicie bogatym potentatem na rynku nieruchomości, a ostatnio miał romans z Tylą Brentley, o której nawet ty musiałaś słyszeć…

Ellen istotnie słyszała o tej angielskiej aktorce, która podbiła Hollywood rolą w romantycznym hicie. Żyły nią jej uczennice. Ale grecki – sadząc po nazwisku – potentat zajmujący się nieruchomościami? Wolała nawet nie myśleć, co taki potentat mógłby zrobić z jej rodzinnym domem. Sprzedać go na zatracenie arabskiemu szejkowi, który w najlepszym wypadku przyjeżdżałby do Anglii raz w roku na tydzień?

‒ …a więc ów Vasilikos – mówiła dalej Paulina – jest na tyle zainteresowany naszą posiadłością, że postanowił osobiście ją zobaczyć. Nie wypadało mi nie zaprosić go na lunch.

‒ Czy ten człowiek rozumie strukturę własności Haughton i zdaje sobie sprawę, że nie zamierzam się pozbywać swojej części? – zapytała Ellen.

‒ Nie zastanawiałam się nad szczegółami. Ważne, że jeśli zainteresował się na serio, to mamy dużo szczęścia i nie pozwolę, by ktokolwiek pomieszał nam szyki. A jeśli do ciebie nie przemawiają moje słowa, być może przemówi sam Vasilikos.

Na dźwięk tej wypowiedzi szyderczym śmiechem wybuchła Chloe.

‒ Mamo, przestań, na Ellen mężczyźni nie robią wrażenia…

I vice versa ‒ chciała z pewnością powiedzieć siostrzyczka ‒ zresztą zgodnie z prawdą, pomyślała Ellen, która już dawno pogodziła się z tym, że mężczyźni – zupełnie przeciętni, nie mówiąc nawet o elicie – traktowali ją jak powietrze, bo też i nie było w niej niczego atrakcyjnego.

‒ Ale ponieważ Ellen musi być obecna na spotkaniu, więc musimy się starać jakoś zachować wspólny front.

Ellen zapatrzyła się przed siebie. Wspólny front? Trudno chyba o bardziej rozczłonkowaną rodzinę. I tak przecież da jasno do zrozumienia temu człowiekowi, że nie jest przychylna sprzedaży domu. A teraz musi iść do siebie wziąć prysznic.

Ruszyła w stronę kuchni, swojej ulubionej części domu, od której Paulina i Chloe, zupełnie niezainteresowane gotowaniem, z chęcią trzymały się z daleka. Właściwie już dawno temu całkowicie przeprowadziła się na tyły domostwa, przerabiając dawne pomieszczenia dla służby na swoją sypialnię i salon, dzięki czemu rzadko zapuszczała się do frontowej części budynku. Jednak teraz, idąc do swych wewnętrznych, obitych zieloną wykładziną drzwi, które niegdyś oddzielały pokoje rodzinne od zaplecza, rozglądała się ze ściśniętym sercem po reszcie domu: wielkie zakrzywione schody, olbrzymi kamienny kominek, masywne dębowe drzwi, boazeria z ciemnego drewna, stara kamienna posadzka… Boże, jak bardzo kocha ten dom, każdy jego szczegół, jak bardzo czuje się oddana… Nigdy nie wyrzeknie się dobrowolnie swych ścian… nigdy, przenigdy!

Haughton tonęło we wczesnowiosennym blasku słońca. Max Vasilikos jechał coraz wolniej, bo wiedział, że lada chwila zbliży się do celu swej podróży. Z niecierpliwością czekał na konfrontację z rzeczywistością. Czy posiadłość, która zrobiła na nim tak wielkie wrażenie na fotografii agenta, nie zawiedzie jego oczekiwań? I nie chodzi tu wcale o zrobienie dobrego interesu. Kamienna konstrukcja budowli, jej idealne proporcje i stylizacja, otaczające ją ogrody i lasy – wszystko przemawiało za tym, że może się ona okazać wymarzonym miejscem na… dom! Na własny dom.

To chyba miejsce, w którym mógłbym osiąść na dłużej… – pomyślał, widząc je na zdjęciu, i poczuł się bardzo zaskoczony. Nigdy przedtem nie zdarzyła się mu taka refleksja. Uwielbiał swe życie globtrotera, pomieszkiwanie w hotelach i apartamentach, ciągłą gotowość do następnego lotu. Może dlatego, że jako dziecko i młody człowiek nigdy nie zaznał życia w prawdziwym domu rodzinnym? Matka od zawsze wstydziła się wychowywania nieślubnego synka i pewnie dlatego, gdy tylko mogła, doprowadziła do ślubu z ojczymem. Chciała w ten sposób ukryć smutny fakt, że Max nie ma ojca. Jednak ojczym wcale nie zamierzał wprowadzić do swej rodziny bękarta żony, szukał jedynie niezawodnej służącej i wołu roboczego do pracy w swej tawernie w kurorcie na jednej z wysepek Morza Egejskiego.

I tak oto Max spędził dzieciństwo i wiek dojrzewania jako kelner swego ojczyma, a matka została kucharką męża. W dniu, w którym zmarła, w połowie z przepracowania, w połowie z powodu nieleczonej choroby płuc, chłopak porzucił tawernę na zawsze i z płonącym wzrokiem wsiadł na prom do Aten. A oczy paliły go nie tylko od łez po śmierci mamy, ale także z wielkiej determinacji, by wyruszyć na podbój świata, zrobić karierę, i to błyskotliwą. Nie wyglądało, by cokolwiek mogło go zatrzymać.

Po pięciu latach tyrania na różnych budowach udało się mu odłożyć za zakup pierwszej własnej nieruchomości: porzuconego domu na farmie. Po dwuletniej samodzielnej rekonstrukcji budowli sprzedał ją pewnemu Niemcowi i zarobił w ten sposób na zakup dwóch kolejnych posiadłości. I tak się wszystko zaczęło. Potem niewielkie początkowo przedsięwzięcie Vasilikosa zaczęło lawinowo rosnąć, aż stało się globalnym imperium na rynku nieruchomości.

Max często uśmiechał się z satysfakcją na myśl o swych sukcesach. W portfolio imperium znalazła się również kupiona za bezcen tawerna ojczyma, gdy ten zbankrutował, głównie przez swoje odwieczne nieróbstwo.

GPS Vasilikosa wskazał osiągnięcie celu.

Mężczyzna minął masywną, kamienną bramę i długą drogą podjazdową, okoloną drzewami i gęstwiną rododendronów, zajechał na żwirowany podjazd pod samym domostwem. Na pierwszy rzut oka nie czuł się rozczarowany. Fotografia nie kłamała.

Dom był malowniczo wkomponowany w pięknie zaprojektowane otoczenie. Budulec miał istotnie barwę miodu, a w wielodzielnych oknach odbijało się słońce. Kamienny ganek i zdobione dębowe drzwi spowijały nagie o tej porze roku pnącza, lecz ich gęstość zapowiadała późniejszą obfitość kwiatów. Póki co kwitło jedynie mnóstwo żółtych żonkili wzdłuż zielonych rabat po obu stronach ganku.

 

Vasilikos poczuł się wstępnie usatysfakcjonowany. Eleganckie, gustowne, urokliwe siedlisko, ewidentne świadectwo wielu zdarzeń na przestrzeni długich stuleci swego istnienia. Typowo angielska posiadłość wzniesiona dla właścicieli ziemskich i szlachty, lecz kusząca i zachęcająca, przytulna, sprawiająca wrażenie nie tylko wielkiego domostwa, lecz i domu rodzinnego, ogniska domowego.

Czy to mógłby być mój dom? – zastanowił się.

Dlaczego, na Boga, powraca ta myśl? Czyżby osiągnął wiek, w którym większość nawet najzagorzalszych przeciwników stabilizacji, zaczyna o niej myśleć? Ciekawe, że nie myślał tak nigdy w związku z żadną kobietą… a na pewno już nie z Tylą. Poza tym znudził się jej wiecznym skupieniem na sobie i w głębi duszy ucieszył się, gdy zaczęła uwodzić kogoś z top listy swojej branży.

Może więc potrzeba mi nowego związku? Może… nowego rodzaju związku?

Nagle otrząsnął się z tych dziwacznych myśli: nie przyjechał tu, by przemyśleć swe dotychczasowe życie prywatne, lecz aby podjąć prostą decyzję w interesach: kupować czy nie?

Postanowił podjechać na tyły budynku i dopiero tam zaparkować. Dawne wejście i strona dla służby nie były może tak eleganckie jak przód domu, ale otwarty, brukowany dziedziniec okazał się schludny, po dwóch stronach otoczony przybudówkami, upiększony kwietnikami i wyposażony w ławki przy drzwiach kuchennych.

Poziom satysfakcji Vasilikosa wzrósł o kolejne punkty.

Zbliżył się do wejścia, by zapytać, czy zaparkował we właściwym miejscu, gdy nagle drzwi otworzyły się z impetem i staranował go ktoś objuczony wielkim drewnianym koszem i torbami ze śmieciami. Cofnął się w ostatniej chwili i dostrzegł, że napastnikiem okazała się kobieta, o której można jeszcze było powiedzieć, że jest młoda, natomiast niewiele więcej.

Postać uderzyła go swym wzrostem i masywnością, kompletnym brakiem fryzury i makijażu. Reszty dopełniały źle dobrane okulary w brzydkich oprawkach i szpetny, ciemnofioletowy dres.

Pomimo mało pociągającego wyglądu kobiety, Vasilikos ani na chwilę nie zapomniał o swych nienagannych manierach.

‒ Bardzo przepraszam, chciałem tylko wejść i zapytać, czy mogę tu zostawić auto. Jestem zapowiedzianym gościem, oczekuje mnie pani Mountford.

Niestety dziwna postać nie śpieszyła się, by wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Zrobiła się tylko czerwona na twarzy.

‒ A więc… czy mogę tu zaparkować? – powtórzył.

Drugie pytanie wywołało powolne skinienie głową.

‒ To dobrze, dziękuję – powiedział i ruszył do frontowego wejścia, nie poświęcając więcej uwagi niezrozumiałemu zjawisku. Zdecydowanie bardziej zainteresował go ogród okalający dom, bo już teraz potrafił sobie wyobrazić, jak pięknie będzie tu latem. Wchodząc do wnętrza, miał nadzieję, że i ono oszczędzi mu rozczarowań.

W holu przywitała go młoda kobieta, prawdopodobnie w wieku podobnym do wieku dziwnej osoby, którą spotkał za domem, lecz chyba trudno wyobrazić sobie większą rozbieżność między rówieśniczkami. Filigranowa postać, waga na skraju anoreksji, nienaganny wygląd, kolorystyka ubrań dobrana idealnie do odcienia oczu, zapach bardzo drogich perfum, ciepły, choć wystudiowany uśmiech.

‒ Zapraszam do środka!

Vasilikosa powitał przestronny hol z kamienną posadzką, przeogromnym kominkiem i szerokimi schodami. Nadal nie czuł się niczym rozczarowany.

‒ Jestem Chloe Mountford. Cieszę się, że pana widzę. Mamusiu! Mamy gościa!

Mamusiu?

Max przypomniał sobie, że dorosłe dzieci w brytyjskich wyższych sferach zwykle nadal zwracały się do swych rodziców, używając zdrobnień z dzieciństwa. Po chwili całą swą uwagę skupił na salonie, a właściwie pokoju bawialnym z widokiem na dwie strony, w którym znajdował się kolejny kominek oraz cała masa szaroniebieskich mebli i dodatków. Jego bogate doświadczenie w nieruchomościach podpowiadało mu, że w przygotowaniu wystroju tej części domu maczał palce bez żadnych odgórnych wytycznych jakiś dekorator wnętrz z wyższej półki. Z pewnością dużo ciekawszy musiał być wystrój oryginalny.

To trzeba będzie zdecydowanie zmienić!

I po co znów stara się wyprzedzać fakty?

‒ Miło mi pana poznać!

Mamusia okazała się szczupłą, elegancką kobietą, świetnie zakonserwowaną i wręcz obwieszoną bardzo drogą biżuterią.

Wkrótce wszyscy troje rozsiedli się wygodnie na kanapach w bawialni i zaczęli wymieniać niekończące się uprzejmości. Max miał wrażenie, że Chloe usiłuje delikatnie go podrywać, co niezbyt go ucieszyło, bo nie przepadał za kobietami o anorektycznych kształtach, choć były niewątpliwie na topie. Podobnie przerażały go kobiety zbyt okazałe, czego dobrym przykładem mogła być dziwna osobniczka, którą spotkał na tyłach posiadłości.

Jakież było jego zdziwienie, gdy niespodziewanie otworzyły się niewidoczne drzwi z boku salonu i do pomieszczenia wsunęła się niezdarnie, niosąc przepełnioną tacę, ta sama kobieta, o której przed chwilą pomyślał. Nie miała już na sobie koszmarnego dresu; przebrała się w szarą spódnicę i białą bluzkę, obie zbyt workowate, a na nogach nosiła płaskie, sznurowane pantofle, odpowiedniejsze dla dużo starszej osoby. Nadal jednak wyglądała dość dziwacznie, bo nie przyczesała się ani odrobinę.

‒ O, Ellen, jesteś… ‒ odezwała się matka, po czym zwróciła się do Maxa. ‒ To Ellen Mountford, moja pasierbica.

Ellen zaczerwieniła się, co pogorszyło tylko niezręczną sytuację, a gdy niezdarnie usiadła na kanapie obok Chloe, wszyscy pomyśleli chyba to samo: że trudno o większy kontrast pomiędzy kobietami w podobnym wieku.

‒ Czy mam nalewać? – wydukała Ellen.

‒ Oczywiście, nalewaj, kochanie…

Max przyglądał się uważnie nowo przybyłej. Kiedy nalewała mu kawy i przypadkiem dotknęli się palcami, wyszarpnęła rękę, jakby poraził ją prąd. Gdy jednak się nie czerwieniła, miała bardzo zdrową cerę. Wyglądała, jakby większość czasu spędzała na świeżym powietrzu. Skóra Chloe pokryta dużą ilością przeróżnych kosmetyków była przy niej w rzeczywistości blada i niezdrowa.

Max nie marzył wcale o kawie i dalszej wymianie uprzejmości, chciał już przejść do meritum i obejrzeć pomieszczenia, ale wiedział, że trzeba zachowywać się cierpliwie.

‒ A więc… co sprawia, że zapragnęła się pani rozstać z tak piękną posiadłością? – zapytał nareszcie, usiłując nawiązać do głównego tematu spotkania.

Dlaczego nie potrafię ukryć choć trochę zainteresowania tym domem? Co to miejsce w sobie ma?

‒ Zbyt wiele smutnych wspomnień. Od śmierci męża nie radzę sobie z nimi. Po prostu wiem, że muszę zacząć od nowa… chociaż łatwo mi nie będzie.

‒ Biedna mama… ten ostatni rok był okropny…

‒ Przykro mi z powodu pani sytuacji, ale chyba doskonale rozumiem, dlaczego chce pani sprzedać dom.

Siedząca nieopodal Ellen zaczerwieniała się ponownie i nieoczekiwanie zerwała się z kanapy.

‒ Muszę iść zająć się obiadem – wydukała znów nie do końca zrozumiale.

Po wyjściu dziewczyny Paulina westchnęła głośno.

‒ Biedne dziecko, bardzo źle zniosła śmierć mego męża, była niezwykle z nim związana. Może nawet za bardzo… Ale zajmijmy się czymś innym. Chloe z przyjemnością oprowadzi pana po domu jeszcze przed obiadem.

Max ożywił się, bo na to właśnie czekał, a nie miał już ochoty wysłuchiwać dalszych smętnych historii o rodzinie Mountfordów.

Wędrówka po budynku i jego zakamarkach wyostrzyła do granic wytrzymałości apetyt Vasilikosa na zakup posiadłości.

Na koniec, gdy zatrzymał się na dłużej w głównej sypialni domu, której okna wychodziły na ogrody, lasy i porośnięte trzcinami jezioro, wiedział, że ostateczna decyzja została już podjęta.

Haughton Court stanie się wkrótce jego własnością.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gdy Ellen dotarła do kuchni, serce waliło jej w piersiach. Już sam fakt, że ktoś przyjechał obejrzeć dom z zamiarem kupna, był wystarczająco zły. A tu jeszcze do tego taki nietuzinkowy mężczyzna jak Max Vasilikos! Dobry Boże! Czuła, że policzki znów jej płoną – strasznie, ohydnie, tak jak przy koszmarnie żenującym pierwszym spotkaniu, gdy prawie zmiotła go z nóg, otwierając z impetem tylne drzwi.

Potem było jeszcze gorzej: gapiła się jak idiotka na stojącego przed nią oszałamiającego faceta i nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Dobrze ponad metr osiemdziesiąt, szerokie ramiona, muskularny i wręcz absurdalnie atrakcyjny, o klasycznym wyglądzie przystojnego bruneta i oliwkowej skórze. Kruczoczarne włosy, ciemnografitowe oczy, usta, kości policzkowe, szczęka, niczym wyrzeźbione z najgładszego marmuru.

Ogromne wrażenie, jakie na niej wywarł, powróciło, gdy wniosła do salonu kawę, ale wtedy była już na nie o ułamek lepiej przygotowana. Podobnie na tak dobrze jej znane, pełne politowania spojrzenie, którym nieuchronnie musiał ją obdarzyć, gdy usiadła obok Chloe.

Poczuła bolesny ucisk w gardle. Doskonale wiedziała, co zobaczył i dlaczego patrzył z litością. Chloe i ona, siedzące obok siebie, były jak niebo i ziemia. Ileż to już razy widziała ten charakterystyczny wyraz męskiej twarzy, gdy czyjś wzrok powędrował od jednej do drugiej? Chloe ‒ smukła, piękna blondynka, i ona ‒ masywna, niezdarna i ubrana bez gustu.

Szybko wyparła ten obraz ze swoich myśli. Wygląd nie był teraz jej największym zmartwieniem. Jakimś sposobem musiała znaleźć okazję, by powiedzieć Vasilikosowi bez ogródek, co sądzi o jego potencjalnym kupnie domu. Paulina i Chloe mogą powtarzać w kółko swe pełne hipokryzji brednie o bolesnych wspomnieniach, ale prawda jest oczywista: nie mogą się doczekać, by położyć chciwe łapska na ostatnim możliwym do zagrabienia kawałku majątku.

A ona postanowiła walczyć do końca.

Będą musiały mi wyrwać ten dom w sądzie, bo sama niczego im nie odpuszczę, nawet o milimetr. Zrobię wszystko, żeby to był najbardziej przewlekły i najdroższy spór sądowy w historii!

Max Vasilikos – potężny inwestor na rynku nieruchomości, nastawiony na szybkie transakcje i szybki zysk ‒ nie będzie miał ochoty czekać w nieskończoność. Tak długo jak da radę obstawać przy swoim, będzie w stanie się przed nim obronić. W końcu Vasilikos nie wytrzyma i znajdzie sobie coś innego, zostawiając Haughton w spokoju.

To była jej jedyna nadzieja i nie przestawała nią żyć, nawet sprawdzając stan kurczaka w piekarniku i krojąc warzywa.

Nikt nigdy nie nakłoni mnie do sprzedaży. Nawet on!

Być może jest to facet, który jednym spojrzeniem pięknych, ciemnych oczu jest w stanie oczarować każdą kobietę, ale ze swoim wyglądem mogła niestety oczekiwać tylko jednego, a mianowicie, że jest ostatnią osobą na ziemi, o której względy miałby ochotę zabiegać.

‒ Sherry czy może woli pan coś mocniejszego? – zapytała Paulina swym charakterystycznym, delikatnym głosikiem.

‒ Poproszę o wytrawne sherry.

Znów byli w bawialni. Oględziny skończone, decyzje podjęte: oto dom, którego musi zostać właścicielem. Nieprzeznaczony do dalszej sprzedaży. Uporczywość tej myśli wciąż jeszcze go zastanawiała, ale coraz bardziej się z nią oswajał: ten dom będzie dla niego – dla niego, na użytek własny!

Wszystkie pozostałe pomieszczenia, które pokazała mu Chloe, zostały zaprojektowane z równie wysoką klasą. Piękne, ale w jego mniemaniu niezbyt oryginalne. Jedynie w „męskiej” strefie biblioteki, niewątpliwie należącej do zmarłego, można było poczuć atmosferę dawnego domu, takiego, jakim był, zanim został odmieniony za ciężkie pieniądze. Wytarte skórzane krzesła. Staromodne wzorzyste dywany i ściany jakby wyściełane książkami, posiadały smak i urok, których brakowało pozostałym pokojom, urządzanym przez profesjonalnego dekoratora wnętrz. Najwyraźniej świętej pamięci Edwardowi Mountfordowi udało się powstrzymać żonę od wpuszczenia projektanta do swojego królestwa. I Max doskonale go pod tym względem rozumiał.

A teraz należało powrócić do rozmowy z panią domu.

Po kilku minutach drzwi główne otworzyły się i do pokoju swoim ciężkim krokiem weszła pasierbica.

‒ Podano do stołu – oświadczyła bez żadnych komentarzy, po czym przemaszerowała przez salon i otworzyła drzwi prowadzące do holu.

Pomimo pewnej ociężałości, nosiła się bardzo dobrze – wyprostowane ramiona i kręgosłup, tak jakby była dostatecznie silna, by z łatwością dźwigać nadmierną wagę, która ujawniała się po wyglądzie rękawów źle dopasowanej bluzy, ciasno opinających ramiona. Zmarszczył brwi. Coś było nie tak. Dlaczego pani domu i jej córka są ubrane modnie i nowocześnie, a Ellen Mountford – córka zmarłego właściciela – wygląda biednie i nieelegancko?

 

Wtedy zdał sobie sprawę, że to chyba nic dziwnego, bo wiele kobiet, które nie lubią swego wyglądu, ciała lub wagi, praktycznie porzuca wszelkie próby dbania o siebie.

Kiedy szedł za nią do jadalni, mimo woli oceniał ją wzrokiem. Ma niezłe nogi – pomyślał ‒ w każdym razie kształtne łydki. Przynajmniej coś dobrego. Potem obejrzał ciemną, gęstą czuprynę, która z pewnością nie poprawiała jej wyglądu – zresztą nie pomogłaby nawet Helenie Trojańskiej. Może cudu dokonałaby wizyta u fryzjera?

Gdy usiadł na wskazanym przez nią miejscu, miał okazję przyjrzeć się jej twarzy. Źle dobrane, zbyt małe okulary, pomniejszały oczy i podkreślały dość wydatną szczękę. A szkoda, bo miała piękny, rzadki kolor oczu, ze złotymi refleksami. Zupełnie niewyregulowane, szczeciniaste brwi przytłaczały całkowicie długie rzęsy. Na Boga, nie potrafił w ogóle zrozumieć, czemu ta kobieta nie próbuje wcale o siebie zadbać? Tak niewiele by potrzebowała! Oczywiście musiałaby zupełnie wymienić garderobę, może zacząć ćwiczyć i mniej jeść… Bo gdy podała do stołu, wyśmienitego zresztą, tradycyjnego niedzielnego kurczaka, ona i on byli jedynymi osobami zjadającymi sute, porównywalne porcje. Paulina i Chloe dziobały ze swych talerzy niczym ptaszki. Czy i one nie rozumiały, że żadne ekstremum nie jest dobre: wychudzone kobiece ciało jest równie nieatrakcyjne jak ciało zniekształcone nadwagą.

Przyjrzał się Ellen po raz kolejny. Pytanie, czy istotnie ma nadwagę i co tak naprawdę kryją workowate, niemodne ciuchy. Na twarzy i ramionach nie miała przecież nadmiaru tkanki tłuszczowej.

W końcu Ellen zauważyła, że się jej przygląda, bo nagle znów poczerwieniała. Odwrócił więc wzrok. Dlaczego w ogóle zastanawiał się nad tym, jak poprawić wygląd Ellen Mountford? Niby dlaczego miałoby go to obchodzić?

‒ Co zamierza pani zrobić z zawartością domu? – zapytał Paulinę. – Czy zabierze pani obrazy ze sobą?

Coś jakby krztuszenie dobiegło od strony Ellen. Czerwień na jej twarzy ustąpiła teraz temu samemu napięciu, jakie dostrzegł, kiedy macocha wspomniała o swojej żałobie.

‒ Być może nie – odparła. – Czyż nie sądzi pan, że pasują do tego domu? Oczywiście – dodała znacząco – trzeba będzie wycenić je oddzielnie.

Oczy Maxa wędrowały po ścianach. Nie miał nic przeciwko temu, by zatrzymać dzieła sztuki, jak również wszelkie oryginalne meble. Oczywiście tych nabytych dla domu przez projektanta wnętrz trzeba się będzie pozbyć. Jego wzrok zatrzymał się na pustej przestrzeni na ścianie, tuż za Chloe, gdzie tapeta nieco pociemniała.

‒ Sprzedany – poinformowała sucho i beznamiętnie Ellen. Lecz napięcie na jej twarzy wzrosło jeszcze bardziej.

Chloe roześmiała się lekko.

– To była makabryczna martwa natura przedstawiająca zabitego dorosłego jelenia. Mama i ja szczerze jej nienawidziłyśmy!

Max uśmiechnął się z grzeczności, ale jego wzrok znów spoczął na przybranej siostrze Chloe. Nie wyglądała na zadowoloną z powodu pozbycia się przez macochę obrazu nieżywego jelenia. W tym jednak momencie jego uwagę zaabsorbowała pani domu.

‒ Niech nam pan zdradzi, panie Vasilikos, dokąd się pan udaje po opuszczeniu Haughton? Wyobrażam sobie, że mając taką pracę, musi pan podróżować po całym świecie.

‒ Na Karaiby. Tworzę tam ośrodek turystyczny na jednej z mniej znanych wysp.

Bladoniebieskie oczy Chloe zapłonęły nagle.

‒ Uwielbiam Karaiby! – wykrzyknęła entuzjastycznie – Ostatnie Boże Narodzenie spędziłyśmy z mamą na Barbados. Rzecz jasna, zatrzymałyśmy się w Sunset Bay. Musi pan przyznać, że nic mu nie dorównuje – szukała potwierdzenia, wymieniwszy nazwę najbardziej prestiżowego kurortu na wyspie.

‒ Jest znakomity w tym, co robi – przyznał Max.

Sławny, renomowany hotel był zupełnie czymś innym niż ośrodek, który właśnie tworzył, a odległa wyspa, gdzie to czynił, różniła się całkowicie od Barbados.

‒ Niech nam pan opowie trochę więcej – namawiała Chloe. – Kiedy wielkie otwarcie? Jestem przekonana, że ja i mama zdecydowanie chciałybyśmy być wśród najważniejszych gości!

Max nie mógł nie zauważyć, że na twarzy Ellen Mountford coraz wyraźniej maluje się obrzydzenie. Zastanowiło go to.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, jego pamięć niczym strzała poszybowała w przeszłość… Ojczym był wiecznie niezadowolony. Cokolwiek tylko Max powiedział, wszystko i tak było źle. I to do takiego stopnia, że w końcu chłopak nauczył się nie otwierać ust w jego obecności.

Vasilikos z trudem oderwał myśli od smutnego wspomnienia. Wrócił do rzeczywistości.

‒ Styl mojego ośrodka będzie zupełnie różny od Sunset Bay. Cały pomysł sprowadza się do dwóch elementów: ma być przyjazny dla środowiska i samowystarczalny. Prysznice wykorzystujące wodę deszczową i żadnej klimatyzacji – objaśnił z cieniem uśmiechu na twarzy.

‒ O rany… ‒ zasmuciła się Paulina. – To chyba nie będzie miejsce dla mnie. Zbyt wysoka temperatura jest zabójcza.

‒ Zgadzam się. To nie będzie miejsce dla każdego – grzecznie przyznał Max, po czym zwrócił się w stronę Ellen: ‒ A co pani o tym sądzi? Czy panią to w jakiś sposób pociąga? Chaty zbudowane z drewna otwarte na świeże powietrze i posiłki przygotowywane wieczorem na ognisku?

Nagle odczuł nieodpartą potrzebę wciągnięcia jej w rozmowę, usłyszenia opinii. Był pewny, że będą całkowicie odmienne od zdania wychowanej pod kloszem przybranej siostry.

‒ Brzmi jak luksusowy kamping – wystrzeliła w swoim stylu, zupełnie bez zastanowienia.

Max zmarszczył brwi.

– Luksusowy camping? – zdziwiony powtórzył jak echo.

‒ No chyba o to w tym chodzi! – wyjaśniła krótko. ‒ Luksusowy camping dla zamożnych klientów, których pociąga idea powrotu do natury, ale jednocześnie nie do jej prymitywnej odsłony.

Max uśmiechnął się cierpko.

‒ Być może jest to bardzo trafny opis mojego pomysłu – przyznał.

‒ Można by powiedzieć, że luksusowy camping to sprzeczność sama w sobie – zaśmiała się Chloe. ‒ Być może to luksus dla Ellen, ale ona organizuje obozy dla dzieciaków z Londynu. A to lata świetlne od zamożnej klienteli. Totalny prymityw.

Wzdrygnęła się przy tym teatralnie, a ton jej głosu nie pozostawiał żadnych złudzeń.

‒ Edukacja przez przygodę – wyjaśniła krótko Ellen. ‒ Dzieciaki to lubią. Niektóre nigdy nie wyjeżdżały poza miasto.

‒ Dobre uczynki Ellen, jakie to budujące – gładko wtrąciła Paulina.

‒ I zabłocone! – dodała ze śmiechem podekscytowana Chloe, szukając zrozumienia w oczach Maxa.

Ale on był skupiony wyłącznie na Ellen. Nie spodziewał się usłyszeć, że organizuje ona wypady wakacyjne dla dzieci z rodzin wykluczonych, zwłaszcza że sama pochodziła z wyższych sfer. Nagle popatrzył na nią odrobinę inaczej.

‒ Organizuje pani te obozy gdzieś tutaj? – zapytał, nie ukrywając zainteresowania.

‒ Nie. W pobliżu. Na terenie szkoły. Rozbijamy namioty na boisku – odparła. ‒ W ten sposób dzieci mogą korzystać z pawilonu sportowego, w tym z pryszniców, a także pływać na basenie. Ostateczny efekt jest taki, że mogą cieszyć się biwakowaniem, a jednocześnie korzystać z obiektów prywatnej szkoły.

Kiedy mówiła, Max dostrzegł błysk w jej oczach i całkowicie nowy wyraz twarzy. Zamiast kamiennego, zamkniętego oblicza, dla którego jedyną alternatywą były zaczerwienione policzki, pojawiło się pewne ożywienie, coś na kształt zaangażowania i entuzjazmu. Ze zdziwieniem musiał przyznać, że zmiana jest ogromna. W jej twarzy pojawiło się coś lekkiego, optymistycznego. I nawet pożałowania godne okulary nie były w stanie tego zepsuć.

Nagle, jakby pod wpływem jego spojrzenia, Ellen powróciła do poprzedniego wyrazu twarzy. Chwyciła kieliszek z winem, a ostrzegawczy kolor znów zagościł na jej policzkach, niszcząc chwilową przemianę. Zirytowało go to, choć nie wiedział dlaczego. Już miał otworzyć usta, by zadać kolejne pytanie i uratować cokolwiek, ale pani domu znowu zaczęła mówić i to jej niestety musiał poświęcić dalszą uwagę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?