Bajka dla dorosłych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Ellie, czując, że robi jej się słabo, oparła się o zimną ścianę windy. Serce waliło jej jak oszalałe.

O mój Boże, co to było?

Właśnie udało jej się nareszcie wyjść z apartamentu ojca, kiedy – zupełnie na to nieprzygotowana – zobaczyła najprzystojniejszego mężczyznę na świecie!

Na samo wspomnienie poczuła, jak ponownie uginają jej się kolana, a tętno przyspiesza. Trwało to zaledwie kilka chwil, ale tyle wystarczyło, by zdołała zakodować garnitur z najwyższej półki, prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona, klasyczne rysy twarzy... I te oczy! Ciemne jak noc, gdy się w nią wpatrywał, nie ukrywając wcale, że to, co widzi, bardzo mu się podoba.

Ze złością pokręciła głową. Jakie znaczenie miało, kim jest ten mężczyzna? Chyba wiedziała, że ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała od siostry: może jednak Marika rzeczywiście ubzdurała sobie to wszystko? Że niby jakiś grecki miliarder uważał, że może ją poślubić, w ogóle jej nie znając? To było oburzające… najzwyczajniej w świecie oburzające! Przypomniała sobie także, co jeszcze powiedziała jej siostra.

„Ja kocham innego!”

Niestety, kiedy ostatecznie dowiedziała się, kim jest wybranek Mariki, poczuła się jeszcze bardziej przygnębiona: za tego człowieka rodzice nigdy nie pozwolą jej wyjść!

Leon pochylił się ku po królewsku wyciągniętej dłoni Wielkiej Księżnej.

– Herr Dukaris. – Uśmiechnęła się z majestatyczną łaskawością.

Swój niemiecki akcent i słownictwo zawdzięczała temu, że jej długowieczny ród wywodził się z arystokracji austriackiej.

– Wasza Wysokość – posłusznie zaintonował Leon, wcześniej pokłoniwszy się Wielkiemu Księciu.

Sam osobiście nie lubił tych wszystkich oficjalnych ceregieli, ale jaki sens miałoby płacenie wygórowanych rachunków europejskich monarchów, by wżenić się w ich kręgi, gdyby pozwolił sobie na ignorowanie protokołu dyplomatycznego? Jego wzrok powędrował do córki królewskiej pary. Wyglądała na spiętą i zaniepokojoną, ale Leon był w stanie to zrozumieć. Dwa tygodnie temu była księżniczką w bajkowym pałacu i bajkowym królestwie, a teraz pozbawioną wszelkich środków do życia młodą kobietą bez żadnych perspektyw poza tymi, które przypadły jej w udziale z racji pochodzenia i tytułu.

No cóż, gdyby ją poślubił, koleje jej losu znów by się odmieniły, a uśmiech powróciłby na twarz.

Celowo dłużej zatrzymał ciepłe spojrzenie na księżniczce w nadziei, że ją jakoś ośmieli. Musiał przyznać, że na swój sposób była bardzo atrakcyjna: delikatne rysy twarzy, ciemne oczy i włosy, i bardzo delikatne usta. Jednak w głowie zaczęły mu się kłębić wspomnienia z przelotnego spotkania zaledwie chwilę wcześniej pod windą… Jeśli teraz właśnie ta olśniewająca blondynka siedziałaby obok uprzejmie uśmiechniętej Wielkiej Księżnej…

Po raz kolejny odgonił od siebie niestosowne myśli i uśmiechnął się ciepło do księżniczki Mariki. Ale ona pozostawała uparcie przygnębiona. Skrzywił się w duchu i przestawił się na słuchanie relacji Wielkiego Księcia, niekryjącego satysfakcji z cudzego nieszczęścia, o tym, jak nowy reżim w jego ojczyźnie natrafił na poważne trudności w zdobyciu poparcia i uznania ze strony rządów innych państw.

– Być może jeszcze wszystko się im uda, jeśli zorganizują obiecane wybory – wtrącił Dukaris.

Sugestia ta okazała się zupełnie nie na miejscu i wywołała wzburzenie Wielkiego Księcia.

– Sterowany przez rząd, podszyty marną propagandą plebiscyt, mający na celu wybór dyktatora! Nic ponad to!

Najlepiej było więc nie brnąć dalej. Tak samo jak wiele małych państewek w tym niestabilnym rejonie Europy Karylia stanowiła wybuchową mieszankę historycznie sprzecznych interesów i wrogości, nadal głęboko zakorzenionych, pomimo tego, że Księstwo stało się centrum finansowym dla wschodzących gospodarek dawnego Bloku Wschodniego. Luksemburg Europy Centralnej – tak najczęściej określano ten kraj i właśnie dlatego Dukaris odwiedził go w minione lato. I tym sposobem osobiście poznał rodzinę królewską i księżniczkę. Jego wzrok spoczął na Marice, bezwiedny, głęboko zamyślony. Czy naprawdę chciał ją poślubić?

Tymczasem do jego świadomości po raz kolejny wkradł się obraz nieziemsko pięknej, nieznajomej blondynki. Dlaczego upierał się przy pomyśle poślubienia jednej kobiety, skoro w tym samym czasie jego uwagę była w stanie przykuć zupełnie inna? Zaczął mieć wątpliwości. Z drugiej strony nie zamierzał przecież przysięgać miłości, więc nie groziła mu nielojalność wobec żadnej z nich. W odróżnieniu od ojca, którym z tego powodu pogardzał.

Co do ojca jeszcze, to nie miał zielonego pojęcia, gdzie obecnie przebywa, i nie chciał tego wiedzieć. Chłopięce idealizowanie tatusia, pragnienie, by kiedyś być takim jak on, legło w gruzach jednego dnia, kiedy tatuś porzucił mamę i jego samego, na pierwszym miejscu stawiając własny, egoistyczny interes i wyrzekając się wszelkiej rodzicielskiej odpowiedzialności, a także obracając w kpinę wszystkie swe niekończące się, romantyczne deklaracje wiecznej miłości.

Teraz jednak musiał powrócić do rzeczywistości i na coś się zdecydować. Nie mógł wzbudzić fałszywych nadziei ani w księżniczce, ani w jej rodzicach, ani też dać do zrozumienia, że się oświadczy, a potem tego nie zrobić. Żeby dokonać świadomego wyboru, najpierw powinien choć trochę poznać Marikę, i to – jak by nie było – właśnie próbował robić, goszcząc w apartamencie Wielkiego Księcia.

– Zastanawiałem się właśnie, Wasza Wysokość – zwrócił się do matki Mariki – czy zważywszy na pani zamiłowanie do opery, pozwoliłaby się pani jeszcze dziś wieczorem zaprosić do Covent Garden. Przepraszam, że z tak małym wyprzedzeniem, ale Torelli ma śpiewać „Turandot”, a pamiętam z ostatniego lata, że wzbudziła pani uznanie.

– „Turandot”! – wykrzyknęła od razu Wielka Księżna, obdarowując Dukarisa wdzięcznym uśmiechem. – Jakże to miło z pana strony! I pomoże mi oderwać moją córkę od tych przygnębiających przeżyć, prawda, Mariko?

Księżniczka zdobyła się na uśmiech, aczkolwiek blady.

– A zatem… zajmę się tym – oświadczył pośpiesznie.

Nie będzie to okazja, by zostać z Mariką sam na sam, ale od czegoś trzeba zacząć. Poza tym ostentacyjne pokazanie się w miejscu publicznym z rodziną królewską z Karylii sprawi, że zacznie być z nimi kojarzony. I, co oczywiste – cynicznie dodał w myślach – oni ze mną.

Zadowolony pożegnał się. Dopiero gdy skierował się ku windzie, ponownie zaczął się zastanawiać, kim była owa niesamowita blondynka. Próbował też odpędzić od siebie pytanie, czy ją jeszcze kiedyś spotka, wmawiając sobie, że wcale tego nie chce.

Jestem tu po to, by poślubić księżniczkę, a nie oglądać się za jakąś inną kobietą!

I czy mu się to podoba, czy nie, nie wolno mu o tym zapominać!

Ellie znów musiała się śpieszyć – tym razem do foyer Opery Królewskiej w Covent Garden. Na wysokich szpilkach i w sukni do kostek wcale nie było to łatwe. W odróżnieniu od matki, która nie lubiła dostosowywać się do wymogów dotyczących stroju na oficjalne okazje, macocha upierała się przy sukni wieczorowej do teatru.

– Wystarczy, że przyjechałaś tutaj ubrana jak jakaś służąca! Odtąd już nie ma mowy, żebyś zapominała, kim jesteś. Zwłaszcza teraz! – zbeształa ją.

Wielka Księżna nie rozwinęła swojej myśli, ale Ellie doskonale zrozumiała, co chciała jej przez to powiedzieć.

Zwłaszcza teraz, gdy ojca usunięto z tronu i zesłano na wygnanie…

No cóż, dzisiejszego wieczoru zrobiła wszystko, co tylko mogła, ale jej wykwintna garderoba, szyta na zamówienie, nie przyjechała z ojcem z Karylii, a jedyny stosowny strój, jaki miała pod ręką w londyńskim mieszkaniu Malcolma, to ten, który miała na sobie podczas ostatniej telewizyjnej gali nagród.

Ku jej wielkiej uldze ojciec nie oponował, by zatrzymała się u ojczyma, ponieważ apartament w hotelu Viscari był już i tak zatłoczony, więc oznaczałoby to konieczność wynajęcia dodatkowego pokoju i kolejne koszty.

Jasnoniebieska suknia do kostek wyglądała zupełnie przyzwoicie, ale nie była szyta na zamówienie, a ponieważ biżuteria również nie wyjechała z Księstwa, Ellie założyła jedynie perłowy naszyjnik matki. Włosy uczesała w prosty sposób, nałożyła delikatny makijaż i dlatego znakomicie zdawała sobie sprawę, że nikt nie weźmie jej za księżniczkę.

Zupełnie jak ten mężczyzna w holu…

Wolała jednak wypierać takie wspomnienia. Nie miało sensu pamiętać ani rozmyślać o tamtym człowieku. A jeszcze bardziej przypominać sobie, że nie była w stanie oderwać od niego oczu… Trzeba się skupić na wieczorze w operze. To o wiele ważniejsze. Zwłaszcza że esemes od Mariki rzucił dodatkowe światło na obecną sytuację.

„Lisi – musisz przyjść! Tam będzie Leon Dukaris. Proszę, proszę, proszę! Spróbuj trzymać go z daleka ode mnie!”

Gdy weszła do prawie pustego holu, przedstawianie miało się właśnie zacząć. Postanowiła, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by niechcianego pretendenta do ręki siostry trzymać z dala od niej. Zagubiona w myślach, ruszyła do wskazanej loży. Oczywiście, że Marika pragnie wyjść za mąż z miłości!

Tak samo jak ja – pomyślała. – I zawsze tego chciałam!

W dzisiejszych czasach, jakby nie było, nawet księżniczka ma prawo wierzyć w małżeństwo z miłości.

Zasępiła się. Bardzo dobrze było w to wierzyć i bardzo dobrze było próbować ochronić siostrę przed niechcianym konkurentem, ale ten nieznany miliarder stanowił jedyny bufor dzielący ojca od nędzy. Otrzeźwiająca i jednocześnie ponura myśl…

Gdy dotarła do zarezerwowanej loży, światła w operze zaczęły przygasać. Zdążyła jeszcze rozróżnić siedzące sylwetki ojca i macochy, jeszcze jedną męską postać obok nich, a przy niej drobną – swojej siostry.

 

Marika rzuciła Ellie wdzięczne spojrzenie, gdy ta pośpiesznie wykonała ukłon w stronę Wielkiej Księżnej, która z kolei skarciła ją wzrokiem za późne przybycie. Potem nareszcie księżniczka mogła zająć miejsce, tuż za siostrą.

Gdy siadała, zajęta układaniem sukni, pochyliła głowę, z tego powodu nie zauważając, że nieznajomy odwrócił się, by sprawdzić, kto dotarł tak mocno spóźniony. Kiedy podniosła wzrok, w tej samej chwili, co dyrygent podniósł batutę, a kurtyna poszła w górę, zamarła. Z wrażenia zdołała jedynie otworzyć usta. Wpatrujący się w nią mężczyzna był tym samym, którego po południu spotkała w holu apartamentu i od którego nie była w stanie oderwać oczu!

Wydała z siebie głośne westchnienie – była tego pewna – i przez ułamek sekundy zdawało jej się, że znów czuje na sobie spojrzenie jego ciemnych oczu. Potem, ciągle jeszcze w szoku, odwróciła głowę, by skupić się wyłącznie na scenie. Czuła jednak, że oblała się rumieńcem, a serce waliło jej jak oszalałe i to nie tylko dlatego, że musiała się spieszyć w drodze do opery!

A zatem… to był ten nieznajomy Grek – świeżo upieczony miliarder, który finansował ojca i przymierzał się do poślubienia Mariki?

Gdy scena otwierająca operę była już w toku, przypomniała sobie własne słowa z minionego poranka: „starzec z grubym brzuchem i świńskimi oczkami”. O mały włos nie parsknęła histerycznym śmiechem – dobry Boże, bardziej chyba nie mogła się pomylić! Co na to odpowiedziała Marika? Gruntownie przeczesała pamięć, by sobie przypomnieć. „No niezupełnie…”. Znów musiała powstrzymywać wybuch śmiechu. Nie, zdecydowanie „niezupełnie!”.

W rzeczywistości piękny Grek reprezentował sobą absolutne przeciwieństwo tego złośliwego opisu.

Poczuła przypływ emocji, które nie miały nic wspólnego z gonitwą do opery, a jedynie z mężczyzną siedzącym tuż przed nią. Serce biło jej jak młotem. Dziękowała niebiosom, że ma cały pierwszy akt, by odzyskać równowagę. A przede wszystkim czas, by przemyśleć, co powiedziała jej siostra.

Nawet jeśli wie, że jest uosobieniem marzeń większości kobiet, to mimo wszystko nie może być prawdą, że uważa, że może, ot tak sobie, poślubić każdą nieznajomą! Marika musiała sobie to wymyślić – na pewno!

Ale skoro tak, to dlaczego Leon Dukaris postanowił wziąć na siebie niebotyczny rachunek hotelowy ojca? Na co liczył?

Przeszły ją dreszcze. Wzrok miała utkwiony w jego szerokich plecach i kształtnej głowie, wyróżniającej się na tle oświetlonej sceny, na której główne postaci śpiewały, dając z siebie wszystko, w tej chwili całkowicie przez nią ignorowane. Bo w loży, z której miała ich podziwiać, rozgrywał się dramat o wiele ważniejszy od tego na scenie.

Wkrótce zauważyła, że piękny nieznajomy założył nogę na nogę, ale najwyraźniej był skupiony na sztuce, choć odniosła wrażenie, że nie do końca go wciągała. Jedną dłoń opierał na potężnym udzie, a w drugiej niedbale trzymał program. Dostrzegła też, że nieco pochylał się w stronę Mariki, jakby chciał zasygnalizować rodzącą się zażyłość, czując się swobodnie w jej przestrzeni osobistej, czego dziewczyna zdawała się kategorycznie nie akceptować: siedziała sztywna, jakby połknęła kij, i była kompletnie spięta.

W końcu Ellie z trudem oderwała wzrok od siostry i jej towarzysza, by spojrzeć w dół na scenę, gdzie – jak sobie nagle uświadomiła – księżniczka przysięgała właśnie nigdy nie wyjść za mąż, a niechciany pretendent do ręki, był zdeterminowany, by ją od tego odwieść.

To wszystko nie może się dziać, po prostu nie może! – pomyślała Ellie i nie chodziło jej wcale o dramat rozgrywający się na scenie.

Tymczasem Dukaris siedział nieruchomo, pozornie wpatrzony w operę, ale wszystko, czego miał świadomość, to znajdująca się za nim kobieta. Ciągle nie mógł w to uwierzyć. Ta sama, oszałamiająca, zjawiskowa postać, która sprawiła, że po południu zatrzymał się jak wryty w holu królewskiego apartamentu.

Kim ona jest?

Dałby wszystko za odpowiedź na to palące pytanie, ale jedyne prawdopodobne wyjaśnienie, które przychodziło mu do głowy, po przelotnej inspekcji, jakiej dokonał, sprowadzało się do konkluzji, że musi być jakiegoś rodzaju damą dworu. Ukłoniła się Wielkiej Księżnej, a ta skarciła ją wzrokiem. Poza tym suknia, którą ma na sobie, bez wątpienia nie była szyta na zamówienie przez żaden znany dom mody, w odróżnieniu od kreacji księżnej i księżniczki. Tak, na pewno… Dama dworu, to chyba najlepsze rozwiązanie tej zagadki.

Cały czas targały nim silne emocje – przemożna, instynktowna reakcja na nią, ścierająca się z wyznaczonym celem, jakim było poślubienie księżniczki Mariki. Ta blondynka mogła naprawdę stać się przeszkodą! Czuł to wyraźnie, choćby nieprzerwanie walcząc z pokusą, by się odwrócić i popatrzeć na nią.

Zanim kurtyna opadła, sygnalizując koniec pierwszego aktu, przy gromkich brawach z widowni, wydawało mu się, że upłynęły całe wieki. Kiedy rozbłysły światła, uświadomił sobie nagle, że mówi do niego księżna.

– Och, Torelli jest w świetnej formie!

– W wybitnej – zgodził się uprzejmie.

Następnie zmusił się, by się uśmiechnąć do księżniczki, która nadal wyglądała na tak samo spiętą jak podczas całego pierwszego aktu. Leon marzył, żeby się nieco rozluźniła.

– Co pani sądzi o tym wykonaniu? – zapytał przyjaznym tonem, który w jego przekonaniu brzmiał zachęcająco.

– Torelli była bardzo dobra – cicho odparła Marika.

Wielki Książę podniósł się energicznie.

– To był cholernie długi pierwszy akt – oznajmił głośno.

Leon, który po cichu się z nim zgadzał, tylko się zaśmiał pod nosem, również wstając z siedzenia. Nie wypada siedzieć, gdy monarchowie stoją – pomyślał. Wielka Księżna pozostała na swoim miejscu, podobnie jak jej córka, ale za plecami usłyszał delikatny szelest sukni, gdy wstawała domniemana dama dworu.

Przyjmując to za sygnał, w końcu się odwrócił, czując się przy tym jak uwolniona cięciwa łuku, uprzednio naciągnięta do granic wytrzymałości, która za chwilę by pękła. Bo nareszcie mógł patrzeć na piękną nieznajomą. Poczuł, jak krew przyspiesza mu w żyłach. Była tak zjawiskowa i oszałamiająca jak wtedy, gdy zobaczył ją pierwszy raz – a nawet jeszcze bardziej. Teraz miała makijaż, delikatny, ale wystarczający, by podkreślić jej oczy, usta i kości policzkowe, a włosy nosiła zaplecione w prosty, ale elegancki warkocz. Jedyną biżuterię stanowił pojedynczy sznur pereł, które dodawały blasku jej jasnej karnacji. Styl bladoniebieskiej sukni, choć nie była uszyta na miarę, dzięki plisowanej górze, bufkom i wąskiej spódnicy doskonale uwydatniał jej wysmukłą sylwetkę.

Poczuł, że ogarnia go pożądanie, dzikie i nieposkromione. Próbował się bronić, wiedząc, że nie wolno mu sobie na nie pozwalać – nie, jeśli na poważnie chciałby poślubić księżniczkę Marikę.

Ale jak mogę snuć podobne plany, skoro w taki sposób reaguję na inną kobietę? To jest niemożliwe! Po prostu i zwyczajnie niemożliwe!

Równie niemożliwe – z czego w tym momencie brutalnie zdał sobie sprawę – było szukanie jakichkolwiek relacji z tą nieznajomą damą dworu, nawet jeśli zupełnie zarzuciłby pomysł poślubienia córki Wielkiego Księcia. Żaden taki związek byłby nie do zaakceptowania dla Ich Wysokości. Frustracja osaczyła go ze wszystkich stron, lecz nadal nie potrafił oderwać oczu od pięknej blondyny. Zwłaszcza dlatego, że mimo że w ogóle na niego nie patrzyła, cały jego męski instynkt mówił mu, że do bólu jest świadoma jego obecności i reaguje na niego równie silnie, jak on na nią, tak jak przy pierwszym przelotnym spotkaniu w holu królewskiego apartamentu.

Chciał doprowadzić do tego, żeby na niego spojrzała, lecz zobaczył, że Wielki Książę robi krok w przód, a blondynka delikatnie przed nim dyga, szepcząc coś po karylsku, co Dukaris uznał za przeprosiny z powodu spóźnienia. Monarcha skwitował to karcącym tonem, a potem znów się odwrócił.

– Proszę pozwolić, panie Dukaris – oznajmił po angielsku w swój charakterystyczny, wyniosły sposób – że jeszcze kogoś panu przedstawię.

Przerwał na chwilę, a oczarowany Grek nie mógł sobie odmówić przyjemności wpatrywania się w blondynę, w jej pięknie wyrzeźbione, smukłe ciało, obdarzone pełnymi piersiami. Pragnął też wdychać trudny do zdefiniowania, zniewalający zapach jej perfum… Nawet jeśli nigdy nie miałaby należeć do niego…

Nadal stała sztywno, nie patrząc w jego stronę, ale tętno pulsujące na jej szyi zdradzało, co czuje.

W tym momencie Wielki Książę przemówił ponownie, nawet jeszcze bardziej oficjalnym tonem.

– Moja starsza córka, księżniczka Elizsaveta.

ROZDZIAŁ TRZECI

Leonowi wydawało się, że wszystko wokół i w nim zamarło. Po chwili, gdy oprzytomniał, dotarło do niego, że jest wprost przeciwnie: właśnie wszystko cudownie się poukładało. Cudownie! Tak cudnie, jak ona jest cudna – pomyślał.

– Księżniczko…

Bardziej nieświadomie niż celowo sięgnął po jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek, nie odrywając wzroku od płonących oczu dziewczyny. Potem, już bardziej celowo, musnął ustami wewnętrzną część jej dłoni i upewnił się, że cała drży.

– Panie Dukaris… – wyszeptała zmysłowo niskim głosem, zaczerwieniła się i podejrzanie szybko odsunęła rękę.

Leon poczuł wielką satysfakcję. Satysfakcję i na pewno coś o wiele więcej.

Po chwili zwrócił się z szerokim uśmiechem do swych gości, księcia i księżnej.

– Szampana? – zaproponował.

Bo właśnie szampana potrzebował w tej chwili najbardziej. Nigdy wcześniej nie był niczego tak pewny.

Ellie starała się do końca trzymać fason, jednak wydawało się to zwyczajnie niemożliwe. Choć powinna być przyzwyczajona do odrobinę staroświeckiego zwyczaju całowania damskiej dłoni dla okazania szacunku, popularnego w ich ojczystej Karylii, to jednak ta prosta, zdawałoby się, czynność, w wykonaniu tak niesamowicie przystojnego mężczyzny jak miliarder Leon Dukaris, całkowicie ją pokonała.

– Księżniczko…?

Gospodarz wieczoru oferował jej właśnie z uprzejmym uśmiechem szampana, za którego płacił, podobnie jak za bardzo drogą lożę w operze, astronomicznie kosztowny apartament w Viscari St. James i pewnie za jeszcze masę innych rzeczy.

Wzięła od niego kieliszek, mamrocząc pod nosem podziękowanie i przybierając pozę skrajnej uprzejmości, bardziej przystającą jej królewskiej macosze. Niestety najwyraźniej dążył do rozmowy, bo zapytał, czy podoba jej się opera. Po angielsku mówił z obcym akcentem, jednak nie tak silnym jak jej ojciec. Uśmiechał się przy tym uroczo, co robiło na niej ogromne wrażenie. Pod powierzchownym uśmiechem kryła się siła i determinacja, i to zachęcało do podjęcia konwersacji.

– Torelli jest wybitna jak zawsze, tylko rola nie zachęca. Księżniczka Turandot nigdy nie zostanie niczyją ulubioną bohaterką – powtórzyła bez wahania opinię macochy; dworską „gadkę szmatkę” o niczym miała przećwiczoną do bólu na okazję odwiedzin w Karylii w charakterze księżniczki.

Dukaris zmarszczył ledwo zauważalnie czoło.

– Nie? Przecież to taka silna kobieta. I nie chce wychodzić za mąż tylko dlatego, że właśnie tego spodziewają się po niej wszyscy.

– Silna? Okrutna! Skazuje na śmierć kolejnych kandydatów starających się o jej rękę, a rywalce grozi torturami!

– Liu mogłaby uniknąć swego losu, zdradzając Turandot imię nieznanego księcia.

– Tyle że wtedy zginąłby książę! A Liu nie chce go wydać, bo go kocha.

– I dużo jej z tego przyjdzie! On i tak wybierze kobietę, która ma więcej do zaoferowania niż niewolnica!

Jednoznacznie szydercza nuta w ripostach Dukarisa uświadomiła jej nagle, że łatwo będzie od rozmowy o fikcyjnym dramacie przejść do rzeczywistości, która stała się udziałem ich rodziny oraz do sytuacji Mariki, szukającej ucieczki przed niechcianym adoratorem.

– No tak… Turandot jest księżniczką, a zawsze znajdzie się wielu mężczyzn, którzy chcieliby poślubić księżniczkę – zaryzykowała, starannie modulując głos i dobierając każde słowo; po chwili odważnie spojrzała mu w oczy. Czy zdradzi się czymkolwiek? Czy obawy Mariki są w jakiejkolwiek mierze uzasadnione?

Prawie natychmiast jego spojrzenie stało się nieprzeniknione.

– To zależy… – odparł z ociąganiem. – Od samej księżniczki.

Szydercza nuta znikła bezpowrotnie. Zastąpiły ją rozbawienie i zmysłowość. Ellie coraz bardziej nie potrafiła się oprzeć urokowi Dukarisa.

– No właśnie – podchwyciła – i może dlatego, panie Dukaris, powinien być pan świadom, że moja siostra jest zakochana w innym mężczyźnie.

A więc stało się! Powiedziała mu. Jeśli podejrzenia siostry były bezpodstawnym wytworem stresu i wyobraźni, przestrzegła go przed nią bez powodu i teraz może jedynie udawać, że nic się nie stało.

 

W pierwszym momencie w jego twarzy nie zmieniło się nic. Dopiero po chwili wyraźnie się zrelaksował, a ciemne oczy nabrały złotego blasku. Uniósł kieliszek szampana i brzegiem delikatnie stuknął o jej kieliszek, jakby wznosił toast.

– Życzę jej najlepiej, jak można – oznajmił.

I znów ta lekko szydercza nuta w głosie, na którą nie miała czasu zwrócić uwagi, skupiona na jego wzroku i paraliżu, który wywołuje.

– Ale… obawiam się, księżniczko, że źle zrozumiała pani całą sytuację. Pani siostra wcale mnie nie interesuje… – dodał, znacząco zawieszając głos i przewiercając ją jeszcze intensywniej niedwuznacznym spojrzeniem.

Ellie czuła, jak Leon Dukaris powoli opanowuje jej ciało, umysł i wszelką prywatną przestrzeń. Jak jego uśmiech odbiera jej możliwość oddychania, zamienia krew we wrzątek i pozbawia umiejętności stania na równych nogach, bo sprawia, że uginają się pod nią kolana.

– O wiele bardziej wolałbym, żeby to pani została moją narzeczoną…

Te słowa, wypowiedziane poufałym szeptem, spowodowały, że kolana księżniczki ugięły się na dobre.

On tymczasem po raz drugi uniósł kieliszek szampana i brzegiem delikatnie stuknął o jej kieliszek, jakby wznosił kolejny toast, po czym wypił wszystko do końca duszkiem. Następnie, jakby nigdy nic, odwrócił się i odszedł w stronę innych gości, pozostawiając za sobą Ellie z rozpalonymi policzkami i kieliszkiem szampana w trzęsącej się dłoni.

Przecież on… nie mógł tego powiedzieć… po prostu nie mógł.

Ale powiedział.

Czekała, aż zaleje ją fala oburzenia i złości. Nic takiego się nie stało. Zamiast tego patrzyła za nim tęsknym, nieruchomym wzrokiem, w myślach powtarzając sobie jego „skandaliczne” słowa.

Leon stał przy panoramicznym oknie w swym służbowym, londyńskim apartamencie, usytuowanym tuż ponad biurami. Mieszkanie to zostało zaprojektowane, urządzone i wyposażone przez wiodących projektantów wnętrz w ultranowoczesnym i ultrakosztownym stylu. Samego głównego lokatora mało obchodził taki styl, lecz był on niezbędny ze względów prestiżowych przy prowadzonych przezeń interesach, a czasem także przydatny dla celów prywatnych, do zabawiania wyselekcjonowanych dam, które towarzyszyły mu w rzadkich, krótkich przerywnikach pomiędzy kolejnymi przedsięwzięciami.

Leon każdej kolejnej towarzyszce w takim przerywniku jasno i klarownie tłumaczył, że ich romans będzie krótki, przelotny i wyłącznie zmysłowy. Nic więcej. Nigdy nie zwodziłby żadnej kobiety, udając, że jest gotowy zaoferować cokolwiek ponad to.

Ale z tym stylem życia koniec – myślał wpatrzony niewidzącym wzrokiem w wieczorną panoramę miasta, świecącą milionami świateł. Co więcej, miał całkowite przekonanie do tej decyzji. Dotychczas tego rodzaju życie bardzo mu służyło, teraz chciał czegoś innego.

Kogoś innego.

Jego wyraz twarzy się zmienił.

Jak to się stało? Taka nadzwyczajna zbieżność dwóch odległych pragnień… Dziwacznej myśli, która mamiła go od zeszłorocznej wizyty w bajkowym Wielkim Księstwie Karylii, by przypieczętować lub dosłownie ukoronować swe dotychczasowe osiągnięcia najwyższą nagrodą w postaci królewskiej narzeczonej. I poznanie kobiety, która od pierwszego wejrzenia rozpaliła jego zmysły, by następnie, niczym dar od bogów, okazać się prawdziwą księżniczką, a więc być może poszukiwaną, wymarzoną, królewską narzeczoną?

Kobieta, której pragnę, i księżniczka, którą chciałbym poślubić to jedna i ta sama osoba… olśniewająco piękna księżniczka Elizsaveta.

I tak, porzucając na zawsze zastanawianie się nad – jak się okazuje – beznadziejnie zakochaną księżniczką Mariką, przestawił się na myślenie o jej starszej siostrze, ich pierwszym przypadkowym spotkaniu i pierwszej, już nieprzypadkowej rozmowie. Wcale także nie żałował, że tak jasno poinformował ją o swych zamiarach: po prostu od razu przeszedł do rzeczy. Bo była narzeczoną, jaką sobie wymarzył.

Teraz pozostało już tylko doprowadzić do tego, że i ona się zgodzi.

A dlaczego miałaby się nie zgodzić?

Bezwiednie uśmiechnął się do swych myśli na wspomnienie olśniewającej blondynki, którą zobaczył przypadkiem, a która potem, jakimś niewiarygodnym zrządzeniem losu, okazała się mieć w sobie królewską krew. Od pierwszej chwili nie umiała ukryć, jak wielkie robił na niej wrażenie jako mężczyzna.

Przecież pragnie mnie tak samo mocno, jak ja jej.

Do wzajemnej atrakcyjności należy jeszcze dołożyć wszelkie materialne i życiowe korzyści, jakie wypłyną z ich związku. Dla każdego z nich. Po prostu doskonały układ.

A najlepsze, że oboje będziemy świadomi powodów tego układu, oszczędzając sobie nawzajem komedii zwanej potocznie miłością. Raz na zawsze.

To pomyślawszy, wzniósł samotnie toast za ich powodzenie i jego jedną jedyną przyszłą „królewską narzeczoną” – niesamowitą księżniczkę Elizsavetę.

Kolejny tydzień w życiu Ellie okazał się prawdziwą udręką. Od rozmyślań pękała jej głowa. Czy Leon naprawdę miał na myśli to, co zadeklarował w operze? A może była to jedynie nonszalancka lub żartobliwa odpowiedź na ostrzeżenie przed Mariką? Może zresztą wcale go nie potrzebował… ale dlaczego w takim razie wydawałby fortunę na utrzymywanie zdegradowanej rodziny królewskiej?

Gdy dwa dni po wizycie w Operze Królewskiej w Covent Garden zaprosił ich całą rodzinę na lunch do hotelu, w którym zarezerwował prywatną salę, nie dostrzegła w jego zachowaniu niczego poza formalną uprzejmością. Dla niej niestety zachowanie całkowitej etykiety królewskiej w jego bliskim towarzystwie, pomimo ukończonego szkolenia graniczyło z cudem. Fizyczny wręcz wpływ Leona Dukarisa na jej funkcjonowanie, kiedy tylko znalazł się w pobliżu, nie zmniejszał się, a raczej pogłębiał przy każdej następnej okazji. Stawała się coraz bardziej i boleśniej świadoma jego obecności.

Rzecz jasna, to samo poczuła, kiedy dzień później zabrał je obie z Mariką do herbaciarni pod Londynem, ku uciesze macochy, zmartwionej losem córki przebywającej głównie w zamknięciu.

Gdy usiedli na tarasie luksusowego hotelu znajdującego się w wiejskiej posiadłości, z przepięknym widokiem na Tamizę, Ellie skupiała się wyłącznie na jednym: na obecności ich gospodarza, zawzięcie dopuszczając do rozmowy tylko na bezpieczne tematy, takie jak historia miejsca, w którym się znajdowali, czy rodzaj zabezpieczeń przeciwpowodziowych na Tamizie, która przepływała nieopodal. Milcząca, zapatrzona w przestrzeń przed sobą Marika nie stanowiła zbyt wielkiego oparcia przy tej konwersacji, podobnie zresztą jak sam Dukaris, dodatkowo ukryty za supermodnymi ciemnymi okularami słonecznymi, zza których mógł bezkarnie wpatrywać się w Ellie. Jakby chciał ją… oszacować?

I po co on to robi? Naprawdę przymierza mnie do roli swojej królewskiej narzeczonej?

Ellie starała się jednak stłamsić wszelkie emocje do końca spotkania i późniejszego spaceru wzdłuż Tamizy. Gdy odwiózł je z powrotem do Viscari St. James, podziękowała mu beznamiętnie, co skwitował kolejnym, paraliżującym uśmiechem.

– Cała przyjemność po mojej stronie, księżniczko.

Jakby tego było mało, skłonił się, by – jak poprzednio – pocałować ją w dłoń. Coś w jego oczach mówiło jej, że robił to celowo, by przypomniała sobie pocałunek w operze. Zaczerwieniła się więc od razu, jak i wtedy, i błyskawicznie ukryła się za plecami perorującej o czymś macochy, która wyszła im na przywitanie. Nie wiedziała, o co chodzi, bo świadoma była wyłącznie jego odpowiedzi:

– Niestety, Wasza Wysokość, przez parę dni nie będzie mnie w kraju ze względu na wyjazd służbowy, ale będę zaszczycony, jeśli po powrocie pozwolą się państwo zaprosić na kolację. Z księżniczkami, rzecz jasna.

Ellie wsłuchiwała się w każde słowo Dukarisa, ale jednocześnie obserwowała z przerażeniem Marikę, przyklejoną do swego telefonu i gorączkowo piszącą kolejne wiadomości. Bez wątpienia do nieobecnego ukochanego. Nieobecnego i zupełnie nienadającego się na królewskiego narzeczonego…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?