To nie jest, do diabła, love story! Skin deepTekst

Z serii: Love Story #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1. Aleks

Rozdział 2. Wera

Rozdział 3. Aleks

Rozdział 4. Wera

Rozdział 5. Aleks

Rozdział 6. Wera

Rozdział 7. Aleks

Rozdział 8. Wera

Rozdział 9. Aleks

Rozdział 10. Wera

Rozdział 11. Aleks

Rozdział 12. Wera

Rozdział 13. Aleks

Rozdział 14. Wera

Rozdział 15. Aleks

Rozdział 16. Wera

Rozdział 17. Aleks

Rozdział 18. Wera

Rozdział 19. Aleks

Rozdział 20. Wera

Rozdział 21. Aleks

Rozdział 22. Wera

Rozdział 23. Aleks

Rozdział 24. Wera

Rozdział 25. Aleks

Rozdział 26. Wera

Rozdział 27. Aleks

Rozdział 28. Wera

Rozdział 29. Aleks

Rozdział 30. Wera

Rozdział 31. Aleks

Rozdział 32. Joda

Podziękowanie

Karta redakcyjna

Dziewczynom,

które rzuciły mnie na głęboką wodę,

i Chłopakowi,

który mnie wyciągnął.


Palant Ikoniec <aleks.sokole.oko@gmail.com>

To: Marcin Biernat <marcin.biernat@yahoo.com>

Sent: Saturday, March 28, 20... 7:00 AM

Subject: Happy birthday to me

Cześć, Tato!

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – ode mnie... dla mnie. Szkoda, że Cię tu nie ma.

Pozdrawiam Cię... Chociaż wiesz co? Jednak nie.

Jednak Cię nie pozdrawiam.

Aleks

.

Gniew to cenny kapitał. Kiedy człowiek budzi się z myślą, żeby coś rozwalić, dobrze gdy ma pod ręką worek treningowy.

Jeśli go nie masz, zawsze możesz pobiegać z nadzieją, że znajdzie się ktoś, kto zasłuży na to, żeby mu przywalić. Nad jeziorem Malta zwykle trafi się jakiś cham, który nie posprząta po psie, albo rowerzysta, który nie patrzy na drogę. Miałem ochotę powiesić na smyczy jakiegoś kundla albo sprzedać kopa tylnemu kołu czyjegoś górala. Albo chociaż kolarzówki.

Wyuczonymi ruchami wciągnąłem ciuchy do joggingu i odruchowo narzuciłem na siebie bluzę z długim rękawem, choć byłem tak nabuzowany, że spokojnie wystarczyłby tylko T-shirt. Pieprzyć to, chciałem jak najszybciej znaleźć się na dworze i wreszcie spuścić trochę pary.

Biegnąc wzdłuż jeziora Malta, usiłowałem dojść do siebie. Oddychaj, Aleksie. Urodziny są przereklamowane, nawet dwudzieste pierwsze. Przecież miałeś ich już dwadzieścia i zawsze kończyły się z identycznym skutkiem – żyłeś dalej.

Wdech, wydech.

Opel obiecał ściągnąć wieczorem chłopaków z roku, co oznacza, że dzień nie będzie całkiem stracony. A to, że do końca życia dzień moich urodzin będzie moim prywatnym piekiełkiem, to już szczegół. W końcu każdy ma swoją traumę, prawda? Traumę, fobię, nerwicę, łamliwe paznokcie, słabo oprocentowaną lokatę.

Szybko odnalazłem właściwy rytm. Organizm miękko przeszedł w znajomy tryb treningowy i pchał teraz do upragnionego wysiłku serce, płuca i nogi. Wbiłem wzrok przed siebie. Może jakimś rozwiązaniem byłoby się po prostu z kimś zderzyć, ale jak na złość godzina ósma w sobotę fundowała mi zerowe towarzystwo.

Chociaż... W oddali, jakieś trzydzieści metrów przede mną zobaczyłem szarpaninę. Jedna postać stała jakby przygarbiona z boku ścieżki, podczas gdy dwie inne usiłowały coś sobie wyrwać. Po chwili garbus albo raczej garbuska wkroczyła do akcji i zaczęła się kotłowanina. Mimowolnie zwolniłem kroku, starając się ocenić sytuację. Facet. Jakiś facet i kobieta szarpali za ubranie dziewczynę, a ona walczyła jak... furia. Jak furia z kibolami pod stadionem.

Nagle gość zerwał z niej kurtkę, popchnął dziewczynę na asfalt i truchtem zwycięzcy oddalił się wraz z drugą postacią w stronę kolejki Maltanki. Dziewczyna na asfalcie nie wstawała.

Zwietrzyłem swoją szansę i przyspieszyłem.


Przeczytałam gdzieś, że życie składa się z przypadków ze skłonnością do upadków. Nie wiem, skąd teraz ta myśl wzięła się w mojej głowie, ale gdy raz się pojawiła, nie dawała o sobie zapomnieć. Siedziałam w marcowy poranek na ławce nad Maltą i po raz zyliardowy łamałam sobie głowę nad tym, jak jedna wypadkowa decyzji i działań mojej rodziny skończyła się dla mnie przypadkową katastrofą i naznaczyła mnie na całe życie.

Wypadek sprzed wielu lat doskonale układał mi życiorys i rzutował na wszystkie moje decyzje.

Marianna wpadła do mnie z radosną wieścią, że jej agent widziałby mnie w agencji modelek. Jasne. Musiałam odmówić.

Babcia postanowiła rozdzielić między Jodę i mnie kreacje ze swojej młodości – ostatecznie przypadły mi w udziale tylko dwie suknie z długim rękawem.

Cała klasa już teraz umawiała się na ostatnie wakacje przed pójściem na studia: na tydzień szaleństw na plaży, diety alkoholowej i całonocnych imprez. Doskonale wiedziałam, że nie nadaję się na ten wypad. Mogłam zapisać się najwyżej na obóz szachowy albo ewentualnie surfingowy, gdzie byłabym po szyję zapięta w piankę neoprenową.

Gdybym grała w szachy albo uprawiała surfing.

A tak uprawiałam jedynie marcowe trucie własnej dupy. Nad Maltą. W Poznaniu.

Westchnęłam ciężko i zsunęłam się z ławki, rozważając, czy powinnam wrócić do domu, żeby zakuwać do matury jak grzeczna dziewczynka, za którą wszyscy mnie uważali, czy poszwendać się jeszcze trochę ścieżką dla biegaczy. A gdyby tak podstawić komuś nogę? Ciekawe, czy tylko mnie w tym miejscu ogarniały takie głupie myśli. Ech, powinnam wziąć na spacer Marę, przynajmniej zrobiłabym coś sensownego, a nie tylko zadawała szyku w skórzanej kurtce od Elli.

Ella to (aktualnie była) dziewczyna mojego niepoprawnego brata (chociaż w ich przypadku trudno nadążyć, jaki mają status – schodzili się już i rozchodzili jak w brazylijskiej telenoweli). Podarowała mi tę kurtkę na święta. Czy raczej mi ją odstąpiła. Była śliczna (i Ella, i kurtka), obłędna, twarzowa i zdecydowanie moja najulubieńsza, jak powiedziałby mój ośmioletni brat Antek. Ella też ją uwielbiała, ale do czasu. W grudniu ktoś ją zaatakował, gdy miała na sobie tę kurtkę, i ciachnął nożem górną część rękawa. Odtąd jej nie nosiła, a ja przygarnęłam kurtkę z wdzięcznością. Nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na ubranie firmy Pepe Jeans, więc tym bardziej nie posiadałam się ze szczęścia. Poza tym kolejna warstwa mojej cebulkowej egzystencji mogła mnie tylko cieszyć.

Miałam warstwy jak Shrek.

Wróciłam myślami do Jonasza i Elli, która wkrótce zamierzała wyciągnąć na dwa tygodnie do Stanów mojego rok młodszego brata. Brata młodszego jedynie na papierze, bo od zawsze zachowywał się jak mój ojciec. Jonasz zwariował na punkcie Elli, idiota. Chciał polecieć za nią na wesele jej kuzynki, chociaż ona miała go gdzieś. Nie mam pojęcia, jak zdołała zawrócić Jonaszowi w głowie, nie znałam go takiego, ale skrycie zazdrościłam Elli tego, jak umiejętnie owinęła go sobie wokół palca.

 

Jak słodką gumę do żucia wielokrotnego użytku.

Ja mogłam jedynie pomarzyć o tym, że jakiś facet rzuci dla mnie wszystko i powie: „Bierz mnie. Cały jestem twój”. Zaśmiałam się na samą myśl. Zwykle taki scenariusz zakładał, że trzeba było dać coś w zamian, a tu zaczynały się schody. Bo w moim przypadku nie mogło być mowy o żadnym „w zamian”. W sumie Igor powinien zostać ogłoszony świętym za to, że ze mną wytrzymywał. Nawet ja miałam duże problemy, żeby dawać sobie radę ze sobą, a przez tyle lat mogłam się już do tego przyzwyczaić.

Otuliłam się szczelniej ukochaną kurtką, która była zbyt cienka na wiosenną pogodę, i zastanawiałam się, dokąd właściwie idę i po co. Ścieżka prowadziła wokół jeziora i gdybym chciała, mogłabym nią tak chodzić do śmierci niczym kulka w ruletce, która kręci się w kółko i marzy, żeby dla odmiany stać się kulką w automacie do gier i wyskoczyć poza tor.

Głupia, naiwna kulka.

Jezu, było zdecydowanie za wcześnie i zdecydowanie za zimno i jak widać, zamarzał mi mózg.

– Wyskakuj z kurteczki, dziewczynko! – zawołał nagle ktoś za moimi plecami.

Zawirowałam, wyrwana ohydnym chrapliwym głosem z wymiany myśli między dwiema półkulami mojej zrytej czachy.

To się nie działo naprawdę. Czy ktoś serio usiłował ukraść mi kurtkę? Może ten ciuch był przeklęty?

Głos miał szpary zamiast oczu, zepsute zęby i brodę sięgającą połowy klatki piersiowej.

– Zimno mi – oświadczyłam, udając, że jestem pewna siebie jak moja siostra bliźniaczka Jagoda.

– Wyskakuj z tej ślicznej kurteczki, bo moja panna ma marzenie.

Dopiero teraz zawężona perspektywa rozszerzyła mi się na postać obok brodacza – zziębniętą nastolatkę o tłustych blond włosach i zamglonym spojrzeniu.

Zrobiłam to, czego nigdy nie wolno robić na widok psów i bandytów.

Odwróciłam się na pięcie i rzuciłam biegiem przed siebie.

Nie patrzyłam, dokąd uciekam. O ósmej rano w chłodną sobotę nad Maltą nie było żywej duszy, chociaż miałam świadomość, że prędzej czy później natknę się na jakiegoś biegacza, rowerzystę albo rolkarza. Dlaczego, dlaczego nie zabrałam Mary?! Musiałam po prostu do kogoś dobiec, najlepiej do kogoś z pałą policyjną, paralizatorem, rottweilerem albo chociaż szczekliwie spanikowaną chichuahuą.

Zepsutozęby brodacz szybko mnie dogonił, pewnie nogi miał mniej zepsute niż uzębienie. Chwycił mnie za kołnierz grafitowej kurtki i pociągnął w tył, aż się zatoczyłam i odbiłam od niego jak piłka. Nie czekając, aż dojdę do siebie, wprawnym ruchem złapał za mój rękaw, ale ja kopnęłam go w kolano. Oddał mi kopniakiem w biodro. Tymczasem jego gwiazda o tłustych włosach dopadła do mnie z drugiej strony i pazurami zaczęła dobierać się do mojego ubrania. Wierzgałam i próbowałam się bronić, ale czułam tylko uderzenia pazurów i twardych butów.

– Aaaaaaaaaa! – wrzasnęłam bardziej z frustracji niż z bólu.

To jakiś koszmar! Nie mogłam uwierzyć, że para meneli uparła się na skórę od Elli! (To był rozpaczliwy rym!) Zablokowałam czyjeś uderzenie, ale druga para rąk chwyciła dół mojej kurtki razem z golfem pod nią i pociągnęła z całej siły.

Nie, nie, nie, nie! Czułam, jak w ułamku sekundy na czoło występują mi krople potu, a wraz z odgłosem darcia cienkiego materiału ciało zaczyna drżeć. Natychmiast przestałam się bronić i uwolniłam ramiona ze skórzanej kurtki, po czym przewróciłam się w tył. Zadowoleni napastnicy z okrzykami triumfu uciekli jak szczury kanałem.

Leżałam na ścieżce, wstrząsana napadami śmiechu. Moje nagie plecy dotykały asfaltu, a omdlałe od walki dłonie ze wstydu zakrywały oczy. Nie wstaję. Będę tak leżała, dopóki nie obudzę się z tego koszmaru albo nie przejedzie mnie jakiś łaskawy rower. Albo chociaż hulajnoga.

Nagle usłyszałam rytmiczne i szybkie uderzenia czyichś butów. W porządku, w ostateczności mogłam też zostać zadeptana przez jakieś buciory. Byle duże.

Przyciskałam pięści do oczu, nie przestając nerwowo się śmiać. Buty dopadły do mnie, a ich właściciel przemówił:

– To śmiech, uff, myślałem, że masz padaczkę.

Odsunęłam ręce i uśmiech zamarł mi na ustach.

– Jake?

Musiałam zemdleć i śnić.

– Okej, za to jesteś w szoku. – Ktoś, kto wyglądał jak Jake Gyllenhaal w fazie z koczkiem na czubku głowy, w ułamku sekundy ocenił sytuację. – Zaraz ich dogonię, ale jesteś prawie naga, musisz wstać z ziemi.

Zanim zdążyłam zareagować, pewnym ruchem wsunął ramiona pod moje plecy, żeby mnie unieść. Moje ciało natychmiast się spięło.

– Nie dotykaj mnie, zabieraj łapy! – zaskrzeczałam na fali panicznego strachu.

Musiał je poczuć.

Musiał je poczuć, musiał je poczuć, musiał je poczuć.

W jednej chwili zdołał się zorientować – dostrzegłam to w błysku jego szarych oczu. W panice jeszcze mocniej przywarłam plecami do asfaltu i skrzyżowałam przedramiona na piersi jak Wonder Woman. Horyzontalna Wonder Woman.

Sobowtór Jake’a chwycił za dół swojej bluzy i jednym sprawnym ruchem ściągnął ją z siebie wraz z T-shirtem, który miał pod spodem, a mnie z twarzy odpłynęła cała krew. Z jego falującej piersi spoglądał na mnie... sokół z rozłożonymi czarnymi skrzydłami i rozcapierzonymi pazurami.

Dlaczego ten gość się rozebrał? Chciał mnie zgwałcić?

– Widzisz? – wyszeptał Jake. – Nie bój się, ja też je mam. Ubierz się, zaraz wracam.

Rzucił mi bluzę. Sam włożył na siebie T-shirt i wystrzelił sprintem w kierunku, w którym uciekli menele. Rozejrzałam się. W pobliżu nie było nikogo. Stękając, podniosłam się i ze łzami w oczach, które za wszelką cenę postanowiły zawładnąć moimi kanalikami, przez chwilę klęczałam. Powinnam uciekać czy zaczekać na rozwój sytuacji? Odejść czy zmierzyć się z kolejną konfrontacją?

Oprócz paniki, strachu, szoku i zaskoczenia poczułam przenikliwe zimno. Wzruszyłam ramionami, nałożyłam przez głowę niebieską bluzę i zaciągnęłam krótki suwak pod samą brodę.

Co to miał być za teatr? „Ja też je mam”. Tatuaże? Ale ja nie miałam tatuaży. Ja miałam... coś innego, coś ohydnego, coś, co nie dawało o sobie zapomnieć, o czym wiedziała tylko moja rodzina, Igor i teraz ten... biegacz. Czy on też mógł... Pewnie na palcu. Albo pięcie. Prychnęłam.

Powoli oparłam się na dłoniach i z jękiem wstałam.

Jak okiem sięgnąć – nikogo.

Co powinnam zrobić: wracać do domu czy iść za nim?

Wracać do domu czy iść za nim?

Zmyć się czy warować jak pies?

Jeśli Jake przeceniał swoje szanse i para złodziei sprzeda mu kosę pod żebra, może powinnam chociaż pouciskać ranę, aż nadejdzie pomoc.

W końcu gdyby chciał mi zrobić krzywdę, ukraść... buty albo na przykład dziewictwo, to by to zrobił, a nie obnażał klatę i rzucał się w pościg za menelami o pijackim spojrzeniu.

Musiałam popracować nad sucharami. Były za suche nawet dla mnie.

Westchnęłam ciężko, zmaltretowana psychicznie i fizycznie, i ze wzrokiem wbitym w ziemię powlokłam się w stronę, w którą pobiegła cała trójka.

Po chwili moich uszu ponownie doszedł odgłos butów uderzających o asfalt.

Wracał.


Z rozkoszą dopadłem tych dwoje skurwieli i wyładowałem na nich całą swoją urodzinową frustrację. Złapałem faceta za szmaty i ręcznie mu wytłumaczyłem, że to bardzo nieładnie odbierać ludziom w chłodny marcowy poranek niezbędne części ich garderoby. Kiedy partnerka psychola rzuciła się na mnie z pazurami, ją też poczęstowałem takim kopniakiem, że przez pozostałą część mojego przekonującego kazania zachowywała bezpieczny dystans ode mnie.

– I jeśli jeszcze kiedyś zobaczę tutaj wasze zakazane mordy, połamię wam te złodziejskie łapy. A teraz won! Spierdalać!

Popchnąłem śmierdziela i strząsnąłem kurtkę kilka razy, mając nadzieję, że nadaje się jeszcze do włożenia.

No proszę, bieganie naprawdę przynosi efekty.

– Jesteś nienormalny! – wołali za mną, odchodząc najszybciej, jak tylko mogli.

– Lecz się, debilu!

Ich wiązanki nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Przerzuciwszy kurtkę przez ramię, odchodziłem w kierunku obrabowanej dziewczyny. Nie ma to jak nabyta odporność stadna.

Już po chwili zobaczyłem, jak kuśtyka w moją stronę. Całe szczęście, że zdecydowała się włożyć moją bluzę, bo nie miałem czasu, żeby jej wyjaśniać, co chciałem jej przekazać tą akcją w iście chippendale’owym stylu. Najpierw para złodziei zostawia ją pobitą i okradzioną, a potem pojawia się jakiś gość i rozbiera na środku ścieżki do biegania. Zdążyłem tylko dostrzec, jak jej źrenice rozszerzają się z przerażenia, i zrozumiałem, że popełniłem błąd.

Najpierw złodzieje.

Potem zboczeniec.

Głupawy początek znajomości.

Głupawy początek historii.

Teraz się zatrzymała i patrzyła na mnie oczyma jelenia sparaliżowanego światłem reflektorów. Pięknego jelenia, musiałem przyznać. Niech będzie, sarny. Łani. Furii? Zwolniłem kroku, obejmując ją współczującym wzrokiem. Proszę, proszę, być może będziemy w stanie nawzajem sobie pomóc, pomyślałem w przypływie inspiracji.

– Nie zdążyłem się przedstawić, więc naprawiam swój błąd. Jestem Aleks. – Siliłem się na swobodny ton. Przerzuciłem kurtkę do lewej ręki i wyciągnąłem prawą dłoń. Popatrzyła na nią, jakby chciała się upewnić, że nie chowam w niej pająka, węża ani noża. – Nie bój się, nie gryzę.

Kiedy jej chłodne palce przelotnie dotknęły mojej skóry, poczułem przyjemny dreszcz. Wysunęła je, zanim zdążyłem uścisnąć jej dłoń. Podałem kurtkę.

– Wera. Dziękuję za to, że się pojawiłeś. Czy... – zawahała się. – Czy mogę oddać ci bluzę jakoś... przy okazji? Wolałabym się tu... nie przebierać.

Ciekawe, jaką okazję miała na myśli.

– Spoko. Cała przyjemność po mojej stronie. Od rana miałem ochotę komuś dokopać i proszę. Przydarzyłaś się właśnie ty.

Co za kolejny durny tekst. Nie chciałem, żeby coś sobie pomyślała, już i tak miała mnie za zboka. Wyglądała jakoś tak... niewinnie, ale to pewnie tylko złudzenie spowodowane szokiem. Wiedziałem lepiej niż ktokolwiek, że najbardziej niewinne dziewczyny okazywały się zakłamanymi sukami, które nie przebierając w środkach, dążyły do celu po trupach łatwowiernych chłopaków. A zbolały wzrok niebieskich oczu, wodospad blond włosów i czerwień pełnych ust miały tylko działać jak zasłona dymna i omamić człowieka, żeby dał się podejść i przechytrzyć. A potem lizał rany całe lata.

Zatrzepotała długimi rzęsami i jęknęła.

– Bardzo cię boli? – zapytałem, odrzucając trzeźwe myśli na później.

– Najbardziej urażona duma, ale biodro też – powiedziała z lekkim uśmiechem. No proszę, chyba jednak uznała, że nie jestem psycholem, który postanowił ją zamordować i wrzucić zwłoki do jeziora. – Ja muszę się doczołgać na Rusa, a ty?

– Trochę dalej, aż do Osiedla Przemysława – odparłem, mając nadzieję, że nie jest stalkerką, która będzie mnie od dziś prześladować.

Chociaż, jeśli miałem być szczery, wyglądała raczej na taką, która marzyła o tym, żeby zostać sama.

– Słuchaj... Aleks – zaczęła ostrożnie.

– To jednak nie Jake? – Uśmiechnąłem się.

– Przepraszam. Zaskoczyłeś mnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że wyglądasz jak Jake Gyllenhaal.

No proszę, blondynka porządnie się zaczerwieniła. Czyli była fanką Jake’a Gyllenhaala.

– Niestety, jestem po prostu Aleks. Posłuchaj. – Postanowiłem wyłożyć jej sprawę bez ogródek. – Kiedy chciałem cię podnieść, poczułem...

– Wiem, wiem, że poczułeś. – Jeśli przed chwilą się zarumieniła, to teraz skóra na jej policzkach przybrała barwę dojrzałych pomidorów. – Nie chcę o nich mówić, a już na pewno nie z facetem, którego nie znam. Usiłuję nie myśleć, zapomnieć. Nie pomagasz, okej? I nie musisz mówić, jak ci przykro, rozumiem.

Minęliśmy już stok Malta Ski i kierowaliśmy się w górę, do pomnika upamiętniającego harcerzy wielkopolskich. Tereny zielone powoli się zaludniały. Gdyby teraz ktoś napadł Werę, na dwoje meneli rzuciłyby się tłumy sportowców amatorów i babcie z pieskami.

– Chcesz, żebym na nie spojrzał? – zapytałem, zaskakując samego siebie.

Popatrzyła na mnie z mieszaniną paniki, przerażenia i wstrętu.

 

– Jeśli przyznasz, że kręcą cię blizny na ludzkim ciele, zacznę krzyczeć – zagroziła. – A jeśli zamierzasz się pośmiać, to proszę bardzo, nie hamuj się.

– Dlaczego... miałbym się z ciebie śmiać? – zapytałem zdziwiony, zatrzymując się pośrodku łąki.

Wera nawet nie zwolniła.

– Bo jesteś przystojny jak aktor filmowy, podbudowałeś swoje ego przez dokopanie złodziejom i nie możesz uwierzyć, że poharatana blondynka wolała leżeć na zimnym asfalcie, niż wstać i pokazać komuś plecy.

– Wow, to rzeczywiście lista niezłych argumentów, ale jakoś bardzo mi przeszkadza, że ciągle mnie porównujesz do tego hollywoodzkiego aktorzyny. Może to on jest podobny do mnie, hm?

– To raczej niemożliwe, bo jest dużo starszy.

– No, i to jest coś, co znacznie poprawia mi humor. Bo ja jestem młody i przystojny – powiedziałem nie wiadomo po co.

Jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą kuśtykał, Wera szła bardzo szybko. I to pod górkę.

– Zapomniałeś dodać, że skromny! – rzuciła, nie odwracając się.

– Hej, zaczekaj! – zawołałem i podbiegłem, żeby ją chwycić za rękę.

Ta dziewczyna mogła się przydać.

Wzdrygnęła się jak rażona prądem i wyswobodziła dłoń, ale przynajmniej się zatrzymała. Być może pod osłoną drzew poczuła się bezpieczniej niż na wolnej przestrzeni.

– Naprawdę ci dziękuję, że zachowałeś się jak giermek rycerza w lśniącej zbroi, ale już sobie poradzę, więc trzymaj się, dobrego dnia, tygodnia, miesiąca i długich lat życia.

– To marne życzenia urodzinowe – stwierdziłem z uśmieszkiem.

– Akurat ci uwierzę – prychnęła.

– Nie musisz, spoko, ale to nie zmienia faktu, że właśnie dziś wypadają moje dwudzieste pierwsze urodziny, więc wszyscy powinni być dla mnie mili, nie sądzisz? – Uśmiechnąłem się i uniosłem brwi.

Wsunęła kurtkę pod pachę, założyła ramiona na piersi i westchnęła.

– Wszystkiego najlepszego. Wielu kilometrów do przebiegnięcia i całego tłumu zbirów do złapania. Czego chcesz?

– Znam kogoś, kto mógłby ci pomóc... Nie, nie, nie! – Chwyciłem ją za dół mojej bluzy. – Nie odchodź, pozwól mi skończyć. Niech to będzie twoje podziękowanie za moją akcję ratunkową i prezent urodzinowy, hm? Łatwo ci pójdzie, dwa w jednym, no nie? Jedyne, co musisz zrobić, to pozwolić mi zdjąć T-shirt... – O rany, przewróciła oczami. Nadal uważała mnie za zboka. – I powiedzieć, co widzisz. Przysięgam, że zachowam dystans społeczny.

– Rozumiem, że twoim zdaniem w urodziny człowiek potrzebuje komplementów na temat tego, jaki jest piękny i młody. Ale pozwól, że jako osoba postronna powiem ci to obiektywnie: To żałosne!

– Okej, przyjmuję, ale skoro akurat nikogo nie ma w zasięgu wzroku, naciesz oczy i relacjonuj.

Ściągnąłem przez głowę T-shirt do biegania i stanąłem półnagi przed całkiem nieznajomą dziewczyną pośrodku lasku maltańskiego. Moich uszu dochodził odgłos aut pędzących ulicą Dymka, odległe szczekanie psów i jazgot ptaków nad naszymi głowami. Błękitne oczy przede mną błysnęły czymś jakby bólem, a następnie jakby zażenowaniem.

– Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę – powiedziała. – Nikt mi nie uwierzy.

Zacisnęła na chwilę powieki, po czym otworzyła je i omiotła mój tors bardziej trzeźwym wzrokiem, jak lekarz. Zwykle na ten widok otrzymywałem w nagrodę spojrzenia pełne zainteresowania, podziwu, pożądania. Wera nie patrzyła na mnie jednak ani łakomie, ani pożądliwie. Wzięła głęboki oddech, rozchyliła śliczne czerwone usta i oświadczyła:

– Okej, miejmy to już za sobą, bo zamarzniesz i będę cię miała na sumieniu. Widzę... umięśniony tors. Z klatki piersiowej stojącego przede mną typa gapi się na mnie czarny sokół, jakby chciał mnie zaatakować. Na przedramionach owego typa dodatkowo znajdują się skrzydła, które ciągną się po wewnętrznej stronie od nadgarstka aż po zgięcie łokcia.

– Opisz sokoła – wychrypiałem, czując, że chciałbym, żeby podobało jej się to, na co patrzy.

– Łypie na mnie jednym okiem, bo jest widoczny jakby z boku, zniża się, żeby dopaść ofiarę. Ma rozpostarte skrzydła i ogon, ostry dziób i pazury.

– Dokładniej. Podejdź i opisz go dokładniej.

Znów przewróciła oczami, ale wykonała polecenie. Czułem, że zamiast spodziewanego zimna zalewa mnie fala gorąca. Odniosłem wrażenie, że przestaje dostrzegać absurd sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, i całkowicie poświęca się analizie drapieżnego ptaka.

– Ma piękne skrzydła. Ktoś, kto go wytatuował, jest prawdziwym artystą. Widzę każde pojedyncze piórko, widzę linie cienia i światła, trudno uwierzyć, że to tusz, a nie ołówek. Sokół jest skupiony i skoncentrowany, uważny i niebezpieczny. Ale jego pazury... – Wyciągnęła dłoń i ku mojemu zdumieniu powiodła palcem po liniach, które przykuły jej uwagę.

Starałem się zignorować przyjemność, jaką niespodziewanie wywołał jej dotyk. Chociaż czy nie każdy facet marzy, żeby dotykała go śliczna nieznajoma dziewczyna? Bez zobowiązań? Uśmiechnąłem się i skupiłem na doznaniach jej, nie moich. Nadal sunęła wszystkimi palcami prawej dłoni po zgrubieniach skóry, jakby nie mogła uwierzyć, na co patrzy.

Nie mogła.

W końcu, kiedy pojęła znaczenie wyjątkowych linii, odskoczyła jak oparzona. Czar prysł.

– To... ty jesteś... ty masz... – Zasłoniła usta dłonią.

– Cieszę się, że na mój widok odebrało ci mowę – powiedziałem z triumfalnym uśmieszkiem, pospiesznie wkładając T-shirt. – Przyznaj, że podobało ci się to, co zobaczyłaś.

– Bardzo! To znaczy wiesz, o co chodzi, to... majstersztyk. Rewelacja. W ogóle nie widać, że masz blizny. Wow! – W jednej chwili się ożywiła. – Od jak dawna?

– Blizny? Od trzech lat. Tatuaż od roku. W ogóle o nich nie myślę – skłamałem. W zasadzie nie do końca. Często myślałem o tym, w jakiej sytuacji powstały, a mniej o samych zmianach na skórze. – Kiedyś było inaczej, ale odkąd mam tatuaż, noszę je z dumą.

Nie zatrzymując się, zrobiłem strategiczną przerwę. Wiedziałem, że nie pozwoli mi spojrzeć na swoje plecy, ale wystarczyła mi ta chwila, kiedy obiema dłońmi poczułem pod palcami pręgi.

– Ty też byś mogła, Wera. – Zerknęła na mnie, tym razem bez komentarza. Nie mogłem się dziwić, dzieło było spektakularne, a jego działanie na płeć piękną bez zarzutu. – Jeśli dasz mi swój adres mejlowy, poproszę znajomego, żeby do ciebie napisał. Jego matka ma studio tatuażu, realizuje jakiś projekt artystyczny, ja byłem jej pierwszym modelem. Za coś takiego zapłaciłbym chore pieniądze, a tak mam genialny tatuaż za darmo. Facet jest pół-Niemcem, menedżerem matki, odpowie na wszystkie twoje pytania.

– Jesteś strasznie bezpośredni, wiesz? – rzuciła bez uśmiechu.

Zatrzymałem się i znów ująłem ją za rękę. Zadrżała, ale tym razem się nie wyrwała.

– Nie molestuję dziewczyn, uprawiając jogging. Kiedy dotknąłem twoich pleców, od razu pomyślałem o tatuażu. Zastanów się, jak wiele to zmienia. Ta artystka, Carola, tak wkomponowuje blizny w rysunek, żeby je... zamaskować... uczynić pięknymi albo... dowcipnymi. Powinnaś się z nią spotkać i pogadać. Na luzie. – Popatrzyłem uważnie w jej niebieskie oczy. – Wiem, jak to jest, kiedy czujesz się jak potwór. A ponieważ wiem również, jak można to zmienić, dlaczego nie mam podzielić się swoją wiedzą? Poza tym i ty, i ja jesteśmy zbyt piękni, żeby brano nas za potwory – zakończyłem z uśmiechem, chcąc rozluźnić atmosferę.

Na wysokości Osiedla Rusa w końcu dała mi swój adres mejlowy. Bez przekonania, ale z nadzieją.

A ja wmawiałem sobie, że robię dobry uczynek.