Pan świata. Maître du monde

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie mogłem ukryć swego niezadowolenia. Pan Smith zirytowany był niemniej ode mnie.

– Do kroćset dyabłów! – zawołał. – Więc nie dowiemy się nigdy, jaką tajemnicę kryje w swem łonie przeklęty Great-Eyry!

– Wulkan lub nie, mniejsza o to! – wtrąciłem, – dosyć, że w chwili obecnej nie daje powodu do żadnych obaw. Nie dostrzegliśmy nigdzie dymu ani płomieni, nie słyszeliśmy huku podziemnego, nie uczuwaliśmy żadnego wstrząśnienia.

Istotnie na Great-Eyry panowała zupełna cisza i pustka, jak zwykle na tak znacznej wysokości. Nie widzieliśmy żadnych śladów życia. Tylko kilka ptaków drapieżnych krążyło ponad szczytem.

Była już godzina trzecia, kiedy pan Smith odezwał się tonem zirytowanym.

– Nawet, gdybyśmy zostali tutaj do wieczora, nie dowiemy się niczego więcej. Wracajmy zatem, jeżeli chcemy w Pleasant-Garden stanąć przed nocą!

Milczałem, nie ruszając się z miejsca. W końcu jednak musiałem się zdobyć na rezygnacyę i pójść za towarzyszami podróży. Bóg jeden wie, ile mnie to kosztowało!

Powrót był dużo łatwiejszy i mniej męczący. Przed piątą jeszcze przybyliśmy do fermy Wildon, gdzie czekano nas z obiadem.

O pół do dziesiątej zaś powóz nasz zatrzymał się przed domem mera w Pleasant-Garden, według programu mieliśmy tutaj przenocować. Długo nie mogłem zanąć, rozmyślając nad tem; czy nie należałoby przedzięwziąć nazajutrz nowej wyprawy. Czyż jednak miałaby ona jakiekolwiek widoki powodzenia?... Stanowczo rozsądniej było wrócić do Waszyngtonu i zapytać o decyzyę pana Warda.

Nazajutrz wieczorem przybyliśmy do Morgantonu; opłaciłem przewodników, pożegnałem pana Smitha i pośpiesznym pociągem udałem się do Raleigh.

IV. Konkurs klubu automobilistów.

We dwa tygodnie po moim powrocie do Waszyngtonu ciekawość ogółu obudził fakt inny, równie tajemniczy i niezwykły, jak zjawiska na Great-Eyry, fakt, który się powtórzył w kilku miejscowościach Pensylwanii. W połowie maja dzienniki rozpisywały się o nim szeroko.

Od niejakiegoś czasu w pobliżu Filadelfii, krążył dziwny wehikuł, który się tak szybko przenosił z miejsca na miejsce, że nikt nic pewnego powiedzieć nie mógł o jego rozmiarach, rodzaju i kształcie. Jedno nie ulegało wątpliwości, że był to samochód. Lecz jaki motor go poruszał?

W owej epoce najdoskonalsze automobile, niezależnie od tego, czy wprawiała je w ruch para wodna, nafta lub elektryczność, przebiegały sto trzydzieści kilometrów na godzinę, t. j. około półtorej mili na minutę, czyli mniej więcej tyle, ile pociągi pośpieszne na najlepiej urządzonych liniach kolejowych Europy i Ameryki.

Szybkość zaś tego nowego samochodu była stanowczo dwa razy większa.

Oczywiście, że stanowił niebezpieczeństwo poważne dla jezdnych i pieszych. Przyrząd tak niezwykły, poruszający się z bystrością niesłychaną, zjawiał się nagle niby piorun, poprzedzony hałasem straszliwym i kłębami kurzu; przerzynał powietrze z taką gwałtownością, że się łamały gałęzie drzew, przerażone trzody rozbiegały się z pastwisk, spłoszone ptactwo rozlatywało się na wszystkie strony, a nieszczęśliwi przejezdni znajdywali się w mgnieniu oka w przydrożnych rowach.

Dzienniki podnosiły jeszcze jeden szczegół zdumiewający: oto koła dziwnego przyrządu nie wrzynały się w szosę, nie tworzyły kolei, zaledwie pozostawiały jakiś ślad lekki, niewyraźny, niby muśnięcie.

– Widocznie szybkość tak nadzwyczajna znosi ciężar– pisał New-York Herold.

Z rozmaitych miejscowości Pensylwanii dochodziły protesty, głosy oburzenia. Czyż można pozwolić, aby po drogach Ameryki bezkarnie kursował wehikuł, który innym powozom oraz pieszym grozi zmiażdżeniem? W jaki sposób jednak zaradzić złemu? Nie wiedziano do kogo tajemniczy samochód należy, ani dokąd dąży, ani skąd przybywa. Dostrzegano go przez jedną sekundę zaledwie, kiedy z szybkością zawrotną niby pocisk armatni przerzynał powietrze. O motorze, poruszającym ten dziwny przyrząd, również nie miano najlżejszego pojęcia, ponieważ jednak nie pozostawiał on żadnych śladów dymu, pary, nafty lub jakiegokolwiek oleju skalnego, wnioskowano iż porusza go siła elektryczności; przypuszczano nawet, że akumulatory nowego systemu gromadziły jakiś prąd niewyczerpany.

Podniecona wyobraźnia chwytała się hypotez najnieprawdopodobniejszych, byle tylko znaleźć odpowiedź na niepokojące ogół pytanie: do kogo należy ten wóz tajemniczy?

Gubiono się w domysłach. Niektórzy przypuszczali, że kieruje nim jakaś siła tajemnicza, jakieś widmo z innego świata, palacz „z piekła rodem”, potwór mitologiczny, a nawet dyabeł we własnej osobie, Belzebub, Astaroth, hardo wyzywający ludzkość, zbrojny w nieograniczoną niewidzialną potęgę szatańską.

Lecz nawet sam szatan nie miał prawa rozbijać się z taką szybkością po drogach Stanów Zjednoczonych bez zezwolenia zwierzchności, bez numeru, wbrew obowiązującym przepisom. Zresztą żaden zarząd miejski podobnego zezwolenia by nie udzielił. Należało zatem obmyślić środki celem powstrzymania zapału tajemniczego automobilisty.

Tymczasem rozniosła się wieść, że nietylko Pensylwania służy za welodrom dla tak niezwykłych popisów sportowych. Raporty policyjne donosiły, że tajemniczy wehikuł ukazał się w Kentucky, w Ohio, w Missooui, w Tennessee, nawet w Illinois i to w pobliżu Chicago!

Ostrzeżeń więc ze strony policyi nie brakło. Władze miejskie zajęły się obmyśleniem środków zapobiegających niebezpieczeństwu. Powstrzymać samochód, pędzący z taką szybkością było niepodobieństwem. Należało więc chyba ustawić na drodze przeszkody, o które mógłby się rozbić.

– Czy nie zdoła jednak tych przeszkód usunąć? – odpowiadali więcej nieufni.

– Albo przez nie przeskoczyć! – dodawali inni.

– Jeżeli to dyabeł, ma przecież skrzydła i potrafi się unieść w powietrzu.

– Ba! gdyby miał skrzydła – mówili jeszcze inni – czyżby nie wolał szybować w przestworzach zamiast pędzić po ziemi?!

W końcu maja wszystkie wieści niepokojące ucichły. Tajemniczy samochód nie ukazywał się i przestano się nim zajmować.

W tym czasie klub automobilistów w Wiskonsinie postanowił urządzić wyścigi. Do tego celu nadawała się wyśmienicie długa a prosta jak wystrzelił, szosa wiodąca od Prairie-du-Chien, t. j. od zachodniej granicy Stanu aż do Milwaukee, portu nad Michiganem.

W konkursie miały wziąć udział wszystkie najwięcej znane firmy amerykańskie i europejskie. Najrozmaitsze systemy motorów miały prawo ubiegać się o nagrody, z których najmniejsza wynosiła 50000 dolarów. W Prairie-du-Chien stanęło więc czterdzieści najrozmaitszych samochodów, poruszanych za pomocą pary, nafty, alkoholu i elektryczności.

Biorąc pod uwagę maximum szybkości, to znaczy od 130 – 140 kilometrów na godzinę, obliczono, że wyścig ten międzynarodowy trwać może najwyżej trzy godziny. Przestrzeń bowiem, którą należało przebyć, wynosiła dwieście mil. Dla uniknięcia możliwego niebezpieczeństwa władze Wiskonsinu wzbroniły osobom prywatnym wszelkiego ruchu w dniu 3-go maja rano na drodze, wiodącej od Prairie-du-Chien do Milwaukee.

Tysiące ciekawych, nietylko z Wiskonsinu i ze Stanów sąsiednich, lecz nawet z dalszych krańców Ameryki, ba! nawet z Europy, zbiegło się na ten wyścig międzynarodowy.

Stosownie do zwyczaju, rozwielmożnionego w Stanach Zjednoczonych, stawiano liczne zakłady, kto zwycięży na konkursie. W tym celu potworzyły się nawet osobne agencye w rodzaju totalizatora.

O godzinie ósmej zrana dano hasło do odjazdu. Samochody, wybierane przez losowanie, miały wyruszać jeden po drugim z przerwą dwuminutową.

Po obu stronach drogi stali agenci policyjni, utrzymujący porządek i liczni widzowie. Najwięcej ciekawych zebrało się w Madisonie, stolicy Wisconsinu i w Milwaukee.

Upłynęło półtorej godziny. W Prairie-du-Chien pozostał jeden tylko automobil. Dzięki telefonom, co pięć minut otrzymywano nowe wiadomości, w jakim porządku pędzą samochody. Naprzód wysunął się przyrząd firmy Renault Synów; tuż za nim pędził Harward-Watson i Dion-Bouton. Zdarzyło się już kilka wypadków, motory źle funkcyonowały, niektóre samochody ustały w drodze, przypuszczano, że zaledwie dwanaście dojdzie do Milwaukee. Na szczęście ludzi ciężko rannych nie było. Zresztą w Ameryce nawet śmierć nie wywiera wielkiego wrażenia.

Łatwo zrozumieć, że ciekawość i roznamiętnienie tłumów wzrastało w miarę zbliżania się do Milwaukee.

Na zachodniem wybrzeżu Michiganu wznosił się wysoki słup, przystrojony we flagi międzynarodowe. Był to cel wyścigów.

Już po dziesiątej godzinie stało się widocznem, że o główną nagrodę – dwadzieścia tysięcy dolarów – ubiegać się może tylko pięć samochodów: dwa amerykańskie, dwa francuskie i jeden angielski. Łatwo można sobie wyobrazić, jak gorączkowo stawiano ostatnie zakłady. W grę wchodziła tu miłość własna narodowa. Stawki podwajano co chwilę. Zdawała się, że przeciwnicy gotowi są skoczyć sobie do oczu.

–Stawiam za Harward-Watsonem!

– A ja za Dion-Bouton'em.

– A ja za Braćmi Renault.

O pół do dziesiątej, mniej więcej w odległości dwu mil od Pleasant-Garden, rozległ się straszliwy hałas, jak gdyby bieg kół powozu, pędzącego z szybkością nadzwyczajną: towarzyszył mu przeciągły gwizd maszyny.

Ciekawi zaledwie zdążyli usunąć się z drogi. Jakiś obłok przemknął szybko niby trąba powietrzna i zniknął, zostawiając po sobie długi tuman białego kurzu. Szybkość tego samochodu można było obliczać na 240 kilometrów na godzinę.

Widocznem było, że w przeciągu godziny wyprzedzi wszystkie pięć automobilów i pierwszy stanie u celu.

Ze wszystkich stron podniosły się głośne okrzyki.

– To chyba maszyna piekielna, o której przed kilku tygodniami wspominały dzienniki!

 

– Ta sama, która przebiegła Illinois, Ohio, Michigan i której policya nie zdołała zatrzymać!

– Sądziliśmy, że już znikła z widowni na zawsze!

– To chyba wóz dyabelski, ogrzewany ogniem piekielnym, prowadzony przez szatana.

Jakaż istota ludzka kierować mogła takim przyrządem niezwykłym z tak zadziwiającą szybkością?

Gdy pierwsze zdumienie minęło, przezorniejsi pośpieszyli zatelefonować do wszystkich stacyi, ostrzegając ścigające się samochody o grożącem niebezpieczeństwie.

Oczywiście musiano zaprzestać walki o nagrodę, wyznaczoną przez klub. Zadziwiający wehikuł wyminął inne automobile z taką szybkością, że nikt się przypatrzeć nie mógł jego kształtowi, i rozmiarom; opowiadano tylko później, że przypominał nieco wrzeciono, długie na dziesięć metrów. Nie pozostawił za sobą ani śladu dymu, pary lub jakiejś woni.

Konduktora nie widziano wcale. Największe wzburzenie panowało w Milwaukee. Ktoś zaproponował ustawienie przeszkody, o którąby się ten przyrząd niezwykły rozbił na drobne cząsteczki. Czy starczy na to czasu. Tajemniczy wehikuł mógł się ukazać lada chwila. Zresztą i tak zmuszony będzie powstrzymać swój bieg szalony: droga przecież kończyła się nad brzegiem Michiganu.

Podobnie jak w Prairie-du-Chien, tworzono najdziwaczniejsze przypuszczenia co do istoty przyrządu i zagadkowego palacza, których oczekiwano z niecierpliwością gorączkową.

Trochę przed jedenastą usłyszano jakiś huk, jakby turkot odległy i ujrzano ślimakowate kłęby dymu. Ostry gwizd raz po raz przerzynał powietrze, nakazując usunięcie się z drogi przed nieznanym potworem, który biegu nie zwalniał. A jednak jezioro było już tylko o pół mili... Czyżby mechanik nie stał na wysokości swego zadania?...

Z szybkością błyskawicy wehikuł wpadł do Milwaukee, przebiegł miasto i znikł bez śladu... Czyżby go pochłonęły fale Michiganu?...

V. W zatoce Bostońskiej.

Kiedy po niefortunnej wyprawie na Great-Eyry wróciłem do Waszyngtonu, pana Warda nie było w mieście. Wyjechał na kilka tygodni z powodu interesów rodzinnych. Niewątpliwie jednak wiedział o mojem niepowodzeniu, dzienniki bowiem Karoliny Północnej natychmiast podały sprawozdanie szczegółowe z naszej wycieczki.

Znajdowałem się w stanie niezwykłego rozdrażnienia, do jakiego doprowadziła mnie upokorzona ambicya i niezaspokojona ciekawość.

Nie chciałem się wyrzec nadziei, że przyszłość przyniesie mi rozwiązanie tak niepokojącej zagadki. Muszę posiąść tajemnicę Great-Eyry, chociażbym dziesięć, dwadzieścia razy miał rozpoczynać próby!...

Najrozmaitsze pomysły przychodziły mi do głowy. Wzniesienie rusztowania aż do wierzchołka skalistego zrębu... przebicie boków przez niedostępne głazy... wszystko to było rzeczą zupełnie możliwą... Nasi inżynierowie codziennie podejmują się zadań trudniejszych... Czyż jednak w tym wypadku opłaciłyby się wydatki, któreby mogły być obliczone na tysiące dolarów?... Za tę cenę można było uzyskać tylko zaspokojenie ciekawości publicznej... gdyby bowiem nawet okazało się, że Great-Eyry jest wulkanem, jakaż siła powstrzymałaby jego wybuch i usunęła grożące niebezpieczeństwo.

Nie marzyłem nawet o przedsięwzięciu robót na rachunek osobisty... Na zbytek podobny mógłby sobie pozwolić chyba jakiś Astor, Vanderbilt lub Pierrepont-Morgan! Lecz im to nie w głowie! Gdyby chodziło o miny złota daliby się może nakłonić, lecz teraz!...

15-go czerwca rano pan Ward wezwał mnie do siebie i przyjął bardzo łaskawie.

– Jak się pan miewa, biedny panie Strock? Cóż, nie udało się panu?

– Niestety, wyprawa moja była równie bezowocną, jak gdybym się był pokusił o zbadanie powierzchni księżyca.

– Więc może te dziwne zjawiska, o których tyle mówiono i pisano, są tylko wytworem rozbujałej wyobraźni Karolińczyków!

– Stanowczo nie! Mer Morgantonu i mer Pleasant-Gardenu potwierdzili wiarogodność tych zjawisk. Sądzę więc, że ponieważ przeszkody, które nas powstrzymały, były natury czysto materyalnej, dałyby się usunąć przy pomocy pieniędzy...

– Zapewne. Lecz w obecnym czasie nic nas nie nagli. Na Great-Eyry panuje spokój zupełny. Czekajmy! może przyszłość odsłoni nam tę tajemnicę.

Rozmowa nasza skierowała się na temat ostatnich wypadków zaszłych w Wisconsinie. Byłem zdumiony, że władze miejskie dotąd nie zdołały zebrać żadnych bliższych szczegółów o tajemniczym wehikule, który od niejakiegoś czasu krążył po wszystkich większych drogach zagrażając bezpieczeństwu publicznemu, a podczas ostatnich wyścigów zdystansował wszystkie samochody. Ukazywał się i znikał z szybkością błyskawicy; daremnie śledzili go liczni agenci. W Milwaukee przepadł bez śladu i odtąd nic o nim nie słyszano. Obaj z panem Wardem uważaliśmy zdarzenie to za mocno i niezwykle sensacyjne.

– A teraz pokażę panu coś, co w równym stopniu zadziwi pana – odezwał się pan Ward.

Podał mi raport policyi Bostońskiej i zasiadł do pisania jakiegoś listu.

Wziąłem raport skwapliwie i zacząłem przeglądać go z niezwykłem zajęciem.

Od kilku dni na przestrzeni morskiej między wybrzeżem Nowej Anglii z jednej, a wybrzeżami stanów Maine, Connecticut i Massachusetts z drugiej strony – ukazywało się zjawisko niesłychane. Jakaś masa niewyraźna, ruchoma, kształtu wrzeciona, barwy zielonkawej, ślizgała się lekko i zwinnie po powierzchni wody; znikała nagle w głębinach, a potem ukazywała się znowu. Z taką szybkością przenosiła się z miejsca na miejsce, że żadne lunety ruchów jej wyśledzić nie mogły.

Z Bostonu, Portsmonthu i Portlandu wysyłano kilkakrotnie łodzie i szalupy z poleceniem zbliżenia się i obserwowania tajemniczej bryły. Wszelkie ściganie okazywało się daremnem, zjawisko bowiem znikało pod wodą.

Naturalnie na temat ten powstawało rozmaite domysły, jedne niedorzeczniejsze od drugich.

Marynarze i rybacy przypuszczali, że jest to jakieś zwierzę ssące z gatunku wielorybów. Wiadomo powszechnie, że zwierzęta te w pewnych regularnych odstępach czasu zanurzają się w wodę i potem wypływają znowu na powierzchnię, wyrzucając przez nozdrza jakby słupy wody pomieszanej z powietrzem. Nikt jednak nie spostrzegł ani razu, żeby ta istota nieznana – jeżeli to była istota żywa – zachowywała się w podobny sposób, nikt też nigdy nie słyszał jej oddechu.

Może więc był to jakiś potwór morski, zamieszkujący głębie oceanu, w rodzaju tych, o których wspominają dawne legendy?... Coś w rodzaju lewiatana albo węża morskiego?...

W każdym razie od czasu pojawienia się tego niezwykłego zjawiska łódki rybackie i szalupy kierowane ostrożnością, nie wypływały na pełne morze; skoro tylko zauważyły „tajemnicze zwierzę” zawracały do portu.

Statki zaś żaglowe i parowce nietylko nie unikały potworu, lecz nawet probowały go ścigać; zawsze jednak znikał im z oczu.

Przerwałem czytanie, zwracając się do pana Warda:

– Nie rozumiem zaniepokojenia ludności: zwierzę to nie jest niebezpieczne... nie napada na małe statki... ucieka przed wielkimi... sądzę, że pierwej czy później zobaczymy je w muzeum Waszyngtońskiem...

– Tak... jeżeli mamy do czynienia z potworem morskim...

– Cóżby to mogło być innego?

– Czytaj pan dalej!... – przerwał pan Ward.

Z drugiej części raportu dowiedziałem się, że w zapatrywaniach na „sensacyjne zjawisko” zaszła zmiana stanowcza. Zaczęto przypuszczać, że nie jest to zwierzę nieznane, lecz udoskonalony przyrząd do pływania. Może wynalazca przed sprzedaniem swego pomysłu chce zaciekawić publiczność, a nawet obudzić przerażenie w ludności nadmorskiej. Udało mu się to w zupełności.

W ostatnich czasach dokonał się postęp olbrzymi w żegludze parowej. Przebywano Atlantyk w przeciągu dni pięciu. Marynarkę wojenną posunięto również do wielkiej doskonałości. Tym razem szło jednak o jakiś statek zupełnie nowego systemu, nie mający ani żagli, ani komina. Jakaż więc siła poruszała motor, który musiał być potężny?... O kształcie statku nikt nie miał pojęcia.

Zamyśliłem się głęboko.

– Cóż o tem sądzisz, panie Strock? – odezwał się szef.

– Zdaje mi się, że motor tego statku jest równie potężny i nieznany, jak motor owego zagadkowego samochodu, który. tyle hałasu wywołał podczas konkursu klubu automobilistów...

Równocześnie przyszło mi na myśl, że za jaką bądź cenę należy zdobyć coprędzej tajemnicę nowego wynalazku. Ów żeglarz tajemniczy przypomniał mi zagadkowego palacza, który prawdopodobnie wraz ze swym przyrządem niezwykłym utonął w Michiganie. Obaj jednakowo starannie zachowywali incognito. Pierwszy przepadł bez wieści. Niepokój mnie ogarnął o los drugiego: już od dwudziestu czterech godzin nie dawał znaku życia!

Wszystkie dzienniki odrzuciły pierwotne przypuszczenie o ukazaniu się nieznanego gatunku zoologicznego, twierdząc, że sensacyę powszechną wywołał nowy przyrząd do pływania, poruszany zapomocą motoru elektrycznego. Nikt tylko nie odgadywał, z jakiego źródła czerpał swą siłę dynamiczną.

Rozmowa nasza trwała dosyć długo. Wreszcie pan Ward zapytał:

– Czy nie zwróciłeś pan uwagi na dziwne podobieństwo, zachodzące między automobilem a statkiem.

– Niewątpliwie.

– Wobec tego zaś, że drugi pojawił się po zniknięciu pierwszego, czy nie przychodzi panu na myśl, że jest to jeden i ten sam przyrząd?...

VI. List pierwszy.

Pożegnałem pana Warda i wróciłem do swego mieszkania przy ulicy Long-Street. Nie miałem ani żony ani dzieci, nikt mi więc w rozmyślaniach nie przeszkadzał.

Dobro publiczne, bezpieczeństwo na lądzie i morzu wymagało przeprowadzenia ankiety w sprawie tajemniczego samochodu i zagadkowych zjawisk w zatoce Bostońskiej...

Przypuszczałem, że mnie właśnie powierzą to trudne zadanie... W jaki sposób trafić na ślad tajemniczego palacza, czy też palaczy?...

Po spożyciu śniadania zapaliłem fajkę i zacząłem przeglądać dzienniki... polityka zazwyczaj niewiele mnie obchodziła. Głównie pociągała mnie zawsze kronika wypadków.

W ostatnich czasach najskwapliwiej wyszukiwałem wiadomości z Karoliny Północnej, korespondecyi z Morgantonu lub z Pleasant Garden. Pan Eliasz Smith obiecał mnie zawiadomić w razie ukazania się tajemniczych płomieni... Lecz dotąd mnie otrzymałem od niego ani listu ani depeszy... na Great-Eyry więc wszystko było spokojnie.

Z dzienników nie dowiedziałem się nic nowego. Znowu więc wróciłem do nurtujących mnie myśli.

...Czyżby samochód i statek były dziełem tego samego wynalazcy?... A może jeden i ten sam przyrząd daje się zastosować do wędrówki na lądzie i morzu... Jakiego rodzaju motor wytwarza szybkość tak niezwykłą, w dwójnasób przewyższającą szybkość największą, osiągniętą dotychczas?... Jaki związek istnieje między tajemnicą zatoki Bostońskiej?... Pierwsza zagrażała tylko mieszkańcom Karoliny Północnej. Druga przedstawiała niebezpieczeństwo poważne dla całych Stanów Zjednoczonych nawet dla całej Europy, a właściwie dla całego świata.

Nic dziwnego zatem, że ogół z gorączkową niecierpliwością oczekiwał wieści o tajemniczych wypadkach i rozchwytywał dzienniki.

Nawet stara Grad, dawna służąca mojej matki, która obecnie zajmowała się mojem gospodarstwem, była wielce zaniepokojoną.

I dzisiaj po obiedzie, sprzątając ze stołu, zwróciła się do mnie z zapytaniem:

– Cóż słychać nowego?

– O czem? o samochodzie?

Skinęła głową w milczeniu.

– Nic!

– A o statku?

– Także nic.

– Mój Boże! po co też mamy policyę.

– Nieraz stawiałem sobie podobne pytanie.

– A zatem pewnego pięknego poranku przeklęty palacz może się zjawić na ulicach Waszyngtonu i rozjeżdżać przechodniów!

– Tak źle nie będzie!

– Dlaczego?

– Zatrzymamy go.

– Ba, skoro to sam dyabeł, któż go zdoła pochwycić?!

Co za przepyszny wynalazek ten dyabeł! – pomyślałem – można mu przypisać wszystkie zjawiska, których wytłomaczyć nie umiemy! Dyabeł rozniecił pożar na wierzchołku Great-Eyry... dyabeł zdobył pierwszą nagrodę na wyścigach automobilistów ... Dyabeł przejeżdża się po morzu około wybrzeży Nowej Anglii!...

Myśli moje uparcie wracały do tego samego przedmiotu: kim był wynalazca tajemniczy, mający do swego rozporządzenia dwa przyrządy znakomite, które przewyższały wszystko, o czem dotąd ludzkość zamarzyć mogła?... Dlaczego się ukrywał tak starannie?... Cóżby to była za strata niepowetowana, gdyby się stał ofiarą jakiegoś wypadku i tajemnicę swą uniósł ze sobą do grobu!?... Przygody jego zaliczonoby z czasem do legend...

 

Dzienniki amerykańskie i europejskie przez czas dłuższy sprawą tą zajmowały się gorliwie. Wypisywano rzeczy niestworzone. Artykuły następowały po artykułach. Publiczność czytała je chciwie. Kto wie nawet, czy Europa nie zazdrościła Ameryce genialnego mechanika, którego pomysł mógł zapewnić ojczyźnie zyski nieobliczone i przewagę olbrzymią?

Policya z wielką gorliwością poszukiwała śladów tajemniczego palacza. Z panem Ward prowadziłem na ten temat nieskończenie długie rozmowy...

15-go czerwca rano stara Grad podała mi list rekomendowany. Spojrzałem na adres, pismo było zupełnie nieznane, stempel pocztowy z Morgantonu...

Z Morgantonu?.. Nie wątpiłem ani na chwilę, że to list od pana Eliasza Smitha i powiedziałem o swem przypuszczeniu staruszce.

– Morganton? – powtórzyła z niepokojem to, – zdaje się gdzieś w pobliżu był ten pożar piekielny?...

– Tak, przypuszczam, że znowu zaszło tam coś niezwykłego, skoro pan Smith pisze do mnie.

– Lecz mam nadzieję, że pan już tam nie pojedzie!

– Dlaczegoż to?

– Bo zginąłby pan z pewnością na tym przeklętym Great-Eyry.

– Uspokój się. Najpierw dowiedzmy się, o co idzie.

Rozerwałem kopertę opatrzoną pieczęciami z laku czerwonego. Na pieczątce odciśnięta była tarcza, a na niej trzy gwiazdy...

Wyjąłem list. Składał się z jednej tylko ćwiartki, złożonej we czworo.

Rzuciłem okiem na podpis.

Nie było go wcale. Tylko dwa inicyały: K. P.

– To nie jest list od mera z Morgantonu!

– Od kogóż zatem? – zapytała Grad.

– Nie mam najmniejszego pojęcia! W Morgantonie nie znam nikogo więcej!

Pismo było duże, litery wyraźne.

Oto kopia dosłowna listu, datowanego z Great-Eyry!

Great-Eyry. Góry Niebieskie. Karolina Północna.

13-go czerwca.

Do pana Strocka, głównego inspektora policyjnego w Waszyngtonie, przy Long-Street, 34.

Szanowny panie.

„Powierzono panu zbadanie Great-Eyry.

W tym celu 28-go kwietnia, w towarzystwie mera z Morgantonu i dwu przewodników urządziłeś pan wyprawę na szczyt.

Doszedłeś pan aż do zwartego pierścienia skał, które były tak wysokie, że nie mogłeś się na nie dostać.

Daremnie szukałeś pan wyłomu albo szczeliny, kędybyś mógł pan zajrzeć do wnętrza.

Pamiętaj pan jedno: na Great-Eyry nie wejdzie nikt – a gdyby nawet wszedł, nie wróci stamtąd z pewnością!...

Zaniechaj więc pan dalszych prób, które się powiodą nie lepiej jak pierwsze, a mogą sprowadzić na pana skutki niebezpieczne.

Usłuchaj pan mojej dobrej rady – w przeciwnym razie – biada Ci!”

K. P.