Dramat w Meksyku. Un drame au Mexique

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jules Verne

Dramat w Meksyku

Un drame au Mexique

Pierwsze okręty marynarki meksykańskiej

Les Premiers Navires de la marine mexicaine

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej

Version bilingue: polonaise et française

przełożyła Joanna Belejowska

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Jules-Descartes Férat (1819-1889), Ilustracja opowiadania Juliusza Verne'a "Dramat w Meksyku" (1876),

(licencja public domain), źródło: http://jv.gilead.org.il/rpaul/Un drame au Mexique/ (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights).

Tekst na podstawie edycji:

polskiej: Juliusz Verne, Dramat w Meksyku, "Przyjaciel Dzieci", Warszawa 1877, francuskiej: Jules Verne, Un drame au Mexique, J. Hetzel et Compagnie, Paris 1905

Copyright © 2015 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-099-3

Dramat w Meksyku
I. Wyspa Guajan w Acapulco

Dnia 18 października 1825 roku, „Azja” okręt hiszpański i „la Constanzia” bryk o ośmiu działach, zatrzymały się dla wypoczynku około Guajany, jednej z wysp Mariańskich. Okręty te już od pół roku opuściły brzegi hiszpańskie; osady były bardzo znużone a przy tym źle żywione i źle płatne, to też oficerowie słusznie obawiali się, iż przy najpierwszej sposobności mogą się zbuntować. Szczególniej na okręcie Constanzia, którego dowódcą był kapitan don Orteva, człowiek żelaznej woli i niezłomnego charakteru, od pewnego czasu zaczęły się objawiać oznaki niekarności. Ważne uszkodzenia, tak niczym nieusprawiedliwione, iż trzeba je było przypisywać złym jakimś zamiarom, niejednokrotnie już powstrzymywały żeglugę bryku. „Azja” dowodzona przez kapitana don Rogue de Guzuarte musiała w takich razach zatrzymywać się także. Jednej nocy nie wiedzieć, jakim sposobem kompas był zepsuty; drugiej upadł wielki maszt, wyraźnie jakby umyślnie przepiłowany; na koniec przy wykonywaniu bardzo ważnego manewru, rudło dwa razy się złamało.

Jak wiadomo wyspa Guajana podlega generalnemu zarządowi wysp Filipińskich; to też tam Hiszpanie będąc jakby u siebie łatwo mogli naprawić wszelkie uszkodzenia.

Podczas tego przymusowego pobytu na lądzie, don Orteva zawiadomił kapitana Rogue o rozprzężeniu karności, jaką spostrzegł w osadzie swego statku, i obydwa postanowili podwoić baczność i surowość.

Don Orteva musiał szczególniej zwracać uwagę na dwóch ludzi z osady, na porucznika Martinez’a i majtka Jose’go.

Porucznik Martinez kilkakrotnie dopuścił się nadużyć poniżających godność oficera i za to był karany aresztem; w takich razach zastępował go kadet Pablo; co zaś do Jose’go, był to człowiek nikczemny i godzien pogardy, który dla złota gotów był dopuścić się najniecniejszych czynów. To też don Rogue polecił nadzorcy robotników, Jacopo, w którym zupełne pokładał zaufanie, aby go miał na oku.

Pablo był to młodzieniec odważny, szlachetny, zdolny do najwznioślejszych poświęceń. Biedny sierota został przygarnięty i wychowany przez kapitana don Rogue, kochał go też jak ojca i każdej chwili gotów był oddać życie za swego dobroczyńcę. Tak więc don Orteva miał dwóch ludzi, na których śmiało mógł liczyć, ale mogliż we trzech zaradzić rozprzężeniu rozzuchwalonej osady? Czuwali we dnie i w nocy, starali się wszelkimi sposobami przywrócić karność, ale daleko większym powodzeniem cieszyli się Martinez i Jose, namawiający majtków do buntu i zdrady.

W przeddzień odpłynięcia, porucznik Martinez znajdował się w jednym z najpodrzędniejszych szynków Guajańskich: w towarzystwie kilku starszych marynarzy i ze dwudziestu majtków z osad obu okrętów.

— Towarzysze! rzekł do nich, dzięki uszkodzeniom okrętu, które wypadły tak w porę, i okręt i bryk musiały zatrzymać się na wyspach Mariańskich, co dozwoliło mi wyznaczyć wam tu tajemną schadzkę porozumienia się z wami.

— Słuchamy, poruczniku! Objaśnij nas, jakie masz zamiary, zawołało kilku majtków.

— Oto co zamierzam czynić. Opanujemy oba okręty i popłyniemy do Meksyku. Wiecie, że nowa Konfederacja żadnej nie posiada marynarki, więc nie ma wątpliwości, że chętnie kupi nasze okręty i dobrze za nie zapłaci. Tym sposobem każdy z nas odbierze swój żołd zaległy, a nadwyżką równo się podzielimy.

— Zgoda! zawołali.

— Jakiż będzie sygnał, aby oba statki jednocześnie działać zaczęły, zapytał Jose.

— Raca puszczona z okrętu „Azja”, odpowiedział Martinez. Na jednego jest nas dziesięciu; weźmiemy więc w niewolę wszystkich oficerów, zanim zdołają zmiarkować co zamierzamy.

— Gdzie i kiedy dany będzie ten sygnał, zapytał jeden z marynarzy okrętu „Constanzia”.

— Za dni kilka, gdy będziemy pod tym stopniem szerokości geograficznej co wyspa Mindanao.

— A czy Meksykanie nie powitają nas ogniem z dział? zapytał nadzorca warsztatów Jose. O ile wiem Konfederacja wydała postanowienie śledzenia i niszczenia wszelkich okrętów hiszpańskich, bardzo więc być może, iż zamiast złota zasypią nas kulami.

— Bądź o to spokojny, odrzekł Martinez; damy z daleka poznać nasze zamiary.

— Jakim sposobem?

— Wywiesimy pawilon [bandera] Meksykański.

To powiedziawszy, porucznik Martinez rozwinął przed oczami buntowników pawilon zielony, biały i czerwony.

Głuche milczenie powitało ukazanie się tego godła niepodległości meksykańskiej.

— Ha! żal wam rozstać się z chorągwią hiszpańską! zawołał szydersko porucznik — dobrze! niech więc ci, co są tak czułymi patriotami odłączą się od nas i wrócą pod rozkazy kapitana don Rogue lub don Orteva... My zaś, którzy nie chcemy słuchać ich dłużej, i sami potrafimy sobie poradzić.

— Zgoda! zawołali jednogłośnie.

— Towarzysze! rzekł Martinez, oficerowie nasi, licząc na regularny wiatr, postanowili żeglować ku wyspom La Londe, pokażemy im że jesteśmy odważniejsi i nie licząc się z wiatrem popłyniemy oceanem Spokojnym w zamierzonym kierunku.

Po tej tajemnej zmowie spiskowcy rozeszli się i każdy inną drogą powrócił na swój okręt.

Nazajutrz jeszcze przed świtem „Azja” i „Constanzia” podniosły kotwice i z rozwiniętymi żaglami popłynęli ku Nowej Holandii. Porucznik Martinez objął swoje obowiązki, ale z rozkazu kapitana don Orteva baczną na niego zwracano uwagę.

Smutne myśli i przeczucia dręczyły kapitana don Orteva; przewidywał zgubę marynarki hiszpańskiej, skutkiem szerzącego się coraz więcej nieposłuszeństwa i bezkarności. Bolał także niewymownie nad ciężkimi klęskami, jakie jedna za drugą spadały na ojczyznę jego, której rewolucja Stanów Meksykańskich najstraszniejszy cios zadała. Rozmawiał często z Pablem w tej ważnej kwestii, rozwodząc się nad przewagą, jaką dawna flota hiszpańska miała na wszystkich morzach.

— Nieszczęście to, mówił don Orteva, że karność i posłuszeństwo coraz więcej zacierają się w naszej marynarce. Na moim szczególnie okręcie oznaki buntu coraz więcej się ujawniają i mam jakieś przeczucie, że postradam życie skutkiem niecnej zdrady i rozzuchwalenia osady. W obecnych okolicznościach, wydzierając mi życie, zdrajcy zadadzą zarazem straszny cios Hiszpanii, przysiąż mi Pablo, że pomścisz jej krzywdę.

— Przysięgam! odrzekł Pablo.

— Nie szukaj zwady z nikim z osady, ale w danym razie nie zapominaj o tym, że w tak nieszczęśliwych okolicznościach, najlepszy sposób służenia swemu krajowi jest śledzić bacznie, a jeźli można, karać nędzników co go zdradzić pragną.

— Przyrzekam, iż jeśli będzie potrzeba, poświęcę własne życie byle ukarać zdrajców.

Trzy dni minęło od czasu opuszczenia wysp Mariańskich. „Constanzia” bryk lekki, wysmukły i szybki, prędko przesuwał się po wód powierzchni.

— Dwanaście węzłów, rzekł raz Pablo do porucznika Martinez, jeśli ciągle tak szybko płynąć będziemy, przy pomyślnym wietrze niedługo staniemy u kresu podróży.

— A czas by było, aby skończyły się nasze cierpienia, dość długo je już znosimy, odrzekł porucznik.

Jose znajdował się wówczas na tylnej wyniosłości statku i słyszał tę odpowiedź Martinez’a.

— Niedługo dostrzeżemy ląd, rzekł głośno Martinez.

— Tak, wyspę Mindanao, odrzekł Pablo. Znajdujemy się teraz pod sto czterdziestym stopniem długości zachodniej a ósmym szerokości północnej, jeśli się nie mylę, wyspa ta położona jest pod...

— Sto czterdziestym stopniem trzydzieści dziewięć minut długości i siódmym stopniem szerokości, przerwał żywo porucznik.

Jose prędko podniósł głowę usłyszawszy te słowa i dawszy niedostrzeżony znak porucznikowi, skierował kroki ku przedniej wyniosłości okrętu.

— Wszak dziś jesteś na służbie od północy, Pablo? zapytał Martinez.

— Tak poruczniku.

— Już szósta wieczorem, idź więc spocznij sobie.

Pablo się oddalił.

Pozostawszy sam, Martinez zwrócił oczy na „Azją” żeglującą w pobliżu. Wieczór był prześliczny i zapowiadał jedną z tych pięknych nocy podzwrotnikowych, tak spokojnych i orzeźwiających. Martinez rozejrzał się, którzy majtkowie są na służbie, i mimo zmroku poznał Jose’go i innych, z którymi umówił się na wyspie Guajana.

 

Przysunął się do marynarza stojącego przy rudle i cicho szepnął mu parę słów, w skutku czego bryk zaczął nieznacznie zbliżać się ku „Azji”, po czym porucznik zaczął chodzić po pokładzie niespokojnym krokiem, trzymając w ręku trąbkę do podawania daleko głosu.

Wtem nagle rozległ się wystrzał na pokładzie okrętu; usłyszawszy ten sygnał, porucznik zakomenderował głośno:

— Wszyscy na pokład! zwinąć na maszt niższe żagle.

W tej chwili wyszedł z kajuty don Orteva z innymi oficerami i zwracając się do porucznika zapytał:

— Co ma znaczyć ta komenda?

Nie odpowiadając, porucznik pobiegł ku przedniej wyniosłości bryku i zakomenderował:

— Poruszyć drąg żagla! ściągnąć sznur wielkiego żagla trójkątnego! Jednocześnie na pokładzie „Azji” rozległ się odgłos nowych wystrzałów.

Osada usłuchała komendy porucznika i wkrótce bryk stając między okrętem a wiatrem, zatrzymał się na miejscu.

Wtedy don Orteva zwracając się do garstki pozostałych mu wiernych towarzyszy, zawołał:

— Do mnie, towarzysze! aresztować tego oficera!

— Śmierć kapitanowi! krzyknął porucznik.

Pablo i dwóch oficerów pochwycili szpady i pistolety; kilku majtków, a na ich czele Jacopo poskoczyli im na pomoc, ale otoczeni dziesięćkroć przewyższającą liczbą buntowników, niebawem zostali rozbrojeni i skrępowani.

Żołnierze marynarki i cała osada zwróciła się teraz przeciw oficerom. Don Orteva skierował lufę pistoletu ku Martinez’owi, ale ten odskoczył na bok; kula utkwiła w ścianie okrętu.

W tejże chwili raca podniosła się z pokładu „Azji”.

— Zwycięstwo! krzyknął Martinez.

Kapitan rzucił się ku porucznikowi, lecz napadnięty przez przeważną liczbę wkrótce padł zraniony. W kilka chwil później los jego podzielili inni oficerowie i zaraz dano sygnały umówione z osadą „Azji”. Buntownicy zwyciężyli na obu okrętach. Porucznik Martinez stał się panem „Constanzii”, a skrępowanych jeńców zamknięto w jedną z kajut.

Widok krwi z ran płynącej rozbudził dzikie instynkty osady; nie przestając na zwycięstwie, chcieli pozabijać jeńców.

— Zamordować ich! wołało kilku zajadłych; niech zginą! Umarli tylko milczą i nie wydadzą.

Porucznik Martinez wpadł do kajuty jeńców na czele buntowników, ale inni sprzeciwili się tej rzezi i oficerowie ocaleni zostali.

— Przyprowadzić don Orteva na pomost! zakomenderował porucznik.

Spełniono rozkaz.

— Orteva, rzekł Martinez, jestem dowódzcą obu okrętów; równie jak ty, i don Rogue jest moim jeńcem. Jutro zostawimy was obu na bezludnej ziemi, a następnie popłyniemy ku portom meksykańskim i okręty zostaną sprzedane rządowi republikańskiemu.

— Nikczemny zdrajco! zawołał z oburzeniem Orteva.

— Skrępować silniej tego człowieka i przywiązać do słupa! krzyknął porucznik.

I ten rozkaz spełniono.

— Zmienić kierunek statku! Śmiało koledzy!

Manewr ten prędko został wykonany.

Kapitan don Orteva kilkakrotnie jeszcze nazwał porucznika Martinez nędznikiem, nikczemnym zdrajcą; ten poskoczył ku związanemu z siekierą w ręku. Przeszkodzono mu w dokonaniu morderstwa; wtedy silnym cięciem przerżnął linę podtrzymując wielki drąg i ten popchnięty wichrem spadł na głowę don Orteva i na miejscu go zabił.

Krzyk przerażenia i zgrozy rozległ się na okręcie.

— I cóż wtem nadzwyczajnego? rzekł porucznik; śmierć przypadkowa, nic więcej. Wszak różne wypadki zdarzają się na okrętach. Wrzucić ciało w morze!

I znowu usłuchano rozkazu.

Oba statki płynęły teraz jak najbliżej siebie, kierując się ku wybrzeżom meksykańskim.

Nazajutrz dostrzeżono naprzeciwko małą wysepkę; spuszczono na morze łodzie „Azji” i „Constanzii” i wszyscy oficerowie, z wyjątkiem Pabla i sternika Jacopo, którzy udali się pod rozkazy Martinez’a zostali porzuceni na tej bezludnej ziemi. Szczęściem, w parę dni później, przepływający koło wysepki angielski statek wielorybników, zabrał ich na swój pokład i przewiózł do Manilli.

Czyż i Pablo i Jacopo przyłączyli się do nikczemnych zdrajców, poddali się Martinezowi?

W kilka tygodni później, oba statki zarzuciły kotwice w zatoce Monterey, na północ starej Kalifornii. Martinez oświadczył komendantowi portu, że odda do rozporządzenia pozbawionemu marynarki Meksykowi oba okręty hiszpańskie, wraz z amunicją i uzbrojeniem oraz całą osadą i wszelkimi zapasami, za pewną umówioną summę z warunkiem wypłacenia im żołdu zaległego od czasu odpłynięcia z Hiszpanii. Komendant odpowiedział, że nie ma władzy zawierać podobnej umowy i zalecił porucznikowi, aby się udał do Meksyku, gdzie z łatwością będzie mógł załatwić tę sprawę. Porucznik idąc za jego radą pozostawił okręty w Monterey i po miesiącu spędzonym na zabawie i uciechach, odpłynął na „Constanzii”. Pablo, Jose i Jacopo należeli do osady i bryk rozwinąwszy wszystkie żagle dla przyśpieszenia biegu, żeglował jak mógł najśpieszniej do portu Acapulco.

II. Z Acapulco do Cigualan

Meksyk posiada cztery porty na Oceanie Spokojnym, San-Blas, Zakatula, Tehnantepek i Acapulco, z tych ostatni jest najdogodniejszy i największe bezpieczeństwo przedstawia okrętom. Samo miasto jest niezdrowe i źle zbudowane, ale przystań bardzo wygodna i sto okrętów mogłoby się w niej pomieścić. Wysokie urwiste skały dookoła otaczają okręty i tworzą tak spokojną kotlinę, iż cudzoziemiec przybywający tu lądem, mógłby myśleć, że jest to jezioro otoczone górami.

W owej epoce (1825) Acapulco było strzeżone przez dwa bastiony zasłaniając go z prawej strony, wąskiego zaś wejścia do przystani broniła baterya z siedmiu dział, mogąca w razie potrzeby, krzyżować ogień pod kątem prostym działami fortu San-Diego, który panując nad całą przystanią i posiadając trzydzieści armat, mógł każdej chwili zatopić okręt, który by chciał przemocą wpłynąć do portu.

Tak więc mieszkańcy niczego nie potrzebowali się obawiać, a jednak w trzy miesiące po opowiedzianych wypadkach ogarnął ich nagle niewypowiedziany przestrach.

Dano znać, że okręt jakiś ukazał się na morzu i wieść ta przeraziła bardzo mieszkańców Acapulco, nie wiedząc, jakie są zamiary owego podejrzanego statku. Nowa Konfederacja nie bez przyczyny obawiała się jeszcze bardzo powrotu hiszpańskiego panowania. Pomimo traktatów handlowych zawartych z Wielką Brytanią, przybycia sprawującego interesy z Londynu i uznania przez niego rzeczypospolitej, rząd meksykański nie posiadał ani jednego okrętu do obrony swoich wybrzeży.

Zobaczywszy okręt, mieszkańcy nie wiedzieli co myśleć i w każdym razie gotowali się do stawienia oporu przybyszom, gdy wtem, ów przestrach budzący statek, zbliżając się rozwinął nagle chorągiew niepodległości meksykańskiej.

Dopłynąwszy na połowę doniosłości strzału działowego, „La Constanzia”, której nazwę łatwo było przeczytać na tyle okrętu, nagle zarzuciła kotwicę. Zwinięto żagle na maszty i spuszczona na morze łódź prędko zawinęła do portu.

Wylądowawszy porucznik Martinez udał się zaraz do gubernatora oznajmić mu powód przybycia; ten pochwalił jego zamiar udania się do Meksyku, dla uzyskania od prezydenta Konfederacji, jenerała Guadalupe Vittoria, zatwierdzenia umowy. Gdy wieść o tym się rozeszła, wielka radość zapanowała w mieście; cała ludność wyległa na wybrzeże, aby się nasycić widokiem pierwszego okrętu marynarki meksykańskiej, widząc zarazem w sposobie jego nabycia dowód rozprzężenia karności a tem samem osłabienia potęgi hiszpańskiej, co dawało im rękojmie skuteczniejszego odparcia wszelkich nowych pokuszeń dawnych swych panów, do odzyskania utraconej nad niemi władzy.

Martinez powrócił na pokład okrętu. W kilka godzin później bryk Constanzia wpłynął do portu, a osada znalazła pomieszczenie w domach mieszkańców, którzy ich chętnie przyjmowali i suto traktowali. Ale gdy Martinez wołał wszystkich do apelu, nie było Pabla i Jacopa.

Wśród wszystkich krajów wszechświata, Meksyk odznacza się rozciągłością i wysokością płaszczyzny zajmującej jego środek. Łańcuch Kordylierów, pod ogólną nazwą Andów, ciągnie się wzdłuż całej Ameryki południowej, przerzyna Gwatemalę, a przy wejściu do Meksyku dzieli się na dwie odnogi, ciągnące się równolegle po obu stronach terytorium. Obie te odnogi tworzą dwie strony niezmierzonej płaszczyzny Analmak, wyniesionej na dwa tysiące pięćset metrów ponad poziom morza. Ten szereg równin, daleko rozleglejszy a równie jednostajnych, jak płaszczyzny Peru i Nowej Granady, zajmuje trzy piąte części kraju.

Osiemdziesiąt mil oddziela Acapulco od Meksyku. W kilka dni po zarzuceniu w porcie kotwicy bryku „Constanzia”, dwóch jeźdźców jechało obok siebie drogą wiodącą z Acapulco do Meksyku; byli to porucznik Martinez i Jose. Jose znał doskonale tę drogę; tyle razy już przebywał góry Anahuaku! To też nie przyjęli ofiarowanego im przewodnika Indianina i wsiadłszy na szybkonogie wierzchowce, pędzili do stolicy Meksyku.

Po dwugodzinnym galopowaniu, skutkiem którego nawet rozmawiać nie mogli, zatrzymali się nareszcie.

— Jedźmy wolniej, poruczniku, rzekł zadyszany Jose; do licha! wolałbym przesiedzieć dwie godziny na wielkim maszcie podczas najgwałtowniejszego wichru, niż tak pędzić bez wytchnienia.

— Cóż robić, wiesz, że trzeba nam się śpieszyć, odrzekł Martinez; ale wszak znasz doskonale drogę.

— Och! jak z Kadyksu do Veracruz, a w dodatku nie utrudnią nam jej ani burze, ani rafy Taspanu lub Santandaru... Jesteśmy bezpieczni, tylko jedźmy wolniej.

— Jedźmy przeciwnie jak można najśpieszniej, odrzekł Martinez spinając konia ostrogami. Niepokoi mnie to nagłe zniknięcie Pabla i Jacopa... Może zamierzają uprzedzić nas i okraść, zabierając dla siebie całą sumę.

— Ha! ha! ha! Tego by tylko brakowało!

— Ile dni zabierze nam droga do Meksyku? zapytał Martinez.

— Cztery do pięciu, poruczniku. To prosta przejażdżka, ale do kroćsta tysięcy masztów, lin i żagli, nie pędźmy tak prędko. Grunt zaczyna się znacznie podwyższać.

I rzeczywiście znać już było na płaszczyźnie pierwsze zarysy gór.

— Nasze wierzchowce niekute, mówił dalej Jose, kopyta ich zedrą się prędko o te granitowe skały. No, ale nie wygadujmy na ten grunt w łonie jego znajduje się złoto — a choć stąpamy po nim, nie znaczy to bynajmniej, że nim pogardzamy; wszak prawda, poruczniku?

Dwaj podróżni wjechali na mały wzgórek, zacieniony palmami i nopalami (gatunek kaktusa). Na lewo roztaczał się las drzew mahoniowych. Wysmukłe gałązki pieprzu naginały się pod gorącym podmuchem wiejącym od Oceanu Spokojnego. Całe pola trzciny cukrowej wielkie zalegały przestrzenie. Łany bawełny poruszały lekko swe jedwabiste kity. Najrozmaitsze produkty podzwrotnikowej flory, dalie, mancetie, helikantusy roztaczały swe barwy promieniste po tym szczęśliwym gruncie, najurodzajniejszym z całej krainy meksykańskiej.

Tak, cała przyroda zdawała się ożywiać pod gorącymi promieniami, jakie słońce tak hojnie rzucało na nią, ale z drugiej strony tak wielkie upały skazywały mieszkańców na straszne cierpienia żółtej febry, i z tego powodu w opustoszałej okolicy brak było życia i ruchu.

— Co to za wierzchołek ukazuje się tam na horyzoncie? zapytał Martinez.

— Szczyt Brea, ale cóż to za góra! niewiele wyższa od płaszczyzny, odrzekł pogardliwie Jose.

Wierzchołek Brea jest najpierwszą wydajniejszą górą łańcucha Kordylierów.

— Jedźmy prędzej, rzekł Martinez, wierzchowce nasze pochodzą z dalekiego północnego Meksyku i przyzwyczajone są do biegu po górzystym i nierównym gruncie. Korzystajmy z pochyłości drogi, aby co prędzej wydostać się z tych niezmierzonych puszcz, wcale niewesołych.

— Czy się boisz, poruczniku?...

— Cóż znowu! odparł Martinez i zamilkł.

Pędząc dostali się na szczyt Brea, który przebywali po stromych ścieżynach, ponad przepaściami, jednak nie tak jeszcze bezdennymi, jak otchłanie Sierra Madre. Zjechawszy z góry zatrzymali się dla wytchnięcia koniem.

Słońce znikało już z horyzontu, gdy Martinez i Jose dojechali do Cigualan. Wioska ta składała się z kilku nędznych chatek zamieszkanych przez biednych Indian zwanych „mansos” to jest rolnikami.

Stale zamieszkali krajowcy są w ogóle bardzo leniwi, z powodu, że dość im się schylić, aby zbierać niezliczone bogactwa, w jakie obfituje ta płodna ziemia; próżniactwem tym odróżniają się oni i od Indian zamieszkujących wyższe płaszczyzny, których potrzeba zniewala do pracy i od koczowników północnych, niemających nigdzie stałego zamieszkania i żyjących jedynie z rabunku i grabieży.

 

W tej wiosce dwaj Hiszpanie nie byli zbyt gościnnie przyjęci; Indianie poznając w nich dawnych ciemięzców nie okazali im ani przychylności, ani chęci usłużenia, pragnęli pozbyć ich się co prędzej. A potem tuż przed nimi przejeżdżało właśnie dwóch podróżnych i zabrali co było zbywającej od własnej potrzeby żywności.

Ani Martinez, ani Jose nie zwrócili uwagi na tę okoliczność, która zresztą nie przedstawiała nic niezwykłego.

Umieścili się w jakiejś nędznej szopie i przyrządzili sobie na posiłek udziec barani. Wywiercili dziurę w ziemi i następnie zapełnili ją rozpalonymi szczapami drzewa i kamykami podtrzymującymi ciepło; gdy już drzewo wypaliło się zupełnie, położyli na gorącym popiele mięso owinięte w aromatyczne liście, po czym przykryli je szczelnie gałęziami i ziemią. Niezadługo posiłek był gotów; spożyli go z apetytem, jaki obudzą długa droga i posileni położyli się na ziemi, ze sztyletami w ręku; choć posłanie było twarde i komary dokuczały nieustannie, jednak znużeni zasnęli niedługo.

Martinez niejednokrotnie powtarzał we śnie nazwiska Pablo i Jacopo, gdyż nagłe ich zniknięcie niepokoiło go ciągle.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?