Wolność emocjonalna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Część pierwsza Wykorzystanie potencjału wolności emocjonalnej

Przeżywam życie w rosnących kręgach.

— Rainer Maria Rilke (tłum. Andrzej Lam )

Rozdział 1
Ścieżka wolności emocjonalnej. Wstęp do nauki miłości

Twoje życie właśnie staje się lepsze.

Twoje życie rysuje się przede mną w kolorowych barwach, widzę spełniające się marzenia.

Odnalazły się wszystkie życzenia, które włożyłeś do butelki.

Teraz, właśnie w tym momencie, zastanów się: czego pragniesz najbardziej na świecie? Czy pragniesz szczęścia? Miłości? Mniej utrapień? Gwarancji mniejszego stresu? Wystarczy to sobie uświadomić, a zaczniesz odczuwać siłę, która pozwoli ci to osiągnąć. Być może już dawno zrezygnowałeś z życzeń, ponieważ zawsze przynosiły ci one rozczarowania. Doskonale wiem, o jakie uczucie chodzi: „Po co się w ogóle wysilać?”. Tak? Otóż nie! Podejście typu „jestem pechowcem” pozbawia cię szansy na osiągniecie spokoju ducha. Mam nadzieję, że zdecydujesz się dać życzeniom jeszcze jedną szansę. Czasami człowiek staje przed szansą. To jest właśnie jedna z nich, jest to szansa na osiągnięcie wolności emocjonalnej. Wyobraź sobie śnieg, który właśnie spadł. Nie ma na nim jeszcze żadnych śladów — to ścieżka nowych początków. Pierwsze kroki głęboko zapadają w pamięć. Nigdy nie należy o nich zapominać. Pozwolę sobie opowiedzieć teraz o swoich pierwszych krokach.

Drzwi do wolności emocjonalnej otworzyły się przede mną w 1968 r., kiedy byłam nastolatką. Mieszkałam w Kalifornii, miałam szesnaście lat. Byłam dzieckiem kwiatem, nosiłam bluzeczki w indyjskie wzory i dziurawe spodnie. Chodziłam w skórzanych butach wojskowych lub boso, świat narkotyków nie był mi obcy. Moi rodzice szaleli. Próbowali mnie do tego wszystkiego zniechęcić, ale wszelkie ich wysiłki szły na marne. Buntowałam się nie przeciwko nim, ale po to, by ocalić siebie. Chociaż rodzice otaczali mnie nieograniczoną miłością, ich tradycjonalistyczna wizja mojej osoby i mojego szczęścia po prostu mnie przytłaczała. Żydowskie country cluby, porządne ubrania, konserwatywni przyjaciele… To nie dla mnie. Czasami zdarzało mi się sypiać w moich ukochanych dżinsach (moja matka ich nienawidziła), żeby poczuć większą swobodę. Jednocześnie nie podobało mi się to, kim byłam: wrażliwą osobą, jakby nie z tego świata. Już w dzieciństwie miałam wyjątkową intuicję i często śniłam o rzeczach, które potem się urzeczywistniały. Tak było choćby ze śmiercią mojego dziadka czy rozwodem przyjaciół moich rodziców. Przewidywałam te wydarzenia, kiedy jeszcze nikt w ogóle nie spodziewał się ich. Niepokoiło mnie to i wytrącało z równowagi. Na domiar złego rodzice reagowali na to bardzo nerwowo i w końcu zabronili mi rozmawiać z nimi na temat moich przeczuć. Wtedy doszłam do przekonania, że coś jest ze mną naprawdę nie tak. Było to coś przerażającego, z czym byłam zupełnie sama. Przewidywanie różnych wydarzeń nie było świadomym działaniem. Przeczucia po prostu się pojawiały. W moim wnętrzu kotłowały się jakieś potężne siły, których w żaden sposób nie byłam w stanie uporządkować.

Wreszcie pewnej nocy moi rodzice podjęli stanowcze postanowienie, że zapobiegną wiszącej nade mną katastrofie. Z godną podziwu jednomyślnością spakowali moje rzeczy, zaprowadzili mnie do samochodu i zawieźli mnie, swoje jedyne dziecko, do Westwood Psychiatric Hospital, na prywatny zamknięty oddział dla uzależnionych nastolatków. Czułam się oszukana i zdradzona. Głośno dawałam wyraz swojemu oburzeniu. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, by stłumić swój strach. W tym momencie wkroczyłam na ścieżkę wolności emocjonalnej.

Jeszcze dziś wspomnienia ze szpitala są w mojej głowie niezwykle żywe. Odrzucałam każdy przejaw uprzejmości. Na początku czułam się więźniem. Współpraca? Nie ma mowy! Wystawiałam cierpliwość innych na próbę. Odmawiałam aktywnego udziału w codziennych sesjach terapii grupowej. Lider grupy, surowa była motocyklistka w dżinsach, zwróciła się do mnie: „Judi [tak do mnie wówczas mówiono], dlaczego jesteś taka zła?”. „Co? Wszystko ze mną w porządku” — odpowiedziałam krótko, zaciskając usta i gotując się z wściekłości. Im bardziej próbowała, tym bardziej ja się wycofywałam, starając się przekonać wszystkich, również siebie, że wszystko było ze mną w porządku. Równie otwarta byłam w relacjach z moim psychiatrą. Podczas posiłku dwadzieścioro nastolatków siadało razem w beżowej jadalni i plastikowymi sztućcami (metalowe mogą zostać użyte jako broń) spożywało przypominające konsystencją gumę jedzenie. Miałam szczery zamiar zupełnie się odizolować, ale Windy, inna pacjentka, hipiska, która nigdy nie rozstawała się ze swoją brązową zamszową kurtką z frędzelkami, zaczęła się ze mną zaprzyjaźniać. Moje odpychające zachowanie zdawało się jej nie przeszkadzać. Dzięki swojej niewinnej naturze Windy szybko mnie do siebie przekonała i stałyśmy się nierozłączne.

Byłyśmy towarzyszkami niedoli. W wolnych chwilach siadałyśmy obok siebie w moim pokoju z zakratowanymi oknami i snułyśmy plany ucieczki. Miałyśmy zamiar wymknąć się podczas nocnego sprzątania, uciekając z zamkniętego oddziału w momencie, kiedy sprzątacze będą wnosić swoje wiadra i szczotki. Następnie miałyśmy zatrzymać kogoś, kto podwiezie nas do autostrady prowadzącej wzdłuż wybrzeża, oddalonej o kilka mil stąd, i skierować się do bliżej nieokreślonego miejsca. Bez rodziców. Bez władzy. Byłybyśmy po prostu wolne. Chociaż nasz plan nigdy nie doczekał się realizacji, wspólne spiskowanie, śmiechy i śpiewanie piosenek Stonesów („Nie zawsze możesz mieć co chcesz (…) ale może się okazać, że dostaniesz to, czego potrzebujesz”) czyniły nasze zniewolenie bardziej znośnym.

Mimo wszystko pozostawanie w zamknięciu bardzo mi nie odpowiadało. Nie widziałam powodu, by zastanawiać się nad swoim życiem lub je zmieniać. Oddziaływały na mnie jednak siły, które pozostawały zupełnie poza moją kontrolą. Pamiętam, że na końcu korytarza wyłożonego zielonym linoleum znajdowały się drzwi. Dzieliły nas one od okolonego płotem podwórza, na którym graliśmy w siatkówkę. Światło przedostające się przez zakratowaną szybę tworzyło fantastyczne obrazy. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Miłość wypełniająca to światło porządkowała ogarniający mnie chaos, łagodziła to, czego słowa ukoić nie mogły. Od dziecka czułam obecność wypełnionej miłością istoty, która nade mną czuwała – niewidocznego przyjaciela, który zawsze był gotów mnie pocieszyć. Na ogół pozostawał gdzieś w cieniu, ale teraz wychodził na przód. Drzemał we mnie potencjał zmiany i chociaż nie bardzo miałam na to ochotę, cały proces zaczął sam z siebie nabierać tempa. W jakiś cudowny sposób w ciągu czternastu dni pobytu na oddziale powoli zaczynałam łagodnieć.

Dzięki wsparciu mądrego psychiatry, który rozumiał mnie i potrafił odpowiednio ze mną postępować, zaczęłam sobie uświadamiać, że zanim tu trafiłam, nigdy nie byłam naprawdę wolna. Buntowałam się przeciwko rodzicom, ale brakowało mi konkretnej, jasnej wizji. Reagowałam zamiast działać. Bunt i życie na marginesie były środkiem przetrwania, nie były jednak jego celem. W ciągu kolejnych kilku lat ten cudowny człowiek pokazał mi, jak lepiej radzić sobie ze swoimi emocjami i odnaleźć swoje prawdziwe „ja”. Pomógł mi również zapanować nad moimi przeczuciami i w ten sposób lepiej poznać własną duszę. Nasza wspólna praca była źródłem mojego powołania, by zostać lekarzem i wnieść do medycyny pierwiastek przeczuć. Muszę przyznać, że takiego rozwoju swojej kariery się nie spodziewałam. Moi rodzice, choć sami byli lekarzami, a w naszej rodzinie było ponad dwudziestu pięciu medyków, ze względu na moją artystyczną naturę nigdy nie nakłaniali mnie, bym poszła w ich ślady. Nie sądzili, żebym kiedykolwiek chciała zostać lekarzem.

Życie toczyło się dalej. Dwadzieścia lat później, już jako psychiatra, przyjmowałam pacjentów dokładnie w tym samym szpitalu. Okazało się, że były pacjent faktycznie zarządza tą instytucją! Było to uroczo przewrotne. Doświadczenie bycia pacjentem, wspomnienie zamknięcia i zdania na łaskę zupełnie obcych ludzi, jest naprawdę pouczające. Trudno o lepszy sposób na rozbudzenie w sobie współczucia dla ludzi, którzy się w takim stanie znajdują. Trudno o lepszy sposób, by zrozumieć, że można zaryzykować przyjęcie współczucia, które kiedyś okazali mi pracownicy oddziału. To wspaniały bagaż, który noszę ze sobą na drodze poszukiwania wolności emocjonalnej.

Szpital uległ zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1994 r. Przyznam, że kiedy tamtędy przejeżdżam, brakuje mi jego widoku. Rodzice nigdy nie podzielali mojej nostalgii. Jako nastolatka porządnie dałam im w kość i chyba nigdy się z tego do końca nie otrząsnęli. Co zadziwiające, nawet po wielu latach odczuwali czasem potrzebę skorygowania czegoś. Na ich twarzach pojawiał się dobrze mi znany wyraz przerażenia, po czym mówili półżartem do mnie, dorosłej kobiety, lekarza z wieloletnim doświadczeniem, które budziło w nich dumę: „Judith, nigdy do końca nie wyrosłaś z wieku nastoletniego”.

Podstawowe informacje o wolności emocjonalnej – początek wyzwolenia

W życiu codziennie stykamy się z wydarzeniami, z których możemy dowiedzieć się czegoś o wolności emocjonalnej. Taką szansę stwarza nam każdy sukces, każde rozczarowanie, każda strata i każda wygrana. Od naszego zachowania w obliczu tych wydarzeń zależy, na ile możemy być wolni. Chciałabym, żebyś zaczął postrzegać swoje emocje w sposób raczej niestandardowy: jako nośnik przemiany (słowo emocje pochodzi o łacińskiego czasownika oznaczającego „poruszać”), a nie jako zwykłe uczucia radości lub smutku. Należy spodziewać się, że będzie to dla nas wyzwaniem – na tym to wszystko polega. Doświadczenia, z którymi przyjdzie ci się mierzyć – z którymi nam wszystkim przychodzi się mierzyć – mają swój głębszy sens. Wolność emocjonalna ma przede wszystkim otworzyć drogę do rozwijania tkwiącej w nas miłości. Jak powiedział Albert Camus, wolność to nic innego niż szansa, by stać się lepszym. Aby wolność mogła się urzeczywistnić, każde wydarzenie naszego życia – bolesne czy podnoszące na duchu, dramatyczne czy zupełnie przyziemne – powinniśmy postrzegać jako szansę, by stać się silniejszym i mądrzejszym, by wzmacniać swoje wewnętrzne światło.

 

Tu jednak często pojawia się przeszkoda. Wielu z nas wstydzi się uczucia strachu, nieodpowiedniości i samotności, jakby świadczyły one o porażce lub o niewłaściwym postępowaniu. To zupełnie niesłuszne wnioski. Wypływają one z błędnego założenia, że przez cały czas powinniśmy zachowywać pogodę ducha. Pewien pacjent cierpiący na depresję zaczął kiedyś przepraszać: „Żałuję, że nie przychodzę do pani po coś bardziej duchowego”. Okazałam mu współczucie, mając jednak świadomość, że podobnie jak wielu innych ludzi pogrążonych w bólu, żywi on zupełnie błędne przekonanie. Stawić czoło emocjom, wszystkim emocjom, to przejaw odwagi i czyn otwierający drogę do duchowej przemiany.

Zaglądając w głąb siebie, ani na moment nie zapominaj o niezawodnej zasadzie wyzwolenia: odważnie rozbudzaj w sobie dobre serce, nawet jeśli doświadczyłeś oczywistego bólu czy rozczarowania. Taki wysiłek nigdy nie idzie na marne. Podejmując go, odważnie stawiasz czoło cynizmowi i zamknięciu się w sobie, czyli klaustrofobicznym stanom, które są moim zdaniem gorsze od śmierci. Bez względu na to, co ci się przydarzyło, zawsze jest nadzieja na zmianę i wyzdrowienie. To cud, który może się ziścić. Miej odwagę tego chcieć.

Punktem wyjścia jest zrozumienie podstawowych zasad wolności emocjonalnej. Przedstawiam deklarację misji, która zawiera ich podsumowanie. Możesz powracać do niej w trakcie zapoznawania się z kolejnymi zasadami prezentowanymi w tej książce, aby upewnić się, że nadal dążysz do właściwego celu.

Czym jest wolność emocjonalna?

To zdolność do dawania i otrzymywania większej miłości. Aby ten stan osiągnąć, trzeba gromadzić pozytywne emocje, a także wyzbywać się emocji negatywnych. Zamiast koncentrować się na przykład na gniewie, kiedy ktoś nas skrzywdzi, powinniśmy reagować w sposób bardziej zrównoważony i empatyczny. Wolność emocjonalna wiąże się z rozwojem osobistym i duchowym. Nabycie umiejętności pracy z negatywnymi uczuciami, którym dotychczas po prostu ulegaliśmy, pomaga rozwijać się duchowo i wznieść się ponad to, co w nas małostkowe. Zdobyć wolność, to znaczy uwolnić się od nieproduktywnych emocji i spojrzeć na samego siebie oraz na innych z perspektywy serca.

Dlaczego jest mi potrzebna?

Aby wyzwolić się z matni negatywnych emocji. W dużym nagromadzeniu negatywne emocje zakłócają nasz spokój i pozbawiają nas współczucia, niszczą nasze relacje, a w ostatecznym rozrachunku pozbawiają nas możliwości doświadczania radości i zachwytu nad światem.

Jak ją osiągnąć?

Emocje stanowią punkt wyjścia do osiągnięcia wyższego stanu świadomości, trzeba jedynie zrozumieć, że każda z nich może nas czegoś nauczyć. Wyjaśnię między innymi, w jaki sposób można wyrabiać w sobie cierpliwość, która pozwala pokonać frustrację. Czasami, na przykład w obliczu wielkiego smutku, trzeba po prostu doświadczyć bieżącego uczucia. Jeśli chodzi o inne emocje, takie jak choćby zawiść, można próbować się ich pozbyć lub je zmodyfikować. Wyróżnić można dwa etapy przemiany oblicza emocji. Istotą pierwszego z nich jest zdrowe uznanie istnienia uczucia w stanie czystym, będące alternatywą dla skrywania go lub rozmywania. Drugi etap polega na modyfikacji jego negatywnego charakteru. Będę przedstawiać wiele różnych metod, które można w tym względzie stosować w odniesieniu do różnych emocji.

Rezultat?

Będziesz czuł się szczęśliwszy, bardziej elastyczny. Poczujesz, że masz więcej z życia. Nauczysz się być milszy dla siebie, dla swoich przyjaciół i rodziny. Będziesz miał więcej cierpliwości dla swoich współpracowników i łatwiej ci będzie rozwiązywać konflikty. Poznasz swoje najgłębsze instynkty i stwierdzisz, że jesteś w stanie przetrwać nawet największe rozczarowania. Poczujesz, że troszczą się o ciebie i chronią cię duchowe moce, dzięki którym nigdy nie będziesz się czuł samotny.

Historię, którą za chwilę przedstawię, rodem z Ameryki, darzę szczególnym upodobaniem, nawiązuje ona bowiem do istoty wolności emocjonalnej.

Wódz przemawia do swojego plemienia. Mówi o dwóch psach żyjących w jego umyśle: o białym psie, który jest dobry i odważny, oraz o czarnym psie, który jest mściwy i gniewny. Psy toczą ze sobą walkę na śmierć i życie. Pewien młody dzielny człowiek, nie mogąc doczekać się końca historii, pyta: „Który z nich zwycięży?”. Wódz odpowiada: „Ten, którego będę karmił”.

Warto mieć ten fakt na względzie i skupić się na podtrzymywaniu i wzmacnianiu tego, co w nas najlepsze i najpiękniejsze – postawy, która umożliwi nam wyzwolenie.

Istotą wolności emocjonalnej jest dążenie do równowagi. W kulturze Zachodu sięganie do własnych emocji nabrało ostatnio charakteru religii popularnej – wyrażanie własnych uczuć stało się celem samym w sobie. Ale nie chodzi ani o pobłażliwe względem siebie wylewanie emocji, ani o ukrywanie ich przed światem. Chodzi o to, żeby stać się bardziej troskliwym i bardziej świadomym człowiekiem. Kolejnym istotnym celem jest odnalezienie własnej energii życiowej, która będzie nas napędzać, jeżeli tylko nie zostanie stłumiona przez stres i pesymizm.

Nie wystarczy myśleć, by odnaleźć drogę do emocjonalnej wolności. Na kolejnych kartach tej książki będę wielokrotnie podkreślać, że wolność emocjonalna jest wypadkową zrozumienia biologii i zachowań, ale również przemian zachodzących w duszy pod wpływem czynników intuicyjnych. Jeżeli rzeczywiście zależy ci na wprowadzeniu zmian, nastaw się na pełne wykorzystanie całego swojego potencjału percepcyjnego – nawet tego, o którego istnieniu nie masz jeszcze pojęcia. Musisz postarać się dostrzec coś więcej niż tylko wycinek własnych możliwości.

Wykroczyć poza granice medycyny konwencjonalnej – uwzględnienie intuicji w celu lepszego zrozumienia emocji

Dla mnie cudowne w pracy psychiatry jest to, że inni ludzi dzielą się ze mną swoimi najbardziej skrywanymi uczuciami i tajemnicami. Na przestrzeni lat miałam okazję pomagać niezliczonej liczbie pacjentów i uczestników warsztatów, którzy zmagali się z lękami, troskami lub depresją, starając się od nich uwolnić. Ich troski nie są mi obce, jako że sama miałam okazję przejść przez taką próbę ognia. Każdy z nas doświadczył kiedyś udręki w takiej czy innej formie. Będę wyjaśniać, że od udręki można się uwolnić – i to można uwolnić się stosunkowo szybko. W relacji z pacjentami, a także z czytelnikami, moja rola jest rolą akuszerki, która pomaga przyjść na świat najdoskonalszemu i w pełni wolnemu „ja”.

Oprócz metod medycyny konwencjonalnej wykorzystuję obecnie w swojej pracy również intuicję, starając się z jej pomocą wspierać moich pacjentów w ich dążeniach do osiągnięcia wolności emocjonalnej. Podczas sesji psychoterapeutycznych łączę nielinearne przekazy, mające swoje źródło w obrazach, wiedzy, energii i snach, ze spostrzeżeniami, których dokonuje mój umysł analityczny. Takie organiczne połączenie różnych form wrażliwości pozwala mi w pełni wykorzystać umiejętności zdobyte w procesie tradycyjnej edukacji z intuicją, która wie, zanim umysł pomyśli. Intuicja otwiera nam drzwi do najgłębszych zakątków psyche – do przemyśleń, które nigdy nie zostają wypowiedziane, do miejsca, w którym dokonują się niezwykłe skojarzenia. Następnie uczę moich pacjentów, w jaki sposób oni sami mogą czerpać ze źródła intuicji, by zyskać w ten sposób pełniejszy emocjonalny obraz samych siebie i innych, a tym samym usunąć ze swojego życia negatywne elementy. Takie połączenie nie zawsze wydawało mi się tak naturalne, nie zawsze też stosowałam te metody w swojej pracy terapeutycznej.

Podstawową wiedzę na temat emocji zdobywałam jako świeżo upieczony rezydent oddziału psychiatrii na początku lat 80. Co trzecią noc spędzałam w izbie przyjęć na UCLA. Pracowałam też w szpitalach dla weteranów. Stykałam się z ogromem nagromadzonych emocji i bardzo wiele się o nich nauczyłam. Zetknięcie z trudną prawdą ludzkiego doświadczenia było przygnębiające i rozdzierało mi serce. Praca pochłaniała mnie w pełni, była dobra i prawdziwa. W trakcie tych niekończących się nocy miałam okazję zobaczyć dosłownie wszystko: chudą jak szczapa anorektyczkę (uważającą się za grubą), której przełyk uległ perforacji, ponieważ dziewczyna wywoływała wymioty, żeby stracić na wadze; wykrwawiających się niedoszłych samobójców z pociętymi nadgarstkami w wieku naszych matek, sióstr i synów; ludzi, których paniczny strach niemal pozbawiał oddechu. Reagowałam na to niewyobrażalne cierpienie inaczej, niż się spodziewałam. W pewnym sensie, z powodu nagłego przypływu adrenaliny, te surrealistyczne wydarzenia były dla mnie znośne. Jednocześnie odczuwałam instynktowne pragnienie ulżenia moim pacjentom w ich bólu i dania im nadziei. W tych dramatycznych chwilach myślałam tylko o nich, tylko ich widziałam i tylko ich czułam. Była to spontaniczna i napawająca radością bezinteresowność, której nigdy wcześniej nie znałam. Podczas zajęć na studiach mówiło się o współczuciu, nikt jednak nigdy nie wspominał o tym całkowicie wyjątkowym stanie ducha – o tym, że ma właściwości ochronne, że pozwala szybciej się skupić i działać, że zapobiega wypaleniu. W zasadzie należałoby powiedzieć, że współczucie stanowi istotę procesu leczenia.

Zdumienie wypełniało każdy kolejny dzień moich przygotowań do wykonywania zawodu lekarza. Miałam zaszczyt poznawać najbardziej intymne szczegóły życia moich pacjentów: bez owijania w bawełnę, bez cenzury. Owa szlachetna szczerość w kwestii wszystkiego, co radosne lub przerażające, poruszała mnie wówczas i nadal nie przestaje mnie poruszać. Nie przestaje fascynować mnie to, dlaczego ludzie czują to, co czują, a nie coś innego. Ma to dla mnie ogromne znaczenie.

Patrząc z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że na etapie rezydentury psychiatrycznej tylko ślizgałam się po powierzchni wolności. Było tak bez względu na to, czy leczyłam pacjenta cierpiącego na zaburzenia zagrażające jego życiu, czy spotykałam się podczas psychoterapii z osobami poszukującymi rozwiązania różnych swoich problemów, od złego wyobrażenia o samym sobie począwszy, a na kłopotach w związku skończywszy. Doszłam do wniosku, że psychoterapia i/lub leczenie farmakologiczne, chociaż odpowiednio stosowane przynoszą naprawdę świetne rezultaty, nie pozwalają pacjentom osiągnąć takiego stopnia wolności emocjonalnej, jakiego naprawdę by pragnęli. Eliminacja objawów i ustalenie przyczyn ich występowania to bardzo ważne aspekty terapii. Ale na tym nie można poprzestać. Czułam potrzebę dania moim pacjentom narzędzi, które wykraczałyby daleko, daleko poza granice tradycyjnej medycyny.

Od wielu lat fascynuje mnie to, co dzieje się w dziedzinie ochrony zdrowia na styku nauki i intuicji – w tym obszarze możemy obserwować niezwykły taniec z udziałem naszej fizyczności i naszego aspektu niematerialnego. Sprzeciwiam się faworyzowaniu któregokolwiek z tych elementów kosztem pozostałych. Chciałabym zwrócić uwagę na realność połączenia ze sobą tych dwóch elementów w celu pełniejszego i bardziej fascynującego wyrażenia własnego emocjonalnego „ja” (proces łączenia nauki z intuicją opisuję w moich książkach Second Sight, Dr. Judith Orloff’s Guide to Intuitive Healing oraz Pozytywna energia[1].

Takie zestawienie było oczywiste dla średniowiecznych alchemików, którzy próbowali łączyć naukę i instynkt w celu poznania sekretów wszechświata. W muzyce, astronomii czy matematyce wszyscy ci szesnastowieczni filozofowie dostrzegali pierwiastek emocjonalny i boski. Podejmując wysiłki przekształcenia ołowiu w złoto, starali się nadać pierwotnej substancji bardziej szlachetny charakter. Z perspektywy alchemika geometria to coś więcej niż tylko jałowe obliczenia prowadzone na bezdusznych punktach, liniach i kątach. Geometria była dla alchemika sztuką wzbogacania świadomości, a projekt katedry czy szkoły pozwalał osiągnąć różne jej etapy, między innymi wspiąć się na poziom emocji. Dziękuję Bogu za wszystkich alchemików – tych dawnych i tych obecnych – pracujących w różnych zawodach, ponieważ skupiają się oni na całości zjawiska, nie pomijając żadnego z jego elementów. Takie holistyczne spojrzenie nie powinno być już spychane do podziemia, jak to często bywało na przestrzeni wieków.

 

Carl Gustav Jung powiedział: „Alchemia stawia sobie za cel pozyskanie »skarbu trudnego do zdobycia« i przedstawienia go w postaci widocznej dla oczu”. To motto przyświecało mi, kiedy rozpoczynałam prace nad dziedziną, którą sama nazywam energopsychiatrią. Moim celem było wprowadzenie pierwiastka alchemicznego do współczesnej medycyny. Chciałam przyczynić się do przedefiniowania psychiatrii, tak aby dziedzina ta zachowała swoją magię i szerokie horyzonty, ale nie ograniczała się do rutynowego przypisywania leków. Uświadomiłam sobie, że wolność emocjonalna w szerszym znaczeniu zależy od zmiany przyjętego postrzegania rzeczywistości. Nie ma dwóch światów: rzeczywistości zwykłej i jakiejś innej. Kiedy spojrzy się na to przez pryzmat właściwych nam cech, wszystko staje się jednym i tym samym.

Dziś zdaję sobie sprawę z naturalności tego połączenia i z niecierpliwością czekam na kolejne okazje, by dowiedzieć się o nim czegoś nowego. Inaczej było w 1983 r., kiedy rozpoczynałam prywatną praktykę w Los Angeles. Przełomowym momentem w moim życiu stało się spotkanie z pewną pacjentką. Przeczucie uderzyło we mnie niczym piorun, nie wiedziałam jednak, co powinnam w związku z tym zrobić. Christine, kasjerka bankowa w wieku pięćdziesięciu lat, trafiła do mnie z poważną depresją. Pogrążona w melancholii obca istota wtargnęła do jej ciała. Po sześciu miesiącach zaordynowanego przeze mnie leczenia antydepresantami widać było znaczącą poprawę. Z radością obserwowałam, jak pojawia się u mnie pełna energii i nadziei. Pewnego dnia podczas sesji terapeutycznej z Christine moje myśli przeniosły się na wielką, białą chmurę, która właśnie przepływała za moim oknem na osiemnastym piętrze. Choć zachowywałam całkowitą trzeźwość umysłu, przez kilka chwil miałam wrażenie, jakby głos Christine dochodził gdzieś naprawdę z oddali. W tym stanie całkowitego wyciszenia nagle pojawiło się w mojej głowie jednoznaczne, napawające grozą przekonanie, że Christine podejmie próbę samobójczą – mimo zauważalnych postępów.

To spostrzeżenie zdziwiło mnie i wprawiło w zakłopotanie. Pracując jako lekarz, postępowałam zawsze ściśle z zasadami nauki. Od wielu lat nie doświadczyłam tak wyrazistego przeczucia. Chciałam je odrzucić, znaleźć dla niego uzasadnienie. Ostatecznie podczas studiów medycznych uczono mnie poszanowania dla namacalnych dowodów, tymczasem nic nie wskazywało na to, by Christine mogła chcieć wyrządzić sobie krzywdę. Choć targały mną sprzeczne uczucia, postanowiłam nie wspominać pacjentce o swoich przypuszczeniach. Trudno mi było również znaleźć jakikolwiek argument przemawiający za koniecznością podjęcia interwencji. Postanowiłam sobie zatem, że podczas kolejnych sesji postaram się sprawdzić, czy w Christine drzemią jeszcze jakieś ukryte, przeoczone wcześniej, uczucia braku nadziei czy rozpaczy.

W następnym tygodniu Christine nie przyszła na umówione spotkanie. Kiedy zobaczyłam ją ponownie, leżała na ponurym i pozbawionym okien oddziale intensywnej terapii. Przedawkowała leki antydepresyjne. Jej upiornie szare ciało leżało bez ruchu podłączone do rurek aparatury podtrzymującej życie, jedynie jej klatka piersiowa poruszała się gwałtownie wraz z dyszeniem respiratora. Znajdowałam się w tym obrzydliwie medycznym mikroświecie i miałam wrażenie, jakbym przed chwilą zderzyła się z lokomotywą. Lekceważąc swoją intuicję, zawiodłam zarówno Christine, jak i siebie. Miałam poczucie, że ignorując przeczucie, skrzywdziłam swoją pacjentkę. W tym momencie wiedziałam już, że jako odpowiedzialny lekarz muszę znaleźć sposób, by włączyć przeczucia do swojej praktyki.

Na całe szczęście po trzech tygodniach bycia w śpiączce stan Christine zaczął się poprawiać. Gdyby nie przeżyła, czułabym się strasznie. Kiedy ponownie rozpoczynałyśmy psychoterapię, miałam już pełniejsze rozeznanie co do tego, że lepsze samopoczucie jest tylko jednym z aspektów emocjonalnej wolności. Okazało się, że mimo poczynionych postępów Christine ponownie wpadła w otchłań poczucia braku własnej wartości po tym, jak została zlekceważona przez jednego z bliskich krewnych. To wydarzenie skłoniło ją do podjęcia próby samobójczej. W chwili napadu niemal zabójczej paniki Christine nie była w stanie przezwyciężyć zalewu destruktywnych negatywnych emocji. Wcześniej koncentrowałyśmy się na odkryciu przyczyn jej depresji i eliminowaniu ich poprzez przywracanie równowagi biochemicznej. Teraz postanowiłam wykorzystać wszystkie dostępne mi środki, by zastosować w odniesieniu do Christine podejście bardziej interaktywne. Przekazałam Christine swoją wiedzę na temat metod behawioralnych, za pomocą których można walczyć z negatywnymi emocjami: telefon do przyjaciela lub do mnie, techniki relaksacyjne, prowadzenie dziennika, trening w zakresie radzenia sobie ze stresującymi ludźmi (niestety, narzędzia duchowe czy intuicyjne, które bardzo by się w tej sytuacji przydały, udało mi się opracować dopiero później). W dalszej kolejności pomagałam mojej pacjentce wyrobić w sobie większe poczucie własnej wartości, starałam się uczynić ją bardziej odporną na krytykę. Dzięki temu Christine stała się silniejszą kobietą. Wiedziałam jednak, że te ogólnie dostępne popularne strategie i rozwiązania to za mało.

Aby lepiej pomagać swoim pacjentom – ale także i po to, żebym sama mogła zachować wolność emocjonalną – musiałam wypłynąć na zupełnie nieznane wody w poszukiwaniu wiedzy, do której nigdy wcześniej nie miałam dostępu. Musiałam ponownie otworzyć się na własną intuicję, która od wielu lat trwała w uśpieniu, ale bez której nie potrafiłam jasno myśleć ani osiągnąć spokoju. Rozumiałam, że wprowadzenie elementu intuicji do mojej praktyki medycznej spotka się z potępieniem ze strony kolegów po fachu. Mimo wszystko, mimo strachu i innych podobnych uczuć, podjęłam próbę wkroczenia na tę nową ścieżkę. Nie wiedziałam jeszcze, ani dokąd zmierzam, ani jak mogę dotrzeć do celu, ale odmówiłam modlitwę i podjęłam poszukiwania nowych możliwości.

Tak się szczęśliwie złożyło, że zaczęłam spotykać na swojej drodze ważnych przewodników, w szczególności zaś duchowego nauczyciela, z którym utrzymuję kontakty już od dwudziestu lat. Napotkałam na swojej drodze różne osobistości aspirujące do roli guru – od byłej gospodyni domowej, która przywoływała wiekowe byty, do słynnego zwierzęcego medium, specjalizującego się w pudlach – aż wreszcie przyjaciółka opowiedziała mi o nauczycielu, którego techniki medytacyjne bardzo jej pomogły. Tydzień później maszerowałam w górę po skrzypiących schodach starego budynku biurowego w Santa Monica. U góry w zupełnej ciszy czekał na mnie zupełnie bezpretensjonalny Azjata w średnim wieku, ubrany w nijaką bawełnianą koszulę i takież spodnie. W pomieszczeniu panował niesamowity spokój, jakby czas się zatrzymał. W pewnym momencie zauważyłam, że całą uwagę skupiam na oczach tego mężczyzny – na dwóch głębokich studniach, z którymi już gdzieś się wcześniej zetknęłam. Te oczy mnie znały – znały moje zalety i wady – jeszcze zanim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo. Chciałam uczyć się pod kierunkiem tego człowieka. Kiedy jednak zapytałam o cotygodniowe zajęcia z medytacji, powiedział z psotliwym uśmiechem: „Ach, ty niczego takiego nie potrzebujesz”. „Owszem, potrzebuję” – zaprzeczyłam, zapewne zgodnie z jego przewidywaniami. Zaczęłam uczęszczać na zajęcia co niedzielę. Nauczyciel już w pierwszej chwili zrozumiał moją przekorną naturę. Wiedział doskonale, że wystarczy zasugerować mi, bym czegoś nie robiła, a ja na pewno to zrobię. Ten pomyślny dzień był pierwszym dniem mojej nauki pod jego kierunkiem, która to nauka szczęśliwie trwa do dziś.