Wszystko, czego o sobie nie wiemyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE SECRETS BETWEEN US

Copyright © 2020 Judith Lennox

All rights reserved

Zdjęcie na okładce

© CollaborationJS/Trevillion Images

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Konabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusjoć

Bożena Hukewicz

ISBN 978-83-8234-599-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Macsena

Jamesa Bethencourta-Smitha

CZĘŚĆ PIERWSZA

ZAŁAMANIE POGODY

1937–1939

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Grudzień 1937

Patrick odmówił udziału w przyjęciu wydawanym przez Manninghamów. Przepełniona urazą Rowan Scott przypisała zachowanie męża wcześniejszej kłótni, do której doszło między nimi podczas śniadania złożonego z tostów i gotowanych jajek. On zaproponował, by już w Wigilię wyjechali do Guildford, gdzie mieszkał jego ojciec, podczas gdy ona wolała wyruszyć jak najpóźniej, najlepiej w świąteczny poranek. A skoro Patrick nie chciał jej towarzyszyć na przyjęciu, to Rowan wybrała sprawdzone towarzystwo Charlburych, Wiltonów i Vaughanów – oraz Nicky’ego Oliviera, dziś w wyjątkowo dobrej formie: żartował z gospodarzy, zasiadając na fotelu w otoczeniu pół tuzina akolitów.

Służący Daveya Manninghama pod wytapetowaną na purpurowo ścianą ogromnej bawialni energicznie miksował alkoholowe koktajle, dla podkreślenia świątecznej atmosfery udekorowane kłującymi gałązkami ostrokrzewu. Od strony fortepianu dobiegały delikatne dźwięki kolęd, powietrze pachniało goździkami i skórką pomarańczową. W kominku płonęło drewno. Suknie kobiet mieniły się pięknie odcieniami szmaragdu, eau de nil, turkusu, oranżu i pudrowego różu.

– Pani Scott, jakże się cieszę – rozległ się czyjś głos. Siedząca na jednej z miękkich sof Manninghamów Rowan podniosła wzrok i ujrzała Simona Pembertona. Simon był kuzynem jej dobrej przyjaciółki, Artemis Wilton. Trafiała na niego od czasu do czasu na wieczorkach tanecznych i koncertach. Wymruczała powitalną formułkę.

– Wypadłem na czas jakiś z obiegu towarzyskiego – oznajmił, opierając się o sofę. – Krewniak zaniemógł i potrzebował mego towarzystwa. Spędziłem trzy tygodnie na wsi. Cóż to za ulga móc wreszcie powrócić na łono cywilizacji. – Otrząsnął się teatralnie.

Była rada, że wyraźnie próbuje zwrócić na siebie jej uwagę. Wyczytała w jego oczach gotowość pocieszenia i propozycję przygody, co przyprawiło ją o szybsze bicie serca. Simon Pemberton był wysoki, miał krótko przystrzyżone kasztanowe włosy i granatowe oczy. Z profilu przypominał przystojnego rzymskiego senatora z orlim nosem i ustami o nieco okrutnym grymasie.

– Nie lubi pan wsi? – zapytała.

Skrzywił się.

– Cóż tam jest do roboty poza uprawianiem wiejskich sportów, których nienawidzę? W Suffolk, gdzie mieszka wuj, trudno natknąć się na przyzwoitą galerię sztuki lub posłuchać muzyki na dobrym poziomie, wokół króluje amatorszczyzna. Jeżeli zaś chodzi o towarzystwo… Co takiego jest w polach i lasach, że zabijają w ludziach umiejętność konwersacji? A może ci, którzy jej nie posiedli, dobrowolnie zaszywają się na wsi.

– Ja z kolei zaczynam tęsknić za wsią – rzekła Rowan. – Duszę się, kiedy zbyt długo przebywam w mieście.

– A jednak mieszka pani tutaj.

– Z konieczności. Patrick pracuje w Londynie. – Mąż Rowan był adwokatem.

Simon zajął miejsce obok niej i oświadczył:

– Nigdy mnie nie pociągała instytucja małżeństwa. Cóż w niej takiego kuszącego? Zawęża tylko horyzonty i możliwości.

Chociaż małżeństwo Rowan w istocie okazało się okrutnym rozczarowaniem i od jakiegoś czasu odnosiła się do Patricka głównie z obojętnością, to krytyka Simona ją ubodła.

– Przede wszystkim daje poczucie bezpieczeństwa – rzekła, po czym zadała sobie w duchu pytanie, czy przypadkiem nie pomyliła owego poczucia bezpieczeństwa z miłością i nie popełniła błędu, wychodząc za mąż za Patricka.

– Mam ten przywilej, że nigdy nie będę musiał martwić się brakiem bezpieczeństwa finansowego – odpowiedział Simon. – Z kobietami jest inaczej, jesteście w tej kwestii zależne od nas. Miłość zaś… Można ją mieć i bez ślubu. Po prawdzie to czy poza pierwszymi upojnymi miesiącami ktokolwiek zaznał miłości w małżeństwie?

– Przemawia przez pana modny w dzisiejszych czasach cynizm.

– Proszę o wybaczenie. Cynizm to śliska i nieatrakcyjna przypadłość. Ma pani rację, optymizm wymaga większego wysiłku, szczególnie w obecnych okolicznościach.

Rowan uznała, że nawiązuje do sytuacji na świecie: koszmaru hiszpańskiej wojny domowej oraz złowróżb­nej fali faszyzmu w Niemczech i we Włoszech.

– Aż strach otwierać gazety – przyznała.

Zgrabnie zmienił temat i przeszli do wymiany poglądów o sztuce współczesnej. Simon podziwiał prace Bena Nicholsona i Stanleya Spencera, nie cierpiał natomiast Henry’ego Moore’a, jak dowiedziała się Rowan.

Następnie, w akompaniamencie wygrywanej przez pianistę melodii The Holy and the Ivy, jęli rozmawiać o teatrze. Simon oświadczył, że widział już wszystkie warte uwagi sztuki wystawiane w Londynie.

– Nie żeby było ich tak znowu wiele – dodał. – Teatr jest wypalonym cieniem tego, co reprezentował sobą w czasach edwardiańskich. Na West Endzie roi się od koszmarnych rewii i wulgarnych musicali.

– Nie lubi pan przedstawień muzycznych?

– Czy ktokolwiek je lubi? Poza ćwierćinteligentami?

– Ja wręcz pasjami. Podobnie jak kino. Chadza pan do kina?

– Nigdy. Poszedłem raz i byłem zniesmaczony.

Uśmiechnęła się.

– Być może wybrał pan zły film.

– Nie sądzę. W pamięci została mi głównie duszna sala przesycona zapachem tanich perfum i papierosów, a także tłuszcza zajadająca się popcornem i lodami. Historyjka na ekranie była dość banalna. Całe doświadczenie koszmarne.

– Lubię chodzić do kina sama, na popołudniowe seanse – rzekła Rowan, nie mogąc się oprzeć wystawieniu na próbę pewności siebie Simona. – To takie zachwycająco dekadenckie.

– Dekadencja robi na pani wrażenie? Osobiście gardzę ludźmi, którzy poszukują dekadencji dla niej samej; którzy udają zachwyt obskurnymi klubami nocnymi albo jazzowymi kakofoniami, żeby uchodzić za bardziej interesujących.

– Ojej. – Posłała mu kpiące spojrzenie. – Czyżby nocne kluby i jazzowa muzyka były kolejnymi pozycjami w rejestrze tego, co godne pogardy?

– Jak można stawiać rozrywki tak niskich lotów w tym samym rzędzie, co aria z Czarodziejskiego fletu albo płótna Velázqueza? Czy też scenę z Giselle, w której bohaterka przemyka w tańcu niczym duch?

Rowan wstrzymuje oddech z zachwytu, kiedy sama obcuje z prawdziwą sztuką, o jakiej mówił Simon. Ona też podziwia piękno i artystyczną pasję, gardzi zaś pustotą i półśrodkami. Jeszcze więcej sympatii wzbudziło w niej zaangażowanie, z jakim wypowiadał swoje opinie.

– Mówi pan o doskonałości, która jest rzadka i ulotna. A przecież na co dzień musimy się jakoś podtrzymywać na duchu.

– Chyba pani nie zaprzeczy, że tanie i płytkie rozrywki są dla człowieka szkodliwe. Przytępiają wrażliwość na piękno, a czymże jesteśmy bez owej wrażliwości? – W ciemnoniebieskich oczach Simona zamigotały figlarne iskierki. – Muszę przyznać, że ja sam nie potrafię się nigdy oprzeć pięknu. Jak pani myśli, droga pani Scott, co tu robię, rozmawiając z panią, mimo że zdajemy się mieć tak niewiele ze sobą wspólnego?

Przyspieszone bicie serca.

– Bardzo mi pan schlebia.

Potrząsnął głową w zaprzeczeniu.

– Nigdy nikomu nie schlebiam. Zawsze mówię prawdę. Na przykład nie powinna pani nosić ubrań w tym kolorze. Ten odcień błękitu gasi ogień pani włosów. Czerwień byłaby znacznie lepsza. Rudowłose kobiety często się wzbraniają przed czerwienią z obawy, że im nie pasuje. Nie mają racji. Pięknie by pani wyglądała w odpowiednim odcieniu czerwieni. Niczym płomień; wysoki rozedrgany płomień. Ach, widzę, że zostałem uznany za zuchwalca. – Jego ton nie zdradzał ani cienia skruchy.

– Skądże znowu – zaprzeczyła, po czym dodała nonszalancko: – Fachowa porada na temat stroju zawsze jest w cenie.

Porozmawiali jeszcze przez chwilę, nim zaprosił ją na kolację. Rowan wiedziała, że wkracza na grząski grunt. Była tego świadoma, opuszczając rezydencję Manninghamów, w której pozostawiała przyjaciół, ale mimo wszystko zdecydowała się na ten krok.

Zamówili steki U Simpsona na Strandzie, restauracji o ścianach wyłożonych ciemną boazerią, ze sztukateriami na otynkowanym suficie. Rowan zagadnęła Simona o jego plany na święta.

– Zostanę w domu – odparł. – Nigdy nie wyjeżdżam na Boże Narodzenie. Jeśli chodzi o wizję rodzinnych świąt, uznaję ją za odpychającą ze względu na rozwrzeszczane niemowlęta i piskliwe kilkulatki. Zaprosiłem na obiad kilkoro bliskich przyjaciół, równie niezainteresowanych rodzinną sielanką. Wieczór natomiast spędzę w towarzystwie esejów Samuela Johnsona i zacnego porto. Nie mogę się wprost doczekać. A ty, Rowan? – W pewnym momencie niezauważalnie i naturalnie zaczęli sobie mówić po imieniu.

– Zawsze spędzamy pierwszy dzień świąt w Guildford, z ojcem i siostrą Patricka. – Już drżała na myśl o spotkaniu z chorym, kłótliwym starcem i niezamężną Elaine, która się nim opiekuje – kobietą zgorzkniałą i pełną złości. Ciężkostrawne jedzenie, duszne pokoje i nuda – z tym kojarzyła nadchodzące dni. – Dołączy do nas moja młodsza siostra, Thea – dodała. Szesnastoletnia Thea zawsze spędza święta z nią i Patrickiem. Ich ojciec jest wdowcem. Nie lubi Bożego Narodzenia, woli je spędzać na łowieniu ryb albo wędrówkach ze starym dobrym przyjacielem, Malcolmem Reidem, który wiedzie pustelnicze życie gdzieś na wzgórzach Szkocji. Ani Rowan, ani Thea nigdy go nie poznały. – Później wybieramy się we troje do Glasgow, na Hogmanay.

 

– Słyszałem, że Szkoci celebrują Nowy Rok huczniej niż Boże Narodzenie.

– To prawda. Masz rodzinę, Simonie? Ach tak, wuja w Suffolk.

– Denzil też woli spędzać święta sam w swoim domu. Ashleigh Place to bodaj najpiękniejsza rezydencja dworska w całej Anglii.

– Ach, znowu powracamy do tematu piękna.

– Jestem jego niewolnikiem – rzekł, spoglądając na nią przenikliwie. Mniej obyty mężczyzna mógłby w tej chwili dodać jakiś zbędny komplement, nie pozostawiając miejsca na napięcie i niedosyt.

Zapytała go, czy Ashleigh Place od dawna należy do jego rodziny.

– Nie, zupełnie nie. Denzil kupił ten dom, kiedy miał dwadzieścia pięć lat. Uprzednio należał do jakiegoś szaleńca ekshibicjonisty rozmiłowanego w sztuce artystycznego performance’u. Jeszcze wcześniej mieszkała w nim rodzina Gardinerów, która pozwoliła domowi popaść w ruinę. Denzil odrestaurował rezydencję. To było nie lada przedsięwzięcie, jego życiowe dzieło. Patrząc na wuja teraz, kiedy jest schorowany, nie domyśliłabyś się, ile miał kiedyś werwy i wigoru.

– Jest ci bardzo bliski, prawda?

Uśmiechnął się.

– To prawda. Niewielu mam poza nim krewnych, z którymi spędzam czas z wyboru. Moja siostra, Anne, poślubiła nudziarza imieniem Edwin. Mają dwoje dzieci. Henry to zuch chłopak; zamierzam posłać mu słodycze na święta. Jego siostra natomiast, Zorah, ma trociny zamiast mózgu. Brak mi pomysłu na świąteczny podarek dla niej. Może coś mi doradzisz?

– Ile ma lat?

– Nie pamiętam. Pięć albo sześć.

– Może pudełko farbek? – odparła po chwili zastanowienia. – Ja w jej wieku uwielbiałam malować.

– Nadal malujesz?

– Ostatnio prawie wcale. Nasz dom jest tak mały, że nie ma w nim miejsca na przybory. Ojej, chyba szukam wymówek. – Westchnęła. – Nie wiem już, co miałabym malować, taka jest prawda. Może to normalne, że z wiekiem wyczerpują się pomysły?

– Mówisz, jakbyś była staruszką.

– Mam dwadzieścia trzy lata. Czasem czuję się stara. – Dwadzieścia trzy lata jawiły się jej jako mocno podeszły wiek. Kiedy przyjechała z Glasgow do Londynu, miała niecałe dziewiętnaście, a to było przecież wieki temu. Czuła wtedy taką ekscytację, taki entuzjazm wobec czekających ją nowych możliwości, uwielbiała odkrywać stolicę.

– Ja mam trzydzieści sześć – oznajmił Simon. – I nie czuję się ani trochę starszy niż w dniu, kiedy skończyłem szkołę.

Rowan zamieniła wcześniej kilka zdań z Artemis przy okazji odbierania płaszcza. Przyjaciółka potwierdziła, że Simon jest dobrze sytuowanym kawalerem, który nie musi pracować zarobkowo.

– Masz szczęście, że możesz się tylko bawić – rzekła.

– Uważasz to za godne nagany czy zazdrości?

– Ani jedno, ani drugie. Tak mi się przynajmniej zdaje.

Parsknął śmiechem.

– Co to było? Autocenzura szkockiej prezbiterianki?

– Czy nie czujesz się… zdezorientowany, żyjąc bez żadnego celu, poza dogadzaniem sobie?

– Nie, czuję się wspaniale. Czemu sama nie spróbujesz?

Otworzyła usta, ale uciszył ją, dotykając opuszką palca jej nadgarstka.

– Chyba nie będziesz mnie zanudzać opowieściami, że musisz prowadzić dom i zajmować się mężem, prawda? Byłbym tym ogromnie rozczarowany. – Cofnął dłoń.

Rowan miała wrażenie, że jego dotyk pozostawił ślad na skórze jak wgłębienie w glinie. Powinnam już iść, pomyślała, powiedzieć, że mam spotkanie albo że Patrick na mnie czeka, cokolwiek.

Nie ruszyła się z miejsca.

– Wszyscy mamy jakieś obowiązki – odrzekła. – Nawet ty z pewnością jakieś masz.

– Wszyscy udajemy, że mamy obowiązki, ale większość ludzi jest podobna do mnie: robi tylko to, co chce. Naturalnie mam na myśli przedstawicieli swojej klasy społecznej. Życiem niżej urodzonych rządzi konieczność. Oczywiście czasami coś tam się poświęca dla przyszłych korzyści. Mam swoje powody, aby znosić ograniczenia wiejskiego życia w Suffolk.

– Piękno.

– Tak. – Popatrzył na nią badawczo. – A ty, Rowan, jak przypuszczam, tolerujesz obowiązki domowe i towarzyską rutynę, ponieważ… Ponieważ są dla ciebie satysfakcjonujące.

Wychodząc za mąż przed trzema laty, była przekonana, że na prowadzenie domu składa się mnóstwo bezsensownych i monotonnych, ale łatwych czynności. Owszem, były bezsensowne i monotonne, ale przy tym czasochłonne i wyczerpujące. Nauczyła się zamawiać jedzenie ze sklepu spożywczego, warzywnego, rybnego i od rzeźnika, zlecać pranie oraz organizować pracę gosposi. Umiała też sama coś ugotować, jeśli musiała. Kucharka, Gwen, pokazała jej, jak przyrządzić kilka dań na kolację w dni, kiedy sama miała wychodne. Przyjaciele uważali ją za zabawną i oryginalną panią domu. Coraz częściej jednak łapała się na myśli: No dobrze i co teraz? Jakie miała znaleźć ujście dla buzującej w środku energii, czym ukoić niepokój, który nie pozwalał się cieszyć spokojnymi domowymi wieczorami z książką lub robótką? Czy czekało ją kolejne dwadzieścia, trzydzieści lat sporządzania list zakupów i wydawania bankietów?

– Nie powiedziałabym – rzekła, śmiejąc się cicho.

Zapalił dwa papierosy, podał jej jeden i powiedział przyciszonym głosem:

– Czyli znosisz to z miłości do męża.

– On mi nie okazuje żadnej miłości – odparła, po czym natychmiast skarciła się w duchu za nadmierną szczerość. Simon mógł stracić zainteresowanie, skoro już się dowiedział, że jest nieatrakcyjna dla własnego męża.

Lecz on uniósł brwi i oświadczył:

– W takim razie jest głupcem.

– Nie – zaprzeczyła gorzko. – To ostatnie, co można o nim powiedzieć.

– W takim razie jak to wyjaśnić?

Pokręciła lekko głową. Nie wiedziała, dlaczego Patrick jej nie chciał. Ich rozmowy krążyły wokół tego tematu, ale nigdy nie poruszyła go wprost z obawy, że to jej wina. Jest zbyt oziębła. Za stara. Ma zbyt mało seksapilu. Wszak uroda i seksapil niekoniecznie muszą iść ze sobą w parze. Coraz częściej zadawała sobie pytanie, czy ktokolwiek byłby ją w stanie pokochać.

Rozmowę przerwało im zamieszanie w rogu sali wywołane przez pijanego gościa, który przewrócił kieliszki z winem. Kelnerzy pospieszyli w tamtą stronę ze ścierkami i miotłami. Rowan przyjęła z ulgą chwilę na zaczerpnięcie oddechu.

– Posmutniałaś – zauważył łagodnie Simon. – Porozmawiaj ze mną.

Kelner zabrał puste talerze. Po jego odejściu Rowan zaczęła mówić:

– Kiedy poznałam Patricka, mieszkałam sama w Londynie. Byłam dość przybita po nieudanym romansie. Dał mi oparcie, którego potrzebowałam. Czy kiedykolwiek czułeś, jakbyś dryfował, nie mając pojęcia, jaki obrać kierunek?

– Nie, nigdy.

Dobroć Patricka i jego spokojne usposobienie początkowo pociągały Rowan – dla niej samej spokój był trudny do osiągnięcia, nie uważała się też za szczególnie dobrego człowieka – po trzech latach małżeństwa, kiedy ich życie intymne, które nigdy nie było zbyt intensywne, prawie całkiem wygasło, milczenie męża doprowadzało ją jednak do furii i było źródłem udręki.

Na twarzy Simona pojawił się delikatny uśmiech.

– Ale to pewnie dlatego, że choć pozuję na miejskiego estetę, wystarczy cofnąć się parę pokoleń wstecz, by odkryć, iż w rzeczywistości pochodzę z długiej linii flegmatycznych wieśniaków z Hertfordshire. Prawdopodobnie powinienem właśnie oporządzać świnie.

Roześmiała się.

– Ależ, Simonie, zniszczyłbyś sobie ubranie. – Jego wieczorowy garnitur był perfekcyjnie skrojony.

– Racja. – Kiedy poklepał ją pokrzepiająco po ręce, musiała powstrzymać się z całych sił, by nie chwycić jego dłoni, jakby to była lina ratunkowa. Przesunął kciukiem po jej skórze. Zadrżała. – Kochana Rowan – powiedział niskim głosem. – Od dawna podziwiam twój wewnętrzny ogień i splendor. Trzymałem dystans wyłącznie z lęku przed oparzeniem.

Co kobieta mogłaby rzec po takiej deklaracji? Odetchnęła z ulgą na widok kelnera z kartą deserów, który rozładował napięcie między nimi. Zrezygnowali z deseru: Rowan straciła apetyt, Simon zaś powiedział, że nigdy ich nie jada. Gawędzili niezobowiązująco przy kawie i ptifurkach, ale ona nie miała wątpliwości: przekroczyli pewną granicę, za którą czyhało niebezpieczeństwo – dla niej, on bowiem, mężczyzna i do tego kawaler, nie ryzykował niczego.

Strach walczył z intensywną tęsknotą. Czas, kiedy pożądała jakiegokolwiek mężczyzny, wydawał się tak odległy, od dawna nikt nie pobudził jej zmysłów i uczuć, nie wprawił w stan, w którym pragnienie i obawa stają ze sobą w szranki. Rozbłysło w niej jakieś światło i rozproszyło półmrok. Odnalazła zagubioną część siebie, strząsnęła popiół małżeństwa, spod szarości wyzierały kolory. Znowu poczuła, że żyje: ktoś jej pragnął i jasno to okazywał.

Dopili kawę, po czym wyszli z restauracji. Blade, mgliste aureole otaczały płomienie gazowych lamp ulicznych. Uniosła do góry dłoń, żeby zatrzymać taksówkę, ale samochód pojechał dalej, nie zwalniając. Takie zbiegi okoliczności zmieniają niekiedy bieg całego życia, pomyślała później – gdyby wsiadła wtedy do auta, Simon nie miałby okazji jej pocałować. Pocałunek był namiętny i szokujący; odwzajemniła go, omdlewając z rozkoszy i pożądania.

Wyjrzała przez okno taksówki na londyńskie ulice w ten zimowy wczesny poranek. Billboardy reklamowe wyglądały we mgle jak żółta rozmyta wstęga. Twarze przechodniów sprawiały wrażenie zastygłych na mrozie: blade, zniekształcone, z pootwieranymi ustami, poprzecinane pasmami cienia. Po włóczędze, który sypiał w bramie, pozostał tylko stos szmat i starych koców. Czarne witryny sklepów i biur zdawały się zionąć pustką.

Rowan przesunęła językiem po górnej wardze, która pulsowała jak po uderzeniu. Cała wcześniejsza euforia zdążyła się ulotnić, ale jeszcze nie miała wyrzutów sumienia, wypełniała ją melancholia. Drżała na myśl o powrocie do domu przy Mallord Street. Wybrała go pod wpływem kaprysu, zwabiona łobuzerskim urokiem artystycznej dzielnicy Chelsea, a z czasem znienawidziła za klaustrofobiczną ciasnotę i niepraktyczność. Niegdyś służył za studio malarskie, pokoje były małe i wąskie. Na dole mieściły się kuchnia ze zmywalnią, bawialnia oraz jadalnia, na górze trzy sypialnie. Spadzisty, niewygodny strych przydawał się do przechowywania mebli i ozdób odziedziczonych po babce Patricka. Pokój gościnny, w którym sypiała Thea, ilekroć przyjeżdżała z wizytą, znajdował się na tyłach domu, nad piwnicą. Pokój Rowan i Patricka wychodził na główną ulicę. Okno wykuszowe, wstawione podczas remontu, przeciekało w czasie ulewnych deszczy.

Patrick będzie udawał, że śpi, kiedy ona wejdzie ukradkiem do sypialni. Nie miał zamiaru pytać, gdzie była, Rowan zaś nie zamierzała mu o tym opowiadać. Żadna ze stron nie zdecyduje się łamać cichego, niepisanego paktu, który coraz dotkliwiej ograniczał jej wolność. Chodzili wokół siebie na palcach, unikając konfrontacji, zupełnie tak, jak to zrobi za chwilę, kiedy się rozbierze i zmyje makijaż w kompletnej ciszy, udając, że nie chce zbudzić śpiącego męża.

Patrick należał do osób, z którymi trudno jest się pokłócić. Na jej krzyki lub płacz reagował biernością i jeszcze większym wycofaniem. Ich spory dotyczyły drobiazgów: tego, że zapomniała o zaplanowanym wcześniej spotkaniu z jego kolegami prawnikami, albo tego, że jeszcze nie znalazł hydraulika do naprawy cieknącego kranu. Przepaść między nimi – otchłań wzajemnych uraz i niechęci – stała się zbyt wielka, by o niej rozmawiać.

Był jasnowłosym mężczyzną o małych niebieskich oczach i regularnych rysach, raczej drobnej budowy, ale przystojny w ascetycznym brytyjskim stylu. Doskonale się sprawdzał jako żywiciel rodziny, przyjaciel, gospodarz. Wyrzuty z powodu braku namiętności wobec żony zraniłyby go do żywego, Rowan doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Niekiedy dostrzegała w jego oczach poczucie winy, wstydu i upokorzenia, zanim zdążył odwrócić się do niej plecami. Nie tylko litość powstrzymywała ją przed otwartą rozmową z mężem o braku intymności między nimi. Poruszanie kwestii tego rodzaju wymusiłoby przekroczenie pewnych granic. Mogłyby wypłynąć rozmaite emocje i oskarżenia.

 

Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność – takie słowa rozbrzmiewały w jej głowie, kiedy siedziała w taksówce sunącej po ulicach Chelsea. Oboje balansowali nad przepaścią. Tej nocy poczuła, że spada w piekielną czeluść. Simon przypomniał jej o potędze pożądania, w starciu z nim przegrywały rozsądek i poczucie obowiązku. Gorzko pożałowała straconego czasu, tych jałowych lat małżeństwa.

Samochód zatrzymał się na Mallord Street. Rowan skurczyła się, wchodząc do domu, jak gdyby podświadomie próbowała się dopasować do ciasnych przestrzeni i ograniczeń małżeńskiego życia. Spojrzała w lustro na korytarzu, żeby sprawdzić, czy nie zdradza jej rozmazana szminka. Na stole w jadalni leżały porozrzucane papiery Patricka. Duża choinka, którą ona wybrała, nie pasowała do ciasnej bawialni. Rowan zdjęła buty i poszła na górę.

Spała kilka godzin. Patrick obudził ją o siódmej rano i powiedział, że siostra chce z nią rozmawiać przez telefon.

Thea przekazała jej wiadomość o ciężkiej chorobie ojca. Dziewczyna przyjechała do Glasgow siedemnastego grudnia, po zakończeniu semestru w szkole z internatem w Yorkshire. Ojciec powrócił następnego dnia z podróży służbowej na południe kraju w kiepskiej formie. Miał kaszel i gorączkę, ale nie pozwolił córce wezwać lekarza. Dopiero nazajutrz, kiedy jego stan się pogorszył, Thea zatelefonowała po doktora Waringa, który zdiagnozował zapalenie płuc. Chory nie odpowiadał na leczenie. Od dawna miał słabe płuca, była to pozostałość po wojnie i kontakcie z gazem musztardowym.

Patrick zamówił dla Rowan kurs taksówką na Euston Station, skąd odjeżdżał pociąg do Glasgow, podczas gdy ona pakowała się cała roztrzęsiona ze strachu. Nie mog­ła się pozbyć dręczącego podejrzenia, iż była w jakiś sposób odpowiedzialna za chorobę ojca, że to swoista kara za grzechy. Za namiętną schadzkę z Simonem.

Wyjrzała przez okno, usłyszawszy sygnał klaksonu; taksówka podjechała pod dom. Zatrzasnęła walizkę i zbiegła na dół.

Inne książki tego autora